Maciej Janowski – Listy Zofii Breustedt z warszawskiego getta do córki

Maciej Janowski

Krakowska Książka Miesiąca – Styczeń 2017

Listy Zofii Breustedt z warszawskiego getta do córki

„Nocą słyszę, jak coraz bliżej, drżąc i grając, krąg się zaciska…”

Tom listów z getta warszawskiego z natury swojej musi być przygnębiającą lekturą; a jednak czytając go, nie można nie poddać się urokowi osobowości ich autorki. Zanim poznamy ją bezpośrednio z listów, widzimy ją w szkicu zatytułowanym W oku mikrohistorii pióra wydawczyni listów Elżbiety Orman. Ze wstępami, jak wiadomo, bywa różnie – ten jest doskonały. Barwny i zarazem erudycyjny esej, świetnie napisany, z głębokim szacunkiem, sentymentem i zrozumieniem dla wyborów i postaw jego bohaterów, a zarazem z dystansem niezbędnym dla badacza, mógłby być osobną niewielką książką. Wraz z tekstem listów tom jest więc podwójny – obie części uzupełniają się, pokazują rozmaite perspektywy. Perspektywy ludzi niezwykłych – bo autorka listów pochodziła z niezwykłej rodziny.

Uciec przed Hitlerem

Księgarnia Altenbergów była we Lwowie instytucją; stanowiła jeden z najważniejszych galicyjskich zakładów wydawniczych, ogromnie zasłużony w wydawaniu klasyki polskiej literatury. Córka właściciela Róża Altenberg wyszła za Jakuba Vorzimmera, współpracownika swojego ojca, działacza niepodległościowego i wielbiciela Józefa Piłsudskiego. Małżeństwo rozpadło się po kilku latach. Dwaj synowie Róży, Henryk i Tadeusz, wychowani w patriotycznej atmosferze, poszli do legionów i bili się aż do wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. Pierwszy miał później zostać jednym z najwybitniejszych polskich historyków, drugi – zginąć w Katyniu. W 1924 r. przyjęli nazwisko Wereszyccy (od rzeki Wereszycy, nad którą walczyli w 1920 r.).

Najmniej jestem tam, gdzie jestem... Listy Zofi i z Vorzimmerów Breustedt z Warszawy i getta warszawskiego do córki Marysi w Szwajcarii (1939–1942), wstęp, opracowanie i komentarze Elżbieta Orman, tłumaczenie z niemieckiego Elżbieta Wrońska, Fundacja Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego – Instytut Historii im. Tadeusza Manteuffl a PAN, Kraków – Warszawa 2016

Najmniej jestem tam, gdzie jestem… Listy Zofi i z Vorzimmerów Breustedt z Warszawy i getta warszawskiego do córki Marysi w Szwajcarii (1939–1942), wstęp, opracowanie i komentarze Elżbieta Orman, tłumaczenie z niemieckiego Elżbieta Wrońska, Fundacja Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego – Instytut Historii im. Tadeusza Manteuffl a PAN, Kraków – Warszawa 2016

Ich siostra Zofia zaś, bohaterka książki, była malarką. Elżbieta Orman pieczołowicie odtwarza jej krótką karierę artystyczną, przedstawia reprodukcje zarówno kilku zachowanych obrazów, jak i innych, z których zostały tylko fotografie. Zofia Vorzimmer wyszła za mąż za niemieckiego malarza Hansa Breustedta. Żyli w biedzie – takiej artystycznej biedzie, w której nie zawsze jest co jeść, ale wyjeżdża się do Włoch na plenery, przyjaźni się z Paulem Klee czy Walterem Gropiusem. Sytuacja komplikuje się po dojściu Hitlera do władzy w 1933 r. Hans nie jest żydowskiego pochodzenia, ale jest żonaty z Żydówką i mimo nacisków nie zamierza się rozwieść. Zostaje więc wykluczony z izby zawodowej malarzy, co oznacza zakaz sprzedawania prac, a więc brak możliwości zarobkowania. Bieda robi się coraz dokuczliwsza – nasi bohaterowie robią jakieś ozdoby, ale o zamówienia jest coraz trudniej. Nie stać ich na emigrację do Ameryki, postanawiają więc wyjechać do Polski. Nie jest to łatwe: II Rzeczpospolita nie spieszyła się z przyjmowaniem Żydów – polskich obywateli, którzy chcieli uciekać z Rzeszy. Udaje się jednak: Henryk Wereszycki, porucznik rezerwy, były legionista, pracownik Instytutu Historii Najnowszej im. Józefa Piłsudskiego, miał kontakty z czasów wojennych. Przez swojego szefa w Instytucie, ppłk. Wacława Lipińskiego (później jednego z zasłużonych organizatorów obrony Warszawy w 1939 r. i działacza konspiracji antykomunistycznej po 1945 r., zamordowanego przez komunistów w więzieniu we Wronkach), zdołał dotrzeć wyżej – prawdopodobnie do samego premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego. Ostatecznie więc Breustedtowie mogli przyjechać do Warszawy – w czerwcu 1939 r.

W potrzasku

Byli zachwyceni. Spotykali się z rodziną i znajomymi, zbierali pieniądze na bilet do Ameryki. Nie zdążyli przed 1 września. Hans jako Niemiec aresztowany został zaraz po wybuchu wojny i znowu Henryk Wereszycki musiał go ratować dzięki swoim znajomościom. Wkrótce bracia Wereszyccy zostali zmobilizowani i wyruszyli do swoich jednostek, a Zofia i Hans zostali w Warszawie; przeżyli koszmar oblężenia, a po wejściu Niemców zdecydowali, że Hans wróci do Weimaru, a potem ściągnie żonę do siebie.

Wydawało im się, że wystarczy parę formalności – ciągle nie do końca zdawali sobie sprawę, w jakim świecie żyją. Już, już, kiedy wyglądało na to, że wszystko zostało załatwione, w Warszawie utworzono getto i zezwolenia straciły ważność. Zofia znalazła się więc w warszawskim getcie, a Hans został wcielony do Wehrmachtu i wkrótce wysłany na front wschodni. Obaj bracia Zofii pozostawali w niewoli – Henryk w niemieckiej, Tadeusz w radzieckiej. Rodzina Tadeusza ukrywała się w Warszawie, a potem w podkrakowskiej wsi, matka Zofii pozostawała we Lwowie, a ojciec – w Warszawie.

Ale był jeszcze jeden aspekt tej historii – bardzo ważny, bo bez niego nie byłoby całej książki. Breustedtowie mieli córkę Marysię urodzoną w 1922 r. W 1938 r. w ostatniej chwili wysłali ją do przyjaciół do Szwajcarii. Ona właśnie jest adresatką listów.

Dostawała je od matki i od ojca. Sama informowała swą cioteczną babkę w Stanach Zjednoczonych o wieściach z kraju słowami, które dziś brzmią jak okrutna ironia: „Mamusia jest w Warszawie i powodzi się jej dobrze. Babbo [tak Zofia i Marysia nazywały Hansa] jest na froncie wschodnim”. Wysyłała matce paczki do getta; Henryk Wereszycki przesyłał swój żołd z oflagu, a Hans także starał się pomagać paczkami. W rezultacie Zofia materialne warunki miała – jak na getto – bardzo dobre. Dlatego w styczniu 1942 r. sprowadziła tam swoją matkę, która ukrywała się, żyjąc w biedzie, po aryjskiej stronie. Róża Altenberg pisała do wnuczki: „Strasznie jestem szczęśliwa, że (…) jestem już od tygodnia razem z mamusią”. Krok ten dziś wydaje się niezrozumiały, ale przecież ludzie – i wtedy, i teraz – mogą żyć i podejmować decyzje tylko dlatego, że przyszłość jest przed nimi zakryta.

Warszawskie getto.
Koszmar bez przebudzenia

Elżbieta Orman zwraca uwagę na jedną z cech listów, która uderzyć musi każdego czytelnika: na równowagę ducha i wewnętrzny optymizm ich autorki. Oczywiście dzięki pomocy córki, a do pewnego stopnia męża i brata, miała zapewniony byt materialny, co w sytuacji powszechnej nędzy (Elżbieta Orman cytuje obliczenia Gunnara Paulssona, że oficjalne zaopatrzenie pokrywało nie więcej niż 10 procent zapotrzebowania) stanowiło rzadkość. Mimo to zdawała sobie przecież sprawę – o czym świadczą liczne aluzyjne fragmenty w listach – z sytuacji, w której się znajduje. Rzeczywistość getta mogą oddać jedynie fragmenty pozornie odnoszące się do czegoś innego – kilkakrotnie napotykamy wzmianki, jak strasznie jest „w głębi Azji”. Adresatka musiała to sobie sama rozszyfrować. Jeśli Zofia Breustedt pisała: uważam, że jest mi aż za dobrze, to oczywiście dlatego, żeby nie niepokoić córki.

Było jednak w tym coś więcej – potrafiła cieszyć się drobiazgami, wyobrażać sobie chwile szczęśliwe z przeszłości lub przyszłości, przenosić się myślą do dzieł sztuki czy odwiedzanych krajów. Cytat z listu wybrany na tytuł książki: „Najmniej jestem tam, gdzie jestem…” – wyraża tę postawę. Jak pisze Elżbieta Orman, dopiero w getcie autorka listów poczuła się w pełni dojrzałą osobą.

Z tym wewnętrznym optymizmem kontrastuje narastająca groza sytuacji: potęgujący się koszmar, jak zły sen, z którego nie ma przebudzenia – nie na tym świecie. „Nocą słyszę, jak coraz bliżej, drżąc i grając, krąg się zaciska” – słowa Krzysztofa Kamila Baczyńskiego brzmiały mi ciągle w uszach podczas lektury.

Bo historia skończyła się, jak się skończyć musiała: pani Altenberg i jej córka zginęły podczas likwidacji getta w sierpniu 1942 r., najprawdopodobniej wywiezione do obozu zagłady w Treblince. Dokładnej daty nie znamy.

Nikt z naszych nie pozostał przy życiu

Wojna jednak też w końcu minęła. Przeżyła ją adresatka listów, przeżył jej ojciec i – jako jedyny w kraju – Henryk Wereszycki. Jego długi list do siostrzenicy z lata 1945 r. jest suchy i rzeczowy: „Jak zapewne wiesz, nikt z naszych nie pozostał przy życiu”. Informował ją o okolicznościach śmierci kolejnych członków rodziny. Nie miał poczucia, że należy do narodu zwycięzców. „Najważniejsze, co mnie trzyma przy życiu, to obowiązek – trzeba pracować. To jedyna możliwość, aby móc walczyć o narodową niepodległość. My też jesteśmy pokonanymi”.

W jednym z najbardziej poruszających fragmentów książki Wereszycki, wróciwszy z niewoli, pisze smutny i serdeczny list do szwagra: „Kochany Hansie! (…) Zostałem zupełnie sam na tym zmienionym świecie”. Tak indywidualne ludzkie przyjaźnie triumfują nad zbiorowymi nienawiściami, mikrohistoria – nad makrohistorią. I jakby trochę lepiej rozumiem teraz książki Wereszyckiego. Najważniejsze jego prace (niedawno wznowione i dostępne w księgarniach) dotyczą wieku XIX: to przede wszystkim wspaniała synteza środkowoeuropejskiej problematyki narodowościowej Pod berłem Habsburgów, a także trylogia Sojusz trzech cesarzy o tworzeniu się systemu przymierzy, który doprowadził do I wojny światowej. Kiedy je czytałem jako licealista i student bardzo dawno temu, nic zupełnie nie wiedziałem o biografii ich autora. Uderzała mnie jednak zawsze i zachwycała refleksyjność tych książek – nieczęsta w piśmiennictwie naukowym zaduma nad przemijaniem świata, nad nieprzystawaniem zamiarów do efektów, nad nicością zamierzeń najmądrzejszych nawet polityków i dyplomatów. Nigdzie nie było to wyrażone słowami, ale biło w oczy z każdej strony. Teraz myślę – może się mylę – że tragiczne doświadczenia wojenne musiały mieć wpływ na taką perspektywę widzenia przeszłości.

Strata nieoszacowana

Altenbergowie/Vorzimmerowie/Wereszyccy nie uważali się za Żydów. Należeli do patriotycznej polskiej inteligencji z Galicji, mocno zaangażowanej w ruch ­niepodległościowy. Przed wrześniem 1939 r. mogli sądzić, że – mimo całego antysemityzmu II RP – powoli ich pochodzenie przestanie odgrywać jakąkolwiek rolę, stanie się tylko genealogiczną ciekawostką. Wojna i okupacja zmieniły wszystko. Większość z nich nie przeżyła „oka mikrohistorii”, o którym pisze Elżbieta Orman. Jak reagowali na tragedię, co myśleli i jak postępowali – ukazuje przedstawiana tu książka. Ale nasuwa ona myśl szerszą. O tym, ile polskość, rozumiana jako wielokulturowa całość, straciła z powodu zagłady Żydów, pisano już wielokrotnie. Mniej może zastanawiano się nad tym, ile straciła inteligencja polska, tracąc tak istotną swoją część, jaką było pokolenie zasymilowanej patriotycznej inteligencji pochodzenia żydowskiego, które przecież wnosiło do polskości jakąś trudną do sprecyzowania odmienność. Inteligencja w ogóle wyszła z wojny potwornie przetrzebiona, ale pewne jej grupy ucierpiały bardziej niż inne, a ta najbardziej. Jak dziś wyglądałaby polska inteligencja, gdyby nadal jej częścią składową byli ludzie tacy jak bohaterowie omawianej książki – możemy niestety tylko sobie wyobrażać.



„Ale Historia” (dodatek do „Gazety Wyborczej”), 2 maja 2017, dzięki uprzejmości redakcji. http://wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,21703198,noca-slysze-jak-coraz-blizej-drzac-igrajac-krag-sie-zaciska.html

Stanisław Burkot – Księga jubileuszowa: STU – Teatr Krzysztofa Jasińskiego

Stanisław Burkot

Krakowska Książka Miesiąca – Luty 2017

Księga jubileuszowa: STU – Teatr Krzysztofa Jasińskiego

Redaktor publikacji Edward Chudziński, związany z Teatrem STU, przez wiele lat jego kierownik literacki, objaśnia we wstępie, że jest to trzecia „księga jubileuszowa”. Dwie wcześniejsze: na piętnastolecie (1982) i na czterdziestolecie (2006) miały odrębne formuły. W pierwszej bohaterem był sam teatr jako zjawisko, jako fenomen kulturowy; w drugiej – tematem było oddziaływanie teatru, związki i przyjaźnie (stąd tytuł: Rodzina STU. Pokrewieństwa z wyboru).

„Tę trzecią z kolei publikację o Teatrze STU nazwaliśmy księgą. Upoważniają nas do tego, jak sądzę, jej rozmiary oraz jubileusz 50-lecia, który ma uświetnić. Zdarzyło się bowiem po raz pierwszy w dziejach teatru polskiego, że założyciel i twórca jednego z nich, któremu dał imię STU, kieruje nim nieprzerwanie od pół wieku. Żeby ten okres ogarnąć, przybliżyć i choćby w sposób selektywny naświetlić, wydawnictwo rozrosło się nam do wielkości księgi. A jest ona nietypowa, bo i jubileuszowa, i pamiątkowa, i hybrydowa. Można zatem przypuszczać, że każdy w niej coś dla siebie znajdzie”.

Postacią pierwszoplanową, bohaterem Księgi, jest Krzysztof Jasiński. Istnieje w niej w oczach kronikarzy i badaczy jego dorobku, w oczach kolegów, przyjaciół i fanów. A ich lista jest długa. Wymieńmy – z koniecznością wyboru – niektórych z nich: Jerzy Trela, Wojciech Pszoniak, Olgierd Łukaszewicz, Janusz Szydłowski, „rodzina Grabowskich” (Mikołaj, Andrzej, Iwona Bielska, Anna Tomaszewska), Jan Frycz, Jan Peszek, Daniel Olbrychski, Zbigniew Zapasiewicz, Krzysztof Globisz, Olaf Lubaszenko, Beata Rybotycka, Urszula Grabowska, Bożena Adamek, Jerzy Fedorowicz. Nie tylko aktorzy i reżyserzy, lecz także plastycy i muzycy, bo plastyka i muzyka są stale obecne w teatrze Krzysztofa Jasińskiego. Oprawę plastyczną STU tworzyli: Jan Sawka, Dorota Ogonowska, Anna Wejman, Maciej Rybicki, Jan Polewka; muzykę pisali: Marek Grechuta, Katarzyna Gaertner, Janusz Grzywacz, Jan Kanty Pawluśkiewicz, Janusz Stokłosa, Zbigniew Wodecki i inni.

W 1997 r., co dodać trzeba do historii, STU przekształcił się w Krakowski Teatr Scena STU, teatr repertuarowy, którego dyrektorem artystycznym pozostał Krzysztof Jasiński; jako impresario zaprasza do współpracy reżyserów i angażuje aktorów scen polskich. A w repertuarze między innymi klasyka dramaturgii światowej i polskiej: Wesele, Wyzwolenie, Akropolis, Zemsta, Hamlet, Król Lear, Biesy, Rewizor

STU. Teatr Krzysztofa Jasińskiego. Księga jubileuszowa pod redakcją Edwarda Chudzińskiego, Fundacja STU, Kraków 2016

STU. Teatr Krzysztofa Jasińskiego. Księga jubileuszowa pod redakcją Edwarda Chudzińskiego, Fundacja STU, Kraków 2016

W pomieszczonych w Księdze listach gratulacyjnych z okazji pięćdziesięciolecia Daniel Olbrychski wspomina swój pierwszy występ w Teatrze STU w widowisku muzyczno-poetyckim Zagrajcie nam wszystkie srebrne dzwony Ernesta Brylla i Katarzyny Gaertner. Uderzyła go reżyserska dyscyplina, celowość wszelkich poczynań: „Zacznijmy od oczywistych faktów. Jasiński jest w Europie jednym z trzech wybitnych dyrektorów i reżyserów, którzy przez dziesięciolecia tworzyli i prowadzili ten sam teatr, ciągle na najwyższym poziomie. Kolegami Krzysztofa w tym mistrzostwie jest dwóch Jurków, Giorgio Strehler (Piccolo di Milano) i Jurij Lubimow (moskiewska Taganka). Jasiński obu swoich wielkich kolegów już przebił stażem, a końca ciągłości i znakomitej formy nie widać”.

A jak było na początku? Teatr STU, jak objaśnia sam Jasiński w rozmowie z Lwem Bogdanem, założony został 20 lutego 1966 r. przez studenta drugiego roku PWST w Krakowie. Wśród aktorów znaleźli się jego koledzy ze studiów: Wojciech Pszoniak, Olgierd Łukaszewicz, Jerzy Trela. Ważną rolę przy narodzinach odegrał Waldemar Krygier, założyciel krakowskiego Teatru 38, później współpracownik teatru Jerzego Grotowskiego. Nieco tajemnicza nazwa „Teatr STU” jest przypadkowa: do wyciętej z linoleum tablicy „Teatr Studencki” w oficynie na Brackiej 15 Waldemar Krygier dołożył wykrzyknik, a Jasiński słowo „Uwaga”. Powstał teatr bez sali widowiskowej i urządzeń technicznych. Był to prawdziwie „teatr ubogi’. Wspomagali go Edward Dobrzański, Jan Łukowski, Jerzy Schejbal, Jerzy Trela, Jerzy Stuhr. Był to więc teatr początkowo prawdziwie studencki, wywodzący się z krakowskiej szkoły teatralnej. Przenosiny z Brackiej do namiotu cyrkowego, rozłożonego na posesji przy ulicy Rydla 31, stworzyły inne całkiem możliwości inscenizacyjne. Paradoks polega na tym, że brak własnego locum wpływał na inscenizacje, pobudzał wyobraźnię reżysera, inscenizatora. Trzy wielkie inscenizacje-widowiska – Spadanie (1970), oparte na motywach poematu Tadeusza Różewicza, Sennik polski (1971), zbudowany z tekstów wielu autorów polskich, od Mickiewicza do Zagajewskiego, i Exodus Leszka Moczulskiego (1974), formują ostatecznie odrębność Teatru STU. To wówczas i teatr, i Krzysztof Jasiński wpisali się na stałe w panoramę Krakowa. Ten wpis potwierdziło otrzymanie gmachu przy Alejach Trzech Wieszczów (al. Krasińskiego 16–18). W latach 80. namiot, ciągle jeszcze używany, ustępuje miejsca scenie przy Krasińskiego. Ale w namiocie pozostała pasja do innych przestrzeni, do pleneru.

Wstępna faza dziejów Teatru STU, kojarzona z teatrem alternatywnym, raczej niesłusznie, była jednym z ostatnich ech buntu przeciwko doktrynie realizmu socjalistycznego, która najgłębiej – silniej niż w plastyce, muzyce i literaturze – oddziałała na kulturę teatralną w kraju. Bunt przeciwko doktrynie zaczął się w 1955 r. To pierwsze po latach wystawienie Dziadów przez Aleksandra Bardiniego w Teatrze Polskim w Warszawie, pierwszy program prywatnego Teatru na Tarczyńskiej z utworami Mirona Białoszewskiego (Wiwisekcja, Pieśń na krzesło i głos), wcześniejsze założenie Cricot 2 przez Tadeusza Kantora i Marię Jaremiankę, to Pokolenie, film Andrzeja Wajdy. Działały kluby i teatry studenckie w Gdańsku (Bim-Bom z Afanasjewem, Kobielą i Cybulskim), w Warszawie (klub Politechniki Stodoła), w Krakowie (Teatr 38 Waldemara Krygiera). Ta tradycja kontestacji, niezgody dostała nowych motywacji po marcu 1968. Zapamiętałem w 1969 r. ostry konflikt między Jerzym Kaliszewskim, reżyserem i aktorem z Warszawy, prowadzącym warsztaty dyplomowe na czwartym roku studiów w szkole krakowskiej, i studentami (na przedstawienie dyplomowe przygotowywali jednoaktówki Bohdana Drozdowskiego Kondukt Klatka). Kaliszewski zerwał współpracę; oznaczało to, że cały rocznik nie otrzyma dyplomów. Studenci sami dokończyli prezentację przedstawień dyplomowych. Mieli za sobą aktorską praktykę w teatrach studenckich. Ważną rolę w zamknięciu konfliktu odegrał Jerzy Trela, już wcześniej aktor Teatru STU.

