Małgorzata Kisilowska – Czytelnicy w pracy bibliotek publicznych pandemiczną wiosną 2020 roku

Małgorzata Kisilowska

Uniwersytet Warszawski
ORCID: 0000-0001-5733-5424

Czytelnicy w pracy bibliotek publicznych pandemiczną wiosną 2020 roku

Konsekwencje pandemii dotknęły wszystkich sektorów gospodarki i dziedzin życia publicznego. Nie ominęły również instytucji kultury, w tym bibliotek publicznych. Podobnie jak wiele innych podmiotów pozostawały one fizycznie zamknięte przez wiele tygodni całego roku 2020 i części 2021, a przez większość pozostałego czasu przyjmowały odwiedzających, zachowując specyficzne obostrzenia sanitarne. Już od początku pierwszego lockdownu w Polsce stwierdzono jednak, że zamknięte drzwi nie mogą oznaczać przerwania działalności, wstrzymania kontaktu z czytelnikami. Niemal natychmiast podjęto wiele różnych aktywności, których celem było utrzymanie nie tylko komunikacji z użytkownikami, ale także realizowanie w dostępnych formach podstawowej działalności, czyli obsługi ich potrzeb kulturalnych, informacyjnych i edukacyjnych.

Biblioteka Narodowa w czasie pandemii w 2020 r

Biblioteka Narodowa w czasie pandemii w 2020 r., źródło: Wikipedia

Sytuacja kryzysu, w jakiej znaleźliśmy się wszyscy, ujawniła bądź potwierdziła (zależnie od wcześniejszych lokalnych doświadczeń lub uwarunkowań), jak bardzo biblioteki publiczne są potrzebne i niezastąpione w społecznościach lokalnych. Opisane w literaturze przedmiotu doświadczenia kryzysowe innych krajów, związane przede wszystkim z sytuacjami katastrof i klęsk żywiołowych (m.in. w Stanach Zjednoczonych czy Japonii), pokazały wielokrotnie, że w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia, utraty dachu nad głową, braku kontaktu z bliskimi osobami biblioteki należą do tych instytucji, które skutecznie pełnią służbę publiczną, pomagając na wiele sposobów w formie materialnej i niematerialnej1Zob. np. L. Zach, M. McKnight, Special services in special times: Responding to changed information needs during and after community-based disasters, „Public Libraries” 2010, vol. 49, no 20; M. Malizia i wsp., Connecting public libraries with community emergency responders, „Public Libraries” 2012, vol. 51, no 3; A. Vårheim, Public libraries worked in the Tohoku mega-disaster, „Proceedings from the Document Academy” 2015, vol. 2, no 1; A. Vårheim, Public libraries, community resilience, and social capital, „Information Research” 2017, vol. 22, no 1, http://InformationR.net/ir/22-1/colis/colis1642.html (dostęp: 31.07.2020); B.W. Bishop, S.R. Veil, Public libraries as post-crisis information hubs, „Public Library Quarterly” 2013, vol. 32, no 1.. Oferują schronienie, dostęp do energii elektrycznej i internetu, pośredniczą w kontaktach, współorganizują działania pomocowe, pomagają w wypełnianiu dokumentów potrzebnych do uzyskania wsparcia bądź wypłaty pieniędzy z ubezpieczenia.

W Stanach Zjednoczonych doświadczenie pomocy i zaangażowania bibliotek w pomoc społeczeństwu w sytuacjach kryzysów wynikających z katastrof naturalnych spowodowały, że uznano je za instytucje publiczne warte włączenia do krajowej sieci zarządzania kryzysowego2Federal Emergency Management Agency, Assistance for Governments and Private Non-Profits After a Disaster, 2020, https://www.fema.gov/assistance/public (dostęp: 2.12.2020).. Angażują się one również w działania informacyjne i pomocowe w innych trudnych okolicznościach, na przykład w sytuacjach konfliktów i zamieszek na tle społecznym (np. rasowym)3Zob. np. R.L. Chancellor, Libraries as pivotal community spaces in times of crisis, „Urban Library Journal” 2017, vol. 23, no 1; M.J. Foster, M.R. Evans, Libraries creating sustainable services during community crisis: Documenting Ferguson, „Library Management” 2016, vol. 37, no 6/7.. Nie wszędzie jednak – na co wskazują doświadczenia w Japonii po tsunami w 2011 roku4S. Suzuki, T. Miura, The librarians of Fukushima, „Journal of Library Administration” 2014, vol. 54, no 5; A. Vårheim, Public libraries worked…, dz. cyt.; A. Vårheim, Public libraries, community…, dz. cyt. czy badania placówek australijskich5D.L. Velasquez, N. Evans, J. Kaeding, Risk management and disaster recovery in public libraries in South Australia: a pilot study, „Information Research” 2016, vol. 21, no 4. – są do pomocy w sytuacjach kryzysowych przygotowane.

Biblioteki służą swoim użytkownikom – jak jednak wygląda ich funkcjonowanie, kiedy brakuje fizycznej obecności tych ostatnich?

W połowie 2020 roku przeprowadzono badanie ilościowo-jakościowe dotyczące funkcjonowania bibliotek publicznych w Polsce w czasie pierwszego etapu pandemii, to znaczy od marca do lipca 2020 roku6Szczegółowe omówienie wyników tego badania, a także przegląd literatury dotyczącej funkcjonowania bibliotek w sytuacjach kryzysowych, także spowodowanych pandemią, zob. M. Kisilowska, Biblioteki publiczne w kryzysie. Doświadczenie pierwszego etapu pandemii, Warszawa 2021.. Dzięki wsparciu komunikacyjnemu Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich ankiety zostały udostępnione przez listę mailingową SBP bibliotekom różnych typów oraz w obrębie struktur Stowarzyszenia. Procedura miała więc zasięg ogólnopolski, choć pozyskany zbiór odpowiedzi nie jest reprezentatywny (zob. niżej). Zebrano 379 kwestionariuszy z bibliotek publicznych różnej wielkości z całego kraju. Badanie przeprowadzono techniką ankiety CAWI, której merytoryczna część składała się wyłącznie z pytań otwartych. Głównym celem badania było zebranie opinii i odczuć bibliotekarzy wobec zaistniałej sytuacji, nie zaś danych ilościowych, zaprojektowano więc zestaw pytań dotyczących funkcjonowania zespołu pracującego w konkretnej placówce, relacji z otoczeniem zewnętrznym (instytucjonalnym), kontaktów z użytkownikami oraz prowadzenia działalności online. Pytania merytoryczne uporządkowano w trzech częściach. W pierwszej wspomniany wyżej zestaw odnosił się do okresu zamknięcia bibliotek (od 12 marca do co najmniej 4 maja 2020 roku). W drugiej te same pytania dotyczyły okresu otwierania bibliotek, czyli od 5 maja 2020 lub później (część placówek z różnych względów przesunęła oficjalne otwarcie dla użytkowników) aż do końca lipca 2020 roku (kiedy ankieta została zamknięta). W trzeciej części natomiast zawarto dwa pytania otwarte, które dawały respondentom możliwość indywidualnego wypowiedzenia się na temat postrzeganych skutków (pozytywnych lub negatywnych) pandemii dla bibliotek oraz sformułowania własnych uwag. Część czwarta obejmowała pytania metryczkowe (charakterystyka biblioteki ze względu na jej wielkość, typ, rodzaj obsługiwanej społeczności). Uzyskano 379 poprawnie wypełnionych kwestionariuszy, w większości z bibliotek pracujących na terenach wiejskich i w miastach do 50 tysięcy mieszkańców (zob. tabela 1). Próba ta nie jest reprezentatywna dla polskich bibliotek publicznych, co jednak nie jest konieczne przy badaniu o charakterze przede wszystkim jakościowym.


[avia_codeblock_placeholder uid="0"]

Swobodne odpowiedzi na pytania otwarte zostały poddane analizie z wykorzystaniem metody kodowania otwartego, w oparciu o zdefiniowane cele i pytania badawcze. Kategorie podstawowe odpowiadały zestawowi kwestii poruszanych w dwóch pierwszych częściach ankiety, następnie sformułowano kody szczegółowe, pozwalające wyodrębnić główne wątki (problemy, zagadnienia) poruszane przez respondentów7Tabela kodów – zob. M. Kisilowska, Biblioteki w kryzysie… dz. cyt.. Umożliwiło to wyodrębnienie zagadnień najczęściej poruszanych przez respondentów, a więc dominujących w doświadczeniu funkcjonowania bibliotek w okresie pierwszego pandemicznego lockdownu oraz ponownego otwierania placówek.

W dalszej części tekstu skupiono się na problematyce poruszanej w odpowiedziach na pytanie trzecie (czyli dotyczące relacji z użytkownikami) i częściowo czwarte (prowadzenia działalności online) z pierwszych dwóch części ­kwestionariusza oraz na wątku relacji z czytelnikami poruszanym w odpowiedziach na pytania o konsekwencje pandemii i w wypowiedziach własnych respondentów.

Najważniejszą, pozytywną informacją płynącą z ankiet jest ta, że biblioteki „ani na chwilę” nie przestały się komunikować z użytkownikami, w miarę możliwości i pomysłowości prowadząc działalność we właściwym dla siebie zakresie (zob. tabela 2).


[avia_codeblock_placeholder uid="1"]

Wobec niemożności zaproszenia czytelników do pomieszczeń bibliotecznych w okresie lockdownu komunikację z nimi prowadzono na wszelkie inne możliwe sposoby. Jako pierwsze, równorzędnie, wymieniano dwa kanały: stronę internetową placówki i telefon. Na kolejnych miejscach pod względem częstotliwości wykorzystywania znalazły się pozostałe narzędzia internetowe. Nie wszystkie biblioteki, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, prowadzą swoje profile w mediach społecznościowych, dlatego ten kanał znalazł się na trzecim miejscu, a na kolejnym – poczta elektroniczna.

Informacje dotyczące sposobów komunikowania się z czytelnikami wyglądały na przykład tak:

Wszelkie niezbędne komunikaty znalazły się zarówno na naszej stronie internetowej, jak i portalu Facebook, a także na oficjalnej stronie gminy. Czytelnicy kontaktowali się z nami telefonicznie, zdarzało się jednak, że mimo obostrzeń ktoś zgłaszał się do nas osobiście (W1).
Utrzymywaliśmy stały kontakt z naszymi użytkownikami, czytelnikami. Odbieraliśmy telefony, maile. Informowaliśmy o sytuacji poprzez media społecznościowe i strony internetowe (M50–138).

Zdecydowanie rzadziej korzystano z „analogowych” form upubliczniania informacji na drzwiach lub tablicach informacyjnych (w tabeli 2 określono je skrótowo pojęciem „Tablica”), a właściwie jednostkowo – z pośrednictwa lokalnych mediów. Część kontaktów została zainicjowana przez samych czytelników:

Czytelnicy dzwonili, pisali, komunikaty były publikowane na stronie biblioteki i gminy, na Facebooku, wywieszono plakaty informacyjne na terenie gminy (W9).

Oczywiście trzeba pamiętać, że w większości przypadków bibliotekarze korzystali jednocześnie z kilku kanałów komunikacji, aby dotrzeć z potrzebnymi informacjami do czytelników posługujących się internetem lub nie, do wszystkich swoich potencjalnych odbiorców. To samo dotyczy kolejnego badanego etapu. Wyczerpująco ilustruje to poniższy cytat:

W zakresie komunikacji z użytkownikiem – kierownicy większych działów udostępniania i filii mieli możliwość korzystania z poczty służbowej w ramach pracy zdalnej i tym kanałem najczęściej komunikowali się z czytelnikami, a właściwie odpowiadali na ich pytania i potrzeby. Wszystkie informacje na temat funkcjonowania placówki (aktualizowane na bieżąco) były umieszczane na stronie internetowej i Facebooku biblioteki. Czytelnicy kontaktowali się z nami także telefonicznie, szczególnie zaraz po zamknięciu placówek (co stało się dość nagle), jak i tuż przed ich otwarciem. Najbardziej martwili się o przekroczenie terminu zwrotu pożyczonych zbiorów. W tym okresie anonsowaliśmy możliwość korzystania z usługi Legimi (nasza placówka ma wykupiony dostęp dla czytelników w ramach konsorcjum). Z przesłanych drogą mailową kodów dostępu skorzystało w tym okresie ponad 100 użytkowników (M100-6).

Okres ponownego otwierania bibliotek to czas wizyt, pierwszych i kolejnych odwiedzin użytkowników. Około 70 procent placówek, których pracownicy wypełnili ankietę, informowało o powrocie czytelników do bibliotek. W związku z tym wskaźniki korzystania z pozostałych kanałów komunikacji nieco spadły. Jednak raczej nieznacznie, jako że czytelników trzeba było o otwarciu, dostępności, godzinach, zasadach, reżimie sanitarnym poinformować. W związku z tym ponownie najchętniej wykorzystywanym kanałem komunikacji okazała się strona internetowa, tym razem w drugiej kolejności wymieniano media społecznościowe (część placówek tymczasem założyła tam swoje profile). Zdecydowanie rzadziej komunikowano się telefonicznie i mailowo, za to nieznacznie częściej korzystano z różnych „tablic informacyjnych” oraz z pośrednictwa mediów lokalnych.

Wszystkie istotne informacje publikowane były na stronie internetowej biblioteki oraz w mediach społecznościowych, aby mieć stały kontakt z naszymi czytelnikami, aby okazywać im wsparcie i mieć ciągłość relacji (W44).
Użytkownicy byli informowani o powrocie i sposobie funkcjonowania biblioteki poprzez stronę internetową, portale społecznościowe, informacje były również udzielane drogą telefoniczną. Zainteresowanie czytelników było spore. Szczególnie w pierwszych dniach otwarcia (M500-12).
Informacje o otwarciu pojawiły się na głównej stronie biblioteki, na naszym profilu na Instagramie oraz blogu, a także na drzwiach biblioteki. Zainteresowanie czytelników jest spore, niestety nie są zadowoleni z braku wolnego dostępu do półek i niemożności skorzystania z czytelni i komputerów (M500-22).

Co było przedmiotem komunikacji? Oczywiście przede wszystkim fakt zamknięcia – a później otwarcia – placówki, godziny otwarcia, sposób funkcjonowania. W pierwszym etapie informowano przede wszystkim o tym, że nie istnieje ryzyko naliczenia kar za przetrzymanie książek, których nie można zwrócić w terminie (że terminy tych zwrotów zostają przedłużone).

Przez cały okres pandemii był telefoniczny i internetowy kontakt z czytelnikami. Niezbędne informacje zamieszczaliśmy na Facebooku. Osobom potrzebującym dowoziliśmy książki, zostawiając je w umówionym miejscu (W13).

Z częścią osób kontaktowano się telefonicznie, jeśli wiadomo było, że same nie sprawdzą tej informacji w sieci. Ta kwestia budziła wśród czytelników najwięcej niepokoju. Wskazywano również możliwe formy realizacji usług, takie jak wymiana książek „na progu” czy ich dowóz do domu, propozycje różnych aktywności realizowanych online dla czytelników z poszczególnych grup wiekowych, oferty własnej lub udostępnianych linków do akcji, wydarzeń itp. proponowanych przez inne podmioty.

Informacje zamieszczane były na stronie www, blogu, Facebooku. Użytkownicy bardzo często dzwonili oraz korzystali z Messengera (W43).

Po wprowadzeniu lockdownu zrobiło się w bibliotekach… pusto, o czym respondenci informowali z dużym żalem, bólem i tęsknotą. Tęsknili również czytelnicy. W części wypowiedzi zauważano (z pewnym zaskoczeniem), że mieszkańcy danej społeczności (także niezbyt często korzystający z biblioteki) oraz władze lokalne doceniły istnienie i pracę placówki.

Pandemia przede wszystkim pokazała nam, bibliotekarzom, jak bardzo potrzebni jesteśmy dla naszych czytelników i jak bardzo potrzebna ludziom jest biblioteka. Użytkownicy (szczególnie w pierwszych tygodniach po otwarciu) przybywali licznie do biblioteki spragnieni książek i spotkania z nami (W90).

Wspominano o tym, jak wiele ciekawych akcji i wydarzeń odbywało się do tej pory w placówkach, doceniano ofertę dla różnych grup wiekowych, zaangażowanie pracowników w życie społeczności lokalnej, chętnie udzielaną pomoc.
Co się działo, aby uwagę czytelnika utrzymać? Tak jak wspomniano, wiele aktywności przeniesiono do sieci. Przykładowo:

Przygotowano spotkania autorskie online, warsztaty plastyczne, polecano książki, głośne czytania, warsztaty literackie. Średnio w tygodniu ukazywały się 2–3 nagrania. W początkowej fazie oglądających było kilkuset, a nawet kilka tysięcy. Im dłużej trwał czas izolacji i coraz więcej instytucji oferowało działania online, tym […] mniej było zainteresowanych. Udostępniano również informacje o wydarzeniach organizowanych przez inne jednostki (Mp500-4).

Ucyfrowienie oferty obejmowało także udostępnienie czytelnikom e-booków – najczęściej w postaci kodów umożliwiających korzystanie z oferty abonamentowych serwisów książkowych (i audiobookowych), takich jak na przykład Ibuk Libra lub Legimi. Kody przyznawane na dany miesiąc bardzo szybko się wyczerpywały – czytelnicy chętnie korzystali z tej możliwości.

W czasie izolacji zaobserwowaliśmy zwiększone zainteresowanie zasobami elektronicznymi, znacznie więcej osób zwracało się z prośbą o kody dostępu do platformy Legimi i Ibuk Libra (M50-142).

Ale nie tylko. Trzeba tu także wspomnieć o działaniach pośrednich lub podejmowanych z myślą o przyszłych formach pracy – szkoleniach, przygotowywaniu wniosków projektowych. Na przykład:

Staramy się uciekać „do przodu” poprzez remont biblioteki, podnoszenie kwalifikacji zawodowych dzięki kursom i szkoleniom, zakup nowości, przygotowania nowej oferty (W97).
Lockdown wpłynął pozytywnie na czytelnictwo. Ludzie czytali więcej. Odezwali się do nas mieszkańcy niezapisani do biblioteki z prośbą o kod do Legimi. Musimy wszyscy nauczyć się działać w sferze wirtualnej. Nabycie nowych doświadczeń i umiejętności jest pozytywne dla bibliotek i bibliotekarzy. Pewne nawyki z czasu pandemii zostaną. Może będziemy organizować więcej wydarzeń online (M50-138).

Po otwarciu bibliotek, do którego przygotowywano placówki poprzez przearanżowanie pomieszczeń w bezpieczne szlaki komunikacyjne, oczekiwania po obu stronach były ogromne. Dużą barierą, przykrością, powodem do nerwowych reakcji był zakaz wolnego dostępu. Czytelnicy czuli się mocno ograniczeni przez brak możliwości swobodnego wyboru lektury. Niektórzy narzekali także na reżim sanitarny (maseczki, konieczność dezynfekcji dłoni).

Przez pandemię nie mogły się odbywać zajęcia kulturalno-oświatowe, spotkania głośnego czytania dla przedszkolaków, a przede wszystkim brakowało bezpośredniego kontaktu z czytelnikami. Znacząco zmniejszyła się też liczba nowo zapisujących się czytelników. Efektem ubocznym pandemii będzie mniejsza liczba wypożyczeń, czytelników i odwiedzin w skali roku (W150).

Bibliotekarze obserwowali z niepokojem zmiany zachowań czytelników, zmniejszenie ich liczby, zwłaszcza w grupach do tej pory dość aktywnych – wśród dzieci i seniorów. Często wyrażali obawy co do przyszłości relacji z odbiorcami i przyszłości instytucji jako takiej.

Długotrwały społeczny lockdown może przynieść niewielki wzrost czytelnictwa, ale czytelnik będzie chętniej korzystał z księgarni internetowych. Biblioteka musi budować swój wizerunek jako miejsca, gdzie można bezpiecznie korzystać z księgozbioru w okresie epidemii. Zbyt szybkie luzowanie obostrzeń, na przykład wpuszczanie czytelnika między regały przy stałym wzroście zachorowań sprawi, że czytelnicy stracą poczucie bezpieczeństwa i ograniczą korzystanie z biblioteki. Niestety, epidemia wpłynie niekorzystnie na funkcjonowanie bibliotek zarówno w aspekcie finansowym (samorządy już mają kłopoty finansowe i dotacje na kolejne lata dla bibliotek z pewnością będą mniejsze), jak i liczby odbiorców usług (widać wyraźnie tendencję spadkową po otwarciu) (W149).
Obserwując całą sytuację, zadajemy sobie pytanie – dokąd zmierzamy? Z zakupem większej liczby książek czekamy do września – był sygnał, aby opłacać tylko terminowe wydatki. Jeżeli chodzi o ­czytelników, to widzimy, że zostają entuzjaści, zapaleńcy, miłoś­nicy książek. „Zluzowały” pojedyncze osoby, dla których książka była „złem” koniecznym. Nie jest ich dużo, dlatego nie martwimy się o stan czytelnictwa. Więcej będzie można powiedzieć w październiku bądź listopadzie (W146).

Respondenci obawiali się negatywnych skutków pandemii, choć potrafili wskazać także pozytywne (zob. tabele 3 i 4). Obawy o stan czytelnictwa i konsekwencje braku spotkań z czytelnikami dominowały wśród ocen negatywnych. Wśród pozytywnych zwracano uwagę na wzrost zainteresowania tym, co biblioteki mają w ofercie online, między innymi częstsze korzystanie z e-booków oraz z systemowych narzędzi wyszukiwania i rezerwacji książek.


[avia_codeblock_placeholder uid="2"]

[avia_codeblock_placeholder uid="3"]

Jak pisali respondenci, odpowiadając zwłaszcza na pytania z ostatniej części kwestionariusza, dotyczące własnej, swobodnej oceny sytuacji, warunkiem utrzymania i rozwoju czytelnictwa jest kontakt z odbiorcami. A ten buduje się w ogromnej mierze na częstych spotkaniach „w realu”. Potencjał takich spotkań daje natomiast działalność kulturalna lub edukacyjna biblioteki, niekoniecznie – choć zapewne w największym stopniu – skoncentrowana na książce i literaturze.

Brak bezpośrednich spotkań z czytelnikami „rozluźnił” kontakt z użytkownikami biblioteki. Konsekwencje mogą być długofalowe, będzie konieczność ponownego zachęcenia do powrotu do biblioteki. Chociaż czytelnicy „tęsknią” do spotkań w bibliotece oraz powrotu do działań sprzed pandemii (W121).
Konsekwencją może być spadek odwiedzin. Biblioteki nie będą miejscem spotkań, gdyż nie organizujemy zajęć w realu. Nie wydaje mi się, aby miał wpływ na poziom czytelnictwa. Zaobserwowano zdecydowanie większe zainteresowanie książką elektroniczną (W125).

Co prawda, jak zaznaczono w tabeli 4, do pozytywnych skutków pandemii respondenci zaliczyli również dostępność oferty online (budowanej od podstaw, poszerzanej, rozwijanej – zależnie od wcześniejszych doświadczeń i możliwości konkretnych placówek), jednak nie zastąpi ona możliwości spotkania.

W związku z tym warunkiem – mówiąc biurokratycznie – „odbudowania statystyk” czytelniczych jest powrót do działalności zachęcającej użytkowników do odwiedzenia biblioteki, spotkania, dyskusji, skorzystania z warsztatów, szkoleń, spotkań informacyjnych itp.

Konsekwencje, które już obserwujemy, to spadek (znaczący) wypożyczeń i odwiedzin. Po otwarciu spodziewałyśmy się (i trochę obawiałyśmy się) szturmu na bibliotekę, nawału odwiedzających. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. Brak spotkań, możliwości wejścia do biblioteki, przejrzenia książek przekłada się na mniejszą liczbę wypożyczeń i odwiedzin (widzimy to zwłaszcza u dzieci, które przywykły, że mogą do nas wejść, pobawić się, pograć w gry, poczuć, że są u siebie, i w końcu wypożyczyć wybrane przez siebie książeczki). Ludzie widzą rozbieżności w tym, jak rząd zezwala na przykład na organizację wesel czy możliwości wejścia do sklepu (gdzie, nie oszukujmy się, nikt albo mało kto przestrzega zachowania dystansu), a nie mogą wejść do biblioteki (na takich zasadach jak wcześniej) z dzieckiem (M50-124).
Stan epidemiologiczny nie pozwala na prowadzenie działalności kulturalno-oświatowej. Zawieszona została też współpraca z innymi instytucjami kultury, stowarzyszeniami, fundacjami. Konieczne będzie odbudowanie dobrej marki biblioteki jako placówki aktywnej, z dobrą ofertą kulturalną dla całej społeczności lokalnej (M50-135).

Wizyta w bibliotece daje możliwość nawiązania kontaktu z bibliotekarzami, ale także z innymi czytelnikami – w obrębie danej społeczności. Zacieśnianie więzi następuje w wyniku częstotliwości spotkań, ale także intensywności zaangażowania w taką relację.

Czas zamknięcia bibliotek był jednak czasem informacji o tym, jak ważną rolę pełni biblioteka w środowisku, będąc miejscem integracji różnych grup wiekowych. Czytelnicy docenili wagę możliwości nie tylko spotkań w trakcie proponowanych zajęć i warsztatów, ale przede wszystkim znaczenie możliwości swobodnego dostępu do literatury. W trakcie zamknięcia do biblioteki napływało mnóstwo sygnałów od czytelników o potrzebie wypożyczania książek. Bibliotekarze zaczęli pracować z czytelnikiem w sieci (M50-109)

Jak pisała Magdalena Paul8M. Paul, Wpływ społeczny bibliotek publicznych. Badanie użytkowników bibliotek w województwie mazowieckim, Warszawa 2018., relacje z biblioteką wzmacniają się wówczas, gdy czytelnik czuje się odpowiednio do swoich potrzeb „zaopiekowany”, pozytywnie odbiera kontakt z bibliotekarzem. Cel jego odwiedzin stopniowo się poszerza – chodzi już nie tylko o realizację własnych potrzeb informacyjnych lub kulturalnych czy społecznych, ale także o współtworzenie, o udział w pewnych aktywnościach, na przykład na zasadach wolontariatu, podzielenie się własnym doświadczeniem lub umiejętnościami. Stąd zapewne sukces dyskusyjnych klubów książki, których członkowie aktywnie uczestniczą w każdym spotkaniu.

Zamknięcie bibliotek, a potem wznowienie ich pracy w ograniczonym zakresie spowodowało spadek czytelnictwa. Zawieszenie wszelkich imprez promocyjnych osłabiło więź z użytkownikiem ­zarówno z dorosłym, jak i najmłodszym. Czytelnicy dzwonią do nas z pytaniem, kiedy będą mogli spotkać się w Dyskusyjnym Klubie Książki (M100-19).

Bez czytelnika biblioteki stracą swój podstawowy obecnie cel funkcjonowania. Zwłaszcza te, w których nie dominuje funkcja archiwizacyjna lub które nie realizują specyficznych, często specjalistycznych potrzeb informacyjnych. „Biblioteka miejscem spotkania” to nie tylko popularne w ostatnich latach hasło, ale warunek, bez którego trudno mówić o rozwijaniu czytelnictwa i kultury w skali lokalnej. Wyniki omawianego tu badania pokazują, że bibliotekarze z placówek publicznych zdają sobie sprawę z roli działań klasyfikowanych ogólnie jako „animacja kultury”, które niosą ze sobą wiele dobrych skutków, choć wymagają często znacznego nakładu sił i środków. Ich rola jako ośrodków życia lokalnego, miejsc nawiązywania kontaktów, rozbudzania i rozwoju zainteresowań, pozostająca w ścisłym związku z promocją czytelnictwa, została przynajmniej w części środowisk dostrzeżona i doceniona. Oby było takich jak najwięcej.