To tylko intermedium w rozważaniach.

Namiot teatralny Jasińskiego stał się głośnym wydarzeniem w kraju. Jego postawienie było po części gestem prowokacji poststudenckiej, wiązało się jednak z przekroczeniem granicy – z wyjściem teatru z ozdobnych architektonicznie gmachów ku otwartej przestrzeni, od której dzieliła tylko płachta namiotu. Cyrkowy namiot sygnalizował określony typ sztuki – popularnej, masowej, łamiącej zasady imitowania natury, otwartej na metaforę, groteskę. Nie wiadomo, co bardziej u Jasińskiego podziwiać – odwagę, niezwykłą wyobraźnię teatralną czy żelazną konsekwencję w budowaniu własnej wizji teatru. Bo namiot nie tylko rozwiązywał problemy lokalowe, ale otwierał teatr ku otwartej przestrzeni. To krok tylko do wystawienia Halki w Skałkach Twardowskiego w Krakowie, Giocondy nad brzegiem Odry we Wrocławiu, Harf Papuszy na krakowskich Błoniach

Osobna pochwała w tej Księdze, a niezwykła jest jej wartość dokumentacyjna, należy się Annie Stafiej za Dokumentację. Jest w niej podstawowy opis 183 przedstawień w Teatrze STU, jest zestawienie udziału Krzysztofa Jasińskiego jako aktora bądź reżysera w innych teatrach, niekiedy poza krajem. Tu przywołać warto wystawienie Kartoteki Tadeusza Różewicza w Teatrze Studio w Tbilisi, Operetki Witolda Gombrowicza w Campania National de Teatro w Meksyku i w Epernay we Francji, Na bosaka Krzysztofa Szwajgiera, opery na motywach utworów Witolda Gombrowicza, w Ferrarze, Wariata i zakonnicy Witkacego w Mińsku na Białorusi. Reżyserowanie oper w teatrach polskich – we Wrocławiu, Warszawie, Poznaniu, Krakowie, a obok wystawienie Wielkich monologów w wykonaniu Jerzego Treli w Bobowej czy Widowiska sądeckiego w Nowym Sączu w plenerze nad Dunajcem jest cechą szczególną osobowości Krzysztofa Jasińskiego. Teatru nigdy nie ma dość, jest zachłanny i nienazarty (zwrot z języka górali sądeckich): wszystkiego chce i musi spróbować. Grał więc jako aktor w filmach i serialach, choć nie zalicza tych ról do swoich wielkich osiągnięć.

Od namiotu przy Rydla 31 prowadzi Jasińskiego ważna droga ku licznym widowiskom plenerowym. Przywołać warto niektóre z nich: Kantata Auschwitz-Birkenau (1969, Oświęcim-Brzezinka); Widowisko podwawelskie (1972–1980, pod Wawelem); Zagrajcie nam dzisiaj wszystkie srebrne dzwony (1975, Warszawa, namiot na rogu Towarowej i Chłodnej); Wielka parada kukieł z opery „Kur zapiał” (1990, Nancy, Francja); Szalona lokomotywa (1977, na motywach utworów Witkacego, Spodek w Katowicach), Operetka Gombrowicza (1978), Ubu król Alfreda Jarry’ego (1981), Bramy raju (1984, według Jerzego Andrzejewskiego) i Kur zapiał Jana Kantego Pawluśkiewicza (1985) zamykają ostatecznie fazę namiotową Teatru STU. Na Krasińskiego 16–18, oprócz normalnych inscenizacji własnych i występów gościnnych innych teatrów, formą osobną stały się benefisy wielu zasłużonych w kulturze osób, realizowane w teatrze, później retransmitowane w II programie TVP.

Trudno obronić się przed wrażeniem, że Krzysztof Jasiński w wyborze swoich form kieruje się ponownymi, zmodyfikowanymi powtórkami dziejów teatru; tak powstała trylogia Wędrowanie, złożona z trzech dramatów Wyspiańskiego: Wesela, Wyzwolenia Akropolis; stale obecny jest Fredro – obok Zapolskiej i Szekspira. Przeważa oczywiście dramat współczesny, trudno byłoby jednak powiedzieć, że wyłącznie awangardowy, trudno także uznać, że Teatr STU jest „postmodernistyczny”. „Wędrowanie” oznacza nie odrzucenie tradycji, lecz jej odświeżenie, oznacza także nową wersję dawnego teatru objazdowego. I to z Wyspiańskim dla widzów w małych miejscowościach.

Zamknijmy podziw dla samej prawdziwie niezwykłej Księgi. Żaden teatr w Polsce nie ma tak kompletnej dokumentacji. Jest w niej obszerny wywiad w znanej formule Trzech na Jednego (Edward Chudziński, Adam Komorowski, Tadeusz Nyczek i oczywiście Krzysztof Jasiński), jest więc zaprezentowany bohater Księgi, ale jest i sam teatr. Dorota Ogonowska przebadała przepastne archiwa Teatru STU. Wybrała tak zwane fotosy, zdjęcia robione z reguły po premierze jako część dokumentacji. Zostały one w publikacji opisane i zlokalizowane. To niezwykła dokumentacja życia i gry aktorskiej, propozycji scenograficznych. Brakuje tylko muzyki, która odgrywała wielką rolę we wszystkich przedstawieniach. Trudno. Wszystkiego mieć nie można. Przybysz z Wielkopolski, choć urodzony w lubelskiej wsi Borzechów, który w 1964 r. znalazł się w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, stał się znaczącym obywatelem Krakowa. Udział Krzysztofa Jasińskiego w licznych festiwalach teatralnych poza krajem przyczynił się do popularyzacji naszej kultury i naszego miasta1Miesięcznik społeczno-kulturalny „Kraków”, nr 4/2017.

Elżbieta Zechenter-Spławińska – Wyrafinowana prostota w precyzyjnej formie

Elżbieta Zechenter-Spławińska

Krakowska Książka Miesiąca – Marzec 2017

Wyrafinowana prostota w precyzyjnej formie

Ta książka jest jak dzieło sztuki. A raczej jak dzieło trzech sztuk: edytorskiej, poetyckiej i plastycznej. Idealnie nadaje się na prezent, znakomicie też wzbogaci domową bibliotekę. Jest jak bombonierka, w której ktoś ułożył myślące czekoladki. Nie można ich połknąć szybko i bezrefleksyjnie. Trzeba je powoli smakować, starać się odgadnąć, co w sobie kryją.

Haiku – trzy wersy, 17 sylab, ukryty sens, bezcenna lapidarność. Nic ponad to, co konieczne, a nawet jeszcze mniej. Niedopowiedzenie zostaje zaproponowane czytelnikowi, niech je dopełni – lub nie. Czytając, może się stać w jakimś sensie współautorem, autor haiku bowiem zwykle ukrywa się za wierszem w bezosobowym opisie świata, nie obrazi się, nie wytoczy procesu o naruszenie intelektualnych dóbr. Tak obce kulturze europejskiej medytacja i wyciszenie są w haiku najważniejszym przekazem – dobrą radą daną czytelnikowi. Te lapidarne wiersze, związane z filozofią Wschodu, buddyzmem i medytacją zen, jakby mówiły do nas: zatrzymaj się, nie pędź, przyjrzyj się światu, nie walcz wciąż o swoje, pomiń czasem zaimek „ja”.

Elżbieta Tabakowska, Nie-pełna pustka. Haiku, Wydawnictwo Austeria, Kraków 2016

Elżbieta Tabakowska, Nie-pełna pustka. Haiku, Wydawnictwo Austeria, Kraków 2016

Haiku jest tylko z pozoru formą łatwą. Nie tyle ze względu na te 17 sylab (wymóg w praktyce rzadko u nas przestrzegany), ile na ów oddech Wschodu, głęboki i powolny, na spostrzegawczość w tropieniu drobnych szczegółów przy kontemplowaniu natury i otaczających nas rzeczy. Na wyrażanie uczuć przez pokazanie jakiegoś zjawiska natury, obserwację kwiatu, ptaka, owada. Czegoś, co bliskie, choć nie zawsze przez nas zauważane. Sięgali i sięgają po haiku i polscy poeci. Znakomite są przekłady i oryginalne próby Czesława Miłosza czy Ryszarda Krynickiego.

Elżbieta Tabakowska ustawia się tu jako trzecia w kolejce współczesnych twórców. Rygorystycznie pilnuje liczby sylab i chyba nie musi ich już liczyć, tak swobodny wydaje się zapis, tak naturalnie brzmi prowadzone wewnętrznym rytmem słowo. Agnieszka Żuławska-Umeda podkreśla w krótkim i bardzo poetyckim posłowiu, że jedną z cech haiku Tabakowskiej jest możliwość odczytania treści wiersza jakby w odwrotnym kierunku: od naszkicowanego uczucia do odgadnięcia zjawiska przyrody, jakie je wywołało.

piórko gołębia
niedostrzeżona zguba
wysoko w górze

Albo:

kwiat biała gwiazda
niemal przyćmiewa słońce
zgaśnie przed nocą

Haiku są malarskie, muśnięcie słowem jest jak muśnięcie pędzlem. Ważną rolę odgrywają w książce Elżbiety Tabakowskiej ­sumi-e Lidii Rozmus. Jest ciekawostką godną zauważenia, że Lidia także pisze haiku, a autorka kilku zdań na czwartej stronie okładki książki, Agnieszka Żuławska-Umeda, tłumaczy i propaguje od lat japońskie wiersze.

Nie-pełna pustka Elżbiety Tabakowskiej, anglistki, specjalistki w dziedzinie językoznawstwa kognitywnego i teorii przekładu, tłumaczki między innymi książek Normana Daviesa, została wyróżniona w marcu Nagrodą Krakowskiej Książki Miesiąca1Miesięcznik społeczno-kulturalny „Kraków”, nr 3/2017.

Zdzisław Pietrzyk – Księgozbiór historyczny Kamedułów z krakowskich Bielan w ahistorycznym opracowaniu

Zdzisław Pietrzyk

Uniwersytet Jagielloński

Księgozbiór historyczny Kamedułów z krakowskich Bielan w ahistorycznym opracowaniu1Recenzja książki: J. Partyka, Historyczny księgozbiór kamedułów eremitów z krakowskich Bielan. Spojrzenie na kulturę materialno-duchową polskich kamedułów, Kraków 2017.

Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i klasztor oo. Kamedułów na Bielanach, fot. ze zbiorów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa

Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i klasztor oo. Kamedułów na Bielanach, fot. ze zbiorów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa

Autor zaczął książkę od konstatacji, że kameduli zawsze obierali na swoje siedziby miejsca odludne, gdzie trudno było dotrzeć i przekroczyć mury klasztorne, ale natychmiast pisze: „Nawet w chwili obecnej, w XXI wieku, można zbliżyć się do życia w kamedulskiej pustelni”. Już na pierwszej stronie widać błąd logiczny spowodowany pośpiechem i brak odpowiedniej redakcji tekstu. Tematem książki jest księgozbiór kamedulski z klasztoru ze Srebrnej Góry na krakowskich Bielanach, który trafił do Biblioteki Jagiellońskiej. Autor miał w zamierzeniu przybliżyć czytelnikowi – spodziewającemu się narracji o krakowskich Bielanach – odludne położenie klasztoru kamedulskiego i opisał drogę do… Bieniszewa. Jest to miejscowość nieopodal Konina, gdzie funkcjonuje drugi w Polsce klasztor oo. Kamedułów. Z dawnych lat istnieje wiele opisów podkrakowskich Bielan i autor mógł z nich skorzystać, by przybliżyć współczesnemu czytelnikowi drogę do klasztoru na Srebrnej Górze2Literaturę tę przytoczyli np. M. i. M. Florkowscy, Kameduli, Kraków 2005 i w innych swoich książkach o kamedułach oraz A. Bruździński, Bielany – ulubione miejsce Krakowa. Związki bielańskich kamedułów z Krakowem, „Folia Historica Cracoviensia” 2011, XVII, s. 33–35., do którego, jak pisze, „cywilizacja zbliżyła się na wyciągnięcie ręki” – podczas transportów książek z kamedulskiej biblioteki drżeliśmy o zjazd aut ze Srebrnej Góry. Klasztor położony obecnie na przedmieściu Krakowa na Srebrnej Górze jest oazą spokoju, do której można się dostać drogą przez las, wspinając się pod górę.

Tytuł książki – Historyczny księgozbiór kamedułów eremitów z krakowskich Bielan. Spojrzenie na kulturę materialno-duchową polskich kamedułów – nie został odpowiednio uzasadniony przez autora, który zajął się tylko jego częścią, to znaczy starodrukami. Księgozbiór kamedułów z Bielan przechowywany w Bibliotece Jagiellońskiej jest w całości zbiorem historycznym, a składają się nań starodruki, rękopisy i książki z XIX i XX w. Tylko księgozbiór mający wymiar współczesny pozostał na Srebrnej Górze. Autor zatem pominął książki z XIX i XX w. oraz rękopisy. Bez poznania zawartości książek tak zwanych nowych i zasobu rękopiśmiennego trudno mówić o kompletności, a w omawianej pozycji brak odniesień do tych dwóch kategorii zbiorów. Rękopisy przekazane w depozyt stanowią nieodłączną i istotną część biblioteki kamedulskiej, a na podstawie niektórych z nich można wzbogacić wiedzę o zbiorze kamedulskim. Zbiór rękopisów kamedulskich w Bibliotece Jagiellońskiej oczekuje na opracowanie. Spis sporządzony przez Mindaugasa Paknysa jest zaledwie pierwszym, skromnym etapem tego zadania. Tytuł i zakres badań wynikający z tytułu książki Historyczny księgozbiór… tylko częściowo odpowiada próbie scharakteryzowania zawartości księgozbioru kamedulskiego w Bibliotece Jagiellońskiej. Podtytuł książki – Spojrzenie na kulturę materialno-duchową polskich kamedułów – jest tylko hasłem, ponieważ w pracy brak odniesień do kultury materialnej kamedułów. Zaprezentowane elementy pochodzą z „drugiej ręki”, czyli z prac Ludwika Zarewicza oraz Marzeny i Marka Florkowskich. Autor nie wykorzystał wspaniałego źródła, jakim są dwie księgi wydatków (1637–1717) i przychodów (1637–1732) klasztoru bielańskiego przechowywane wraz z innymi rękopisami przekazanymi w depozyt do Biblioteki Jagiellońskiej3Biblioteka Jagiellońska w Krakowie (dalej cyt. BJ), rps Cam. 24; rps Cam. 25. oraz rękopisu przechowywanego w Bibliotece Książąt Czartoryskich w Krakowie4Biblioteka Książąt Czartoryskich w Krakowie (dalej cyt. BCzar.), rps 2894 V..

We wprowadzeniu można oczekiwać przedstawienia stanu badań nad dziejami kamedułów, w tym przede wszystkim w Polsce. Autor zasygnalizował literaturę dotyczącą badań nad kamedułami w Polsce, nie scharakteryzował jednak dotychczasowych badań nad tym niezwykle ciekawym zakonem. Podając liczbę pozycji w bibliografiach dotyczących bibliotek kościelnych w Polsce, autor nie scharakteryzował żadnej z tych prac, a nawet ich nie wymienił (s. 19), zatem dla czytelnika jest to kompletnie bezużyteczna informacja. Książka ma aspiracje do monografii naukowej na temat historycznego księgozbioru kamedułów bielańskich. We wprowadzeniu zabrakło jednak jakichkolwiek odniesień do bibliotek klasztornych w Polsce. Czytelnik nie ma możliwości porównania z innymi zbiorami klasztornymi w kraju. W literaturze przedmiotu istnieją nie tylko opracowania dotyczące księgozbiorów klasztornych, ale także opracowania metodologiczne dotyczące księgozbiorów klasztornych. Spod pióra Jolanty Gwioździk wyszła praca niezwykle pouczająca, swego rodzaju przewodnik metodologiczny, jak prowadzić badania nad księgozbiorami klasztornymi5 J. Gwioździk, Historyczne kolekcje klasztorne. Zarys problematyki badań, [w:] Bibliologia. Problemy badawcze nauk humanistycznych, red. D. Kuźmina, Warszawa 2007, s. 167–175; por. T. Targosz, Piórem zakonnicy. Kronikarki w Polsce XVII w. o swoich zakonach i swoich czasach, Kraków 2002.. Zabrakło w książce co najmniej kilku prac na temat kamedułów, które ukazały się w ostatnich latach w Polsce6Np. M. Juda, Fragment księgozbioru kamedułów na Bielanach pod Warszawą w zbiorach Biblioteki Księży Marianów w Lublinie, „Annales Universitatis Paedagogicae Cracoviensis. Studia ad Bibliothecarum Scientiam Pertinentia” 2013, nr 11, fol. 146, s. 61–71; J. Koralewski, Pokamedulska Pustelnia Złotego Lasu w Rytwianach – wczoraj i dziś, „Alma Mater” 2009/2010, nr 120–121, s. 68; R. Witkowski, Uwag kilka o eremach kamedulskich w Rzeczypospolitej szlacheckiej, [w:] Historia bliższa i dalsza: polityka – społeczeństwo – wojskowość, red. S. Kowal, G. Kucharski, Poznań–Kalisz 2001, s. 161–226..

Ustęp dotyczący przeniesienia zbiorów bibliotecznych ze Srebrnej Góry do Biblioteki Jagiellońskiej jest przedstawiony nieściśle. Użycie określenia „dzięki dwudziestowiecznej kradzieży” (s. 23) uważam za nieszczęśliwe. Koncepcja przeniesienia do Biblioteki Jagiellońskiej, związana z zabezpieczeniem zbiorów i ich udostępnieniem, powstała w 2004 r. i była inicjatywą ówczesnego przeora klasztoru bielańskiego ojca Maksymiliana (Witolda) Kozłowskiego. Zwrócił się on do władz Uniwersytetu Jagiellońskiego, do ówczesnego rektora, profesora Franciszka Ziejki, który sprawę przekazał do realizacji dyrektorowi Biblioteki Jagiellońskiej. Po ustaleniu terminów odbyłem rozmowy z ojcem Maksymilianem. W jednym z pierwszych spotkań uczestniczyli panowie Cezary Stypułkowski (ówczesny prezes Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń) oraz Wiesław Walendziak. Rozważaliśmy różne koncepcje zabezpieczenia księgozbioru kamedulskiego, w tym przekazania w darze Bibliotece Jagiellońskiej po wcześniejszym wykupieniu go od klasztoru. Opcja ta była połączeniem koncepcji zabezpieczenia księgozbioru i pozyskania środków na przeprowadzenie remontu zespołu klasztornego – kościoła klasztornego, domków mnichów, będących wówczas w bardzo złym stanie technicznym, oraz zabudowań klasztornych. Starania ojca Maksymiliana o zabezpieczenie dziedzictwa kulturowego i materialnego szły w kierunku udostępnienia zbiorów dla badaczy, co w warunkach eremu było niezwykle utrudnione. W czasie rozmów z ojcem Maksymilianem, a następnie z jego następcą ojcem Markiem Szeligą (przeorem od 2006 r.), stałem na stanowisku, że każda opcja związana z zabezpieczeniem i udostępnianiem księgozbioru będzie popierana przez Bibliotekę Jagiellońską i udzielimy pomocy merytorycznej. Rozważana też była koncepcja remontu budynku dawnej wozowni i stajni klasztornej związana z włączeniem klasztoru do obiegu kulturowo-turystycznego w Krakowie, nad którą pracowałem wspólnie z ówczesnym wicedyrektorem Biblioteki Jagiellońskiej Ryszardem Juchniewiczem. Koncepcja ta jest jednak sprzeczna z regułą zakonu i wiązałaby się z zakłóceniem trybu życia kamedułów. Ponadto rozwiązanie to wymagałoby zatrudnienia przeszkolonego personelu, na co nie było stać klasztoru.

Biblioteka Jagiellońska była zdeterminowana, aby pomóc w zabezpieczeniu księgozbioru bielańskiego. Na początku 2005 r. ojciec Maksymilian przywiózł do Biblioteki Jagiellońskiej mocno zniszczony rękopiśmienny inwentarz zbiorów bielańskich w celu poddania go konserwacji. Inwentarz ten został odrestaurowany, oprawiony w Pracowni Konserwacji Biblioteki Jagiellońskiej i przekazany ojcu Maksymilianowi7K. Mieszaniec, Skarby eremu, „Dziennik Polski” 17 I 2005.. Oprócz konserwacji katalogu wykonany został również skan katalogu. Włamanie do biblioteki bielańskiej, które nastąpiło po 20 lipca 2005 r., zostało odkryte 9 sierpnia tegoż roku. Skradziono wówczas ponad 200 pozycji8P. Ogrodzki, Biblioteki klasztorne. Zagrożone dziedzictwo kultury, „Cenne, Bezcenne, Utracone” 2013, nr III, s. 28. oraz oryginał inwentarza biblioteki bielańskiej po renowacji w BJ. Na podstawie skanu z tego inwentarza pracownicy Biblioteki Jagiellońskiej przeprowadzili skontrum w bibliotece bielańskiej. Skontrum to, w które było zaangażowane kilkanaście osób z Biblioteki Jagiellońskiej, odbyło się pod kierunkiem dr. Andrzeja Obrębskiego (ówczesnego wicedyrektora BJ ds. zbiorów specjalnych i wydawnictw) we współpracy z klasztorem oraz prowadzącą dochodzenie policją. Doktor A. Obrębski z wielkim zaangażowaniem przeprowadził skontrum – często prywatnym autem dowożąc pracowników BJ na podkrakowskie Bielany.