STRESZCZENIE

Małgorzata Kisilowska
Czytelnicy w pracy bibliotek publicznych ­pandemiczną wiosną 2020 roku

Artykuł przedstawia cząstkowe wyniki badań dotyczących sytuacji bibliotek publicznych w okresie od marca do lipca 2020 roku w kontekście skutków pandemii koronawirusa dla działalności tych instytucji. Szczególnym przedmiotem zainteresowania jest tu aktywność bibliotekarzy mająca na celu utrzymanie kontaktu z czytelnikami, a także ich ocena przyszłości – warunków koniecznych do odbudowania relacji z użytkownikami. Badanie wykazało między innymi, że powrót dobrych relacji wymaga nie tylko aktywności czytelniczej, czyli korzystania z księgozbioru, ale angażowania odbiorców w inne formy aktywności i oferty bibliotecznej.

SŁOWA KLUCZE

biblioteka publiczna, czytelnictwo, czytelnik, pandemia, koronawirus, SARS-CoV-2

SUMMARY

Małgorzata Kisilowska
Users in the Operations of Public Libraries in the Pandemic Spring of 2020

The paper presents partial results of the research on the situation of public libraries between March and July 2020 in the context of the coronavirus pandemic. The main point of focus is the activity of librarians aiming at maintaining relationship with the library users, as well as their assessment of the future, in particular the conditions necessary to rebuild this relationship. The research showed, among other things, that resuming a good relationship requires not only user activity, i.e. the use of book collection, but also involving the users in other forms of activity libraries have to offer.

KEY WORDS

public library, reading, library user, pandemic, coronavirus, SARS-CoV-2


BIBLIOGRAFIA

  • Bishop B.W., Veil S.R., Public libraries as post-crisis information hubs, „Public Library Quarterly” 2013, t. 32, nr 1.
  • Chancellor R.L., Libraries as pivotal community spaces in times of crisis, „Urban Library Journal” 2017, t. 23, nr 1.
  • Federal Emergency Management Agency, Assistance for Governments and Private Non-Profits After a Disaster, 2020, https://www.fema.gov/assistance/public (dostęp: 2.12.2020).
  • Foster M.J., Evans M.R., Libraries creating sustainable services during community crisis: Documenting Ferguson, „Library Management” 2016, t. 37, nr 6/7.
  • Kisilowska M., Biblioteki publiczne w kryzysie. Doświadczenie pierwszego etapu pandemii, Wydawnictwo Naukowe i Edukacyjne SBP, Warszawa 2021.
  • Malizia M. i in., Connecting public libraries with community emergency responders, „Public Libraries” 2012, t. 51, nr 3.
  • Paul M., Wpływ społeczny bibliotek publicznych. Badanie użytkowników bibliotek w województwie mazowieckim, Grupa COGITO, Warszawa 2018.
  • Suzuki S., Miura T., The librarians of Fukushima, „Journal of Library Administration” 2014, t. 54, nr 5.
  • Vårheim A., Public libraries, community resilience, and social capital, „Information Research” 2017, t. 22, no 1, CoLIS paper 1642, http://InformationR.net/ir/22-1/colis/colis1642.html (dostęp: 31.07.2020).
  • Vårheim A., Public libraries worked in the Tohoku mega-disaster, „Proceedings from the Document Academy” 2015, t. 2, nr 1.
  • Velasquez D.L., Evans N., Kaeding J., Risk management and disaster recovery in public libraries in South Australia: a pilot study, „Information Research” 2016, t. 21, nr 4.
  • Zach L., McKnight M., Special services in special times: Responding to changed information needs during and after community-based disasters, „Public Libraries” 2010, t. 49, nr 20.

Marta Fihel: „Poeta to zupełnie zwyczajny człowiek”

Konkurs im. Anny Świrszczyńskiej na Książkowy Debiut Poetycki

„Poeta to zupełnie zwyczajny człowiek”

Rozmowa z Martą Fihel, wyróżnioną w Konkursie im. Anny Świrszczyńskiej

Marta Fihel

Marta Fihel, fot. Krzysztof Lis

Od kiedy poezja towarzyszy Pani w życiu?

Nie chcę, żeby to, co powiem, zabrzmiało banalnie. Ale zabrzmi: od najmłodszych lat. Gdyby nie to, co czytali mi w dzieciństwie rodzice czy babcia, czego słuchałam z nagrań, być może nigdy literatura nie stałaby się dla mnie ważna. Te tak zwane „wierszyki” – a tak naprawdę wspaniałe wiersze polskich klasyków, jak Brzechwa, Tuwim, Wawiłow, Chotomska, Gellner, czy cudowne przekłady i adaptacje Marianowicza – one się zupełnie nie starzeją. We mnie budziły mnóstwo pytań, śmiechu, zdziwienia i zachwytu. Do literatury dziecięcej wracam nieustannie. Pisać swoje teksty zaczęłam wcześnie, kiedy tylko jako tako opanowałam alfabet. Potem chyba na chwilę zajęłam się życiem, ale po kilku latach, młodzieńczo przekonana o osobniczej wyjątkowości i niepowtarzalnym talencie, znowu postanowiłam zostać Poetką. W wieku lat nastu miałam szczęście poznać Dankę Wawiłow, poetkę, pisarkę i tłumaczkę, która z uporem godnym lepszej sprawy przez kilka dobrych lat zajmowała się setkami – tysiącami chyba – młodocianych poetek wanna-be i poetów arywistów. Nauczyła mnie bardzo wiele, a przede wszystkim dała poczucie, że moje pisanie ma jakąś wartość.

Jest Pani nauczycielką języka angielskiego. Czy jacyś poeci anglojęzyczni są dla Pani źródłem inspiracji?

Kiedy podczas studiów dowiedziałam się, co T.S. Eliot pisał na temat objective correlative (to po polsku nazywa się chyba „przedmiotowy korelat”), uznałam, że ta koncepcja stanowi szczytowe osiągnięcie poetyckiego know‑how. Kiedy poznałam Ezrę Pounda, uznałam, że to, co on wyprawia, to jedyny możliwy sposób mówienia o świecie. To samo mogę ­powiedzieć o swoim odbiorze Emily Dickinson, Gwendolyn Brooks, Roberta Frosta, Charlesa Bukowskiego… Każdemu i każdej z nich oraz wielu innym dałam się porwać, przepadam za ich wierszami. Ale jest tylko jeden poeta, którego poezji nigdy nie mam dość: E.E. Cummings. Inspiruje mnie jak diabli, czasami wydaje mi się, że każdy wiersz powinien wyglądać jak poezja Cummingsa. Kiedy więc piszę, to na czytanie jego wierszy sobie nie pozwalam. Zresztą w ogóle czytanie podczas pisania raczej sobie dawkuję.

Który język jest bardziej poetycki? Polski czy angielski?

Nie potrafię kompetentnie odpowiedzieć na to pytanie. Może nieodżałowany Barańczak by sprostał? Bo umiał przekładać tak bardzo przezroczyście… Angielski i polski mają zupełnie inne melodie, fonetykę, różny potencjał słowotwórczy, inną składnię, inne tradycje… Łacińsko-angielska aliteracja nie jest tym samym, co polskie zabawy z głoskami czy rymem. Polska koniugacja i deklinacja dają z kolei mnóstwo możliwości, których w angielskim brak. Ten brak odmiany w angielskim umożliwia jednak inne zabawy językiem, dla polskiego niedostępne. Sądzę, że nie ma języków bardziej lub mniej poetyckich – każdy jest pewnie poetycki na swój własny sposób.

Czy podczas lekcji z uczniami udaje się przemycić utwory liryczne? Czy zostaje Pani przy klasycznym schemacie nauczania z podręcznika?

Wszelkie rozmowy o współczesnej szkole są dla mnie gorzkie. Między innymi dlatego, że nie bardzo mam wybór, w jaki sposób i jakich umiejętności uczyć. To temat rzeka, bardzo mętna zresztą. Moja praca dyplomowa, co w praktyce przełożyło się na pierwszy rok pracy w szkole, dotyczyła nauczania angielskiego z wykorzystaniem tekstów poetyckich. I wie Pani co? Ja tego nie musiałam „przemycać”! Po prostu przychodziłam na lekcję i mówiłam do pierwszej klasy gimnazjum: „Hej, słuchajcie, dziś będziemy czytać wiersze. A potem pisać!”. Na takie działania jest w polskiej szkole coraz mniej miejsca i czasu; podejmowałam je jeszcze podczas prowadzonych poza wszelkimi siatkami godzin lekcyjnych i płac zajęć dodatkowych, ale od kilku lat stopniowo wycofuję się z zawodu, którego podjęłam się przecież z werwą i radością. Po prostu nie mam już na to wszystko siły. Na biurokrację, idiotyczne pseudoreformy, że o pomysłach obecnego ministra nie wspomnę. Pomysł na nauczanie języka z pomocą tekstów literackich realizuję inaczej: od lat z gronem współautorów tworzę podręczniki do samodzielnej nauki angielskiego na podstawie dzieł klasyki literatury anglojęzycznej.

Wśród Pani wierszy na uwagę zasługuje cykl o Pani Zofii. Jest to postać, która sprzedaje czytelnikom dobre rady. Opowie nam Pani coś więcej o tych poradach?

Niezwykle pociąga mnie świat porad i poradników domowych. Ale nie chodzi mi o współczesne barbarzyńskie programy telewizyjne i terror białych rękawiczek celebrytek. Mam na myśli retro-świat kalendarzy ściennych z poradami, jak wywabić plamę z rdzy i z przepisem na kotlety jajeczne. Stałych rubryk w czasopismach kobiecych z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Gdybym miała talent, wiedzę i warsztat Olgi Drendy, pewnie badałabym to uniwersum od strony etnologicznej czy kulturoznawczej; ja jednak robię w literach. Któregoś dnia wpadły mi w ręce książki Zofii Dzięgielewskiej. Czytałam je jak zaczarowana. Porady miejscami brzmiały jak pełne nieznanych słów receptury alchemika, miejscami jak materiał szkoleniowy dla dowódcy jednostki wojskowej, miejscami czytało się je jak archaiczną powieść obyczajową. I apokaliptyczną: przed tą lekturą nie miałam pojęcia, na ile sposobów przedmioty codziennego użytku mogą niszczeć, jak zaskakująco materia ulega rozkładowi. Z tych nie do końca zrozumiałych słów wyłonił się świat nieco mrocznych, bardzo konwencjonalnie i dość staroświecko urządzonych domów zamieszkanych przez patriarchalne rodziny nieco „strasznych mieszczan”. Moja pani Zofia stara się być wszechmocna i wszechwiedząca – tylko dlatego postanowiłam pozostać przy imieniu Zofia; przecież oczywiście nie utożsamiam jej z autorką fascynujących poradników. Ale ta mądrość omnipotentnej Pani Zofii to zatęchła aksjologia pani Dulskiej.

Zostańmy jeszcze chwilę przy udzielaniu dobrych porad. W wierszu jeśli wyczuwalny jest bunt przeciw wszelkim wskazówkom. Każdy człowiek powinien przejść przez życie po swojemu. Czy mam rację?

Potykając się po swojemu, tak. Nie uważam jednak, że wszelkie wskazówki są do luftu. Alergicznie reaguję jednak na jawne brednie i wierutne kłamstwa. Na slogany rozpowszechniane w imię hasła keep smiling i przekonanie, że w życiu ma być łatwo i przyjemnie, no i koniecznie, bezwzględnie szczęśliwie. Kiedy słyszę o wyjściu ze strefy komfortu, jestem o krok od rękoczynów, mimo że wolę pokojowe rozwiązania. Ja w strefie komfortu spędzam jakąś godzinę dziennie i robię to po to, żeby nie oszaleć. Spędzam ją, jedząc w łóżku śniadanie, kompletnie – i na siłę – jeszcze odcięta od informacji ze świata, równocześnie tłumiąc niepokoje prywatne. Tak opancerzam się na kolejny dzień i udaję, że poprzedni przyniósł tylko dobre wieści. Dłuższe przebywanie w tak zwanej strefie komfortu to luksus bezmyślności, na który – jak sądzę – nie mogę sobie pozwolić. Nie mam do tego prawa.

Częstym motywem w Pani twórczości są rodzice. Uczucia łączące opiekunów z ich dziećmi bywają skomplikowane, ale też nieuniknione. Rozwinie Pani ten temat?

Powiem więcej: sądzę – choć oczywiście mogę się mylić – że ważne związki uczuciowe między ludźmi z definicji muszą być skomplikowane. Prosty związek uczuciowy może łączyć człowieka i psa, bo pies kocha miłością czystą, prostą, a kochany przez psa człowiek czasami do psa pod tym względem dorasta i potrafi taką miłość równie czysto odwzajemnić. Między ludźmi, jak sądzę, tak się nie da. Bardzo kocham swoich rodziców, ale ta miłość to nie sielanka. Choroba, umieranie i śmierć mojego taty tę miłość pogłębiła, w niektórych warstwach wyprostowała, w innych – właśnie skomplikowała. I to tak, że potrzebowałam o tym pisać.

Współczesny świat zdominowany jest przez kulturę masową. Czy dzisiejszy poeta umie odnaleźć się w tej rzeczywistości?

Miałam taki okres w swoim wczesnym życiu, kiedy byłam bardzo afektowana oraz egzaltowana i bojkotowałam popkulturę. Dopiero teraz nadrabiam niektóre braki i widzę, że wiele straciłam – na przykład nie potrafię zachwycić się Gwiezdnymi wojnami, choć dla mojego pokolenia to dzieło kultowe. Jeśli kulturę masową zdefiniujemy jako kulturę ogólnie dostępną czy trafiającą do wielu odbiorców, nie oznacza to jeszcze, że jest ona wybrakowana pod względem estetycznym czy intelektualnie miałka. Teksty raperów takich jak L.U.C. czy Taco Hemingway trafiają do naprawdę szerokich mas, a to przecież świetna poezja. Czy to, co robi Banksy, nie jest kulturą masową?
Jeśli kulturę masową zdefiniować jako coś sztampowego, szablonowego, ­powtarzalnego, służącego jedynie odmóżdżającej rozrywce – to zupełnie inna sprawa. Ale myślę, że literatura, muzyka i sztuka mogą karmić się wszystkim, przemielić i przetworzyć każde tworzywo. A poeta to nie jest chyba unoszący się nad masami anioł – tak postrzegałam samą siebie w okresie afektacji i egzaltacji, ale byłam naprawdę durna i młoda – poeta to zupełnie zwyczajny człowiek.

Co to znaczy być poetą?

Nie za bardzo radzę sobie ze zdaniami typu „jestem [kimś]”. Nie mówię: jestem matką, tylko: mam (wspaniałą) córkę. Nie mówię: jestem wegetarianką, tylko: nie jem mięsa. Nie mówię, że jestem nauczycielką, choć przyznaję, że uczę. Mam chyba problem z poczuciem przynależności do jakiejkolwiek wspólnoty doznań, przekonań czy działań – przecież na świecie jest tłum matek, wegetarian, nauczycielek – a każda z tych osób jest inna. Nie wiem, co to znaczy być poetą czy poetką: wiem, co dla mnie oznacza pisanie wierszy. Ale wydaje mi się, że to temat ciekawy tylko dla mnie.

Czy wyróżnienie w konkursie na Książkowy Debiut Poetycki im. Anny Świrszczyńskiej zmotywowało Panią do dalszego tworzenia?

Kiedy odebrałam telefon i usłyszałam „Dzień dobry, tu Biblioteka Kraków”, zaczęłam nerwowo przeszukiwać pamięć, jakiej to książki nie oddałam. Nie kojarzyłam zbyt sprawnie. Kiedy okazało się, że zdobyłam wyróżnienie, zbaraniałam z zachwytu. Z samozachwytu. Zanuciłam sobie – a jakże – tylko jeden wers, wiadomo czyj, wiadomo, że poety z Krakowa. „Któregoś dnia to miasto będzie należeć do mnie”. Uprzytomniłam sobie, że moje wiersze wyróżnili ludzie, którzy się na rzeczy naprawdę świetnie znają. Pośród nich poeta z Krakowa, którego też łatwo rozpoznać. Wyróżnienie na pewno pomogło mi uwierzyć, że to, co piszę, nie jest złe, że niezłe jest. Do tej pory moje wiersze doceniał mój mąż, który zna się na literach, ale przecież mnie kocha. Oprócz niego od czasu do czasu ktoś spośród przyjaciół i córka, ale oni też mnie kochają. A przed laty – Danka Wawiłow, ale ona kochała nas, narcystycznych gówniarzy, bezwarunkowo. Więc oni wszyscy tak z miłości, a z jury konkursu nie łączą mnie żadne miłosne relacje – czyli jednak moje wiersze są coś warte.

Rozmawiała Ludmiła Guzowska

Agnieszka Żelewska: „Uproszczenie form, czasem geometryzacja, to element mojego stylu”

Nagroda Żółtej Ciżemki

„Uproszczenie form, czasem geometryzacja, to element mojego stylu”

Rozmowa z ilustratorką Agnieszką Żelewską, laureatką Nagrody Żółtej Ciżemki za ilustracje w książce O kruku, który chciał zostać papugą Katarzyny Kozłowskiej

Agnieszka Żelewska

Agnieszka Żelewska, fot. Krzysztof Lis

Od czego zaczęła się Pani przygoda z ilustracją książkową dla dzieci?

Rysowałam od kiedy pamiętam, ale moją pierwszą prawdziwą książką ilustrowaną były Przygody pewnej koparki – moja praca dyplomowa. Najpierw powstały ilustracje, a tekst napisał do nich Tomasz Małkowski. Wydało ją Gdańskie Wydawnictwo Oświatowe.

Ilustrowała Pani książki nie tylko dla najmłodszych. Czym różni się ilustracja dla dzieci od tej dla dorosłych?

Rzeczywiście zilustrowałam kilka książek dla dorosłych. To była zabawa estetyczno‑-­intelektualna, zupełnie inna niż ilustrowanie książek dla dzieci. Ilustracje robiłam dla siebie, natomiast tworząc dla dzieci, szczególnie małych, myślę w większym stopniu o odbiorcy, zależy mi na tym, żeby skomunikować się z dzieckiem, żeby moje ilustracje były czytelne i po prostu się podobały.

Jakich narzędzi używa Pani podczas pracy? Czy robi Pani rysunki ręczne, skany czy może to obróbka komputerowa?

Lubię próbować różnych narzędzi i technik. Wiele lat temu zaczynałam od wycinanki (Przygody pewnej koparki), potem zafascynowały mnie pastele, teraz znów wróciłam do wycinanki. A niektóre ilustracje powstają rzeczywiście w komputerze.

Takiego właśnie nawiązania do stylu kolażu można się doszukać w nagrodzonej Żółtą Ciżemką książce O kruku, który chciał zostać papugą.

Ilustracje do tej książki to wycinanka z kolorowych papierów, dlatego czuje się fizyczność tego łączenia. Papiery, z których wycinam zwierzaki, liście i kwiaty, wcześniej sama maluję.

Częstym obiektem Pani ilustracji są zwierzęta, na przykład kruk Roch. Czy to wdzięczny temat do zilustrowania? A może lepiej się maluje scenki rodzajowe z udziałem ludzi?

Zdecydowanie wolę rysować zwierzęta. Przez lata współpracowałam z wydawnictwami edukacyjnymi, narysowałam więc setki scenek rodzajowych z udziałem ludzi i chyba dlatego teraz wolę rysować zwierzaki. Ale gdyby pojawił się jakiś ciekawy i niezwykły „ludzki” bohater do narysowania – pewnie podjęłabym wyzwanie!

Kruk Roch jest koloru czarnego. W pewnym momencie odkrywa, że jego czarne piórka mają różne odcienie. Jak Pani sądzi, patrząc okiem ilustratora, ile i jakich odcieni ma czerń?

Pióra Rocha mieniły się w słońcu granatem i zielenią. Prawdziwa czerń jest jedna – to brak światła, brak kolorów, ale w ilustracji mamy niezwykle dużo jej odcieni. Czerń głęboka jak bezksiężycowa noc, grafitowa czerń, czernie na pograniczu szarości, brązów, zieleni i granatów.

Zostając jeszcze na chwilę przy temacie barw. Jaka jest symbolika kolorów w omawianej książce?

Książka o kruku Rochu to opowieść o tym, że nie ma kolorów lepszych i gorszych, że czarny kruk jest równie piękny jak kolorowa papuga, a szary zajączek też ma swoją rację.

Można się jeszcze w tych ilustracjach doszukać uproszczeń i geometryzacji formy. Czy ten zabieg ma jakiś cel?

Uproszczenie form, czasem geometryzacja to element mojego stylu. Nigdy nie rysowałam realistycznych ilustracji. Wydaje mi się, że uproszczone formy łatwiej trafiają do małych dzieci.

W omawianej książce zastosowała Pani brak cieni. Czy ilustracja zawsze musi posiadać cień?

Czasami rysuję cienie, a tu akurat do niczego mi nie były potrzebne. Tak jak używa się niektórych kolorów, a innych nie.

Równie ciekawe jest zastosowanie elementów komiksowych. Kilka razy mamy do czynienia z „dymkami” lub tekstem dodanym do ilustracji. Skąd się wziął ten pomysł?

Rzeczywiście, w ilustracjach pojawiają się dymki komiksowe. Chodziło o rozbicie tekstu na mniejsze partie, tak żeby zachęcić do czytania. A także poszukiwanie nowej formy w ilustracji.

A jakie jest Pani zdanie na temat komiksów?

W tej chwili na polskim rynku jest rozmaitość świetnych komiksów dla dzieci i dorosłych. Pięknie narysowanych i poruszających ważne tematy. Jestem czytelniczką komiksów, zawsze chciałam je też rysować i z tej tęsknoty powstały historyjki obrazkowe o czarownicy Irence.

Wspomnianą czarownicę możemy znaleźć w „Świerszczyku”, magazynie dla dzieci. Czy ilustracja w książkach różni się od tej w periodykach?

Tak, w „Świerszczyku” przez lata rysowałam komiks o czarownicy Irence. Był ogromnie lubiany przez dzieci i dlatego wydawnictwo Bajka wydało historyjki o dobrej czarownicy w formie książki. Teraz ilustruję w „Świerszczyku” Ukryte słowa Małgorzaty Strzałkowskiej. W porównaniu z ilustrowaniem książek to krótkie przygody ilustratorskie. Dla mnie ważne, ponieważ pamiętam „Świerszczyk” z mojego dzieciństwa, nawet mam kilka archiwalnych numerów.

Otrzymała Pani wiele wyróżnień, w tym dwukrotnie Nagrodę Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY. A ostatnio została Pani laureatką Nagrody Żółtej Ciżemki za ilustracje do książki O kruku, który chciał zostać papugą. Jakie to uczucie być docenionym?

Chyba nie ma osoby, która nie lubi być doceniona. A w pracy twórczej to szczególnie ważne! Ogromnie się ucieszyłam z Nagrody Żółtej Ciżemki. To ważne dla mnie, dla autorki i dla książki, która jest naprawdę mądra i świetnie napisana, a dzięki nagrodzie trafi do większej liczby dzieci. Praca ilustratora to praca w samotności, a nagroda to znak, że to, co robię, jest ważne. Poza tym podróże do Krakowa i Rabki (z Sopotu) to dodatkowa wartość – niezwykłe spotkania z ludźmi książki!

To nie pierwsza Pani współpraca z autorką Katarzyną Kozłowską. Powstały również książeczki z cyku Maurizio. Która to już wspólna książka?

To nasza trzecia wspólna książka. Najpierw był Maurizio, kot w okularach, potem Maurizio, włoska przygoda. Teraz pracujemy nad książeczką o przyjaźni dwóch dziewczynek – Akiko i Helenki.

Jak wygląda współpraca ilustratora z autorem i czy są jacyś autorzy, z którymi lubi Pani pracować?

Właściwie ilustrator pracuje z tekstem, a nie z autorem. Zadaniem ilustratora jest dobrze zilustrować tekst i stworzyć ciekawą wizję plastyczną, która dopełni tekst, czasami coś do niego doda, czasami wyjdzie poza jego ramy. To w dużym stopniu świat autonomiczny. Na pewno nie chodzi o to, żeby zgadnąć, co autor sobie wyobrażał, albo narysować bohaterów takich, jakich widział w swojej głowie autor, tworząc tekst. Tak jak ilustrator nie sugeruje autorowi, co ma napisać, tak samo autor nie wchodzi w drogę wyobraźni ilustratora. Dlatego ilustrator współpracuje z wydawcą, a ilustracje są dla autora w dużym stopniu niespodzianką.

Jak zatem wygląda współpraca ilustratora z wydawcą?

Dobry wydawca też pozwala ilustratorowi na wolność twórczą, obdarza go zaufaniem. Tylko wtedy jest szansa na dobre, ciekawe formalnie ilustracje. Ale wymiana myśli jest też bardzo cenna, są czasami trudne do zilustrowania książki, przy których ścisła współpraca i wymiana myśli są konieczne.

Kto był lub jest nadal Pani mistrzem? Kogo Pani ceni? A może jest ktoś, na kim się Pani wzoruje jako autorka ilustracji?

Moi mistrzowie mieszkają w książkach mojego dzieciństwa. To Teresa Wilbik, Olga Siemaszko, Janusz Stanny, Józef Wilkoń.

Podobno nie tylko Pani rysuje, ale też szyje. Opowie nam Pani o tym coś więcej.

Tak, szycie to moja druga pasja, która czasami przenika się z ilustracją. Szyję od dawna koty-żelkoty, które w pewnym momencie stały się bohaterami książki Alojzy@kot_w_podróży.com Roksany Jędrzejewskiej‑Wróbel, wydanej przez Media Rodzina. Ilustracje powstały we współpracy z krakowskimi fotografikami – Anitą Andrzejewską i Andrzejem Pilichowskim-Ragno. Ja ­uszyłam bohaterów, a Anita oraz Andrzej zbudowali dekoracje i sfotografowali koty. Niektóre fotografie-ilustracje powstały w odległych plenerach, na przykład w Isfahanie, dokąd pojechały z Anitą Andrzejewską.

Czy jest jakaś książka z klasyki literatury dziecięcej, którą chciałaby Pani zilustrować? A może ma Pani jakieś szczególne marzenie związane z ilustracją?

Mam takie ilustratorskie marzenie, chociaż niezupełnie jest to klasyka literatury dziecięcej. Od kilku lat myślę o książce o Ruth Claaszen, niezwykle barwnej postaci – mieszkance przedwojennego Sopotu. Być może napisze ją Roksana Jędrzejewska-Wróbel, prawie udało mi się ją namówić. Proszę trzymać kciuki!

W takim razie trzymam kciuki. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Ludmiła Guzowska

Katarzyna Kozłowska: „Chciałam, żeby książka dostarczała wielu tematów do rozmowy z dzieckiem i skłaniała do refleksji”

Nagroda Żółtej Ciżemki

„Chciałam, żeby książka dostarczała wielu tematów do rozmowy z dzieckiem i skłaniała do refleksji”

Rozmowa z autorką Katarzyną Kozłowską, laureatką Nagrody Żółtej Ciżemki za książkę O kruku, który chciał zostać papugą

Katarzyna Kozłowska

Katarzyna Kozłowska, fot. Krzysztof Lis

Została Pani Laureatką Nagrody Żółtej Ciżemki za książkę dla dzieci O kruku, który chciał zostać papugą. Czy pisząc ją, spodziewała się Pani takiego sukcesu?