Tymczasem trwały rozmowy ze sponsorami ewentualnego przeniesienia zbiorów bielańskich do BJ. Rozmowy na krótki czas uległy zawieszeniu w związku ze zmianą na stanowisku przeora na Bielanach. Ojciec Maksymilian Kozłowski spowodował, że szerokie gremium sponsorów zainteresowało się problemami klasztoru na Srebrnej Górze, a obecny przeor o. Marek Szeliga (absolwent Akademii Ekonomicznej w Krakowie), mający wielki talent organizacyjno-ekonomiczny, realizuje przy wsparciu zarówno instytucji państwowych, jak i prywatnych wizję wspaniałej Srebrnej Góry. Biblioteka bielańska jest jednym z elementów całego przedsięwzięcia związanego z renowacją klasztoru. Od początku tego przedsięwzięcia, to znaczy renowacji klasztoru na Srebrnej Górze oraz związanego z tym projektem zabezpieczenia księgozbioru, znajduje się pod opieką prawną kancelarii adwokackiej Wojciecha Sieniawskiego. Zanim doszło do decyzji przeniesienia księgozbiorów do BJ, odbyliśmy liczne spotkania na Srebrnej Górze, w siedzibie PZU w Warszawie oraz w Bibliotece Jagiellońskiej. W 2006 r. ustalono podstawowe zasady związane z zabezpieczeniem księgozbioru kamedułów ze Srebrnej Góry:

  • księgozbiór kamedulski w Bibliotece Jagiellońskiej będzie miał status depozytu;
  • w Bibliotece Jagiellońskiej zostanie skatalogowany w systemie VTLS-Virtua i udostępniony czytelnikom z zachowaniem odrębności proweniencyjnej, czyli w pierwszej kolejności katalog będzie dostępny on-line;
  • księgozbiór zostanie przewieziony do Biblioteki Jagiellońskiej po przeprowadzeniu konserwacji zachowawczej;
  • ekipa konserwatorska zostanie zatrudniona jako firma zewnętrzna i będzie wspomagana przez pracowników BJ (Pracownia Konserwacji BJ, wobec nielicznego składu osobowego, nie była w stanie w krótkim czasie podołać temu zadaniu);
  • w BJ zostanie wydzielony osobny magazyn według zaleceń konserwatorskich związanych ze specyfiką przechowywania księgozbioru w wieży kościoła Kamedułów na Srebrnej Górze.

Proces konserwacji i przygotowania księgozbioru kamedulskiego do przewiezienia do Biblioteki Jagiellońskiej opisała kierująca zespołem konserwatorów Izabela Damulewicz9I. Damulewicz, Kamedulskie sacrum a konserwatorskie profanum, czyli przenosiny księgozbioru Srebrnej Góry do Biblioteki Jagiellońskiej, „Biuletyn Biblioteki Jagiellońskiej” 2013, LXIII, s. 151–156; autor recenzowanej książki nie skorzystał z publikacji tejże autorki: e-book w Śląskiej Bibliotece Cyfrowej: I. Damulewicz, Problem zabezpieczenia interwencyjnego i programowego w małych ośrodkach – bibliotekach kościelnych, [w:] Między teorią a praktyką. Ochrona zbiorów w małych bibliotekach i archiwach. Materiały z konferencji naukowej, Cieszyn 2010, s. 271–289 (s. 280–289 dotyczą biblioteki bielańskiej)., przygotowania organizacyjne i logistyczne – Piotr Kulisiewicz10P. Kulisiewicz, Ze Srebrnej Góry do Biblioteki Jagiellońskiej. Ewidencja. Transport. Zabezpieczenie, „Biuletyn Biblioteki Jagiellońskiej” 2013, LXIII, s. 143–149., a proces katalogowania – Jacek Partyka11J. Partyka, Skarb ze Srebrnej Góry. Depozyt kamedułów z krakowskich Bielan, „Biuletyn Biblioteki Jagiellońskiej” 2013, LXIII, s. 131–141..

Biblioteka oo. Kamedułów na Bielanach, fot. ze zbiorów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa

Biblioteka oo. Kamedułów na Bielanach, fot. ze zbiorów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa

W czasie procesu przejmowania księgozbioru kamedulskiego z Bielan do Biblioteki Jagiellońskiej pełniłem jako dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej ogólny nadzór nad tym przedsięwzięciem. Wicedyrektorzy BJ w zależności od zakresu ich kompetencji zajmowali się odpowiednimi sprawami. Dyrektor A. Obrębski był odpowiedzialny za kwestie związane z przejęciem zbiorów i dokumentacją z tym związaną. Dyrektorzy Ryszard Juchniewicz i Aleksandra Cieślar zajmowali się sprawami dotyczącymi przygotowania magazynu według zaleceń konserwatorskich oraz dezynfekcją księgozbioru w komorze fumigacyjnej. W sprawach związanych z katalogowaniem wspomagała ten proces Krystyna Sanetra, wicedyrektor ds. zbiorów XIX–XXI w. Pierwszy transport zbiorów z Bielan do Biblioteki Jagiellońskiej odbył się 18 grudnia 2007 r. Dużym zaangażowaniem w przygotowanie procesu przeprowadzki księgozbioru ze Srebrnej Góry wykazała się Katarzyna Szklanny, ówczesny pracownik Biblioteki Jagiellońskiej zajmujący się projektami. Program elektroniczny mający kilka modułów związanych z przejmowaniem księgozbioru przygotował Bartłomiej Brawuski, a Piotr Małek był osobą, która doglądała wszystkich aspektów logistycznych. W proces przejmowania, zabezpieczenia, skatalogowania i udostępniania biblioteki kamedulskiej zaangażowanych było kilkudziesięciu pracowników BJ. W cytowanych powyżej artykułach zostali oni częściowo wymienieni, jednak i w tym miejscu należałoby wskazać tych najbardziej zaangażowanych w to wspaniałe dla bibliotekarzy przedsięwzięcie. Oprócz już wymienionych byli to: Aleksandra Szalla-Kleemann, Piotr Małek, Iwona Hojda, Lucyna Nowak. Nie wyznaczono do tej operacji konkretnych osób czy koordynatorów12Biogram J. Partyki na Wikipedii zawiera taką m.in. informację: „Koordynator przejęcia w depozyt przez Bibliotekę Jagiellońską i naukowego opracowania księgozbioru kamedułów z krakowskich Bielan; kierownik zespołu prowadzącego badania w obrębie tej kolekcji. Księgozbiór kamedułów z (Srebrna Góra) to ogromna i cenna kolekcja starodruków i druków nowych (14 tys. jednostek), które zespół dr. Partyki poddał kompleksowej konserwacji i opracowaniu. Jako dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej ds. zbiorów specjalnych przeprowadził akcję przewiezienia księgozbioru kamedułów z klasztoru w Bieniszewie koło Konina do Krakowa. Liczący około dwóch tysięcy starodruków zbiór został zabezpieczony w Bibliotece Jagiellońskiej jako depozyt” – https://pl.wikipedia.org/wiki/Jacek_Partyka – odczyt 22 września 2017 r. Informacje te bardzo mijają się ze stanem rzeczywistym procesu przejmowania i opracowania zbiorów kamedulskich w Bibliotece Jagiellońskiej.. Autor książki zapewne emocjonalnie podszedł do swojej roli w procesie przejęcia i opracowania zbiorów kamedulskich, które znajdują się w Bibliotece Jagiellońskiej, i przypisał sobie zbyt wiele funkcji i zasług w zabezpieczeniu tego zbioru. Na stronie 76 napisał: „Spędziłem przy nim setki godzin, zarówno w komorze fumigacyjnej [podkreślenie Z.P], jak i w magazynie docelowym. Ponadto, aby ograniczyć kontakt osób postronnych z tym zasobem, samodzielnie, po kilku miesiącach spędzonych w magazynie, przywróciłem pierwotny układ sygnaturowy…” (s. 76–77). Prace magazynowe prowadzone nad zasobem bielańskim stanowiły dodatkowy zakres czynności finansowany z projektu PZU. Na początku 2008 r., po rezygnacji dr. Mariana Malickiego z zajmowania się starodrucznym zbiorem kamedulskim, do porządkowania przejętego zasobu kamedulskiego, wydawania książek do katalogowania i przyjmowania ich ponownie do magazynu zostali wyznaczeni (w ramach projektu finansowanego przez PZU) Piotr Kulisiewicz (do druków nowych) i Jacek Partyka (do starych druków). Zadaniem ich było dostarczanie książek katalogującym i po skatalogowaniu odstawienie ich na miejsce oraz ułożenie w magazynie według sygnatur. Wykonywali oni czynności związane z ewidencją, wydawaniem książek do katalogowania i kontrolą przepływu książek w czasie ich opracowania. Postępowanie to miało na celu zminimalizowanie dostępu osób postronnych do nieskatalogowanego zbioru. Praktyka taka jest standardem bibliotecznym przy tego typu przedsięwzięciach.

Jako dyrektor BJ i osoba całkowicie zaangażowana w pozyskanie do zbiorów BJ tego zasobu koordynowałem całość projektu wraz z A. Obrębskim jako zastępcą dyrektora BJ ds. zbiorów specjalnych. Od października 2011 r. do końca projektu kamedulskiego w grudniu 2012 r. J. Partyka jako wicedyrektor BJ ds. zbiorów specjalnych przejął obowiązki A. Obrębskiego.

Do katalogowania tak zwanych książek nowych – wydanych po 1800 r. – w systemie bibliotecznym VTLS-Virtua w Komputerowym Katalogu Zbiorów Bibliotek Uniwersytetu Jagiellońskiego pracownicy Biblioteki Jagiellońskiej przystąpili w 1994 r., natomiast stare druki katalogowano w Bibliotece Jagiellońskiej od 2006 r., kiedy to zapoczątkowano realizację projektu katalogowania zbiorów wydanych w XVII w. pod kierunkiem dr. A. Obrębskiego. Ówczesny Oddział Starych Druków został wzmocniony przez doświadczoną katalogerkę Barbarę Siwek, która praktycznie wdrożyła system elektronicznego katalogowania starych druków w Bibliotece Jagiellońskiej i przeszkoliła pracowników zajmujących się opracowaniem starych druków do katalogowania w systemie elektronicznym.

Oddział Starych Druków w 2010 r. był zatem dobrze przygotowany do zadania, jakim było skatalogowanie starodrucznego zasobu biblioteki bielańskiej. Trudno zatem zgodzić się z twierdzeniem autora, „że elektroniczne katalogowanie starodruków w roku 2010 wciąż było nowością” (s. 77). Jak już wspomniano, od 2006 r. stare druki były katalogowane wyłącznie w wersji elektronicznej w systemie VTLS-Virtua. Nowością było w innych bibliotekach w Polsce, ale nie w Bibliotece Jagiellońskiej13W przypisie 37 na s. 78 autor pisze, że „z całym szacowanym zasobem starodruków w bibliotekach polskich (kilka milionów jednostek bibliograficznych)…”. Z szacunkiem tym trudno się zgodzić. Według stanu na 2012 r. Centralna kartoteka starych druków zawierała ok. 970 jednostek, a według szacunków w bibliotekach kościelnych i pozostałych może znajdować się ok. 700 tys. jednostek, z których duża część jest w Centralnej kartotece starych druków zarejestrowana (https://historia.org.pl/2012/02/11/centralny-katalog-starych-drukow-biblioteki-narodowej-w-warszawie-wywiad/). Według informacji w Biblioteki Narodowej cały zasób starych druków przechowywanych w Polsce to ok. 1,5 miliona jednostek.. Należy tu sprostować, że katalogowano do zasobu Komputerowego Katalogu Zbiorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, natomiast NUKAT jest koncentratorem danych, nie katalogiem Biblioteki Jagiellońskiej. Wszystkie wyżej wymienione okoliczności wymagają szerszego opracowania, tym bardziej że w zasobach BJ znajdują się odpowiednie dokumenty i można uzyskać także relacje pracowników zaangażowanych w proces pozyskania zbiorów bielańskich.

Najcenniejszym fragmentem recenzowanej pracy jest przedstawienie stosunku kamedułów do książki, do nauki i czytelnictwa w regule opracowanej przez bł. Pawła Giustinianiego (s. 35–40).

Przystępując do omówienia i charakterystyki zawartości biblioteki kamedulskiej ze Srebrnej Góry, oczekiwalibyśmy w miarę teoretycznego wprowadzenia i przedstawienia założeń, które autorowi przyświecały przy realizacji zadania. W oczy rzuca się brak odwołań do dzieł innych badaczy zajmujących się podobnymi tematami, w tym Jolanty Gwioździk, największej badaczki kultury zakonnej żeńskiej, która wskazała między innymi na metodologiczne aspekty badań nad księgozbiorami. W magazynie BJ obok zbiorów bielańskich przechowywany jest zbiór starych druków ojców franciszkanów reformatów z Biecza, który został opracowany i opisany przez Beatę Janik14B. Janik, Księgozbiór Ojców Franciszkanów-Reformatów w Bieczu i jego funkcja społeczna (do końca XVIII wieku), Kraków 2002 – praca doktorska w zasobie Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego – Dokt. 100/02. Po zapoznaniu się z tą rozprawą autor uniknąłby zapewne potraktowania księgozbioru historycznego wyłącznie jako zasobu starodrucznego.. Jest to pozycja, która mogłaby się stać metodologicznym przewodnikiem do opracowania księgozbioru kamedułów. Ostatnio na podstawie zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej powstały dwie rozprawy doktorskie dotyczące księgozbiorów prywatnych z przełomu XVIII/XIX w., zawierające stosowane rozwiązania metodologiczne w rozprawach na podobne tematy. Praca na temat biblioteki pierwszego bibliotekarza Jacka Idziego Przybylskiego (dyrektora Biblioteki Szkoły Głównej Koronnej) ukazała się drukiem15M. Mirek, Jacek Idzi Przybylski (1756–1819) jako prefekt Biblioteki Szkoły Głównej Koronnej i kolekcjoner książek, Kraków 2005; Ż. Kubic, Księgozbiór Sebastiana Sierakowskiego, rektora Szkoły Głównej Krakowskiej w latach 1809–1814 w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej – rozprawa obroniona w 2017 r. przez pracownika BJ., a rozprawa Żanety Kubic Księgozbiór Sebastiana Sierakowskiego, rektora Szkoły Głównej Krakowskiej w latach 1809–1814 w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej jest dostępna w Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego i oczywiście u autorki – pracownika Biblioteki Jagiellońskiej. Należałoby zapoznać się i przywołać podstawową rozprawę dotyczącą zakonów męskich w Polsce Jerzego Kłoczowskiego16 J. Kłoczowski, Zakony męskie w Polsce XVI–XVIII wieku, [w:] Kościół w Polsce, t. 2, Wiek XVI–XVIII, red. J. Kłoczowski, Kraków 1969, s. 485–728..

W rozdziale Kameduli w Polsce – eremy i biblioteki. Archiwum i biblioteka na krakowskich Bielanach czytelnik został zapoznany z dziejami klasztorów kamedulskich w Polsce. Pisząc o klasztorze na wyspie wigierskiej, autor popadł w sprzeczność: „chociaż Jan Kazimierz nie zdążył przyczynić się do jego wzniesienia, abdykując w 1668 r., to jednak erem został przez niego tak bogato uposażony, iż pustelnicy mogli ukończyć jego budowę bez dodatkowej pomocy” (s. 47). Zdecydowanie więcej można się było spodziewać wiadomości o klasztorze na Srebrnej Górze, otrzymując książkę o zbieranym tam księgozbiorze. Uderzający jest brak odniesienia się do zakonników, którzy przez ponad 400 lat przebywali na Srebrnej Górze. Poza kilkoma wymienionymi eremitami cała społeczność jest anonimowa. Autor, mimo że cytuje pracę Andrzeja Bruździńskiego, nie wykorzystał jej. Aneksem do tego obszernego artykułu jest wykaz kamedułów bielańskich: Kameduli w eremie Montis Argentini na Bielanach k. Krakowa w okresie staropolskim17A. Bruździński, Bielany – ulubione miejsce Krakowa. Związki bielańskich kamedułów z Krakowem, „Folia Historica Cracoviensia” 2011, XVII, s. 49–78.. Na podstawie tego aneksu i rozdziału w tym artykule dotyczącym związków kamedułów z Krakowem można było wyciągnąć wnioski o duchowym życiu krakowskich kamedułów, a przecież taki jest podtytuł książki. Autor nie przeprowadził próby zidentyfikowania zakonników jako czytelników i twórców biblioteki klasztornej. Nie znajdujemy informacji, kto bibliotekę tworzył. M. i M. Florkowscy napisali w swojej popularnonaukowej książce o kilku bibliotekarzach na krakowskich Bielanach i twórczej intelektualnej pracy bielańskich eremitów18M. i M. Florkowscy, Kameduli, Kraków 2005, s. 141–150., a zdecydowanie mniej znajdujemy o tym wiadomości w omawianej książce. Poza przejętymi od L. Zarewicza oraz M. i M. Florkowskich danych o obsadzie klasztoru autor nie spróbował określić, kto na Srebrnej Górze przebywał i jakie potrzeby intelektualne mieli tamtejsi zakonnicy.

W rękopisach przekazanych wraz z książkami, które stanowią nieodłączny element historycznego księgozbioru, znajduje się wiele danych o eremitach bielańskich od XVII w. Autor pisze o stratach i zakupionych przez biblioteki Czartoryskich i Jagiellońską dziełach, ale niestety nie przeprowadził analizy tych dzieł i nie podał ich liczby oraz nie stwierdził, jaki jest to zasób.

W podrozdziale Katalogi i inwentarze na Bielanach autor wspomina o zachowanych katalogach darów i legatów testamentowych, powołując się na pracę Romana Nira. Pisze: „zachowane w archiwum katalogi darów i zapisów” (s. 54). W przypisie nr 70 wyjaśnia, że do katalogów tych nie dotarł i „w roku 2016 nie było możliwe uzyskanie do nich dostępu w klasztornym archiwum, a na pewno nie znalazły się wśród 186 rękopisów przekazanych z Bielan w depozyt do magazynów Sekcji Rękopisów BJ”. Jest to sprzeczność w badaniach nad stanem księgozbioru przed przekazaniem go do BJ. Wynika ona z tego, że autor nie opiera się na zachowanych katalogach, a na relacji – niestety niepełnej – R. Nira. W zbiorze przekazanych rękopisów znajdują się dwa inwentarze zbiorów bielańskich. Pod sygnaturami rękopisów bielańskich przechowywanych w BJ: 161 i 171 są dwa inwentarze – jeden: Katalog biblioteki klasztoru kamedułów bielańskiego (Cam. rps sygn. 161)19W spisie tym znajdują się poza drukami także informacje o inkunabułach, m.in. nr 197, 1853, 2272 – BJ Cam. rps 161., drugi to Inkunabuły biblioteki OO. Kamedułów (Cam. rps sygn 171)20Przywoływanie tych rękopisów jest dla czytelnika nieznającego zasobu kamedulskiego skomplikowane. Autor cytuje spis Paknysa, a nie zasób rękopiśmienny. Ponadto w przypisie 75 na s. 55 przywołuje poz. 65 ze spisu Paknysa, pod którą kryje się rękopis treści teologicznej. „Spisana w Rytwianach przez kamedułę o. Atanaza w r. 1630” – tak w swoim spisie o tej pozycji pisze M. Paknys.. Autor opisał oba te inwentarze, ale nie przeprowadził analizy ich zawartości i nie ustosunkował się wyraźnie do ich zawartości. Spis inkunabułów został sporządzony według zachowanej notatki na tym rękopisie 28 października 1921 r. Na przedostatniej stronie tego spisu widnieje notatka: „wiele Ink[unabułow] polskich skradziono w pierwszej poł[owie] XIX wieku”21Autor nie ustosunkował się do tych informacji, a w przypisie nr 77 na s. 57 podaje błędny numer rękopisu 167 zamiast 171.. Nie jest to spis sporządzony ręką Kazimierza Piekarskiego, ale możliwe, że jest to odpis tego spisu. Podobnie inwentarz zachowany w wersji elektronicznej, którego oryginał został skradziony w 2005 r., nie został w sposób wyczerpujący omówiony i porównany z zasobem, który jest obecnie przechowywany w Bibliotece Jagiellońskiej. Powiedziałbym, że omówienie na niespełna czterech stronach tekstu (s. 55–61 – zawierają całostronicowe fotografie) trzech inwentarzy zawierających razem wiele tysięcy pozycji jest tylko reporterskim zasygnalizowaniem sprawy, a nie badawczym podsumowaniem stanu biblioteki kamedulskiej w porównaniu z tymi datowanymi inwentarzami.

Autor powołuje się na „zachowane w archiwum katalogi darów i zapisów” (s. 54), o których napisał kiedyś R. Nir. Jest to nieuprawnione, ponieważ jak sam autor pisze, do katalogów tych nie dotarł. Są zatem obecnie niedostępne. Pisząc o inwentarzu skradzionym w 2005 r., raz nazywa go zaginionym, raz skradzionym. Niestety, został on skradziony w 2005 r.. Przedstawiając stan ilościowy księgozbioru bielańskiego (s. 59–60), autor całkowicie pominął wspominany wcześniej zasób rękopiśmienny, który także jest częścią księgozbioru historycznego kamedułów z Bielan. O tak zwanych książkach nowych, stanowiących historyczny księgozbiór z Bielan, także nie mamy jakichkolwiek informacji.

Autor, przedstawiając stan ilościowy księgozbioru starodrucznego ze Srebrnej Góry, nie porównał go z zasobami innych bibliotek klasztornych poza wzmianką, że zasób inkunabułów plasowałby bibliotekę bielańską na 10. miejscu pośród bibliotek kościelnych (s. 83, przyp. 22). Czytelnik chciałby jednak się dowiedzieć, które biblioteki są zasobniejsze. Autor powołuje się tu między innymi na niedrukowaną pracę ks. Romana Nira Biblioteki i księgozbiory kościelne…, nie wskazując, gdzie ta praca się znajduje (por. s. 213).

Trudno zgodzić się z konstatacją autora, że „najmniej liczna grupa przypadków, które prowadzą do ubożenia zasobności książnic, to dzieła usunięte w wyniku «sprzątania» i «porządkowania» księgozbiorów” (s. 65). Jerzy Zathey pisał, że „wstrząsające jest uprzytomnienie, że w najlepiej zachowanym zbiorze uniwersytetu – po Collegium Maius – niewiele więcej niż 10% legowanych książek wśród zachowanych do dziś umiemy rozpoznać. Straty więc w ciągu wieków są o wiele większe, niż zdajemy sobie sprawę”22J. Zathey, Historia Biblioteki Jagiellońskiej w latach 1364–1492, [w:] J. Zathey, A. Lewicka-Kamińska, L. Hajdukiewicz, Historia Biblioteki Jagiellońskiej, t. 1, 1364–1775, red. I. Zarębski, Kraków 1966, s. 77.. Zbiory Collegium Maius, podobnie jak zbiory biblioteczne ze Srebrnej Góry, nie doznały nigdy większych strat w wyniku pożaru, rabunku w czasie wojny i innych klęsk.