Pisząc tę książkę, liczyłam po cichu, że może znajdzie się wydawnictwo, które zechce ją wydać. Szczęśliwie w Bajce zaanonsowała mnie Agnieszka Żelewska, która ilustrowała moje dwie poprzednie książki, i tekst się spodobał. To już był w moim odczuciu sukces! Proszę wziąć pod uwagę, że w Polsce co roku ukazuje się około 3000 książek dla dzieci. Wyłonić się z takiego oceanu książek, to prawdziwy cud! Tu pewnie zasługa wydawnictwa, które wydaje książki dobre i wydaje je pięknie. Ma grono swoich wiernych odbiorców. Czyli kruk ogrzał się w blasku innych tytułów i został dostrzeżony. O zgłoszeniu książki do konkursu nawet nie wiedziałam. A tu nie dość, że wygrała Żółtą Ciżemkę, to ma nominację do Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego. Świat chyba stanął na głowie!

Wyróżnienia krytyków już są, a jak książkę przyjęły dzieci? Czy to wymagający czytelnicy?

Dzieci nie oceniają mądrości płynących z książki, tylko odbierają historię i albo im się podoba, albo nie chcą jej słuchać. Dostaje się jedną szansę. Dzieci mają detektory dydaktyzmu i takie na siłę „wychowujące” książki intuicyjnie odrzucają. Pochlebiam sobie, że moja książka jest napisana po partnersku, bez wyższości, za to z poczuciem humoru, ale i pewną dyskretną misją. Wygląda na to, że dzieci przejmują się losem kruka. Doskonale też dekodują znajdujące się w książce żarty. Mogę tu mówić tylko o reakcjach zaprzyjaźnionych dzieci, bo tylko taki mam feedback. Na przykład córka koleżanki na wszystkie czarne ptaki napotkane w parku mówi Roch, co by znaczyło, że bohater książki zapadł jej w pamięć. Z kolei na spotkaniu z czytelnikami podczas festiwalu w Rabce jeden chłopiec zapytał, dlaczego tylko jelonek rogacz nie ma imienia. To jest prawdziwa czytelnicza dociekliwość…!

Kiedy zapoznałam się z książką, od razu rzuciło się w oczy, że przyroda jest dla Pani ważna. Jest Pani wegetarianką, która buszuje po pchlim targu. Wierzy Pani w recycling. Jak według Pani powinniśmy dbać o naszą planetę?

Przede wszystkim należy zmienić sposób myślenia. Jak najszybciej zapomnieć, że należy czynić sobie Ziemię poddaną, bo to przestarzała i szkodliwa „mądrość”. Człowiek jest częścią natury i powinien respektować wszystkie jej elementy, bo nie ma roli nadrzędnej. Jelonek rogacz nie przypadkiem znalazł się w książce i odgrywa ważną rolę fabularną. Chodziło mi o to, żeby małe dzieci zwróciły uwagę na, powiedzieć by można, małego owada, jakich wiele. Dostrzeganie maleńkich bytów wokół nas, które są trybikami w gigantycznym ziemskim mechanizmie, i szanowanie ich to pierwszy krok do dbałości o planetę. Dbanie o planetę to wzniosłe hasło, w istocie sprowadzające się do drobnych gestów, których jest mnóstwo każdego dnia. W stosunku do zwierząt, drzew, wody czy trawnika pod domem.

Miejscem akcji książki O kruku, który chciał zostać papugą stał się las, a bohaterami zwierzęta. Ale skąd wziął się pomysł na smutnego kruka Rocha?

Gdy już wiedziałam, o czym chcę napisać książkę, szukałam bohatera, który obiektywnie powinien być z siebie zadowolony, a nie jest. Przyszedł mi do głowy kruk, bo czytałam niezwykłe rzeczy o tych ptaszyskach, a i ich urodzie nie można niczego zarzucić. Miałam więc wspaniałego, dostojnego ptaka, który w opowieści smuci się, bo jest czarny, i wydaje mu się, że gdyby był kolorowy, to byłby wesoły. Aby to osiągnąć, chce zamienić się w papugę. Uznałam, że dramaturgicznie jest to obiecujący pomysł, wokół którego może się wydarzyć dużo ciekawych rzeczy.

Jak wyglądał proces pracy nad książką?

Pracę nad książką zaczynam od postawienia problemu, którym chcę się zająć. Dopiero później szukam atrakcyjnej formy, żeby uniosła myśli. Na początku mam ogólny zarys opowieści, która w miarę pisania rozwija się o coraz to nowe wątki. Można powiedzieć, że gdy lepiej poznaję swoich bohaterów, to wpadam na pomysły, co powinni robić i jak się zachowywać. W zasadzie w czasie pisania książki przestaję żyć własnym życiem, tylko żyję sprawami bohaterów. Jest to bardzo intensywne i męczące.

Kiedy nie pisze Pani książek, to fotografuje jedzenie. Co Panią do tego skłoniło?

Przez kilka lat pisałam bloga o zdrowym odżywianiu i podróżach kulinarnych, więc teksty i przepisy ilustrowałam zdjęciami. Ale fotografowanie to nie była nowość w moim życiu, bo pierwszy światłomierz kupiłam sobie za uzbierane do świnki skarbonki pieniądze w piątej klasie szkoły podstawowej. Zdjęcia wtedy robiłam smieną i zabawne było to, że światłomierz był o kilka klas lepszy od aparatu. Teraz na pisanie bloga nie mam czasu (choć nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa), fotografuję za to martwe natury (można je zobaczyć na Instagramie: https://www.instagram.com/silkdressdiet/?hl=en) i mam nadzieję, że uda mi się kiedyś zrobić wystawę tych zdjęć. Może na ogrodzeniu Ogrodu Botanicznego w Warszawie?

Wracając do książki. Dla głównego bohatera, kruka Rocha, kolory miały duże znaczenie. Do tego stopnia, że przez swoje czarne upierzenie czuł się nieszczęśliwy. Niestety, szacuje się, że dwa procent dzieci cierpi na depresję. Czy kruk Roch przypadkiem również nie cierpi na tę przypadłość?

Nie chciałabym definiować stanu kruka i deklarować, czy cierpiał na depresję czy nie, bo to poważna choroba, która ma określone objawy kliniczne, i nie chciałabym narazić się na zarzuty, że ktoś w depresji nie zachowałby się tak, jak bajkowy ptak. Roch czuł się nieszczęśliwy! Błędnie sądził, że to przez czarny kolor. W końcu odkrył przyczynę swojego nieszczęścia.

Inną emocją opisywaną w książce jest samotność, która dotyka nie tylko dorosłych, ale coraz częściej dzieci. Czy przypadkiem pośpiech, w jakim żyjemy, nie zwiększa naszego poczucia odizolowania?

Pośpiech jest z pewnością jednym z winowajców, ale myślę, że największe szkody robi przesadne skoncentrowanie na sobie. Proszę zwrócić uwagę na przełomowy moment w życiu bajkowego kruka. Następuje wtedy, gdy chce pomóc papudze, która w jego ocenie znalazła się w zagrożeniu. Porywa go nurt wydarzeń i nie ma głowy, żeby rozpamiętywać swoją samotność. Samotność fundujemy sobie sami. Otwarcie się na sprawy innych wprowadza do naszego świata ludzi, z którymi tworzymy więzi, i wtedy przestajemy odczuwać samotność.

Warto rozmawiać z dziećmi na temat ich emocji. W nagrodzonej książce opisuje Pani między innymi towarzyszący krukowi smutek. Jak zatem rozmawiać z dziećmi na temat emocji?

Po pierwsze otwarcie. Poza tym ważne jest stworzenie poczucia bezpieczeństwa. Emocje, jakie dzieci odczuwają, są różne. Dobre i złe. Jeśli będą mogły wyrazić je bez obawy, że spotka je z tego powodu jakaś przykrość, to będą je ufnie artykułowały, ucząc się jednocześnie radzenia sobie z nimi. Niedawno nakładem wydawnictwa Widnokrąg ukazała się świetna seria książeczek estońskiego autora Antiego Saara. Jej bohater, siedmioletni Mati, zmaga się ze swoimi emocjami, które gotują się w nim, ale nie potrafi dać im ujścia z powodu kindersztuby. Każda z pięciu wydanych książeczek koncentruje się wokół zwykłego wydarzenia z życia Matiego. Raz są to zakupy z tatą w sklepie spożywczym, innym razem wizyta cioci i wujka z pysznym ciastem czy zabawa na podwórkowej trampolinie. Niemal cały tok narracji to monolog wewnętrzny chłopca: jego rozterki, obawy i pragnienia, których nie potrafi asertywnie wyartykułować! Mati zdaje sobie sprawę, że o swoich kłopotach może opowiedzieć mamie i będzie zrozumiany. Cóż, kiedy w ferworze wydarzeń Mati zostaje ze swoimi emocjami sam na sam. Czasami jest to zabawne, czasami wzruszające, ale bywa też irytujące. Każdy rodzic powinien te książki z dzieckiem przeczytać. To bezcenna pomoc w rozmowie o emocjach.

Każdy ma okres, kiedy chce być bardziej egzotyczny, oryginalny czy też kolorowy. Tak samo dzieje się z naszym głównym bohaterem. Odkrywa on jednak, że można doszukać się też innych kolorów w czerni. Jakie inne barwy ma czerń? I czy zawsze ma inne odcienie?

To wszystko jest kwestią percepcji. W kulturze Zachodu kolor czarny kojarzony jest ze śmiercią i żałobą, a w krajach azjatyckich ze śmiercią kojarzony jest kolor biały. A zatem czerń może być biała, że tak żartobliwie odpowiem.

W lesie każde zwierzę jest inne, mają różne gusta i temperamenty, mimo to wszystkie pozostają w przyjacielskich stosunkach. Książka uczy akceptować inność. Jaką rolę pełni literatura dla dzieci mówiąca o tolerancji?

Chciałabym wierzyć, że to ma znaczenie w procesie wychowania, ale to, o czym dzieci czytają (albo co jest im czytane) w książkach, musi być spójne z tym, co widzą wokół siebie w realnym życiu. Inaczej powstaje dysonans i dziecko jest zdezorientowane, a zatem skazane na intuicyjne rozpoznawanie rzeczywistości. Akceptacja inności jest dla dzieci trudna. W uczeniu tego może być pomocne rozbudzanie ciekawości i odkrywanie, że inność może być fajna.

Kolejną wartością edukacyjną dla młodego czytelnika może być stawianie za wzór zwierząt, które robią to, co potrafią najlepiej, na przykład wiewiórki są pomysłowe, a pająki przędą najlepsze nici. Każdy z nas ma jakieś mocne strony. Budowanie pewności siebie u dzieci jest jednym z najważniejszych filarów zdrowia psychicznego u dorosłego człowieka. Jakie jest Pani zdanie na ten temat?

Pewność siebie to funkcja poczucia włas­nej wartości, a więc umiejętności rozpoznawania swoich możliwości, a co za tym idzie, uznanie, że w czymś jesteśmy świetni, ale w czymś innym gorsi niż kolega czy koleżanka. Dążenie do ideału w każdej dziedzinie to prosta droga do zaburzeń psychicznych.

Poznajemy w książce sowę Klementynę, która mając dobre intencje, źle doradza Krukowi. Czy lepiej stroić przyjaciela w cudze piórka, czy wskazywać mu, jak piękne są jego własne?

A nie! To nie tak. Kruk rozemocjonowany swoim pomysłem leci po poradę do Klementyny. Jest biały dzień, ale Roch nie zważa na to, że sowa w dzień śpi, bo prowadzi nocny tryb życia. On ma to w nosie i bezceremonialnie ją budzi, bo myśli tylko o sobie. Poirytowana sowa rzuca cokolwiek, byle pozbyć się intruza. Następnym razem Roch wybierze na taką wizytę odpowiedni moment, respektując sowie zwyczaje. Wtedy odbywają serdeczną rozmowę i wprawdzie kruk dowiaduje się czegoś, czego nie chciałby usłyszeć, ale uznaje słuszność porady. To jest już ten nowy, lepszy kruk.

W książce jest mowa o niedźwiedziu, który uciekł z cyrku. Cyrk pokazuje widzom zwierzęta w nienaturalnych warunkach, wykonujące nienaturalne czynności. Czy na pewno to jest rozrywka dla dzieci?

Występy cyrkowe z udziałem jakichkolwiek zwierząt powinny być zakazane, bo za tym stoi okrutna tresura i niewola. Nie jest to rozrywka ani dla dzieci, ani dla dorosłych. Zwierzęta są naszymi współmieszkańcami na Ziemi i nie powinny być wykorzystywane do niczyjej rozrywki.

W omawianej książce poznajemy również papugę Lolę, ptaka z Ekwadoru – kraju bananów, która dzięki krukowi Rochowi poznaje, czym jest wolność. Ile znaczy wolność w naszym życiu?

To jest raczej temat na wykład dla filozofa. Wolność jest jak zdrowie z fraszki Kochanowskiego: „Nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz”. Innymi słowy, wolność to podstawa. W postrzeganiu wolności warto mieć na względzie, że nasza wolność, nie może ograniczać wolności kogoś innego.

Książka jest przepełniona – na szczęście nie czarnym – humorem. W końcu nie od dziś wiadomo, że śmiech to zdrowie. Czy ciekawa fabuła, barwny język i poczucie humoru to recepta na sukces?

To na pewno recepta na świetną książkę, ale nie musi się to przekładać na sukces, bo o tym decydują także takie przyziemne sprawy, jak marketing czy sprawny dział sprzedaży. Ja bardzo cenię humor w książkach, ale książek napisanych z poczuciem humoru jest mało, a nawet bardzo mało. Wiem o tym z doświadczenia, bo od kilku lat recenzuję książki dla dzieci w magazynie „Książki”. Tu warto wymienić książki Marty Guśniowskiej, przy których można się pośmiać i znaleźć wartościowe treści, czy serię francuskich autorów komiksów o Ariolu. Jeszcze kilka książek by się znalazło, ale nie byłaby to długa lista.

Kolejnym wyznacznikiem sukcesu książki O kruku, który chciał zostać papugą jest, że po przeczytaniu dziecko zadaje sobie ważne pytania. Czy to celowy zabieg?

Nie jest to przypadek! To był cel! Chciałam, żeby książka dostarczała wielu tematów do rozmowy z dzieckiem i skłaniała do refleksji. Wiem, że wykorzystywana jest na zajęciach psychoterapeutycznych. Bardzo mnie cieszy, że może służyć dobrej sprawie.

W nagrodzonej książce doceniono również ilustracje Agnieszki Żelewskiej. To nie jest Pań pierwsza współpraca. Czy opowie Pani coś więcej o kocie Maurizio?

O przygodach kota Maurizio powstały dwie książki. Najkrótszą recenzję pierwszej części napisał wówczas ośmioletni Tadeusz (zapis oryginalny): „To wspaniała książka, naprawdę śmiałem się do rozpuchu, była tak śmieszna, że aż tarzałem się w łużku”. Oprócz tego, że książka jest śmieszna, ma również przesłanie. Maurizio jest nieco zepsutym sławą kocim celebrytą i na skutek niefortunnego splotu okoliczności trafia do schroniska dla zwierząt jako pensjonariusz. Tu przechodzi przemianę, gdy dostrzega prawdziwe nieszczęścia mieszkających w schronisku zwierząt i zaczyna rozumieć, że jego problemy to zwykłe fanaberie rozkapryszonego gwiazdora. Druga część rozgrywa się we Włoszech i jest mocno awanturnicza, ale też zarówno śmieszna, jak i poważna. Tym razem Maurizio uwalnia z fermy lisy, które hodowane były na futra. Marzy mi się trzecia część, mam na nią pomysł i chętnie ją napiszę, jeśli znajdzie się wydawca.

Czytelnicy, którzy przeczytali książkę O kruku, który chciał zostać papugą, już wiedzą, co głównemu bohaterowi jest potrzebne do szczęścia. A czego potrzebuje autor książek dla dzieci, aby być szczęśliwym?

W zasadzie tego samego co kruk.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Ludmiła Guzowska

Marcin Bruchnalski – Świat ilustracji w książkach nominowanych do Nagrody Żółtej Ciżemki 2021

Nagroda Żółtej Ciżemki

Marcin Bruchnalski

Świat ilustracji w książkach nominowanych do Nagrody Żółtej Ciżemki 2021

Katarzyna Kozłowska / Agnieszka Żelewska
O kruku, który chciał zostać papugą

Okładka książki O kruku, który chciał zostać papugąAgnieszka Żelewska stworzyła przepiękną, konsekwentną oprawę graficzną, która stanowi wspaniałą całość z tekstem. Pokazuje to, o czym mówi książka i znacznie więcej – skoro już raz ujrzałem bohatera i jego świat takim, jakim namalowała go Żelewska, nie wyobrażam go sobie inaczej. Oto prawdziwa kreacja.

Okładka książki, jej wizytówka, zbudowana jest z szlachetnych szarości i czerni, położonych z malarską wrażliwością. Widzimy bohatera, który – jak widać z jego miny – jest strapiony, lecz sposób, w jaki jest narysowany, pozwala nam wierzyć, że nie będzie to historia naprawdę smutna. Jedyny kolorowy element „gra” wspaniale na ciemnym tle, podobnie wybijają się konieczne w książce elementy: tytuł, nazwiska autorek i – dyskretnie, acz widocznie – logo wydawnictwa. Oto piękny obraz i świetny projekt zarazem.Ciąg dalszy jest cudownym rozwinięciem tej zapowiedzi. Zatrzymując wzrok przez chwilę na pięknej i dowcipnej (szarej!) wyklejce, przechodzimy do wnętrza książki, które nie zawodzi naszych oczekiwań. Chciałoby się powiedzieć – wysoka kultura, świetny warsztat i to „COŚ”, dzięki czemu rozpoznajemy w ilustracjach obrazy Agnieszki Żelewskiej. Książka jest zbudowana bardzo konsekwentnie – od początku do końca jest to jedna opowieść malarska. Zawsze podziwiałem sposób, w jaki Zdeněk Miler, twórca Krecika, opisywał zwłaszcza przyrodę. Kwiaty, tak piękne w realnym świecie, wbrew pozorom nie są łatwym obiektem do przedstawienia. Agnieszka potrafiła znaleźć własny, niepowtarzalny sposób, stylizację, aby pokazać to piękno wspaniale. Zresztą to samo dotyczy i innych obiektów czy przyrody. Postacie pojawiające się na tych ilustracjach są ich integralną częścią, a dzięki formie i kolorowi są po prostu świetne.

Michał Rusinek / Joanna Rusinek
Wihajster

Okładka książki WihajsterPiękne kolory, formy i czystość. To książka, którą chce się oglądać. I to nie raz. Konsekwentna od okładki do końca, czysta, przejrzysta, zbudowana z doskonałych w formie rysunków, bieli i rozmalowanych (co widać przy bliższym spojrzeniu) płaszczyzn – świetnie zakomponowanych i tworzących wizualną całość z tekstem. Poszczególne ilustracje są dowcipne, namalowane z polotem, często zachwycające celnością (np. dziewczynka z katarem) i mające w sobie to coś, co spotyka się tylko czasem – dobry smak.

Przyjemnie oglądać ilustracje w encyklopediach czy leksykonach dla dzieci, jednak w tym wypadku jest to znacznie więcej. W tej lekkiej formie obecna jest kreacja.

Anna Czerwińska-Rydel / Marcin Minor
Gen i już! Opowieść o Stefanie Banachu

Okładka książki Gen i już!Ta książka „przemawia” do nas perfekcyjnymi w wykonaniu, często na pierwszy rzut oka prawie realistycznymi w formie ilustracjami, w których światło wspaniale buduje nastrój. Stonowane kolory i to światło przenoszą nas w czasie, tworząc poetyckie, nieco nostalgiczne obrazy. Część ilustracji jest monochromatyczna, pięknie, miękko narysowana. Książka ma klasyczny układ, w którym większość obrazów zajmuje osobne strony i jest uzupełniana przez celne ilustracje śródtekstowe. Teraz o zjawisku trudnym do nazwania jednym słowem, a dotyczącym właściwie tylko pierwszoplanowych przedstawień twarzy. Bywa to nazywane – moim zdaniem błędnie – groteskowością, niektórzy mówią o karykaturalności, lecz to określenie ma cechy stygmatyzacji, przejaskrawienie też nie oddaje istoty sprawy. Ja zaryzykowałbym określenie „zabawowość”. Ta zabawowość jest w tutaj nie mniej ważna niż inne cechy opisane powyżej – i podobnie jak one jest perfekcyjna.

W części biograficznej ilustracje są uzupełnione fotografiami, to doskonały zabieg przybliżający postać bohatera czytelnikowi.

Witold Vargas
Dwa królestwa i wielkie morze

Okładka książki Dwa królestwa i wielkie morzeBardzo ciekawie przygotowana edytorsko autorska książka, którą możemy podziwiać, nie tylko „przewracając” kartki, ale też rozkładając ją jak harmonijkę. Na okładce autor umieścił alegoryczny, pięknie narysowany, pełen ładunku okręt na wzburzonym morzu i geometryczne elementy indiańskiego (andyjskiego) wzoru. Krój liter, którymi złożono tytuł, dobrze się komponuje z mocnym elementem dekoracyjnym i nie szkodzi, że budzi skojarzenia z pismem klinowym.

Odniesienia do sztuki ludowej Indian i do Ameryki Południowej są obecne właściwie na wszystkich ilustracjach. Są to elementy dekoracyjne, zamienione na kreskę reliefy kojarzące się z kulturą Inków, przedstawienia zwierząt tego kontynentu, ludzie, a nawet wymowne faktury jakby wełnianej tkaniny. Książka jest wielowątkowa rysunkowo: mamy tu elementy etniczne, ilustracje prezentujące możliwości rysunkowe (od „renesansowych”, pięknie narysowanych dłoni poprzez trochę komiksowe postacie ludzkie i zwierzęce, ­ilustrację z fantastycznymi kornikami po szare PRL-owskie mieszkanie. Wszystkie te ilustracje można podziwiać osobno – ale też można je rozwinąć i oglądać jako całość.

Agnieszka Wiszowata / Paulina Engen
Mysia Dolina

Okładka książki Mysia dolinaJuż pierwsze spojrzenie na okładkę intryguje. Ciemna, prawie czarna, z nieco niepokojącą w tym kontekście bordiurą, lecz niepokój mija, gdy widzimy prześliczne postacie mysich bohaterów i dom w tle. Tytuł i nazwiska autorek, utrzymane w klasycznej konwencji, są bardzo dobrze wkomponowane w całość i widoczne.

W ciemnej tonacji utrzymane jest też wnętrze, co nadaje tym pięknym zdjęciom tajemniczy charakter i pobudza wyobraźnię czytelnika. Oglądając te ilustracje, mam wrażenie, że są to świetne fotografie ze spektaklu teatralnego.

Paulina Engen nie tylko stworzyła prześliczne w formie, pełne wyrazu i ciepła figurki, ale także zbudowała – z udziałem profesjonalnych rzemieślników i wielką dbałością o szczegóły – wspaniałe domy i ich wnętrza. Niektóre ilustracje zostały zrobione w autentycznych, starannie dobranych plenerach – całość pokazuje pełen spokoju, uroczy (lecz nie „słodki”) maleńki świat, w którym chciałoby się być.

Alicja Baluch – Pierwsza nagroda i książki nominowane w V edycji Nagrody Żółtej Ciżemki

Nagroda Żółtej Ciżemki

Alicja Baluch

Pierwsza nagroda i książki nominowane w V edycji Nagrody Żółtej Ciżemki

Kapituła Nagrody Żółtej Ciżemki działająca w Bibliotece Kraków wydała werdykt dotyczący kolejnej edycji nagrody ufundowanej pięć lat temu z okazji 100. rocznicy śmierci Antoniny Domańskiej, autorki znakomitej książki dla dzieci zatytułowanej Historia żółtej ciżemki. Pierwsza nagroda została przyznana jednogłośnie przez kapitułę, w której skład wchodzą uniwersyteccy literaturoznawcy, krytycy literatury, bibliotekarze, plastycy. Otrzymały ją pisarka Katarzyna Kozłowska i ilustratorka Agnieszka Żelewska za książkę O kruku, który chciał zostać papugą. Reakcja małych i młodych czytelników przysłuchujących się fragmentom utworu w wykonaniu Jerzego Stuhra na Festiwalu Literatury Dziecięcej w Rabce była entuzjastyczna, do autorek i aktora ustawiły się kolejki po autografy.

Dzieło to należy do literatury dziecięcej, a nie do literatury dla dzieci i posiada podwójnego odbiorcę – dorosłego i dziecko. Dla dzieci pomyślane są tu przede wszystkim takie rozwiązania, które się podobają się zwłaszcza młodszym odbiorcom. Ot, choćby takie jak tytuł książki, który wyraźnie zapowiada, o czym będzie jej treść, zachowując przy okazji odpowiednią stylistykę informacji „O tym, jak…” (podobny tytuł: Jak Wojtek został strażakiem Czesława Janczarskiego i wiele innych). W tym samym stylu utrzymane są wszystkie tytuły rozdziałów streszczające zdarzenia. Dzieci bowiem nie lubią niespodzianek, wolą wiedzieć wszystko naprzód i to je cieszy.

Inne zainteresowanie małych odbiorców to kolory. W książce Kozłowskiej kruk, główny bohater, to „czarny, czarny, czarny” ptak (powtórzenia słów są typowe dla dziecięcego sposobu wyrażania). Papuga, przyjaciółka kruka, jest kolorowa, co budzi zazdrość kruka, który próbuje dorównać koleżance. Pomysł oblepienia się kolorowymi roślinkami nie udaje się, bo w trakcie lotu kwiatki się odlepiają i spadają na ziemię niby kolorowy deszcz… (dorośli znawcy mitów pamiętają o tragedii Ikara, którego skrzydła ulepione z wosku rozmiękły na słońcu). Ważne w tej lekturze jest skojarzenie barw ze znaczeniem emocjonalnym. Kolor czarny bowiem jest smutny w przeciwieństwie do wesołych barw papugi. I tu trzeba odnaleźć ukryte powody smutku kruka. Bo nie kolor jest powodem tego uczucia, ale samotność – kruk myśli, że nikt nie chce się z nim bawić, przyjaźnić. Takie ujęcie świata przedstawionego odpowiada porządkowi dziecięcego umysłu i jego reakcji emocjonalnych.

Dla dorosłych czytelników znaczenie kolorów jest bardziej skomplikowane. Do skontrastowanych barw ciemny–jasny dochodzi kolor szary, umieszczony na wklejce książki. Tu, do lasu pełnego drzew o ciemnych pniach i białych lub czerwonych owocach wbiega zając szarak niosący plakat z napisem „szary”. Przestrzeń, w której się porusza, jest szara. Wygląda na to, że każdy człowiek (w książce: każde zwierzę) odczytuje świat po swojemu, zgodnie z kolorem, z którym czuje się związany. Tego typu myślenie – o charakterze nieco filozoficznym – dostępne jest dorosłym, nie dzieciom. Równie trudna do zauważenia i zrozumienia dla dzieci jest gra barw na okładce i stronie tytułowej. Tu czarny kruk trzyma najpierw w pazurkach, potem w dziobie czerwone pióro papugi – znak pamięci. Także nie dla dzieci są przygotowane dojrzałe definicje miłości: „(kocham cię i) chcę być tobą” albo „(jeśli kochasz) pozwól mu odejść”. Ta trudna mądrość jest dla pośredników lektury.

Ale największą wartością utworu o kruku są archetypy. Dziecko nie zna archetypów, czyli praobrazów, głębokich wzorców mieszczących się w nieświadomości, wyłapanych i zdefiniowanych przez Carla Gustava Junga, a także w mojej książce o literaturze dziecięcej1C.G. Jung Archetypy i symbole. Pisma wybrane, Warszawa 1976; A. Baluch Archetypy literatury dziecięcej, Wrocław 1992.. Są one ukrytym, ale ważnym elementem porządku świata, który pomaga człowiekowi żyć szczęśliwie2Archetypy to odwieczne wzorce reakcji na ludzką kondycję w jej najbardziej niezmiennych aspektach, jak miłość, śmierć, rodzina w sensie biologicznym czy stosunek do Nieznanego. Bez względu na to, czy owe wzorce zaliczamy do Jungowskiego świata Nieświadomości Zbiorowej czy do Platońskiego świata Idei, należą do Społeczności na jej najgłębszych, przedświadomościowych poziomach recepcji świata..