Jacek Partyka, Historyczny księgozbiór kamedułów eremitów z krakowskich Bielan. Spojrzenie na kulturę materialno -duchową polskich kamedułów Wydawca: Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, 2017

Jacek Partyka, Historyczny księgozbiór kamedułów eremitów z krakowskich Bielan. Spojrzenie na kulturę materialno-duchową polskich kamedułów Wydawca: Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, 2017

W papierach Zofii Ameisenowej znajdują się dwa XVIII-wieczne dokumenty ze zbioru kamedułów z krakowskich Bielan. Na jednym z nich widnieje notatka L. Zarewicza. Dokumenty te przekazał mu Rajmund Zawadzki; odebrał je od eremity, który chciał je przeznaczyć „do pewnego użytku”. W konkluzji L. Zarewicz napisał, że w miejscu do „puryfikacji” „nie chcąc krzywdzić W. Ojców położyłem tam zaraz kilka arkuszy miękkiej bibuły jako właściwszy materiał puryfikacji…”23Nieopracowane papiery Z. Ameisenowej w Sekcji Rękopisów BJ – informacja mgr Iwony Hojdy (dokumenty te znajdują się paczce nr 15).. Z tego przykładu wynika, że eremici jeszcze pod koniec XIX w. nie dbali o stary zasób, a wręcz traktowali go zupełnie utylitarnie, używając zbiorów do celów niezwiązanych z biblioteką. W przypisie nr 7 na s. 66 autor zarzuca P. Ogrodzkiemu nieścisłości w artykule, mianowicie powtarzanie niesprawdzonych informacji o wielkości księgozbioru. P. Ogrodzki podaje przybliżoną wielkość księgozbioru bielańskiego, tak jak był szacowany po skontrum w 2005 r. na terenie klasztoru. Wielkość księgozbioru starych druków szacowano wówczas na ok. 7 tys. starodruków (zob. J. Partyka, BBJ, s. 134). Autor wykazał się tu nieuzasadnionym krytycyzmem, a jednocześnie nie przywołał przewodników po zbiorach polskich, między innymi Edwarda Chwalewika (t. 1, s. 22–23), Tomasza Makowskiego i dzieła wydanego w 2016 r. Zabytki sztuki w Polsce. Małopolska (s. 694), gdzie znajduje się notka o cennym zbiorze starodruków w bibliotece, a stan przedstawia na rok 2016.

W części książki zatytułowanej Kameduli w Polsce – eremy i biblioteki. Archiwum na krakowskich Bielanach zabrakło odpowiedzi na podstawowe pytania związane z charakterystyką każdego księgozbioru: Jak go udostępniano i komu? Kto się nim opiekował? Autor wspomina o ewentualnym kopiowaniu książek, ale nie wskazuje, czy w zasobie rękopiśmiennym zachowały się takie egzemplarze, czy oprócz spisów istniały lub istnieją inne formy dokumentowania zbiorów bibliotecznych.

Charakteryzując zawartość księgozbioru, autor dokonał jednego podziału – chronologicznego. Podzielił księgozbiór na inkunabuły, druki XVI-wieczne, XVII-wieczne i XVIII-wieczne, ale pominął zbiór rękopisów, który także jest zbiorem historycznym. W sposób jedynie sygnalizujący wskazał, z jakimi dziedzinami wiedzy związane były dzieła gromadzone przez kamedułów. Przy monograficznym podejściu do księgozbioru uważam za nieodzowne, chociaż niezwykle czasochłonne i trudne, sklasyfikowanie go według poszczególnych dziedzin wiedzy. Autor, opisując zasób inkunabułów, przytoczył obszernie pojęcie inkunabułów, które w pracy, do jakiej pretenduje, jest zbędne. Pisze, że inkunabuły były kilkakrotnie opisywane, i podaje… jedną pracę R. Nira. Pisząc o językach, w jakich wydrukowane zostały inkunabuły, jako do bazy porównawczej odnosi się do NUKAT-u, którego zasób jest bardzo ograniczony – jak sam przyznaje liczy tylko 2600 rekordów (stan na czerwiec 2016 s. 86, przyp. 43). Jeśli takie porównanie miałoby być zrealizowane rzetelnie, należałoby przeprowadzić je na innej próbie badawczej, na przykład: Gesamtkatalog der Wiegendrucke, Leipzig 1925. Przytaczane w książce katalogi inkunabułów byłyby z całą pewnością lepszym odnośnikiem niż baza będąca dopiero w powijakach. W podziale topograficzno-typograficznym analiza został przeprowadzona niejasno. Jeśli chcielibyśmy się dowiedzieć, ile inkunabułów pochodzi z danej oficyny, nie znajdziemy tego w rozprawie. Ponadto w części tej – jak i w całej książce – znajduje się dużo drobnych potknięć redakcyjnych. Na s. 83–84 pisząc o inkunabułach, autor używa określenia „a oprócz tego kilka druków piętnastowiecznych” (s. 83), używa zamiennie słowa „rabunek” i „kradzież”, co nie jest tożsame (s. 83); wydawca Cachelofen (s. 83) na s. 84 jest cytowany jako Kachelofen; na s. 84 – pisząc: „siedem bądź osiem egzemplarzy na świecie”, należałoby uzasadnić taką konstatację24Np. na s. 39 przyp. 38 jest mało przejrzysty, co to jest „rękopis F.A.”; s. 45 – nie Zygmunt Pac, a Krzysztof Zygmunt Pac; s. 55 przyp. 75 pod pozycją 65 w spisie M. Paknysa i w rzeczywistości na półce bibliotecznej znajduje się rękopis teologiczny; s. 219 – Odwoływanie się do rękopisów kamedulskich w depozycie BJ: „zasób elektroniczny dostępny w Czytelni Rękopisów BJ” wprowadza ewentualnego czytelnika w błąd, ponieważ M. Paknys sporządził spis w formie pliku cyfrowego, ale należy cytować realne rękopisy przechowywane w BJ.. W Polsce istniało kilka eremów kamedulskich, które miały biblioteki. Książki migrowały wraz z mnichami. Niestety, autor nie przedstawił nam, jak te przepływy między klasztorami wyglądały. Wiemy, że na krakowskich Bielanach znajdowały się pozycje z klasztorów na wyspie wigierskiej, w Bieniszewie, w Warszawie, natomiast na pytanie, jaka to była skala, autor powinien odpowiedzieć, przeprowadzając badania proweniencyjne. W bibliotece kamedulskiej z Bieniszewa przechowywanej w Bibliotece Jagiellońskiej znajduje się 25 pozycji o proweniencji z krakowskich Bielan, z bibliotek warszawskich kamedułów – 882, a z Wigier – 72325E. Baumann, Oznaczenie pochodzenia książki: rekonstrukcja kontekstu historycznego przy ocenie stanu zachowania starych druków, [w:] Od skryptoriów po nowe media. Materiały konferencyjne, Warszawa 2016, s. 18, dokument elektroniczny, http://bbc.uw.edu.pl/Content/813/Skryptoria.pdf..

Na s. 89 autor pisze, że charakteryzując zasób inkunabułów z biblioteki bielańskiej, „należy rozpatrywać ten zbiór wyłącznie w odniesieniu do chwili obecnej i do aktualnego stanu zbiorów”. Uważam, że inkunabuły są tak specyficznym, nielicznym i cennym zasobem, że starając się pisać o historycznym księgozbiorze kamedułów eremitów z krakowskich Bielan, podejście takie jest nieuzasadnione.

Opisując książki wydane w XVI w., autor wskazał na zwiększenie liczby pozycji z tego okresu w stosunku do okresu inkunabułowego, co upatrywał przede wszystkim w zwiększeniu nakładów książek wydawanych przez drukarzy. Nie wspomniał natomiast o podstawowym faktorze tego zjawiska, czyli zdecydowanym rozszerzeniu umiejętności druku i liczby warsztatów drukarskich, które działały w XVI w., a tym samym zdecydowanym wzroście liczby tytułów oraz dokonanej w okresie odrodzenia prawdziwej rewolucji oświatowej. Wskazując na umiejętność czytania i pisania, znajomość języka łacińskiego, autor nie odwołał się do prac na przykład Wacława Urbana, który opublikował serię artykułów na ten temat, charakteryzując alfabetyzację w różnych grupach społecznych26W. Urban, Znajomość łaciny w Małopolsce drugiej połowy XVI wieku, „Przegląd Humanistyczny” 1996, XL, nr 1, s. 97–110; tenże, Znajomość łaciny w Małopolsce w XVII wieku, „Kieleckie Studia Historyczne” 1999, XV, s. 37–64; tenże, Umiejętność pisania w Małopolsce w drugiej połowie XVI wieku, „Przegląd Historyczny” 1977, LXVIII, z. 2, s. 231–257; tenże, Stan oświecenia duchowieństwa krakowskiego w wiekach XVI–XVIII, „Przegląd Historyczny” 1983, LXXIV, z. 3. s. 509–515.. Liczba druków włoskich jest dla autora zaskakująca (s. 97), choć dalej pisze, że pierwsi zakonnicy pochodzili przede wszystkim z Włoch (s. 97, 105). Narzuca się tu teza, że podstawą biblioteki bielańskiej były jednak książki stanowiące własność zakonników przybyłych z Italii oraz tych, którzy z kulturą włoską byli ściśle związani między innymi przez pobyt we włoskich klasztorach czy podróże do Rzymu i innych miast włoskich, co autor napisał na s. 105.

W zestawieniu dla druków XVI-wiecznych autor wykazał takie kraje jak Włochy, Niemcy, Austria, Czechy, Belgia i Holandia. Uważam, że jest to zabieg ahistoryczny, ponieważ pisząc o drukarstwie XVI-wiecznym, posługiwanie się dzisiejszymi pojęciami polityczno-geograficznymi jest nieuzasadnione. Wyjaśnienie, że taka jest klasyfikacja zastosowana w systemie bibliotecznym, jest tu nie na miejscu. Badacz powinien odnieść się do czasów, które opisuje, i wykonać analizę, wówczas powstaje praca badawcza, a nie proste odwzorowanie współczesnego katalogu bibliotecznego. Trzeba pamiętać, że każdy katalog biblioteczny jest źródłem świadczącym o czasach, w których powstał. W rozprawie mającej scharakteryzować historyczny księgozbiór nie powinno się robić selekcji w przedstawianiu drukarzy (s. 109). Zestawienie drukarzy włoskich jest wyborem bez określenia miejsca funkcjonowania warsztatu. Wybór powinno się uzasadnić, a tego w pracy brak. Podobnie w części książki dotyczącej XVI–XVIII w. należałoby „przełożyć” zaczerpnięte z katalogu komputerowego BJ obecne podziały polityczno-geograficzne na realia minionych czasów. Przy omawianiu zasobu XVI-wiecznego zabrakło zestawień drukarzy, charakterystyki rzeczowej tematyki księgozbioru poza wzmiankami niewyczerpującymi tematu, a tylko sygnalizującymi problem (np. jak duży procent stanowiły książki z zakresu teologii, liturgii, ojców Kościoła i innych dziedzin). Tego w tej części i przy inkunabułach wyraźnie zabrakło. Wiąże się to z bardzo żmudnymi badaniami, ale biorąc książkę o tym tytule do ręki, spodziewamy się tego typu analiz i wiadomości.

Charakteryzując XVII-wieczne druki, autor nie ustrzegł się przeniesienia dzisiejszego myślenia: „Zakonnicy przybywający z Włoch przywozili ze sobą publikacje obecne na rynku książkowym i dzięki temu łatwiej dostępne, a nie druki starsze, droższe i trudniejsze do zdobycia” – nawet Benedykt z Koźmina pisał w swoim testamencie, że książki stare należy usuwać z biblioteki, a więc nasi przodkowie inaczej podchodzili do wartości ksiąg, choć były one w XV–XVIII w. relatywnie zdecydowanie droższe niż obecnie. Przy wzmiance o drukach wytłoczonych przez drukarnię Franciszka Cezarego chciałoby się znaleźć odwołania do niedawno opublikowanego przez Mariana Malickiego katalogu druków tego wydawcy. Przykładowo opis dzieła Stanisława Jagodyńskiego w katalogu sporządzonym przez M. Malickiego jest bardzo obszerny i informujący czytelnika o zawartości tego popularnego wówczas utworu27M. Malicki, Repertuar wydawniczy drukarni Franciszka Cezarego starszego 1616–1651, cz. I, Bibliografia druków Franciszka Cezarego starszego 1616–1651, Kraków 2010, s. 508–515.. Należałoby jednak skorygować system przypisów, w których autor zastosował transliterację, co dla tekstów XVII- i XVIII-wiecznych czyni się zupełnie wyjątkowo. M. Malicki w opisach druków wydanych przez F. Cezarego st. zastosował bardziej przejrzysty system. Jolanta Gwioździk pisze o wizualizacyjnym podejściu do kształtowania sióstr zakonnych poprzez przekaz ilustracyjno-słowny28J. Gwioździk, Kultura pisma i książki w żeńskich klasztorach dawnej Rzeczypospolitej XVI–XVIII wieku, Katowice 2015, s. 48–56.. W spisie wydatków klasztoru bielańskiego z kwietnia 1653 r. znajduje się zapis, że wydano pieniądze na obrazki29BJ rps Cam. 24 – rps nienumerowany kwiecień 1653.. W tymże miesiącu kameduli zapłacili 1 złoty i 10 groszy za oprawę „diurnala” o. Ambrożego30Tamże..

Omówienie kilkudziesięciu pozycji z prawie czteroipółtysięcznego zasobu druków XVII-wiecznych nie wyczerpuje w żaden sposób możliwości i pytań dotyczących tej części księgozbioru bielańskiego.

W eremie oo. Kamedułów na krakowskich Bielanach, fot. ze zbiorów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa

W eremie oo. Kamedułów na krakowskich Bielanach, fot. ze zbiorów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa

Druki wydane w XVIII w. to kolejny rozdział omawianej książki. Dowiadujemy się, że druki z tego wieku to zbiór liczący 1430 pozycji. Liczba druków z XVIII w. w bibliotece bielańskiej jest swego rodzaju zaskoczeniem. Z XVI w. druków jest 2144, z XVII w. – 4447, a najmniej druków pochodzi z XVIII w. Zwykle w każdej bibliotece rozkład chronologiczny jest taki, że druki ­XVIII-wieczne stanowią co najmniej dwukrotność druków XVII-wiecznych. Autor nie ustosunkował się do tego zjawiska. Pisząc o barokowych długich tytułach książek, można było przywołać dzieło Istvána Ráth-Vega Komedia książki, w którym jeden z rozdziałów jest poświęcony tytułom31I. Ráth-Veg, Komedia książki, Wrocław – Warszawa – Kraków 1994, s. 21–31.. Wspominając o nabywaniu przez kamedułów książek w XVII–XVIII w., autor nie odniósł się do prac z zakresu rynku księgarskiego w Krakowie, między innymi Renaty Żurkowej i Moniki Jaglarz32M. Jaglarz, Księgarstwo krakowskie XVI wieku, Kraków 2004; R. Żurkowa, Księgarstwo krakowskie w pierwszej połowie XVII wieku, Kraków 1992..

W przypisach zastosowanych przez J. Partykę znajdują się – jak wyżej wspomniałem – zapisy katalogowe poszczególnych pozycji, a nie odsyłacze bibliograficzne, co w przypadku po pierwsze istnienia drukowanego katalogu, na przykład przygotowanego przez Mariana Malickiego opisu tych pozycji, jest zbędne, a po drugie druki te zostały opisane w katalogu zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej i wszystkie elementy zawarte w przypisach każdy badacz może odnaleźć w komputerowym katalogu zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej. Zastosowanie tego zabiegu powoduje, że na wielu stronach omawianej pozycji dwie trzecie ich zawartości to rozbudowane opisy książek umieszczone w przypisach. Można wprost skonstatować, że 80-stronicowa część bibliologiczna posiada zaledwie około połowy treści, pozostała część rozprawy to właśnie rozbudowane opisy zamiast przypisów i materiał ilustracyjny. Po zredukowaniu tych przypisów do formy obowiązującej w dziełach historycznych okazałoby się, że książka miałaby skromną liczbę stron. Wówczas ujawniłby się w całej okazałości jej przyczynkarski, a nie monograficzny charakter.

Kameduli byli także nakładcami kilku druków – co autor odnotował. Dobrze byłoby porównać ten stan z innymi klasztorami – niektóre ze zgromadzeń miały własne drukarnie, a zakony żeńskie także były nakładcami, co wykazała ostatnio J. Gwioździk33J. Gwioździk, Kultura pisma i książki w żeńskich klasztorach, art. cyt., s. 233–292, rozdział pt.: Kosztu aby była drukowana nie żałować. Działalność edytorska zakonów żeńskich w XVI–XVIII w. wskazuje na działalność nakładczą zakonów żeńskich. Szkoda, że autor nie pogłębił tego zagadnienia, mając do dyspozycji księgi wydatków klasztornych z tego okresu – BJ Cam. rps 24.. Porównań i odwołań do literatury związanej z książką i bibliotekami w innych zgromadzeniach w omawianej pozycji kompletnie brak34A. Krawczyk, Rola książki w klasztorze, [w:] Z książką przez życie, red. A. Krawczyk, Lublin 2008, s. 169–178 – tamże literatura przedmiotu.. Można odnieść wrażenie, że kameduli byli jedynym zgromadzeniem zakonnym.

Omawiając darczyńców, autor w zasadzie nie przybliżył ich życia i zajęć, co mogło mieć decydujący wpływ na zrozumienie ich daru oraz sposobów nabycia przez nich księgozbioru, który znalazł się na Srebrnej Górze. Chciałoby się dowiedzieć dużo więcej o strukturze poszczególnych księgozbiorów, tym bardziej że w wyniku grantu sfinansowanego przez PZU druki te zostały (jak już wspomniano) szczegółowo opracowane w elektronicznym KKZBUJ (Katalog Komputerowy Zbiorów Bibliotek Uniwersytetu Jagiellońskiego). Niestety, autor przybliżył nam darczyńców w niewiele większym stopniu, niż zrobili to L. Zarewicz oraz M. i M. Florkowscy.

Pierwszym ofiarodawcą był Mikołaj Wolski, fundator klasztoru. Autor pisze, że jego dary nie posiadają „superekslibrisu marszałkowskiego” (s. 140). Czytelnik chciałby wiedzieć, czy Mikołaj Wolski posiadał ekslibris, a jeśli tak, to jak on wyglądał, jaka była jego biblioteka i czy posiadał zbiory biblioteczne. Omawiając dary Wolskiego, autor pisze, że zidentyfikował 14 dzieł w 10 woluminach, nie wspomina jednak, by wśród nich był rękopis, a takowy trafił do zbiorów kamedulskich35BJ rps Cam. 27.. Konstatacja, że wielka, ponad półmilionowa donacja Wolskiego „nie znajduje odzwierciedlenia w zasobie druków podarowanych eremowi”, jest trudna do zrozumienia. Wolski przecież nie fundował biblioteki, która była tylko elementem całości zespołu klasztornego, a zespół klasztorny. Z omawianego opracowania dowiadujemy się, że M. Wolski miał bibliotekę, ale nie mamy żadnych odniesień, gdzie o tej bibliotece można się dowiedzieć. Omawiając egzemplarz druku z daru Wolskiego posiadający superekslibris36BJ, druk Cam. C. VI.16., autor nieprawidłowo zidentyfikował jego wcześniejszych właścicieli (s. 143). Napisał, że prawdopodobnie należał do przedstawicieli rodziny Ponętowskich: „superekslibris złożony z herbów Jastrzębiec, Kościesza, Leszczyc i Godziemba oraz inicjały «S.P.», które razem mogą sugerować, że pierwszym właścicielem druku mógł być członek rodziny Ponętowskich”. Tak przedstawiony porządek herbów w superekslibrisie wzbudza wątpliwość, ponieważ Ponętowscy pieczętowali się herbem Leszczyc, a w opisie herb ten jest wymieniony na trzecim miejscu. Po konsultacji egzemplarza okazuje się, że porządek herbów jest następujący: Kościesza, Jastrzębiec, Godziemba i Leszczyc, co wskazuje, że ekslibris należał do rodziny pieczętującej się herbem Kościesza. Szlachta polska, używając superekslibrisów i herbów genealogicznych złożonych, przestrzegała ścisłych zasad genealogicznych. W tym przypadku właścicielem mógł być przedstawiciel pieczętujący się herbem Kościesza, mający babkę macierzystą pieczętującą się herbem Leszczyc37Por. J. Szymański, Nauki pomocnicze historii od schyłku IV do końca XVIII w., Warszawa 1976, s. 548.. Po zbadaniu genealogii można zapewne ustalić, kto ze szlachty pieczętującej się herbem Kościesza, nazywający się na „P”, pojął szlachciankę z rodziny Jastrzębców i poprzez dalsze powiązania wskazać właściciela tego superekslibrisu i książki.