Oto one: Cień, czyli zło, które kryje się w człowieku. Tu: smutek i samotność kruka, który myśli, że jest brzydki; złe plany opiekunów papugi, którzy chcieli ją sprzedać do cyrku. Wielka Matka – doradczyni, opiekunka ziemi. Tu: sowa, która doradza, wskazuje drogę. Spotkanie z przewodnikiem; tu: spotkanie z grupą przyjaciół w potrzebie. Ogród to dobra, rajska przestrzeń dla zwierząt i dla dzieci; tu: w ogrodzie, a także w lesie zwierzątka pomagające krukowi czują się bezpiecznie. Księga, w której zapisane są ważne rzeczy. Można się z niej uczyć mądrości; tu: ogłoszenia i zdjęcia na drzewach nawołujące do pomocy krukowi. Spotkanie Animusa z Animą; tu: wielka przyjaźń, miłość kruka i Rozalii.

Książki nominowane stoją w szeregu, a nie w kolejności. Dlatego wszystkie zajmują drugie miejsce po książce laureatce. W V edycji Nagrody Żółtej Ciżemki jedną z nominowanych jest dzieło Witolda Vargasa Dwa królestwa i wielkie morze, które w konwencji realizmu magicznego łączy wątek mitologiczny z rzeczywistością XX wieku – sytuacją stanu wojennego w Polsce. Na tym szerokim tle – dwu królestw podzielonych wielkim morzem – autor szuka swoich przodków, wojowników z pogranicza starożytnej Boliwii i Argentyny, oraz artystów z rodziny polskich Tetmajerów. Przekonuje, że jest potomkiem królewskiego rodu: księcia Kenti i jego Babci – potężnej czarodziejki, która podarowała mu śpiewający dzban pełen ważnych opowieści. Kiedy więc wnuk musiał wraz z swoją rodziną opuścić jasną krainę leżącą w wysokich górach (Andach) i udać się do mrocznego kraju (Polski), która w tym czasie była pod rządami złego generała, dzban ten spełnił swoją rolę – bo sztuka pomaga człowiekowi żyć, ratuje świat od zagłady, dodaje siły.

Treść utworu i sposób jej ujęcia jest niezwykły. Nie opisuje dawnych wierzeń i rytuałów (jak dzieje się to w książce Melanii Kapelusz Mitologia. Przygody słowiańskich bogów), a wprowadza dawne wierzenia w sposób fabularny, łącząc je ze współczes­nością. I tak przebieg zdarzeń utworu Vargasa jest prezentowany przez odwołanie się do obrazów archetypowych. Bardzo wyraźnie są one obecne w dwu królestwach… Te archetypy to Księga posiadająca sprawczą moc przemiany złego na dobre (w omawianym utworze funkcję księgi pełni śpiewający dzban); Wielka Matka, która jest opiekunką rodzącej ziemi, mądrą przewodniczką wskazującą drogę (w Dwu królestwach jest nią Babcia – księżniczka opiekująca się Kenti i ratująca przez podarowany mu przedmiot magiczny daleką Polskę), Cień, a więc wewnętrzna ciemność symbolizująca zło kryjące się w każdym człowieku, w jednym mniej, w drugim więcej (w utworze Vargasa cień wskazuje na postać złego władcy, generała, któremu w końcu została odebrana władza), a wreszcie Jaźń – kryjąca głęboko ukrytą prawdę, do której nie każdy potrafi dotrzeć, bo często ma ona charakter metaforyczny, a kryje się w niepoznanych głębiach świadomości i nieświadomości (w tej oryginalnej mitologii ów archetyp jawi się w formie malowideł z dzbanka, które w trudnym czasie otoczyły głównego bohatera).

Wartością tego dzieła jest również jego kształt edytorski. Tekst słowny i piękne ilustracje autorstwa również Witolda Vargasa są bowiem ujęte w formie leporella, rozkładanej harmonijki, która rozciąga się na 7,5 metra długości i wygląda jak czarodziejska wstęga. To wyjątkowe dzieło należy do „wielkich ksiąg świata dziecięcego”. Warto ją mieć w swoim domu.

Mysiej Dolinie Agnieszki Wiszowatej i Pauliny Engen też pojawiają się archetypy, które są mocniejsze od sygnatury, czyli kształtu, które dzieło zawdzięcza autorowi. Bo literatura powstaje w momencie, kiedy sygnatura nakłada się na archetyp. Trzymając się zatem wzorców znaczeniowych, można opowiedzieć o Mysiej Dolinie i jej mieszkańcach tak:

Babcia Eleonora uczy wszystkie dzieci, jak nie zgubić się w lesie.

Archiwista wszystko, co ważne, zapisuje w księdze, ale te historie są tajemnicą.

Rupert wędrowiec został w Myszkowie na zawsze, zamieszkał razem z Eleonorą.

Balbina umiała pocieszyć każdego, to ona rozmawiała z leśnymi zwierzętami, miała niezwykłą moc – wiedziała, jak mnożyć szczęście i odsyłać smutki.

Jeżyna Muffina miała własną piekarnię i dobrego męża.

Wełniaczkowi zmarzlaczkowi babcia Eleonora dała kocyk.

Mo, mała, ale mądra myszka, została następczynią archiwisty.

Mysia Dolina została dedykowana „Dzieciom, ażeby na zawsze zachowały w sercach odrobinę magii”. Oprócz tych życzeń we Wstępie pojawia się też piękny zwrot do czytelnika: „Na szczęście jesteś Ty. To dzięki Tobie historia ta istnieje…”3Magia to ogół wierzeń i praktyk opartych na przekonaniu o istnieniu sił nadprzyrodzonych, które można opanować za pomocą odpowiednich zaklęć i określonych czynności. W dziecięcym folklorze taka magia objawia się w zabawie..

To właśnie bezpośrednio do każdego czytelnika skierowany jest tekst końcowy, który wyjaśnia, skąd wziął się pomysł na myszki: „Gdy zaczęłam tworzyć myszki z filcu, poczułam, że nie SĄ to zwykłe figurki, to bohaterowie, za którymi kryją się niezwykłe historie. Postanowiłam pokazać je światu. Zaczęłam je fotografować (…) Powstało Myszkowo. Zbudowałam z kartonu dziewięć domków (…) Zaprzyjaźniony stolarz wyczarował z desek stuletniej stodoły mebelki moich marzeń (…) Może myszki są z filcu, domki z kartonu, ale świat wokół, emocje i pasja, które stoją za tą książką, są najprawdziwsze”. Niezwykłe są też podziękowania dla osób, które przyczyniły się w różny sposób do powstania tej książki. Ktoś dziergał na drutach sweterki dla myszek, ktoś inny robił mebelki albo przesyłał pieniądze na materiały… Wymienionych – z imienia i nazwiska – jest ponad 100 osób.

Anna Czerwińska-Rydel to autorka licznych biografii skierowanych do dzieci i młodzieży, są wśród nich między innymi: W podróży ze skrzypcami. Opowieść o Henryku Wieniawskim, W poszukiwaniu światła. Opowieść o Marii Skłodowskiej-Curie, Moja babcia kocha Chopina, Wędrując po niebie z Janem Heweliuszem, Ciepło–zimno. Zagadka Fahrenheita, Po drugiej stronie okna. Opowieść o Januszu Korczaku, Kryształowe odkrycie. O Janie Czochralskim Gen i już! Opowieść o Stefanie Banachu (ilustratorem książki jest Marcin Minor).

Czy tytuł ostatniej książki Anny Czerwińskiej-Rydel, wydanej w roku 2020, jest zbyt oryginalny, niejasny? Otóż nie. Czytelnik dość szybko dowiaduje się, o co tu chodzi. A więc Stefanek Banach, noszący nazwisko swej matki, był dzieckiem nieślubnym. Jego mama, prosta i biedna dziewczyna, porzucona przez ojca chłopczyka (oficera, który wstydził się swojego związku), oddała dziecko w obce ręce. Wychowywał się on w rodzinie ubogiej, ale dobrej. Jego zastępcza matka to Franciszka Płowa, która pracowała w pralni.… Chłopak po swoich biologicznych przodkach zyskał gen geniusza matematycznego. I to mu wystarczyło do szczęśliwego, satysfakcjonującego życia… i już! Tytuły rozdziałów zapowiadają fabularne ujęcie zdarzeń z życia Stefana Banacha, wielkiego uczonego ze Lwowa. Do biograficznego wątku włączono materiały naukowe, na przykład krótki artykuł prof. dr. hab. Michała Horodeckiego z Instytutu Fizyki Teoretycznej i Astrofizyki Uniwersytetu Gdańskiego, zatytułowany Z czego zasłynął Stefan Banach:

(…) uznawany za jednego z najinteligentniejszych naukowców w historii Polski. Na całym świecie publikowane są prace matematyczne, bazujące na jego koncepcji lub do niej nawiązujące. Nazwisko Banacha jest drugim po Euklidesie najczęściej przywoływanym nazwiskiem w matematyce powszechnej.

Warto także wspomnieć, że Banach jest współautorem nieco egzotycznego odkrycia, z którego wynika, że inteligentnie krojąc tabliczkę czekolady, można z niej zrobić dwie tabliczki o takich samych rozmiarach jak wyjściowa… Takie ciekawostki, wymagające jednak wiedzy matematycznej, powinny zainteresować dzieci książką, w której pojawia się również Kalendarium życia uczonego (daty, informacje i zdjęcia), a także Noty biograficzne słynnych światowych matematyków. Ostatnia część jest zatytułowana W czasie, gdy żył Stefan Banach, świat się zmieniał. Tu pojawiają się informacje historyczne, medyczne, polityczne, techniczne, literackie, co sytuuje biografię Banacha w XX wieku i tym samym podaje młodym czytelnikom wzór na porządkowanie biografii, na przykład włas­nej rodziny. Publikacje Czerwińskiej-Rydel są znakomitą serią naukowych książek dla dzieci, powinny stanowić dodatek do podręczników.

Książka Michała Rusinka Wihajster, czyli słownik po słowach pożyczonych, też ma charakter poznawczy. W sposób zabawny autor tłumaczy na przykład: Co wspólnego ma indyk z Indiami?, Co łączy jasiek z Jasiem? Już w tytule utworu przewodnik, czyli archetypowy stary mędrzec, sytuuje się na tropie językowych tajemnic, które wyjaśnia, tłumaczy, pokazuje w słownych opowiadankach, historyjkach, pogadankach i wspaniałych kolorowych rysunkach. Na okładce książki widnieją narysowane przez Joannę Rusinek dwie budowle, a pomiędzy nimi wiszące albo powietrzne mosty porozumienia, które pozwalają na grę w tenisa na balkonach, suszenie bielizny na wspólnym sznurku, rozmowy telefoniczne z piętra na piętro, a także wzajemne częstowanie, łowienie, wznoszenie toastów, świergotanie, szczekanie. Można się domyślić, że każdy osobnik mówi w swoim języku i tak powstaje językowy galimatias, który trzeba uporządkować, wyjaśnić w słowniku przygotowanym specjalnie dla dzieci. Hasła, ozdobione zabawnymi rysunkami, wyglądają tak: „Waza – w której podaje się zupę, przyszła do nas z języka francuskiego, gdzie nazywa się vase, a Francuzi pożyczyli ją sobie z łaciny, gdzie vas, vasis to naczynie albo garnek. Od tego samego słowa pochodzi wazon, choć raczej nie należy podawać w nim zupy, lepiej wstawić do niego kwiatki”. Na towarzyszącej hasłu ilustracji w przewrotny sposób przedstawiona jest jego dosłowność – do wazy z czerwonym barszczem włożono bowiem czerwone róże. Autor słownika odkrywa w ten sposób sekrety wyrazów, których używa się codziennie, a o których tak mało się wie!

W dwu ostatnich omówionych tu książkach archetypy są słabo widoczne. Na plan pierwszy wysuwa się sygnatura. Twórcą sygnatury, czyli elementów indywidualizujących, jest autor, który po swojemu dokonuje ujęcia tematu i używa środków wyrazu poprzez styl, metrum, typy obrazowania. Stąd nazwiska autorów takich jak Czerwińska-Rydel i Rusinek są znane w literaturze dla dzieci.

Książki nagrodzone i wyróżniane, jak łatwo zauważyć, różnią się konwencją literacką podejmowaną przez autorów: chodzi tu o fantastykę i realizm obecne w różnorodnych gatunkach literackich. Tak oto historia kruka objawia się w opowiastce z wyrazistą pointą, nawiązującej do tradycyjnej bajki zwierzęcej. Dwa królestwa… to baśniowa metafora przedstawiająca dzieje rodziny – od starożytnych przodków do współcześnie żyjących potomków. W strukturze literackiej podobna jest do mitów, czyli praopowieści… Mysia Dolina realizuje się w ramach opowiastki fantastycznej przygotowanej dla dzieci i dorosłych4Realizm magiczny – tendencja estetyczna, która łączy w przedstawianej rzeczywistości elementy realizmu, fantastyki i groteski z analizami psychiki i podświadomości fikcyjnych postaci oraz z eksponowaniem symboliki obyczajów, sfery irracjonalnych wierzeń i egzotyki dziecięcego folkloru nawiązującego do dziecięcej zabawy figurkami, też szmaciankami.. Charakter realistyczny ma sfabularyzowany biogram Stefana Banacha, uczonego matematyka o światowej sławie. Słownik wyrazów obcych został opracowany z dużą dozą ludyzmu, który uczy i bawi dzieci, realizując w ten sposób funkcję poznawczą. Z tym rozróżnieniem gatunkowym wiąże się zatem tematyka i kompozycja utworu. Jak widać, wyróżniony zestaw nagrodzonych i nominowanych dzieł zaspokaja wszystkie potrzeby literackie dziecka. Ważne też w książkach dla małych i młodych odbiorców są ilustracje (czasem stylizowane na dziecięca kreskę, realistyczne ujęcia lub karykaturalne obrazki) i fotografie (szmacianych figurek, rodzinne).