Paweł Maurycy Henik był pierwszym większym benefaktorem biblioteki bielańskiej. Jest to niezmiernie ciekawa postać nieposiadająca monografii, poza niewielkim biogramem w Polskim słowniku biograficznym, który autor przytacza na początku pracy, natomiast nie przywołuje go, omawiając dar Henika38W książce są powtórzenia: s. 52–53 powtarzają informacje ze s. 147–149.. Badacze, biorąc do ręki książkę omawiającą zbiory kamedulskie, chcieliby się dowiedzieć o Heniku znacznie więcej – jak pozyskiwał książki, gdzie je kupował, z nadzieją, że autor przeanalizuje okruchy źródłowe na książkach, by uzupełnić biografię Henika o wzmianki, kiedy i gdzie przebywał, pozyskując daną pozycję. Czytelnik, który chciałby się dowiedzieć, ile pozycji podarował Henik klasztorowi na Srebrnej Górze, otrzymuje informację: „niespełna pięćset” (s. 144). Wpisując hasło Henik do KKZBUJ, otrzymujemy wynik 461. Zastanawiające jest, dlaczego autor nie wyeksplikował tej liczby. Jeśli miał wątpliwości co do proweniencji, należało to wyjaśnić na przykładach i ustosunkować się do nich. L. Zarewicz pisał, że Henik darował około 1500 ksiąg, a do naszych czasów zachowało się niespełna 500. Autor pisze, że nie jest możliwe, by w bibliotece brakowało książek zajmujących kilkadziesiąt półek, przy braku około tysiąca dzieł zajęłoby to od 20 do 50 półek. Musiałyby one zostać opróżnione, co byłoby widać w bibliotece. Przytaczałem już wyżej konstatacje J. Zatheya39 J. Zathey, Historia Biblioteki Jagiellońskiej w latach 1364–1492, art. cyt., s. 77., z których wynika, że niestety jest to możliwe, iż w okresie staropolskim tak duża liczba książek mogła „opuścić” bibliotekę klasztorną. Autor nie dostrzegł w swoich wyliczeniach, że opróżnienie półek bibliotecznych nastąpiło przed uporządkowaniem biblioteki najpierw przez ojca Tadeusza Bergeata w XIX w., a następnie w latach 30. XX w. po wykonaniu półek przez brata Pawła i wypełnieniu ich książkami przez ojca O. Deniccolò (s. 61). Pisząc o oprawach książek z bielańskiej biblioteki, w tym z donacji Henika, autor wymienił różne możliwości związane z tym procesem. Nie wskazał na wydatki klasztoru na introligatora, które w księdze wydatków klasztoru bielańskiego z lat 1637–1712 występują regularnie co kilka miesięcy40BJ rps Cam. 24, nienumerowany – wydatki na introligatora m.in. pod miesiącami i latami: lipiec 1653, maj 1678, październik 1678, lipiec 1679, sierpień 1679. Na potrzeby recenzji w zbiorach rękopiśmiennych ze Srebrnej Góry zrobiłem tylko rekonesans, natomiast szczegółowe badania mogą wskazać na inne, niezwykle ważne dla dziejów i funkcjonowania biblioteki kamedulskiej źródła, a także na materialne aspekty życia eremitów w klasztorze na Srebrnej Górze, co jest sygnalizowane w podtytule.. Przy niezwykle ogólnej i pobieżnej charakterystyce daru Henika mamy odniesienia zaledwie do dwóch ksiąg z jego daru. P. Henik jest niezwykle interesującą postacią i przybliżenie ewentualnych glos przez niego sporządzonych na książkach, które zostały zdeponowane w Bibliotece Jagiellońskiej, mogłoby rzucić światło na jego działalność i peregrynacje. Pisząc o książkach z daru Henika, autor wskazuje, że były tam „dzieła przeróżne gatunkowo i treściowo, cenne i rzadkie: wielka ilość wydań klasycznych tekstów łacińskich, greckich i bizantyjskich…” (s. 145) – tu zabrakło korekty i redakcji, bo w Bizancjum używano przecież języka greckiego.

Największy dar książkowy dla klasztoru na Srebrnej Górze pochodzi od Jana Chryzostoma Bodzenty (Bodzanty), kanonika krakowskiego i gnieźnieńskiego. Biografii Bodzenty autor poświęcił zaledwie kilka linijek, nie wspominając o tym, że poza beneficjum krakowskim był także kanonikiem gnieźnieńskim, i nie odnosząc się do dwóch podstawowych opracowań biograficznych tego zasłużonego dla kamedułów kanonika. Nie mamy odniesień bibliograficznych ani do dzieła J. Korytkowskiego41J. Korytkowski, Prałaci i kanonicy katedry metropolitalnej gnieźnieńskiej od roku 1000 aż do dni naszych, Gniezno 1883, t. I, s. 48–50., ani L. Łętowskiego42L. Łętowski, Katalog biskupów, prałatów i kanoników krakowskich, t. 4: Prałaci i kanonicy krakowscy, Kraków 1853, s. 46–47.. Podobnie jak w przypadku Henika, nie dowiadujemy się z recenzowanej pracy o liczbie książek z jego daru – „w Bibliotece Jagiellońskiej spoczywa ponad tysiąc pięćset dzieł” – natomiast w KKZBUJ pod hasłem „Bodzenta” można znaleźć 1556 pozycji, w tym druki jego autorstwa. Autor pisze o różnych formach nabywania książek przez Bodzentę, jednak nie popiera tego jakimkolwiek źródłem. W zbiorze proweniencji Bodzenty wskazuje na kilka starszych zespołów proweniencyjnych, w tym między innymi Rafała Wargawskiego, o którym poza krótką wzmianką, że był pisarzem królewskim, nic nie wiemy. Narzucają się pytania, którego króla, kim był, czy zachowały się inne książki i czy tak pięknie oprawne jak prezentowana w recenzowanej pracy?

Brat Atanazy identyfikowany przez autora jako Michał Fryczowski (w indeksie występuje jako Frycowski) pozostawił po sobie testament43A. Bruździński, autor artykułu Bielany – ulubione miejsce Krakowa. Związki bielańskich kamedułów z Krakowem w okresie staropolskim, „Folia Historia Cracoviensia” 2011, XVII, s. 39 – pisze o Frycowskim, że przyjął imię Anastazy i pozostawił po sobie testament – wykaz na podstawie księgi profesji s. 50., w którym przypuszczalnie wymienione są także książki, ponieważ był on człowiekiem wykształconym (posiadał między innymi doktorat obojga praw).

Autor pisze, że nie było możliwe dotarcie do spisu daru Bodzenty. Rękopis z depozytu kamedulskiego przechowywanego w Bibliotece Jagiellońskiej, zawierający wykazy przychodów klasztoru bielańskiego z lat 1637–1732, pod rokiem 1678 zawiera notatkę, że kameduli otrzymali w sumie 406 złotych za msze za duszę Bodzenty i jego pochówek. Rok później, w kwietniu 1679 r., klasztor otrzymał 90 złotych na anniwersarz za duszę „Bozenty”44BJ rps Cam 25 luty – kwiecień 1678, kwiecień 1679 – robotnik niewykwalifikowany w Krakowie zarabiał dziennie od 12 do 30 gr, a korzec pszenicy kosztował ok. 6 zł. Suma zapisana była zatem poważna – zob. J. Szwagrzyk, Pieniądz na ziemiach polskich X–XX w., Wrocław 1990, s. 143–144.. Należało spróbować dotrzeć do wszystkich możliwych danych o Bodzencie, w tym do archiwum kapituły krakowskiej, gdzie są przechowywane dane o kanonikach krakowskich45W. Urban, Wywody szlachectwa kanoników i prałatów krakowskich (1550–1600), „Rocznik Polskiego Towarzystwa Heraldycznego. Seria Nowa” 1999, IV, s. 165–176..

Omawiając subkolekcje w zbiorze Bodzenty, czytamy o zbiorze Andrzeja Czarneckiego (1576–1649). Ponownie nie ma odnośników bibliograficznych do tej postaci46E. Latacz, Czarnecki Andrzej, PSB IV, 1938, s. 199–200.. Eugeniusz Latacz, autor biogramu A. Czarneckiego w Polskim słowniku biograficznym, wspomniał, że sporządził on testament, w którym zapisał znaczny majątek kościołom krakowskim i instytucjom dobroczynnym. Wskazane byłoby dotrzeć do wzmiankowanego testamentu, by sprawdzić, czy nie ma tam informacji o księgozbiorze, czy faktycznie został wystawiony na sprzedaż, czy trafił do rąk kanonika wawelskiego jako spadkobiercy. Niestety, nie wiemy, jaka była wielkość subkolekcji Czarneckiego w zbiorze Bodzenty, w tekście jest określenie, że było to kilkanaście książek (s. 150), w KKZBUJ odnajdujemy 11 pozycji.

Autor, omawiając kolejnych darczyńców, nie przygotował choćby pobieżnego omówienia ich biogramów. Łukasz Sieradzki, tytułowany plebanem opatowskim, jest dość zagadkową postacią, ponieważ nie jest wymieniany w katalogu prałatów i kanoników opatowskich Aleksandra Bastrzykowskiego47A. Bastrzykowski, Katalog prałatów i kanoników opatowskich od 1212 roku aż do dni naszych, Ostrowiec 1948. i w pracy Waldemara Gałązki48W. Gałązka, Kapituła kolegiacka w Opatowie w latach 1562–1983, Sandomierz 1997.. Bliższa analiza wpisów proweniencyjnych mogłaby wyjaśnić jego status. W recenzowanej pracy nie ma wskazanej liczby pozycji podarowanych przez Sieradzkiego.

Następny wymieniony właściciel książek, kanonik sandomierski Piotr Złotnicki49J. Wiśniewski, Katalog prałatów i kanoników sandomierskich od 1186–1926 tudzież sesje kapituły sandomierskiej od 1581 do 1866 r., Radom 1926, s. 329., również jest potraktowany bardzo skrótowo. Tym razem autor wskazał dokładną liczbę książek z jego biblioteki w zbiorze kamedułów, jednak ze 105 pozycji przedstawił tylko jedną – a charakterystyka księgozbioru podarowanego przez Złotnickiego mieści się na dwóch liniach druku50P. Złotnicki był także kanonikiem krakowskim i pozostawił testament, zob.: BCzar. rps 2894 V, s. 269–284; L. Łętowski, Katalog biskupów, prałatów i kanoników krakowskich, t. 4: Prałaci i kanonicy krakowscy, Kraków 1853, s. 316; J. Wiśniewski, Katalog prałatów i kanoników sandomierskich, dz. cyt., s. 329. 52 BCzar., rkps 2894 V, s. 248–249..

Władysław Mitkowski, wstępując do eremu na Srebrnej Górze, zabrał ze sobą do klasztoru własne książki. Autor nie określił, ile ich trafiło do bielańskiego eremu, oraz nie wskazał, gdzie można dowiedzieć się o jego biografii51KKZBUJ notuje 100 pozycji po wpisaniu hasła „Mitkowski Władysław Cam.”. Kolekcja 100 pozycji została potraktowana dosłownie w 9 linijkach tekstu, bez wymieniania ani jednej. Brak także odsyłacza bibliograficznego do Mitkowskiego, a w Polskim słowniku biograficznym jest jego biografia (M. Czapińska, Mitkowski Władysław imię w zakonie Paweł, PSB, XXI, 1976, s. 381) oraz do A. Bruździński, Bielany – ulubione miejsce Krakowa, art. cyt.,, s. 37–38, 53..

Jan Henryk Panring (zm. 1724), który wniósł do klasztoru bielańskiego 90 dzieł, jest przedstawiony jako wykładowca medycyny w Królewcu. Trudno jednak znaleźć jego nazwisko wśród wykładowców Uniwersytetu Królewieckiego zarówno w bazie danych profesorów tego uniwersytetu, jak i ostatnio opublikowanych dziejach tego uniwersytetu52K. Ławrynowicz, Albertina. Szkice z dziejów Uniwersytetu Królewieckiego, Pułtusk – Kraków 2010; http://users.manchester.edu/FacStaff/SSNaragon/Kant/bio/BioKonFrames.html. J.H. Panring występuje natomiast jako student medycyny w Królewcu, gdzie opublikowano jego rozprawę, a w 1690 r. w Lejdzie na tamtejszym uniwersytecie obronił dysertację doktorską53BJ Cam. XIV. 15..

Do kolejnego wymienionego właściciela subkolekcji nie ma jakiegokolwiek odniesienia, w tym chronologicznego. By dowiedzieć się więcej o Christianie Risiusie z Prus, wystarczy zobaczyć, jak przedstawiał się jego dar dla kamedułów. Po zapoznaniu się z ośmioma dziełami z jego biblioteki, które widnieją w KKZBUJ, a nie 28, jak pisze autor, wiemy że pisał się z obecnego Kętrzyna, a jego notki proweniencyjne pochodzą z lat 90. XVII w. W książce mamy informację, iż był darczyńcą, w domyśle klasztoru bielańskiego. Z KKZBUJ dowiadujemy się, że książki z biblioteki Risiusa trafiły do kamedulskiego klasztoru na wyspie wigierskiej, a następnie dopiero na krakowskie Bielany. Niestety hasła „Risius” nie odnajdujemy w indeksie osobowym.

Czytając o darach i proweniencjach dzieł w bibliotece bielańskiej, odnajdujemy na przykład wzmiankę o książce z biblioteki Anzelma Eforyna, ale by czytelnik miał jakiekolwiek porównanie, należałoby wskazać, że A. Eforyn miał bibliotekę, o której pisali Jan Lachs i Kazimierz Piekarski54J. Lachs, Anzelm Ephorinus, „Archiwum Historii i Filozofii Medycyny” 1926, s. 209: K. Piekarski, Dalsze wiadomości o bibliotece Anzelma Eforyna, „Silva Rerum” 1927, III, s. 78–80..

Zakończenie rozdziału zatytułowanego Darczyńcy, grupy proweniencyjne, oprawy kończy się ustępem o oprawach zajmującym niespełna dwie trzecie strony, który może być użyty do każdej starodrucznej biblioteki liczącej co najmniej tysiąc jednostek.

Ostatnia część książki Na zakończenie posiada kilka uproszczeń. Po pierwsze w 2013 r. udostępniono zbiór kamedulski z Bielan czytelnikom, natomiast konserwacja zachowawcza, zdezynfekowanie, zabezpieczenie było wykonywane etapami od 2007 r. Trudno zgodzić się z konstatacją, że kradzieże na Srebrnej Górze były czynnikiem decydującym o postanowieniu przeniesienia księgozbioru bielańskiego do Biblioteki Jagiellońskiej (s. 157). Autor książki podaje, że w bazie KKZBUJ znajduje się „milion rekordów bibliograficznych”, co nie jest zgodne z prawdą, na koniec 2016 r. baza ta zawierała 6 396 671 rekordów, w tym 1 347 988 tytułów książek i czasopism w 3 335 936 egzemplarzach oraz 72 393 rekordy zasobu wydawnictwa wielotomowych55A. Cieślar, Działalność Biblioteki Jagiellońskiej oraz bibliotek Uniwersytetu Jagiellońskiego w 2016 roku,Biuletyn Biblioteki Jagiellońskiej” 2017 (w druku)..

Książkę Historyczny księgozbiór kamedułów eremitów z krakowskich Bielan kończą aneksy oraz spisy literatury i indeksy. Nad tymi dodatkami do książki należy się zatrzymać. Pierwszy aneks jest cenny i wymagałby osobnego omówienia (czego autor nie uczynił) ze względu właśnie na to, że w wykazie tym znajdują się publikacje rzadkie, a w wielu wypadkach są to autentyczne unikatowe druki.

Aneks drugi: Wykaz braków w zasobie inkunabułów bielańskich nie odnosi się do listy opublikowanej w 2012 r. przez Piotra Ogrodzkiego56P. Ogrodzki, Biblioteki klasztorne. Zagrożone dziedzictwo kultury, art. cyt., s. 28. oraz do listy znajdującej się w rękopisie kamedulskim57BJ rps Cam.171..

Aneks trzeci: Wykaz dzieł zdefektowanych, niedostępnych w katalogu komputerowym Biblioteki Jagiellońskiej to dobry pomysł na ewentualną pomoc w identyfikacji niezidentyfikowanych druków. W formie przedstawionej w książce jest jednak całkowicie zbędny, ponieważ większość pozycji w wykazie jest (szczególnie dla osób niemających egzemplarza w ręku) niemożliwa do zidentyfikowania. Wykaz ten miałby sens wówczas, gdyby zostały podane incipity i explicity określonych zachowanych stron druków. W obecnej formie wykaz jest w zasadzie nieprzydatny.

Indeksy, które zwykle mają ułatwić czytelnikowi poruszanie się po treści książki, są sporządzone w zaskakujący sposób. Po pierwsze, w indeksie nazw osobowych i własnych występują nazwy, których szukalibyśmy raczej w indeksie geograficznym, jak na przykład eremy kamedulskie. Hasło takie jak „Akademia Krakowska” powoduje, że w indeksie powinny znaleźć się inne wymienione w tekście, jak „Szkoła Główna Koronna”, nazwy poszczególnych drukarń itd. Są przykłady tego typu indeksów, ale wówczas nie sporządza się indeksu geograficznego. Największym jednak mankamentem zarówno indeksu nazw osobowych, jak i indeksu nazw miejscowych jest ich zdumiewająca niedokładność. Z ważnych haseł brak na przykład autorów takich jak M. i M. Florkowscy58W wykazie bibliograficznym Marek Florkowski nie występuje. Wszystkie pozycje są przypisane Marzenie Florkowskiej (s. 210–211)., A. Bruździński, Jan Kracik. Szacuję, że około 10 procent nazw występujących w książce nie zostało ujętych w indeksach. Wymienianie niedokładności, przeoczeń i braków byłoby ważne w recenzji wydawniczej przed drukiem; w sytuacji, kiedy książka jest wydana i nie zamieszczono w niej erraty (zapewne kilkustronicowej), ze smutkiem trzeba to przyjąć… i należałoby samemu sporządzać uzupełnienia do indeksu, by z książki swobodnie korzystać.

Ostatni aneks: Indeks tytułów bądź incipitów dzieł podawanych w komentarzu w pierwszej chwili jest dla czytelnika dość zaskakujący. Szukając w tekście „komentarza”, nie znajdujemy go, dopiero po konsultacji zapisów można dojść do wniosku, że chodzi nie o „komentarz”, tylko o tekst książki.

Osobnym tematem jest tak zwana strona warsztatowa omawianej książki. Bibliografia została sporządzona z podziałem na literaturę, teksty źródłowe oraz źródła internetowe i elektroniczne. W dziale literatura znajduje się wiele pozycji, które są klasycznymi tekstami źródłowymi (A. Lewicka-Kamińska – rękopis BJ!!!; Konstytucje kongregacji…; R. Nir – tekst niedrukowany, ponadto bez wskazówki, gdzie jest przechowywany) lub są tekstami internetowymi (Dąbek). W tekstach źródłowych nie ma podziału na teksty drukowane i rękopiśmienne. Zapis „Biblioteka Kórnicka”, sygn. 697–701 (s. 217) nieznającemu specyfiki tej biblioteki nie wskazuje, czy to rękopis, czy może inny rodzaj zbiorów. Wśród źródeł nie znajdziemy także rękopisów z biblioteki bielańskiej znajdujących się w BJ, a w dwóch przypadkach wymienianych przez autora.

Do wykorzystanej literatury również można mieć bardzo dużo zastrzeżeń, o niektórych wspomniałem powyżej, szczególnie w odniesieniu do zakonów męskich w Polsce i znajdujących się w nich zbiorów i bibliotek. Niektóre wątki zostały zupełnie niepotrzebnie ujęte, na przykład kradzież cennych zbiorów z Biblioteki Jagiellońskiej w 1999 r., odnoszenie się do zbiorów berlińskich, które mają zupełnie inną specyfikę i inne konotacje historyczne. Przytaczanie cen antykwarycznych dzieł niezwiązanych z tłem narracji i szacunkowej wartości zbioru kamedulskiego (s. 158) bardziej stosowne jest w przypadku literatury popularnej i reportaży niż książek mających ambicje badawcze (s. 33).

Jednym z podstawowych mankamentów źródłowych jest pominięcie zbiorów rękopiśmiennych dotyczących bielańskich kamedułów z Biblioteki Książąt Czartoryskich w Krakowie, Biblioteki Jagiellońskiej i archiwum eremu na Srebrnej Górze – tamże pozostałego. Książka bez wykorzystania tych źródeł nie może uchodzić za dzieło mające ambicje monografii badawczej.

W omawianej pracy można wymienić jeszcze bardzo wiele potknięć. Z drobnych usterek należałoby wskazać te bardziej narzucające się. Przykłady: s. 33 – książka drukowana ręcznie nie do połowy XVIII w., a połowy XIX w.; s. 35 – określenie „potomek szlachetnego rodu” – używane w panegirykach, a w literaturze naukowej raczej szlacheckiego rodu; s. 63 – jest XX w., winno być XXI w.; s. 65, przyp. 1 – był to zwyczaj w XIX w., na przykład do Strasburga wysyłano bardzo cenne książki, by zrekompensować straty, które powstały po zniszczeniu przez wojska pruskie najcenniejszych zbiorów strasburskich w 1870 r. – także z Poznania wysyłano tam książki. Do opisanej sytuacji nie znamy kontekstu. Przykład ten do tematu książki i narracji jest zbędny. Na s. 70, przypis nr 14 – autor korzystał z notatek z referatu, którego tekst został ogłoszony drukiem – ponadto nie umieszcza w bibliografii swojej relacji z konferencji. W przypisach są dwa porządki – poza polskimi odnośnikami zdarzają się łacińskie passim. Autor chciał zapewne używać skrótów w niektórych miejscach i pozostawił takie zapiski jak: Tegumentologia, Źr. mon. – natomiast nie ma ich w wykazie skrótów oraz są rzadko stosowane (s. 36, 42).

Reasumując, w omawianej książce zasygnalizowano tylko problemy związane z jej tytułem. Autor nie przeprowadził podstawowej kwerendy w zakresie zasobu nawet starych druków, którymi się zajął. Niestety, brak w tekście książki opracowania tematów, które zasygnalizował w tytule. Do kwestii kultury materialnej w ogóle się nie odniósł, a streszczenie poglądów Giustinianiego jest jedynym niewielkim sukcesem w tej książce. Szkoda, że autor zapewne nie ustosunkował się do uwag recenzentów, które z całą pewnością pozwoliłyby mu uniknąć całościowej negatywnej oceny omawianej książki zarówno w zakresie merytorycznym, wobec niezrealizowania zamierzeń zakreślonych w tytule, jak i braków warsztatowych w przedstawianiu informacji, powierzchowności sądów i nieudokumentowania twierdzeń. Pominięcie dwóch z trzech elementów historycznego księgozbioru kamedułów z krakowskich Bielan stawia pod znakiem zapytania wartość omawianej książki. Podtytuł wskazujący na opracowanie materialnej i duchowej kultury polskich kamedułów nie został nawet w części zrealizowany, a podstawowe istniejące w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej źródło do tego zagadnienia (rękopisy przychodów i wydatków klasztoru bielańskiego)59BJ rps Cam 24 i 25. oraz rękopisy kamedulskie w Bibliotece Książąt Czartoryskich w Krakowie60BCzar., rps 1821 IV, rps 1822, rps 2894 V. nie zostały wykorzystane.

Najważniejsze w całej historii związanej z księgozbiorem kamedułów z krakowskich Bielan oraz eremu w Bieniszewie jest to, że zostały one zabezpieczone, a zbiór bielański został poddany konserwacji zachowawczej i opracowany, by czytelnicy mogli bez przeszkód korzystać z tej cennej biblioteki.


STRESZCZENIE

Zdzisław Pietrzyk
Księgozbiór historyczny kamedułów z krakowskich Bielan w ahistorycznym opracowaniu

Biblioteka kamedułów z krakowskich Bielan była od końca XIX w. legendarnym zbiorem, z którego korzystało niewielkie grono osób. Z publikacji Ludwika Zarewicza oraz Marzeny i Marka Florkowskich wynikało, że zbiór ten jest niezwykle cenny. Recenzowana książka zawiera niepełny materiał w stosunku do zakresu przedstawionego w tytule rozprawy. Brakuje informacji dotyczących przejętego przez BJ zbioru druków z XIX–XXI w. oraz rękopisów. Omówiono (w niepełnym zakresie) tylko stare druki. Pominięto całkowicie zasygnalizowane w podtytule zagadnienie: kultura materialna polskich kamedułów. W 2004 r. z inicjatywy przeora klasztoru na krakowskich Bielanach rozpoczęto rozmowy w sprawie przejęcia biblioteki przez Bibliotekę Jagiellońską. Tryb przejęcia zbiorów ze Srebrnej Góry przez Bibliotekę Jagiellońską został skorygowany w stosunku do opisanego w recenzowanej książce. Wyjaśniono, że w BJ starodruki są elektronicznie katalogowane. Omawiając część bibliologiczną, wskazano na braki literatury, na omówienie zasobu, a nie jego przebadanie. Zwrócono uwagę na słabości oraz niedbałość edytorską recenzowanej książki, przejawiające się w tak zwanym aparacie naukowym, czyli konstrukcji przypisów i sposobie ich stosowania. Literatura przedmiotu nie została w spisie literatury i źródeł konsekwentnie i w pełni zaprezentowana. Część aneksów mających wzbogacić książkę stanowi bardziej jej balast z powodu niekonsekwencji w ich podaniu i braku zastosowania metodologii badawczej.

SŁOWA KLUCZE

Biblioteka Jagiellońska, kameduli, stare druki, recenzja

SUMMARY

Zdzisław Pietrzyk
Historical Book Collection of Camaldolese Monks From Bielany Near Cracow in Ahistorical Approach

The Camaldolese library in Bielany near Cracow was, until the end of the 19th century, a legendary collection utilised by a narrow group of people. The information provided in the publication of Ludwik Zarewicz and Marzena and Marek Florkowski testifies to the great value of the collection. The reviewed book contains incomplete material as compared to the range presented in the title of the study. The discussion of the collection of prints from the 19th and the 20th century taken over by the Jagiellonian Library and manuscripts is missing. Only old prints are analysed in an incomplete degree. Discussion of the issue signalled in the sub-title, namely “Material Culture of Polish Camaldolese Monks” was completely overlooked. In 2004, upon the initiative of the prior of the monastery in Bielany, talks were commenced with respect to the take-over of the collections by the Jagiellonian Library. The mode of taking over the collections from Srebrna Góra by the Jagiellonian Library was corrected in comparison to the manner in which it was presented in the reviewed publication. The reviewer indicated that the Jagiellonian Library introduced electronic catalogue for old prints. When discussing the bibliological section, deficiencies of literature were noted; furthermore, the resources were only discussed and not examined in the reviewed publication. The review also shows weaknesses and editorial negligence of the reviewed publication manifested in the so-called back matter, i.e. structure of footnotes and the consistency of their application. The literature on the subject is not consistently and fully enumerated in the list of literature and sources. A part of annexes which might enrich the publication encumbers it on account of inconsistencies in presentation and lack of research methodology.

KEY WORDS

Jagiellonian Library, Camaldolese monks, old prints, review


BIBLIOGRAFIA

Źródła

  • Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie
  • Janik B., Księgozbiór Ojców Franciszkanów-Reformatów w Bieczu i jego funkcja społeczna (do końca XVIII wieku), Kraków 2002, Dokt. 100/02.
  • Kubic Ż., Księgozbiór Sebastiana Sierakowskiego, rektora Szkoły Głównej Krakowskiej w latach 1809-1814 w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej – Kraków 2017.

Biblioteka Jagiellońska w Krakowie

  • druk Cam. C. VI.16,
  • rps Cam. 24,
  • rps Cam. 25,
  • Rps Cam. 27,
  • rps Cam. 161
  • Sekcja Rękopisów. Nieopracowane papiery Z. Ameisenowej.

Biblioteka Książąt Czartoryskich w Krakowie

  • rps 1821 IV, R
  • PS 182 IV,
  • rps 2894 V

Centralna kartoteka starych druków Warszawa – https://historia.org.pl/2012/02/11/centralny-katalog-starych-drukow-biblioteki-narodowej-w-warszawie-wywiad/

Wykaz wykładowców Uniwersytetu w Królewcu – http://users.manchester.edu/FacStaff/SSNaragon/Kant/bio/BioKonFrames.html

Literatura

  • Bastrzykowski A., Katalog prałatów i kanoników opatowskich od 1212 roku aż do dni naszych, Ostrowiec 1948.
  • Baumann E., Oznaczenie pochodzenia książki: rekonstrukcja kontekstu historycznego przy ocenie stanu zachowania starych druków, [w:] Od skryptoriów po nowe media. Materiały konferencyjne, Warszawa 2016, s. 18, dokument elektroniczny, http://bbc.uw.edu.pl/Content/813/Skryptoria.pdf.
  • Bruździński A., Bielany – ulubione miejsce Krakowa. Związki bielańskich kamedułów z Krakowem, „Folia Historica Cracoviensia” 2011, XVII, s. 49–78.
  • Cieślar A., Działalność Biblioteki Jagiellońskiej oraz bibliotek Uniwersytetu Jagiellońskiego w 2016 roku, „Biuletyn Biblioteki Jagiellońskiej” 2017 (w druku).
  • Czapińska M., Mitkowski Władysław imię w zakonie Paweł, PSB, XXI, 1976, s. 381.
  • Damulewicz I., Kamedulskie sacrum a konserwatorskie profanum, czyli przenosiny księgozbioru Srebrnej Góry do Biblioteki Jagiellońskiej, „Biuletyn Biblioteki Jagiellońskiej” 2013, LXIII, s. 151–156.
  • Damulewicz I., Problem zabezpieczenia interwencyjnego i programowego w małych ośrodkach – bibliotekach kościelnych, [w:] Między teorią a praktyką. Ochrona zbiorów w małych bibliotekach i archiwach. Materiały z konferencji naukowej, Książnica Cieszyńska, Cieszyn 2010, s. 271–289 – Śląska Biblioteka Cyfrowa.
  • Florkowscy M. i M., Kameduli, Wydawnictwo M, Kraków 2005.
  • Gałązka W., Kapituła kolegiacka w Opatowie w latach 1562–1983, Wydawnictwo Diecezjalne, Sandomierz 1997.
  • Gwioździk J., Historyczne kolekcje klasztorne. Zarys problematyki badań, [w:] Bibliologia. Problemy badawcze nauk humanistycznych, red. D. Kuźmina, Wydawnictwo Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, Warszawa 2007, s. 167–175.
  • Gwioździk J., Kultura pisma i książki w żeńskich klasztorach dawnej Rzeczypospolitej XVI–XVIII wieku, Uniwersytet Śląski, Katowice 2015.
  • Jaglarz M., Księgarstwo krakowskie XVI wieku, Towarzystwo Miłośników Historii i Zabytków Krakowa, Kraków 2004.
  • Juda M., Fragment księgozbioru kamedułów na Bielanach pod Warszawą w zbiorach Biblioteki Księży Marianów w Lublinie, „Annales Universitatis Paedagogicae Cracoviensis. Studia ad Bibliothecarum Scientiam Pertinentia” 2013, nr 11, fol. 146, s. 61–71.
  • Kłoczowski J., Zakony męskie w Polsce XVI–XVIII wieku, [w:] Kościół w Polsce, t. 2, Wiek XVI–XVIII, red. J. Kłoczowski, Znak, Kraków 1969, s. 485–728.
  • Koralewski J., Pokamedulska Pustelnia Złotego Lasu w Rytwianach – wczoraj i dziś, „Alma Mater” 2009/2010, nr 120–121, s. 68.
  • Krawczyk A., Rola książki w klasztorze, [w:] Z książką przez życie, red. A. Krawczyk, UMCS, Lublin 2008.
  • Kulisiewicz P., Ze Srebrnej Góry do Biblioteki Jagiellońskiej. Ewidencja. Transport. Zabezpieczenie, „Biuletyn Biblioteki Jagiellońskiej” 2013, LXIII, s. 143–149.
  • Lachs J., Anzelm Ephorinus, „Archiwum Historii i Filozofii Medycyny oraz Historii Nauk Przyrodniczych” 1926, s. 209.
  • Latacz E., Czarnecki Andrzej, PSB IV, PAN i PAU, Kraków 1938, s. 199–200.
  • Ławrynowicz K., Albertina. Szkice z dziejów Uniwersytetu Królewieckiego, Pułtusk – Kraków 2010.
  • Łętowski L., Katalog biskupów, prałatów i kanoników krakowskich, t. 4: Prałaci i kanonicy krakowscy, Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 1853.
  • Malicki M., Repertuar wydawniczy drukarni Franciszka Cezarego starszego 1616–1651, cz. I, Bibliografia druków Franciszka Cezarego starszego 1616–1651, Księgarnia Akademicka, Kraków 2010.
  • Mieszaniec K., Skarby eremu, „Dziennik Polski” 17 I 2005.
  • Mirek M., Jacek Idzi Przybylski (1756–1819) jako prefekt Biblioteki Szkoły Głównej Koronnej i kolekcjoner książek, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2005.
  • Ogrodzki P., Biblioteki klasztorne. Zagrożone dziedzictwo kultury, „Cenne, Bezcenne, Utracone” 2013, nr III, s. 28.
  • Partyka J., Historyczny księgozbiór kamedułów eremitów z krakowskich Bielan. Spojrzenie na kulturę materialno-duchową polskich kamedułów, Wydawnictwo Benedyktynów Tyniec, Kraków 2017.
  • Partyka J., Skarb ze Srebrnej Góry. Depozyt kamedułów z krakowskich Bielan, „Biuletyn Biblioteki Jagiellońskiej” 2013, LXIII, s. 131–141.
  • [Partyka J.] – https://pl.wikipedia.org/wiki/Jacek_Partyka.
  • Piekarski K., Dalsze wiadomości o bibliotece Anzelma Eforyna, „Silva Rerum” 1927, III, s. 78–80.
  • Ráth-Veg I., Komedia książki, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław – Warszawa – Kraków 1994.
  • Szwagrzyk J., Pieniądz na ziemiach polskich X–XX w., Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1990.
  • Szymański J., Nauki pomocnicze historii od schyłku IV do końca XVIII w., PWN, Warszawa 1976.
  • Targosz K., Piórem zakonnicy. Kronikarki w Polsce XVII w. o swoich zakonach i swoich czasach, Wydawnictwo „Czuwajmy”, Kraków 2002.
  • Urban W., Stan oświecenia duchowieństwa krakowskiego w wiekach XVI–XVIII, „Przegląd Historyczny” 1983, LXXIV, z. 3, s. 509–515.
  • Urban W., Umiejętność pisania w Małopolsce w drugiej połowie XVI wieku, „Przegląd Historyczny” 1977, LXVIII, z. 2, s. 231–257.
  • Urban W., Wywody szlachectwa kanoników i prałatów krakowskich (1550–1600), „Rocznik Polskiego Towarzystwa Heraldycznego. Seria Nowa” 1999, IV, s. 165–176.
  • Urban W., Znajomość łaciny w Małopolsce w XVII wieku, „Kieleckie Studia Historyczne” 1999, XV, s. 37–64.
  • Urban W., Znajomość łaciny w Małopolsce drugiej połowy XVI wieku, „Przegląd Humanistyczny” 1996, XL, nr 1, s. 97–110.
  • Wiśniewski J., Katalog prałatów i kanoników sandomierskich od 1186–1926 tudzież sesje kapituły sandomierskiej od 1581 do 1866 r., Radom 1926.
  • Witkowski R., Uwag kilka o eremach kamedulskich w Rzeczypospolitej szlacheckiej, [w:] Historia bliższa i dalsza: polityka – społeczeństwo – wojskowość, red. S. Kowal, G. Kucharski, Instytut Pedagogiczno-Artystyczny UAM w Kaliszu, Poznań – Kalisz 2001, s. 161–226.
  • Zathey J., Historia Biblioteki Jagiellońskiej w latach 1364–1492, [w:] J. Zathey, A. Lewicka-Kamińska, L. Hajdukiewicz, Historia Biblioteki Jagiellońskiej, t. 1, 1364–1775, red. I. Zarębski, PWN, Nakładem Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 1966.
  • Żurkowa R., Księgarstwo krakowskie w pierwszej połowie XVII wieku, Wydawnictwo i Drukarnia „Secesja”, Kraków 1992.

 

Krzysztof Lisowski, Krakowskie życie literackie (1893–2013)

Krzysztof Lisowski

Krakowska Książka Miesiąca – Kwiecień 2017

Krakowskie życie literackie (1893–2013)

Po opublikowaniu pracy Literacka Małopolska (2012) młody krakowski historyk literatury Jacek Olczyk (ur. 1979) obdarzył nas potężnym dziełem o życiu literackim w Krakowie na przestrzeni około 120 lat – od zapowiedzi modernizmu i lat pod panowaniem austriackiego zaborcy, kiedy to nieduże miasto jednym wydawało się pipidówką, innym małymi Atenami, przez czas Wielkiej Wojny, barwne lata międzywojenne z potężną dominantą awangardy, przez II wojnę światową, okupację, cały powojenny okres XX stulecia, po – wreszcie – nowe prądy, tendencje, wydarzenia pierwszych trzynastu lat XXI w. Książką pięknie opracowaną graficznie, ciekawie zilustrowaną fragmentami tekstów, zdjęciami artystów, wydarzeń, okładkami książek i czasopism, fotografiami z premier teatralnych, a także takimi, na których uwieczniono nieistniejące już kina, kawiarnie, lokale artystyczne. Wydała ją w 2016 r. korporacja ha!art. Ponad 700 stron pasjonującej lektury, duży format, przejrzysta kompozycja całości.

Takiej pracy jeszcze nie było, choć istnieje sporo znakomitych opracowań cząstkowych – monografii, wspomnień, relacji, dzienników; jej głównym atutem jest nie tylko ogromna pasja zbieracka autora, ale i jego wiedza i dociekliwość, owocująca relacjonowaniem i przytaczaniem materiałów mało znanych, smakowitymi i celnymi cytatami, fotografiami pozostającymi dotąd w dużej mierze w miejskich czy też prywatnych zasobach. Wszystko to powoduje, że książkę czyta się nie jak suche, faktograficzne, rozbudowane kalendarium dat i faktów, ale wielką opowieść, sagę o wybitnych indywidualnościach, dominujących prądach, niepozbawioną jednak smacznej plotki, sensacji, obyczajowej pikanterii i skandali typowych dla omawianej epoki. Do tego tło polityczno-obyczajowe i jeszcze szersze – pokazanie rozwoju miasta i jego tendencji artystycznych w kontekstach europejskim i światowym.

Sam zresztą autor monografii pisze we wstępie: „Rekonstrukcja atmosfery i znaczenia miejsc, w których odbywały się spotkania literackie, dyskusje, gdzie kwitło życie towarzyskie, a «twórcze marnowanie czasu» przyczyniało się do tworzenia legend i mitów, nie byłaby możliwa bez źródeł pisanych: czasopism literackich wydawanych przez krakowskie środowiska, książek wspomnieniowych, korespondencji, dzienników, pamiętników, kronik czy rozmów z pisarzami, krytykami i artystami współtworzącymi środowisko artystyczno-literackie Krakowa”.

Obraz końca XIX w. celnie sportretował przywołany przez Olczyka, zmarły niedawno Jan Paweł Gawlik:

„Cała umysłowość i obyczajowość tamtego Krakowa zadziwia nas dzisiaj swoją niezwykłością. Życie kisiło się w zastałej sennej atmosferze miasta, jak gdyby usankcjonowanej żelaznymi prawami obyczaju. (…) Nie darmo powiedział kiedyś Adolf Nowaczyński, że w Krakowie największym powodzeniem cieszyłby się burdel z wejściem przez zakrystię”. Nowaczyński zresztą stał się autorem paszkwilu Nowe Ateny. Satyra na Wielki Kraków, a marazm, bigoterię, miejskie koterie, dulszczyznę krytykowali sławni przyjezdni i synowie miasta nad Wisłą.

Dopiero początek XX w. przyniósł odmianę, przyspieszenie, ferment obyczajowy. Przybywa do miasta „smutny szatan” Stanisław Przybyszewski – zaczyna się epoka czasopisma „Życie” z jego bulwersującymi filistra manifestami i tekstami oburzającymi zarówno cenzorów, jak i konserwatywne gremia arystokratyczno-profesorskie. Zaczyna się epoka Stanisława Wyspiańskiego, jego działalność i wizja odnowy tak wielu dziedzin – od literatury po teatr, sztukę sakralną i stosowaną. Historia, legenda i plotka jego najsłynniejszego dramatu Wesele. Dalej Boy-Żeleński – najpierw młody obserwator, uczestnik spotkań z Przybyszewskim i jego akolitami, potem znakomity publicysta, autor tekstów satyrycznych do „Zielonego Balonika”, twórca wielkiej kolekcji literatury francuskiej przez siebie sukcesywnie przekładanej. Rola salonu mieszczańskiego, arystokratycznego i profesorskiego, i niedługo potem przejmujące tę rolę kawiarnie, kabarety, lokale, w których spotykała się rozgorączkowana artystyczna młodzież pisarska i malarska.

Jacek Olczyk, Życie literackie w Krakowie, Korporacja Ha!art, Kraków 2016

Jacek Olczyk, Życie literackie w Krakowie, Korporacja Ha!art, Kraków 2016

Zmiana pozycji kobiet – zarówno za sprawą pisarek, jak i wybitnych aktorek teatralnych, głównie Gabrieli Zapolskiej, która nazwała Kraków „więzieniem i grobem”. Jej Kobietę bez skazy wystawiono w 1919 r. na otwarcie teatru Bagatela. Ale i za sprawą wywodzących się z prostych chłopskich rodzin bronowickich żon wybitnych przedstawicieli elit artystycznych – Tetmajera, Rydla, Wyspiańskiego. A potem, już w wieku XX, ich uczestnictwo w życiu kawiarń, w spotkaniach literackich, na odczytach, w dyskusjach, w prasie literackiej. Piękna karta „Kossakówki”, siedziby rodu malarzy Kossaków, z dwiema niezwykłymi mistrzyniami pióra: poetką i autorką sztuk dramatycznych Marią Jasnorzewską-Pawlikowską i jej siostrą satyryczką, Magdaleną Samozwaniec, autorką parodii utworów Mniszkówny, powieści z wyższych sfer, Na ustach grzechu.

W latach 20. nie do przecenienia aktywność Tadeusza Peipera jako prawodawcy awangardy poetyckiej, „burmistrza marzeń niezamieszkanych”, wydawcy „Zwrotnicy”, a potem niepoślednia rola jego ucznia Jalu Kurka, wydającego pismo „Linia”. Awangarda po raz pierwszy ukazywała ścisły związek między sztuką i rozwojem nowoczesnego społeczeństwa. I skandal wywołany przez ich przyjaciela Juliana Przybosia, obrażającego dostojnych klasyków w prowokującym artykule Chamuły poezji. Z Awangardą Krakowską nieodmiennie kojarzy się otwarcie Kawiarni Plastyków przy Łobzowskiej 3 i przeniesienie się tam bywalców Esplanady. Już samemu jej otwarciu towarzyszyła sensacja – zderzenie wystawy nowoczesnych dzieł grupy młodych zwanych kapistami (od grupy Komitet Paryski) z tradycyjnym malarstwem akademickim profesorów tutejszej ASP. Kawiarnia ta odegrała niebagatelną rolę w czasie hitlerowskiej okupacji. Do wojny jeszcze odnotować warto działalność ZZLP, słynne pogrzeby (sprowadzenie prochów Słowackiego, pogrzeb Karola Huberta Rostworowskiego), ciekawie opisane życie akademickie z działalnością różnych pomniejszych grup literackich, jak i rolę żydowskiego środowiska literackiego. I wreszcie powstanie krakowskiego radia, drugiej po Warszawie rozgłośni, która zaczęła emitować swoje programy w 1927 r.

Czas okupacji to głównie konspiracja, tajne komplety i spotkania literackie, rola antykwariatów, Teatr Rapsodyczny, w którym pojawił się młody Karol Wojtyła. I Teatr Niezależny tworzony przez Tadeusza Kantora i innych młodych plastyków. Męczeństwo w obozach i aresztowania profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz innych przedstawicieli inteligencji krakowskiej. Wreszcie podziemne czasopiśmiennictwo z „Narodem i Kulturą. Miesięcznikiem Kulturalnym Polski Podziemnej”. W ówczesnym „Miesięczniku Literackim” zamieszczali swoje teksty między innymi: Juliusz Kydryński, Tadeusz Kwiatkowski, Krzysztof Kamil Baczyński, Jan Twardowski, Jerzy Turowicz, Mieczysław Kotlarczyk, Kazimierz Wyka.

Po wojnie następuje reaktywacja życia literackiego i artystycznego za sprawą nie tylko krakowian, ale i przyjezdnych ludzi pióra – z tułaczki wojennej, obozów i ze zniszczonej stolicy. Już 22 stycznia 1945 r. zwołano pierwsze walne zgromadzenie Związku Zawodowego Literatów Polskich. Wkrótce zajęto dom przy Krupniczej 22, który pełnił funkcję swoistego literackiego centrum, zamieszkiwanego przez pisarzy, organizujących w lokalu tamtejszej stołówki liczne spotkania. Dom ten funkcjonował owocnie od 1945 r. do połowy lat 90. Przewinęła się przezeń cała plejada pisarzy polskich, od przedstawicieli Młodej Polski (Artur Górski), przez Gałczyńskiego, Miłosza, Brandysów, Kwiatkowskich, Polewków. Mieszkali w nim Szymborska z Adamem Włodkiem, Czycz i Mrożek, Iredyński, wdowa po Stanisławie Brzozowskim i Nina Witkiewiczowa, wdowa po Witkacym, Anna Świrszczyńska, Halina Poświatowska i Ewa Lipska. Nazywano ten przybytek różnie, między innymi „czworakami literackimi” i „literackim kołchozem”.

Dalej Jacek Olczyk przypomina inne znamienne postaci i epizody z życia artystycznego – rolę Adama Włodka jako opiekuna Koła Młodych, ale i tego, który złożył „obywatelski donos” na Macieja Słomczyńskiego (późniejszego tłumacza dzieł Szekspira i Ulissesa Joyce’a), kompromitującą rezolucję przeciw uwięzionym księżom Kurii Krakowskiej, pod którą podpisało się wielu znanych ludzi pióra. Życie toczyło się za nowej „władzy ludowej” dwutorowo – to oficjalne, pełne komunałów i nowomowy, i to nieoficjalne – w tworzonym właśnie kabarecie Piwnica Pod Baranami, na prywatnych spotkaniach, w rodzącej się z czasem działalności opozycyjnej i podziemnej wydawniczej.

Kolejno Olczyk charakteryzuje czasopisma, takie jak „Odrodzenie”, „Twórczość”, „Życie Literackie” pod wodzą „niezatapialnego” politruka Władysława Machejka, u którego drukowali jednak i debiutowali „prawie wszyscy”, a w redakcji pracowali między innymi Tadeusz Śliwiak, Wisława Szymborska i Leszek Elektorowicz, „Przekrój”, „Tygodnik Powszechny”, działalność cenzury, kawiarnie i rolę Nowej Huty. Po 1956 r. następuje krótki okres odwilży – powstają kabarety, rozwija się teatr i życie klubowe, odbywają się pierwsze koncerty jazzowe. Na obrzeżach gromadnego życia literackiego funkcjonują postaci ekscentryczne, jak choćby dobroduszny autor opowiadań Jan Stoberski.

Na przełomie lat 60. i 70. zaczyna do głosu dochodzić pokolenie młodych gniewnych, powstaje studencka kontrkultura. Tu właśnie rodzą się najważniejsze grupy poetyckie z grupą „Teraz” związaną mocno z czasopismem „Student” i grupą „Tylicz” spod znaku Harasymowicza i Tadeusza Nowaka. A także pomniejsze, sytuacyjne. W „okolicach” stanu wojennego następuje ostra i znacząca polaryzacja środowiska pisarskiego. Powstaje miesięcznik „Pismo”, rozwiązany wkrótce przez władze, jak i związki twórcze oraz organizacje artystyczne. Po grudniu 1981 władze organizują „neozlep” – związek literatów pod tą samą, mylącą nazwą, skupiający sympatyków generała w czarnych okularach i wojskowych z WRON-u. Działają wtedy w podziemiu liczne inicjatywy artystyczne, z których jedną z najważniejszych okaże się mówiony periodyk „NaGłos”.

Po 1989 r. Olczyk notuje pojawienie się generacji młodych poetów „brulionu”, Marcina Świetlickiego, „Dekady Literackiej”, Nagrodę Nobla dla Wisławy Szymborskiej, działalność Adama Zagajewskiego i Ryszarda Krynickiego, który sprowadził się do naszego miasta i zaczął działalność wydawniczą. Ukazuje rolę Miłosza, który także zamieszkał w Krakowie, i skandal towarzyszący pochówkowi Poety na Skałce, kiedy znów podniósł swój ciężki łeb polski ciemnogród. Z przyjemnością odnotowuję, że Olczyk cytuje także miesięcznik „Kraków” i końcowy fragment mojego ówczesnego felietonu: „Krzysztof Lisowski skomentował cały ten zamęt nad trumną Miłosza krótko: «Coś jak pierdnięcie pod dębem. Smród szybko rozwieje się, dąb zostanie»”.

I jeszcze znaczący cytat – dotyczy 1976 r. i opisuje, słowami informatora SB kryptonim „Świt” (!), sytuację w Kole Młodych Pisarzy. Dotyczy zawiązanej przez studentów polonistyki, w tym i przeze mnie, grupy poetyckiej „My”:

„Zaczyna ona przewodzić, w znaczeniu administracyjnym (…). Manifest programowy grupy «My» jest w swojej treści całkowicie wtórnym, nawiązuje do awangardy krakowskiej z lat 20. Na twórczą działalność Koła Młodych aktywnie wpływają swoją osobowością, dokonaniami literackimi byli czł. Koła, a obecnie czł. ZLP Zagajewski i Kornhauser oraz oscylujący wokół nich Stabro i Nyczek. Duże możliwości negatywnego oddziaływania na najmłodsze pokolenie, obecnie studiujące, posiadają kontestatorzy z uwagi na swoje uwarunkowania zawodowe (pracownicy naukowi) i bezpośredni, systematyczny kontakt z młodzieżą”.

Tak to wtedy władza troszczyła się i troskała o młodych adeptów pióra.

Nie da się w krótkim omówieniu wszystkch aspektów i zalet tej księgi ogarnąć – na koniec Olczyk pisze o knajpach i nowych klubach, Krakowie jako Mieście Literatury UNESCO, wciąż żywej awangardzie i wysypie producentów literatury kryminalnej.

Jedyne (chyba jedyne większe) niedopatrzenie to dotkliwy brak w tym pracowicie skomponowanym kompendium osobnego rozdziału o wydawnictwach krakowskich i ich ważnej roli w rozwoju literatury Krakowa i kraju. Bo nie chodzi tylko o setki i tysiące ważnych tytułów z oficyn takich, jak istniejące tu 64 lata Wydawnictwo Literackie, Znak, WAM, a z nowszych a5, Austeria, Universitas, Miniatura, Baran i Suszczyński, ale i o związki poszczególnych pisarzy z tymi oficynami (myślę o Gombrowiczu, Lemie, Mrożku, Janie Józefie Szczepańskim, Różewiczu, Szymborskiej, Miłoszu, Filipowiczu i całej pięknej plejadzie twórców młodszych), i o setki dużej rangi wydarzeń związanych z organizowanymi przez te wydawnictwa spotkaniami, inicjatywami, które owocowały potem modami (boom związany z realizmem magicznym – seria literatury iberoamerykańskiej WL-u) czy rozmaitymi festiwalami literackimi w naszym mieście.

Trafnie jednak wydawca rekomenduje to dzieło: „Książka może z powodzeniem służyć jako literacki przewodnik po kulturalnej stolicy Polski, który prowadzi czytelnika szlakiem nie tylko ważnych stron polskiej literatury, ale także jej kulis i zapleczy”1Miesięcznik społeczno-kulturalny „Kraków”, nr 5/2017.

Zofia Gołubiew, „…BEZ ZASTRZEŻEŃ”

Zofia Gołubiew

Krakowska Książka Miesiąca – Maj 2017

„…BEZ ZASTRZEŻEŃ”

Justyna Nowicka, Widok piękny bez zastrzeżeń. Fotografia tatrzańska Mieczysława Karłowicza, PWM Kraków 2016

Justyna Nowicka, Widok piękny bez zastrzeżeń. Fotografia tatrzańska Mieczysława Karłowicza, PWM Kraków 2016

Na stronie 138 książki Widok piękny bez zastrzeżeń, która ukazała się właśnie nakładem Polskiego Wydawnictwa Muzycznego, znajduje się zdjęcie staroświeckiego aparatu fotograficznego, takiego z „harmonijką”, którym Mieczysław Karłowicz robił zdjęcia na samym początku XX wieku. Ale jakie to zdjęcia! Wprost nie do uwierzenia, że takim sprzętem można było osiągać tak wysoką jakość fotografii, i to w tak trudnych warunkach. Zdjęcia są po prostu piękne.

Rekomenduję wszystkim tę książkę, która wyróżnia się najwyższą jakością treści, a także edycji – stosownie do wspomnianej jakości zdjęć kompozytora.

Koncepcję książki i nader interesujący esej o Karłowiczu – fotografie, w kontekście historii fotografii górskiej, zawdzięczamy Justynie Nowickiej. Znajdziemy też wybór kilku tekstów samego Karłowicza – polecam na przykład ten Z wędrówek samotnych, jak również przejmującą relację Mariusza Zaruskiego z wyprawy ratunkowej po zejściu lawiny, która zabrała jego przyjaciela, muzyka. Wielką wartość mają obszerne przypisy oraz Kronika, opracowane przez Lesława Frączka, interesująco i solidnie opatrujące komentarzem teksty i zdjęcia.

Niewielka książka jest pięknie zaprojektowana i wydrukowana. Autorem świetnego opracowania graficznego jest Witold Siemaszkiewicz. To zapewne on zaproponował wzruszającą swoją staroświeckością marmurkową wyklejkę, a także wybrał nasycony słoneczno-żółty kolor na elegancką płócienną okładkę, która wabi oko.

Z czystym sumieniem polecam więc tę książkę – bez zastrzeżeń1Miesięcznik społeczno-kulturalny „Kraków”, nr 6/2017.

Stanisław Tabisz, Fotografia jako dzieło sztuki

Stanisław Tabisz

Krakowska Książka Miesiąca – Czerwiec 2017

Fotografia jako dzieło sztuki

Cywilizacja współczesna nazywana jest często kulturą obrazkową. Jeden z działów socjologii XXI w. zajmuje się naukowo komunikacją wizualną, oczywiście w relacjach szerokich, społecznych. Na co dzień jednak zatracamy się w potopie fotografii, która w technice cyfrowej okazała się niemalże dla wszystkich dostępna i dziecinnie łatwa w praktycznym i technicznym zastosowaniu. Rodzi się jednak pytanie: czy miliardy cyfrowych obrazków, powstające na całym ziemskim globie w ciągu jednej minuty i przekazywane w sekundzie przez Internet na inny kontynent, a nawet ściągane z innej planety, mają istotny przekaz i artystyczną formę? Tego nie jestem pewien…

Intuicja podpowiada mi, że nic, co pleni się niewyobrażalnie szybko i w skali nie do ogarnięcia, nie może nosić znamion specjalnego, wysokiego, na wskroś artystycznego. Niemniej jednak wśród niezliczonej ilości zarejestrowanych obrazków, utrwalonych na kliszach aparatami o starej technologii i tych nagranych na różnego rodzaju nowoczesnych nośnikach cyfrowego zapisu, znajdują się fotografie wspaniałe, rarytasy, dzieła sztuki, utwory artystyczne wykonane przez bystrego obserwatora ludzi i świata, świadomego używanego narzędzia optycznego i tego, co chce zarejestrować, co utrwalić z przemijających obrazów i zjawisk tego świata. Takim wyjątkowym artystą fotografii był niewątpliwie Zbigniew Łagocki, pedagog krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, prorektor naszej uczelni w latach 1990–1993 i 1993–1996, wielka osobowość w trudnej (bo łatwo dostępnej) dziedzinie fotografii, w multimedialnym obszarze eksploatowanym teraz przecież przez miliony ludzi na całym świecie…

Maria Pyrlik, Łagocki, Wydawnictwo ASP, Kraków 2017

Maria Pyrlik, Łagocki, Wydawnictwo ASP, Kraków 2017

Czarno-białe fotografie Zbigniewa Łagockiego mają w sobie głębię i poetykę iście monumentalną, ale przeniknięte są metafizycznym światłem. Budowane formalnie z walorowych stref światła i cienia wydają się jak barokowe obrazy, zatrzymane w szczęśliwym dla swego przekazu momencie. Ten refleks u fotografika bardzo się liczy. Moment kadru, zatrzymania elementów rzeczywistości, które coś mówią i mają opanowaną strukturę formalną, łącznie z konstrukcją przemyślanej kompozycji i wewnętrznymi relacjami elementów. A temat i treści zawarte mogą mieć charakter wszelkich form narracji, od rzeczowego dokumentu, reporterskiej migawki, psychologicznego portretu, przez metaforę, aż do skrajnej fantastyki.

Fotografia stała się w XX w. potężnym środkiem oddziaływania. Powszechnie wiadomo, że korzystali z niej malarze w celu misternego komponowania swoich dzieł i opracowywania detali, ale fotografia przede wszystkim stała się formą komunikacji międzyludzkiej, rejestracji rzeczywistości, a nawet narzędziem oddziaływania społecznego i politycznego. Niektórzy artyści wręcz przerazili się fotografii. Jerzy Nowosielski wspominał o tyranii fotografii, a Pablo ­Picasso wprost zatrwożył się jej siłą rażenia i wszelkimi możliwościami błyskawicznego zarejestrowania jakiegoś zjawiska czy wyglądu człowieka. „Odkryłem fotografię, więc mogę się zabić. Nie mam nic więcej do nauki” – stwierdził gigant sztuki współczesnej XX w.

Jest coś takiego w fotografiach, co każe jednak patrzeć na nie jak na wyjątkowe dzieła sztuki. Wszystko zależy od człowieka uruchamiającego aparat fotograficzny, obserwującego świat przy jego pomocy. „Fotografując, staraj się pokazać to, czego bez ciebie nikt by nie zobaczył” – mawiał Robert Bresson. To udaje się tylko profesjonalistom i mistrzom. Zbigniew Łagocki wiedział, po co fotografuje, nawet jeżeli tylko posługiwał się intuicją i docierał do miejsc wyjątkowych, jak choćby legendarna Piwnica pod Baranami w Krakowie, gdzie powstały jego wspaniałe fotografie artystów piwnicznych, ich wyraziste portrety w sytuacjach kreowania swoich ról i zadań na malutkiej, podziemnej scenie kabaretu.

Oddając miłośnikom twórczości Zbigniewa Łagockiego album z wybranymi fotografiami udostępnionymi przez Marię Pyrlik, chciałbym gorąco podziękować jej oraz wszystkim tym, którzy pracowali nad tym wydawnictwem. Publikacja ta niejako otwiera szereg innych wydawnictw, wystaw oraz imprez związanych z jubileuszem ­200-lecia Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie. Historia naszej Akademii to także historia artystów i pedagogów, którzy ją tworzyli, a do nich właśnie należał Zbigniew Łagocki…1Maria Pyrlik, Łagocki, Wydawnictwo ASP, Kraków 2017, dzięki uprzejmości wydawcy

Jacek Wojciechowski, Iluzje w okruchach

Jacek Wojciechowski

Krakowska Książka Miesiąca – Sierpień 2017

Iluzje w okruchach

W prozie literackiej umiejętność ciekawego opowiadania to podstawowy warunek zawarcia przyjaźni z publicznością. Dzisiaj jeszcze ważniejszy niż wczoraj, bo trzeba pokonać konkurencję innych a licznych form komunikowania, które bywają atrakcyjne już same z siebie choćby dlatego, że oferują obrazki albo zapraszają do klikania. Oczywiście: sprawny narrator musi jeszcze dodać do relacji rozumną i frapującą treść – to konieczne, jak piana w piwie. Ale bez błyskotliwego i wciągającego sposobu rozmowy z czytelnikami na powodzenie trudno liczyć. Otóż Grzegorz Bogdał akurat może. W renomowanym wydawnictwie Czarne z podgorlickiego Wołowca opublikował właśnie tom pięciu opowiadań zatytułowany Floryda. Tematycznie ciekawych, zręcznie napisanych, narracyjnie zwartych, no i do czytania z dużą satysfakcją.

Nie bez znaczenia są rozmiary. Żyjemy w pośpiechu, zdyszani, więc średnio-krótka forma literacka jest w cenie tym bardziej, kiedy posegmentowana jest jak mecz koszykówki. Przeczytaj, zrób przerwę, weź czas i znowu poczytaj. Oczywiście ważna jest treść – zaskakująca, rozumna, prowokująca. Swoje robi zręczne narzędzie dialogu z czytającymi.

Zazwyczaj przy takiej okazji przywołuje się jakieś skojarzenia literackie. Niekoniecznie autorskie, bo skąd można wiedzieć, co czytał, a czego nie. Z własnych lektur dawnych wspomniałbym, śladowo zbieżne, opowiadania Wiesława Dymnego. Bardziej rzuca się jednak w oczy częściowo Hłaskowaty sposób relacji: do potocznych okoliczności oraz niby banalnych wydarzeń zostają nieoczekiwanie wplątane szokujące fakty, dramatyczne incydenty albo niebywałe komentarze – i natychmiast robi się gorąco. W jednym zaś opowiadaniu jest odniesienie (przypadkowe?) do inwencji Dostojewskiego, jakkolwiek podrasowane i rozwinięte na nowo. Według zasady: skoro mógł Fiodor, to zakazu nie ma.

Grzegorz Bogdał, Floryda, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017

Grzegorz Bogdał, Floryda, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017

Mechanizmem napędowym oraz czynnikiem motywującym bywają tu akurat złudzenia, iluzje, które imitują wartości, w praktyce nieosiągalne. Tworzą wrażenie stabilności, wmawiają pomyślność, a czasem wręcz sukces, jednak tylko w specjalnych okolicznościach: kiedy można udawać kogoś innego, niż jest się naprawdę – Freddiego Mercury’ego z Queen ze względu na rzeczywiste albo wydumane podobieństwo – lub głosząc w rozmaitych miejscach słowo ­etyczno-biblijne, skoro za sprawą kalectwa nie można zostać kapłanem. Albo na zmianę: z powodzeniem lub bez uprawiając znachorsko-fizjoterapeutyczną praktykę, w utajeniu wierząc, że kiedyś uzbiera się za to wielki szmal i da się zwiać na jakąś mityczną Florydę.

Ale z tym jeszcze naddaniem, że te iluzje trwają oraz trzymają przy życiu tylko, jeśli można między nimi zachować jakiś parytet, równowagę, rozsądne proporcje. Oraz trzeba, żeby utrzymały się dłużej. Osiągnąć to bardzo trudno, więc jednak jest sukces, jeżeli tak – dopowiada Bogdał między wierszami oraz wtrąca od niechcenia, że kiedyś nawet na to nie było szans. Dawno: tuż po wojnie. Wtedy zabijano albo ktoś znikał bez śladu i żadne iluzje ani proporcje nie wchodziły w grę. Dopiero z czasem zaczęły się rodzić zalążki względnej równowagi, a w generowaniu brali również udział wcześniejsi krzywdziciele.

Istnieje tu też drugi filar potocznej codzienności, który sprawia, że da się żyć mniej więcej spokojnie i bez głębszego poczucia goryczy. To współobecność kogoś innego, z kim można podzielić dni, wydarzenia oraz jeszcze piwo. Ktokolwiek to jest.

Debilny olbrzym bądź niepełnosprawny fizycznie karzeł. Mama przez dziesięciolecia gotująca identyczny rosół. Załgany znachor, wyrwany rakowi pacjent albo nawet pies. A na odległość: piosenkarz z Queen. Bo żyć, to znaczy być obok kogoś. Wzajemnie dzielić się codziennością, dzięki temu już nie jałową, oraz kłopotami albo radościami – jeżeli są. Pojedynczo, zapewne umoczonymi w banałach, ale wszystkie razem układają się w sens bycia. A zatem są ważne.

Jedyne, czego im ewidentnie brakuje, to niestety gwarancja trwałości. Marzenia są iluzjami, iluzje zaś to takie złudzenia, na które w końcu przychodzi kres. Mercury umiera na AIDS. Fizjoterapeuta topi się, ratując psa. Matka, z wyrafinowanych powodów, nie może już gotować rosołu. A przygłupi olbrzym prokuruje nieodwracalne nieszczęście. Nawet wakacyjne ożywienie w połowicznie wyludnionym przysiółku zdycha z nastaniem jesieni.

Co dalej? Na takie pytanie odpowiedzi nie ma. Autor ma świadomość, że na kolejne iluzje zabraknie już czasu: każdemu dano tylko jedno życie. Ale to nie znaczy, że należy zlekceważyć te, które minęły. W swojej chwili, dla swoich, miały wszak swój sens.

Opowiadania Grzegorza Bogdała nie są sprawozdawcze, dydaktyczne, umoralniające ani instruktażowe. Jeśli już, to refleksyjne. Wstrzeliwują kilka elementarnych i prostych, ale celnych pytań. Jaki mianowicie masz swój iluzoryczny pomysł na własne życie? A jeżeli nie masz, to miej: jakikolwiek. Nawet taki, żeby może kiedyś zostawić cały ten syf i zwiać na mityczną Florydę lub do Wołowca w gminie Sękowa, powiat gorlicki – w końcu przecież wszystko jedno gdzie. Ważne, żeby takie marzenie było. I trzeba je potraktować z należytą powagą. Nie dać mu się wypsnąć ani zrobić w konia. Wtedy zaś, ewentualnie, pojawi się takie odczucie, że może nie jest wcale tak źle.

Imponuje więc w tych opowiadaniach nie tylko autorska sprawność narracyjna. Również umiarkowanie w podpowiadaniu opinii, oszczędność w ocenach, partnerstwo w dialogu. A to są cechy oraz zalety literatury dobrej i bardzo dobrej.

Byłby więc niewątpliwy pożytek z wydobycia tej książki spod stert barachła w niby księgarskich sieciówach (śmieciówach?) albo może da się ją wypatrzeć w prawdziwych księgarniach, których jeszcze niedobitki przetrwały. Poza tym można kliknąć bezpośrednio do wydawcy, lecz wtedy za wariant drukowany kurier dodatkowo obedrze ze skóry. Owszem, wydawca mógłby przesłać wobec tego ebookową wersję on-line, jednak czytanie mądrej literatury w takiej postaci to jak próba pogryzienia sztuczną szczęką befsztyka. Ale, ale: istnieją jeszcze biblioteki1Miesięcznik społeczno-kulturalny „Kraków”, nr 11/2017.

Dorota Malec, O Wydziale Prawa UJ

Dorota Malec

Krakowska Książka Miesiąca – Wrzesień 2017

O Wydziale Prawa UJ

Przemysław Marcin Żukowski, Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie w latach 1918–1939, Wydawnictwo Księgarnia Akademicka, Kraków 2016

Przemysław Marcin Żukowski, Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie w latach 1918–1939, Wydawnictwo Księgarnia Akademicka, Kraków 2016

Dzieje Uniwersytetu Jagiellońskiego nieprzerwanie związane są z istniejącym na nim od początków uczelni Wydziałem Prawa. Od planowanych w 1364 r. pięciu katedr prawa rzymskiego oraz trzech prawa kanonicznego, poprzez trwałe zorganizowanie od 1400 r. uniwersyteckich studiów prawniczych, Wydział Prawa przechodził zmienne koleje: rozwój w „złotym” XV w., reformę w końcu lat 70. XVIII w., nowe znaczenie w czasach Wolnego Miasta Krakowa. W I połowie XIX w. Wydział Prawa, zachowując ciągłość działania, był jedyną polską szkołą prawa po zamknięciu uniwersytetów w Warszawie i Wilnie, a także wobec całkowitej w tym czasie germanizacji uniwersytetu we Lwowie. Ponowny bujny rozwój nauki i nauczania prawa w Krakowie nastąpił w okresie autonomii galicyjskiej. W przededniu odzyskania przez Polskę niepodległości Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego mógł śmiało rywalizować z najlepszymi uczelniami monarchii Habsburgów, a jego kadrę zasilali świetni młodzi uczeni (na początku XX w. przeciętny wiek w chwili habilitacji wynosił 26 lat). Lata 1918–1939 to okres dalszego rozwoju znaczony między innymi udziałem profesorów Wydziału Prawa w wielkim dziele kodyfikacji prawa polskiego oraz w życiu politycznym i społecznym II Rzeczypospolitej.

Historia Wydziału Prawa i ­Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego w okresie dwudziestolecia międzywojennego nie była dotychczas przedmiotem osobnej monografii. Praca dr. Przemysława Marcina Żukowskiego stanowi pierwszą tego rodzaju próbę, podjętą przez historyka, pracownika Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego, autora dysponującego odpowiednią wiedzą, warsztatem naukowym i doświadczeniem, które przyniosło w poprzednich latach między innymi obszerny tom Profesorowie Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego 1780–2012 (Kraków 2014).

Zamierzeniem autora było ukazanie Wydziału Prawa w sposób wszechstronny, zarówno jako instytucji, a zarazem części składowej Uniwersytetu Jagiellońskiego, jak i zespołu ludzi, którzy go tworzyli, a także ukazanie roli i znaczenia krakowskiego Wydziału Prawa na tle innych tego rodzaju jednostek w Polsce w latach 1918–1939. Ramy chronologiczne książki mieszczą się w latach akademickich 1918/19–1939/40 i opierają się bardziej na wydarzeniach historycznych niż na wewnętrznych zmianach w funkcjonowaniu samego Wydziału Prawa. Książka oparta jest na bardzo szerokiej podstawie źródłowej, obejmującej zarówno źródła prawa, obszerne archiwalia przechowywane w Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego, w tym protokoły posiedzeń Kolegium Profesorów (Rady Wydziałowej), akta poszczególnych katedr, a także teczki personalne (osobowe i habilitacyjne) oraz inne, dokumentujące działalność naukową, polityczną, społeczną etc. pracowników, a także w innych archiwach i bibliotekach. Wykorzystano również wspomnienia, pamiętniki i dzienniki głównych bohaterów opracowania oraz bogatą literaturę naukową.

Monografia składa się z pięciu części, z których każda podzielona jest na rozdziały. Część pierwsza ukazuje krakowski Wydział Prawa od przełomu XIX/XX w. do chwili odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. W części drugiej przedstawiono podstawy prawne funkcjonowania Wydziału Prawa oraz zarys jego struktury wraz z omówieniem władz (dziekanów, prodziekanów, Kolegium Profesorów) i udziału jego przedstawicieli we władzach uczelni. Część trzecia poświęcona została sile naukowej fakultetu. Rozpoczyna ją rozdział, w którym opisano drogę kariery naukowej, następne poświęcono profesorom, docentom oraz innym osobom prowadzącym wykłady zlecone, tak zwanym pomocniczym pracownikom nauki, a wreszcie i pracownikom administracyjnym.

Najważniejszy fragment całej monografii stanowi jej część czwarta, poświęcona katedrom istniejącym na Wydziale Prawa w latach 1918–1939. Przedstawiono w niej szeroko także zmiany personalne w poszczególnych katedrach, dorobek naukowy profesorów. Autorowi udało się dzięki wykorzystaniu źródeł archiwalnych poczynić wiele nowych, interesujących ustaleń. Przedstawiono starania o utworzenie w Krakowie nowych katedr (etatów profesorskich), z których niestety niewiele się udało w praktyce zrealizować.

Bardzo interesujący zasób informacji zawiera również ostatnia, piąta część monografii, ukazująca udział pracowników Wydziału Prawa w życiu naukowym, kulturalnym, politycznym i społecznym II Rzeczypospolitej. Przedstawiono ich zaangażowanie w działalność dyplomatyczną i w życie polityczne, omówiono pracę w Komisji Kodyfikacyjnej RP. W części tej podano informacje dotyczące wkładu krakowskiego Wydziału Prawa w odbudowę i tworzenie polskiego szkolnictwa wyższego, ukazano udział krakowskiego środowiska prawniczego w kongresach i w innych aspektach życia naukowego.

Całość książki zamyka Post scriptum i zakończenie, w którym Autor podjął się przedstawienia wniosków i konkluzji. Jak zauważył, głównym zadaniem, jakie stanęło przed światem prawniczym w niepodległej Polsce w ogólności, a przed profesorami uniwersyteckimi – w tym krakowskimi – w szczególności, było stworzenie prawa polskiego. To niejako determinowało ocenę działalności całego fakultetu właśnie przez ten pryzmat działalności. Podkreślono ogromne zasługi w dziele kodyfikacji prawa krakowskich cywilistów, między innymi Fryderyka Zolla Juniora, Władysława Leopolda Jaworskiego i Stanisława Wróblewskiego. Prawo administracyjne i nauka administracji rozwijały się w Krakowie chyba najbardziej ze wszystkich uniwersytetów, nie tylko poprzez dorobek Kazimierza Władysława Kumanieckiego i Władysława Leopolda Jaworskiego, lecz także poprzez działalność docentów, ich uczniów i innych wychowanków krakowskich, którzy odcisnęli swoje piętno na rozwoju tych dyscyplin naukowych w ówczesnej Polsce (Tadeusz Hilarowicz, Kazimierz Maria Krzyżanowski, Jerzy Stefan Langrod, Jerzy Panejko, Wilhelm Szczęsny Wachholz). Nauki historyczno-prawne, a zawłaszcza historia dawnego prawa polskiego, rozwijały się pod kierunkiem Stanisława Kutrzeby, prawo kanoniczne reprezentował Adam Vetulani, a rzymskie – światowej sławy romanista i papirolog – Rafał Taubenschlag. Z nauk ekonomicznych wymienić należy Adama Krzyżanowskiego, Romana Rybarskiego i Jerzego Michalskiego, a obok nich docentów, którzy objęli chyba wszystkie katedry ekonomii w ówczesnych uniwersytetach polskich. Jednoznacznym ocenom wymyka się zdaniem autora prawo karne, bo choć nie można pominąć zasług i pozycji Edmunda Krzymuskiego, niemniej pierwsza połowa XX w. to już dominacja Juliusza Makarewicza, profesora lwowskiego, który w UJ z pewnymi kłopotami uzyskał habilitację i stawiał swoje pierwsze kroki naukowe jako profesor nadzwyczajny. U schyłku międzywojnia i po 1945 r. krakowski Wydział Prawa odzyskał jednak pozycję za sprawą Władysława Woltera.

Powyższe, uproszczone z powodu ram recenzji zestawienie, dokonane w ślad za autorem, ukazuje jeszcze jedną wartość książki: nie ogranicza się ona tylko do dziejów krakowskiego Wydziału Prawa. Wiele wątków w niej poruszanych dotyczy ważnych kierunków zmian w XX-wiecznym prawie, historii nauki, a także przeszłości innych fakultetów prawniczych w uniwersytetach II Rzeczypospolitej. Jest także monografią dziejów Krakowa w okresie międzywojennym, Krakowa widzianego poprzez pryzmat osiągnięć Uniwersytetu Jagiellońskiego i profesorów jego Wydziału Prawa1Miesięcznik społeczno-kulturalny „Kraków”, nr 7-8/2017.

Magdalena Machała, Wojciech Ligęza o poezji Szymborskiej raz jeszcze

Magdalena Machała

Uniwersytet Jagielloński

Krakowska Książka Miesiąca – Październik 2017

Wojciech Ligęza o poezji Szymborskiej raz jeszcze

Wojciech Ligęza, Wstęp, w: W. Szymborska, Wybór poezji, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2016

Wojciech Ligęza, Wstęp, w: W. Szymborska, Wybór poezji, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2016

Szymborska stała się jedną z ikon kultury popularnej. Trudno przecenić zasługi tej kultury dla upowszechniania twórczości poetki zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami, by wymienić tylko Włochy. Trudno także wartościować ten rodzaj odbioru choćby z tego powodu, że nie sposób wy-znaczyć wyraźnej granicy między kulturą „popularną” a „elitarną”, a tym samym między recepcjami w obrębie tych dwu obszarów. Przykładem przenikania treści charakterystycznych dla obu dziedzin mogą być anegdoty z życia prywatnego przywoływane na konferencjach naukowych oraz wypowiedzi historyków literatury, krytyków literackich dotyczące twórczości poetki prezentowane w mass mediach.

Obok piętrzących się stosów – jakże cennych zazwyczaj – opracowań pojedynczych utworów, całych tomików i w końcu monografii, obok wydawanych po śmierci poetki wspomnień, listów, tworzonych filmów dokumentalnych, obok wystawy „Szuflada Szymborskiej”, zeszytów, kalendarzy i innych gadżetów z reprodukcjami wyklejanek, w końcu obok wydanej niedawno książki Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej Michała Rusinka pojawia się Wybór poezji Wisławy Szymborskiej ze wstępem i w opracowaniu Wojciecha Ligęzy wydany przez Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Przypomnijmy, że Ligęza jest autorem monografii O poezji Wisławy Szymborskiej. Świat w stanie korekty (2002), a także osobnych artykułów i wspomnień poświęconych poetce.

Można by się zastanowić, jaka byłaby reakcja samej Szymborskiej na – popularnie nazywaną – BN-kę? Takie wydanie ma w sobie niewątpliwie jakiś ładunek powagi, kojarzy się często z koturnowością, a niekiedy staje się także źródłem nadmiernej schematyczności lektury. Przywołując znamienne słowa poetki dotyczące procesu czytania w ogóle kończące się zdaniem „Homo ludens z książką jest wolny”, stwierdza Ligęza, że to „właśnie postawa wolności, przyjemności czytania tekstów, przekorne spojrzenie na poruszane kwestie, prymat osobowości odbiorczej wyróżniają styl lektury Wisławy Szymborskiej” (s. 230)1W. Ligęza, Wstęp, w: W. Szymborska, Wybór poezji, Wrocław 2016. Wszystkie cytaty – jeśli nie zostało zaznaczone inaczej – pochodzą z tego wydania; po przytoczeniu w nawiasie podaję numer strony.. Autor wstępu zdaje się wyczulony na tę wolność, szanując obszar swobody lekturowej czytelnika, nie narzucając mu jedynie słusznych interpretacji, dystansując się od postawy grzmiącego ze swej katedry profesora dyktującego sztywne reguły odczytywania omawianych utworów.

Za każdym razem podczas lektury tekstów krytycznych Ligęzy dotyczących twórczości Szymborskiej czytelnik odnosi silne wrażenie, że jest to przede wszystkim ślad relacji z poetką-osobą, zapis intelektualnego spotkania, którego obszarem jest tekst kultury. Zarówno Wstęp, jak i poprzednie teksty autora charakteryzuje głębokie rozumienie nie tylko jej utworów, ale także osobowości.

Przejawem postawy rozumienia jest choćby to, że Wstępu nie zaczyna autor od przybliżenia czytelnikowi biografii pisarki, co w schemacie tego typu tekstów jest zjawiskiem bardzo częstym. Na początku, gdzie zwykle znajduje czytelnik informację dotyczącą daty i miejsca urodzenia, pojawia się więc refleksja nad stosunkiem samej Szymborskiej do użytkowego charakteru faktów z życia prywatnego artysty, ich upubliczniania, co poetka czyniła niechętnie i z niemałym oporem. Ligęza zwraca uwagę, że po roku 1996 zachowanie takiej postawy stało się niemożliwe. Owa niechęć poetki z jednej strony i nachalność dziennikarzy z drugiej wpłynęły na powstanie wizerunku wykreowanego na potrzeby przestrzeni publicznej i medialnej: „Przedstawiane w mediach anegdoty i obrazy, które oddaliły się od metafizycznych przesłań jej poezji, zastępowały spójną narrację o życiu poetki, były więc rodzajem trybutu spłacanego zaciekawionej publiczności” (s. 31). Namysł nad tym, jak ten wizerunek „wesołej facecjonistki” (określenie Bronisława Maja) funkcjonuje w świadomości jej czytelników i jakie są tego konsekwencje, zajmuje nie tylko Wojciecha Ligęzę, ale także badaczy współczesnej kultury coraz bardziej zdominowanej przez zjawisko medialności.

Poprzedzone obszernym komentarzem informacje dotyczące biografii pojawiają się jednak, bo pojawić się muszą – autor oprócz faktów dotyczących życia Szymborskiej przedstawia także konteksty historyczne, społeczne, kreśli obraz środowisk twórczych, instytucji związanych z literaturą i kulturą, ani na moment nie tracąc z oczu postaci samej poetki.

Na uwagę zasługuje to, że charakterystykę twórczości pisarki rozpoczyna Ligęza od uważnego przyjrzenia się twórczości związanej ściśle z okresem wojennym (wiersze z tomu Czarna piosenka), a później – stalinizmu. Na wiersze pisane w okresie ­socrealizmu spogląda autor obiektywnym, profesjonalnym okiem krytyka, historyka literatury. „Czytając utwór Szymborskiej bez uprzedzeń” – tak Wojciech Ligęza rozpoczyna refleksję nad jednym z najbardziej krytykowanych utworów Szymborskiej, czyli Ten dzień, wierszem napisanym po śmierci Stalina. Znajdzie więc czytelnik we Wstępie analizy wierszy pomijanych zazwyczaj przez autorów interpretacji. Autor poświęca im swoją uwagę, wskazując na pewne tematy oraz pomysły artystyczne, których doskonałą realizację czytelnik może dostrzec w późniejszej twórczości poetki, podkreślając jednocześnie, że „zrozumienie wyborów światopoglądowych bez tego ogniwa byłoby niepełne” (s. 42). Według niego doświadczenie związane z wiarą w ideologię komunistyczną nauczyło poetkę „sztuki dystansu i nieufności”, „pięknej sztuki wątpienia”.

Podczas omawiania twórczości poetyckiej, która obejmuje tomy od Wołania do Yeti (1956) do Tutaj (2012), proponuje Ligęza dwa spojrzenia. Pierwsze – diachroniczne – jest spacerem spostrzegawczego obserwatora, który porusza się po dobrze znanym mu obszarze literatury, komentując każdy tom Szymborskiej z osobna. Sam Ligęza pisze o tej wędrówce przez poszczególne zbiory poezji tak: „Starałem się naszkicować linie rozwojowe, opisać tematy, przesłania, estetyczne preferencje i artystyczne decyzje” (s. 95). W tym pierwszym ujęciu szczególną uwagę zwraca autor na tom Wołanie do Yeti – analizując wiersze będące przejmującą i surową samokrytyką poetki, wskazując na pewne pączkujące tematy, motywy oraz idee, które od tej pory będą w tej poezji rozwijane – oraz Koniec i Początek jako na tomik poetycki, który inicjuje pewną zmianę tonacji, nastroju tej poezji.

Proponując czytelnikowi synchroniczną lekturę wierszy, Ligęza zwraca uwagę na antropologię Szymborskiej, refleksję nad istnieniem poszczególnym (znamienny podtytuł rozdziału: Dziwna istota – człowiek), na problem relacji międzyludzkich – ze szczególną wrażliwością obserwuje autor te wszystkie szczeliny, które wyłaniają się na granicy między bliskością a obcością. Interesują Ligęzę także korespondencje tej poezji z innymi formami artystycznego wyrazu, czyli muzyką, malarstwem, filmem, fotografią, teatrem, a także – filozofią.

Ta ostatnia interesować mnie będzie szczególnie, ponieważ zdaje się, że to właśnie –jak nazywa ją autor – „literacka filozofia Szymborskiej”, która nie jest niczym innym jak postawą przyjmowaną wobec otaczającego poetkę świata, oraz jej przez autora zrozumienie, zaważyły na tym, w jaki sposób przedstawił on czytelnikowi poetkę-osobę i jej twórczość: gdzie postawił akcenty, na jakiej podstawie dokonywał selekcji materiału, jaki kształt nadał całości i wreszcie – co spaja te 289 stron Wstępu.

Przypomnijmy słowa Szymborskiej dotyczące samego procesu twórczego – jak wiemy, rzadko się na ten temat wypowiadała. Z właściwym sobie humorem tworzy pisarka obraz poety „gołego dzikusa z kółkiem w nosie”, który podczas pisania musi zdjąć uwierający go „mundurek racjonalisty”2Określenia cytowane za A. Bikont, J. Szczęsna, Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej, Kraków 2012, s. 183. Bikont i Szczęsna cytują tu z kolei Szymborskiej Historię Bliskiego Wschodu w starożytności., wziąć w nawias cały ogromny obszar wiedzy pewnej o świecie, którą zdobył w procesie edukacji czy podczas samodzielnej lektury i indywidualnych poszukiwań. Obraz ten mógłby być dowcipną ilustracją portretu, jaki we Wstępie kreuje Wojciech Ligęza. Interesują bowiem autora właśnie owe „pierwsze pytania” (określenie W. L.), „pytania naiwne”, które zadaje światu człowiek pierwotny albo – dziecko.

Dziecięca ostrość widzenia, świeżość spojrzenia i pielęgnowanie w sobie wrażliwości na konkret otaczającego ją świata to cechy, które podkreśla Ligęza jako konstytuujące postawę poetki. Napięcie między czyhającą na pisarza – a chyba także po prostu człowieka – rutyną a uważną obserwacją życia pulsującego bogactwem szczegółów leży u podstaw tej postawy. O tym, że poetka była znakomitą obserwatorką życia w najprostszych jego przejawach, świadczą nie tylko wiersze „poważne”, ale także przywoływana przez Ligęzę twórczość żartobliwa, czyli między innymi „podsłuchańce”, powstające z inspiracji żywiołem mowy, z zasłyszanych na ulicy fragmentów wypowiedzi przypadkowych przechodniów. Bardzo ważne są dla autora słowa poetki z wiersza Może być bez tytułu, w których zawiera się według niego istota jej stosunku do świata: „Tak się złożyło, że jestem i patrzę”. Opatruje je takim oto komentarzem: „indywidualne świadectwo poetyckie zdolne jest zapisać intensywnie przeżywane chwile i ma tę wartość, że kwestionuje standardy poznania, a także przyjęte hierarchie spraw” (s. 179).

Kategorią, która pojawia się niemal we wszystkich podrozdziałach dotyczących tematów i idei w poezji Szymborskiej, jest zdumienie filozoficzne. Zdolność do tego zdumienia jest tym, co należy w sobie kształtować, wiąże się ona z wysiłkiem intelektualnym. Wspominałam już o „pięknej sztuce wątpienia”, którą rozwija w sobie poetka od czasów bolesnego doświadczenia związanego z socrealizmem. Ligęza, charakteryzując twórczość poetycką pisarki, mówi o „poetyce rewindykacji”. Zwraca uwagę na związane z tym funkcje języka artystycznego, który obnaża klisze językowe, schematyczność potocznego myślenia, uwypukla obszary wątpliwości, ukazuje wielość punktów widzenia, odkrywa ogromny obszar nie-bytu, nie-istnienia, wskazując na wielki potencjał światów możliwych.

Wojciech Ligęza tworzy obraz poetki, której obcy jest stan „spokojnej pewności”. W duchu Heideggera Szymborska z nieufnością podchodzi do wszystkich wielkich systemów filozoficznych, tworząc swą własną „filozofię literacką”, inspirując się fragmentami myśli wielkich mędrców, poddając ich poglądy krytycznej refleksji. „Dodawanie cząstkowych spostrzeżeń i cierpliwe gromadzenie przykładów – od małego kosmosu listka, źdźbła trawy, kropli wody, ziarnka piasku po gwiezdne fenomeny – charakteryzują styl poetyckiego myślenia Szymborskiej” (s. 170). Ważne są dla niej myśli poszczególne, olśnienia indywidualne.

Dlatego też tak ważne jest dla Wojciecha Ligęzy to, że lektura wierszy nie zwalnia czytelnika od samodzielnego myślenia. Przypominając słowa Lwa Szestowa, autor podkreśla, że zadaniem poetów i filozofów jest nauczyć człowieka życia w niewiedzy. Filozofia powinna budzić w człowieku niepokój, wątpliwości, stymulować proces krytycznego myślenia. Jej funkcją nie jest uspokajanie go. Tak na samą filozofię spoglądała Szymborska, podobną rolę przypisując chyba swojej poezji.

Była już mowa o tym, w jaki sposób jest Szymborska obecna w świadomości odbiorców kultury masowej, a co za tym idzie – w świadomości wielu jej czytelników. Wybór poezji w opracowaniu Wojciecha Ligęzy jest pozycją, która potrzebna jest nie tylko studentom polonistyki czy literaturoznawcom, ale – być może przede wszystkim – „zwykłemu” czytelnikowi Szymborskiej. Wstęp Ligęzy, napisany przejrzystą (autor wyjaśnia kłopotliwe pojęcia zazwyczaj jeszcze w tym samym zdaniu), niepozbawioną wdzięku polszczyzną może odegrać znaczącą rolę w kształtowaniu wizerunku poetki w świadomości polskich odbiorców literatury i kultury. Byłoby wspaniale, gdyby tak się stało.

Syntezująca, uwzględniająca dotychczasowe badania monografia ta jest jednocześnie w pełni autorskim, indywidualnym spojrzeniem na twórczość poetki3„Świat i Słowo”, 2018, dzięki uprzejmości redakcji.