Wymienione i ocenione pozycje to książki udane, polecane dzieciom i młodzieży. Można uznać, że należą one do „Ciżemkowych czytań” – właściwej nazwy dla wartościowych książek z epoki współczesnej, przysłanych na literacki konkurs Nagrody Żółtej Ciżemki. Warto pamiętać, że ciżemka to cenny atłasowy bucik o zadartym czubku, obszyty złotem i perłami. Taką parę otrzymał Wawrzuś – bohater wspomnianej książki Antoniny Domańskiej – od króla Kazimierza. We współczesnych czasach statuetkę ciżemki, wykonaną przez profesora Krzysztofa Nitscha, otrzymują autorzy znakomitych książek. Dorośli – rodzice, nauczyciele, bibliotekarze, a więc pośrednicy lektury, powinni brać pod uwagę wskazane książki, żeby nie pogubić się w gąszczu coraz to nowych pozycji.

Jadwiga Malina, Michał Piętniewicz – „Patron na Peronie”, czyli słów kilka o warsztatach literackich Biblioteki Kraków

Jadwiga Malina
Michał Piętniewicz

„Patron na Peronie”, czyli słów kilka o warsztatach literackich Biblioteki Kraków

Warsztaty literackie pod nazwą „Peron Literacki Biblioteki Kraków” powstały w 2019 roku z inicjatywy pracowników biblioteki – Jarosława Sokoła i Anny Gregorczyk przy jednoczesnej aprobacie śp. dyrektora Stanisława Dziedzica, dyrektor Izabeli Ronkiewicz-Brągiel oraz kierownika Działu Wydawnictw i Animacji Janusza Palucha. Celem projektu było stworzenie miejsca, gdzie początkujący twórcy będą mogli uczyć się sztuki pisania oraz zdobywać wiedzę na temat nowości wydawniczych, konkursów, spotkań autorskich i szeroko pojętego życia literackiego.

Początkowo zajęcia odbywały się w Filii nr 3 przy placu Jana Nowaka-Jeziorańskiego w Krakowie. Następnie, ze względu na ograniczenia związane z pandemią, zostały przeniesione do sieci na profil facebookowy Klubu Dziennikarzy „Pod Gruszką” oraz grupę „Peron Literacki BK”. Obecnie prowadzone są hybrydowo, a ich opiekunami od samego początku pozostają Jadwiga Malina i Michał Piętniewicz. Należy w tym miejscu przypomnieć, że wykłady z teorii literatury miał prowadzić śp. Marek Karwala. Niestety, przedwczesna śmierć Profesora uniemożliwiła kontynuację tego zamierzenia.

Warsztaty literackie Biblioteki Kraków z cyklu „Mistrz na Peronie” z udziałem Bożeny Boby-Dygi. Prowadzenie: Jadwiga Malina i Michał Piętniewicz

Warsztaty literackie Biblioteki Kraków z cyklu „Mistrz na Peronie” z udziałem Bożeny Boby-Dygi. Prowadzenie: Jadwiga Malina i Michał Piętniewicz. Fot. Krzysztof Lis

Choć idea warsztatów nie ulega zmianie, z czasem do zajęć podstawowych dołączyły nowe projekty. Jest wśród nich między innymi powołany z inicjatywy Jadwigi Maliny cykl spotkań pod nazwą „Mistrz na Peronie”, w trakcie których znani pisarze i pisarki zdradzają tajniki swojej literackiej kuchni oraz oceniają nadesłane prace. W latach 2020–2021 w roli mistrzyń i mistrzów wystąpili: Józef Baran, Miłosz Biedrzycki, Bożena Boba-Dyga, Lidia Bogaczówna, Eligiusz Dymowski, Liliana Hermetz, Jakub Kosiniak, Bartłomiej Kucharski, Piotr Lamprecht, prof. Wojciech Ligęza, Karol Ochodek, Dominika Słowik, Michał Zabłocki, Krzysztof Zajas i Adam Ziemianin.

Inną warsztatową inicjatywą są przygotowywane w sezonie letnim „Ogrody Poezji” Biblioteki Kraków. W 2020 roku odbyły się one w formie online, zaś w roku bieżącym stacjonarnie, w ogrodach siedziby głównej przy ul. Powroźniczej 2. W sumie w 2021 roku przygotowano trzy wydarzenia: dwa poświęcone twórczości krakowskich poetek i poetów, trzecie dedykowane Antologii Peronu Literackiego Biblioteki Kraków.

Najmłodszym peronowym projektem powstałym z inicjatywy Izabeli Ronkiewicz-Brągiel jest cykl wykładów „Patron na Peronie”. Zgodnie z założeniami, opiekunowie warsztatów zaprosili do współpracy pisarzy, krytyków i wykładowców, którzy przybliżyli słuchaczom życie i twórczość czterech literackich Patronów 2021 roku, to jest Stanisława Lema, Cypriana Kamila Norwida, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Tadeusza Różewicza. Spotkania odbywały się raz na kwartał na profilu facebookowym Klubu Dziennikarzy „Pod Gruszką” Biblioteki Kraków.

„Święta na Peronie”. Spotkanie uczestników warsztatów z gościnnym udziałem Karola ­Ochodka i Miłosza Skwiruta

„Święta na Peronie”. Spotkanie uczestników warsztatów z gościnnym udziałem Karola ­Ochodka i Miłosza Skwiruta. Fot. Krzysztof Lis

Pierwszy panel poświęcony życiu i twórczości Stanisława Lema odbył się 3 marca 2021 roku. Gościem Michała Piętniewicza był Szymon Kloska – krytyk literacki, kurator programu Lem 2021. Rozmówcy rozpatrywali dzieło autora Solaris w kontekście jego literackich „przepowiedni” oraz wpływu na polską i światową literaturę. Pojawiły się pytania o aktualność i uniwersalność książek Lema. Szymon Kloska przyznał, że zdecydowana większość przetrwała próbę czasu, jedynie Obłok Magellana (Wydawnictwo Iskry, 1955) może być nieco przestarzały dla współczesnego odbiorcy. Poruszając kwestie biograficzne, przypomniano, że pisarz ukrywał się jako Żyd w okupowanym Lwowie, a traumy wojenne nie pozostały bez wpływu na jego twórczość. Przywołano w tym miejscu dwie publikacje: pierwszą część trylogii Czas nieutracony / Szpital przemienia (Wydawnictwo Literackie, 1955) oraz książkę Agnieszki Gajewskiej Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema (Wydawnictwo Naukowe UAM, 2016). Szczególnie interesującą częścią panelu była dyskusja o stosunku Lema do wiary i Boga. Szymon Kloska zaznaczył, że pisarz widział w religii przede wszystkim wartość kulturową, mimo to rozpatrywał światy teoretycznie możliwe oraz niemożliwe i miał świadomość, że nauka nie wszystko może wyjaśnić. Rozmowa dotyczyła także życia prywatnego autora Bajek robotów, znajomości z wybitnymi postaciami kultury i nauki, między innymi Janem Błońskim, Karolem Wojtyłą, Janem Józefem Szczepańskim. Przy tej okazji zarekomendowano słuchaczom książkę autorstwa Wojciecha Orlińskiego Lem w PRL-u, czyli nieco prawdy w zwiększonej objętości (Wydawnictwo Literackie, 2021) oraz tom wspomnień Tomasza Lema Awantury na tle powszechnego ciążenia (Wydawnictwo Literackie, 2009). Nie obyło się bez przypomnienia ważniejszych adaptacji filmowych. Zwłaszcza Solaris Andrieja Tarkowskiego. Finałem rozmowy była lista książek, którą prowadzący polecili słuchaczom jako lektury obowiązkowe.

Bohaterem drugiego spotkania był Cyprian Kamil Norwid. Jadwiga Malina zaprosiła do rozmowy dr. Adama Cedro – wydawcę, norwidologa, członka redakcji krytycznej Dzieł wszystkich Norwida – oraz dr Elizę Kącką – adiunkt na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, autorkę książki Stanisław Brzozowski wobec Cypriana Norwida (Wydawnictwo Wydziału Polonistyki UW), członkinię kapituły Nagrody Literackiej Gdynia. Spotkanie odbyło się 9 czerwca 2021 roku na profilu facebookowym Klubu Dziennikarzy „Pod Gruszką”. Punktem centralnym dyskusji była książka Józefa Franciszka Ferta Życie Cypriana Norwida. Pamiątka dwusetnej rocznicy urodzin Poety (Wydawnictwo Pewne, 2021). Śledząc tę publikację, analizowano życiorys pisarza i problemy, z jakimi się borykał, między innymi ostracyzm środowiska literackiego, brak stałych dochodów, utratę słuchu, migracyjną tułaczkę. Sporo miejsca poświęcono duchowości Norwida. Adam Cedro uznał go za najważniejszego polskiego poetę religijnego, z czym nie do końca zgodziła się Eliza Kącka. Zgodnie podkreślano natomiast heroizm jego polskości i wymagające spojrzenie na sztukę, etykę oraz wolność słowa. Konkluzją dyskusji było stwierdzenie, że hermetyczność poezji Norwida, tak problemowa dla ówczesnych odbiorców, stała się paradoksalnie gwarantem przetrwania, a nawet rozkwitu jego dzieła w XX i XXI wieku.

Trzecie spotkanie – dedykowane Krzysztofowi Kamilowi Baczyńskiemu – odbyło się 22 września 2021 roku. Michał Piętniewicz wspólnie z dr Hanną Kryńską – literaturoznawczynią, autorką książki Rzeczy niepokój (Biblioteka Nowego Napisu / Instytut Literatury, 2021) – zwracali uwagę na niesłabnącą popularność poezji Baczyńskiego wśród ludzi młodych. Zdaniem Hanny Kryńskiej wpływa na to plastyczność i wyjątkowe bogactwo rytmiczne wierszy oraz tragiczna biografia. W dalszej części spotkania próbowano przeanalizować złożoność i wielobarwność charakteru poety, którego cechowały z jednej strony skromność i wątłe zdrowie, z drugiej poczucie humoru i słaba odporność na krytykę. Ważną częścią rozmowy były wątki z życia osobistego. Relacje z matką oraz żoną Barbarą, aspirującą do zawodu krytyka literackiego studentką polonistyki. Zdaniem Hanny Kryńskiej związek ten nie był wbrew pozorom czystą sielanką. Problemy młodych dotyczyły finansów (poeta miał trudności ze znalezieniem stałej pracy) oraz relacji żony Baczyńskiego z teściową (kobiety nie pałały do siebie sympatią). Spotkanie zakończyła optymistyczna puenta dotycząca obecności poezji Krzysztofa Kamila Baczyńskiego w polskiej kulturze. Zgodnie uznano, że inspiruje ona kolejne pokolenia, przenikając z podręczników szkolnych do tak zwanej kultury masowej, zwłaszcza do muzyki i filmu.

Ostatni tegoroczny panel odbył się 3 grudnia 2021 roku i był w całości poświęcony Tadeuszowi Różewiczowi. Jadwiga Malina zaprosiła na to spotkanie dr. Karola Maliszewskiego – pisarza, krytyka i wykładowcę, autora 16 tomów wierszy. Pierwsza część dyskusji dotyczyła wpływu Różewicza na poezję XX i XXI wieku, zwłaszcza tę pisaną przez roczniki najmłodsze, dopiero wchodzące na literackie ścieżki. Zastanawiano się, czy poeta, którego pierwsze tomy Niepokój (Wydawnictwo Przełom, 1947) i Czerwona rękawiczka (Spółdzielnia Wydawnicza „Książka”, 1948) uznano za rewolucyjne, może pozostać oryginalny dla współczesnego odbiorcy. Rozpatrywano kwestię przesłań Różewicza, między innymi krytyczny stosunek do świata pozbawionego wyższych wartości, uprzedmiotowienia osoby ludzkiej i niepohamowanego konsumpcjonizmu. Druga część spotkania dotyczyła biografii poety. Rozmawiano o jego fascynacji malarstwem, przyjaźni z artystami, stosunku do środowiska literackiego i polityki. Pojawił się również rys dotyczący dzieciństwa i najbliższej rodziny – braci Janusza i Stanisława, a także matki, której poświecił wybitny tom Matka odchodzi (Wydawnictwo Dolnośląskie, 1999) – oraz Radomska i Krakowa. Spotkanie uświetniły wiersze Tadeusza Różewicza w interpretacji Lidii Bogaczówny.

Beata Guczalska – Różewicz, twórca teatru

Beata Guczalska

Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w KrakowieORCID: 0000-0002-4156-932X

Różewicz, twórca teatru

W roku 2021, kiedy obchodzimy stulecie urodzin Różewicza, warto się upomnieć o nie dość doceniany obszar jego twórczej działalności – teatr. Tu trzeba wyjaśnić: dziś, kiedy mówimy o kimś „twórca teatralny”, mamy na myśli reżysera, inscenizatora, performera, aktorów, czasem autora scenariusza widowiska… w każdym razie ludzi, którzy organizują teatralny występ lub w nim bezpośrednio uczestniczą. Rzut oka na historię tej dziedziny kultury wystarcza, aby dojść do wniosku, że zasadnicze zmiany w teatrze są dziełem autorów dramatów, a praktycy teatru wprowadzali te zmiany w życie, mając do dyspozycji teksty, które wywracały dotychczasowe konwencje i przyzwyczajenia. Nie byłoby nowego, prawdziwie współczesnego – w danym czasie – teatru, gdyby nie dramaty Czechowa, Brechta, Becketta, Ionesco, Pintera. Przewrót w teatrze rodzi się najpierw w głowach dramatopisarzy – a przynajmniej tak bywa bardzo często. To oni projektują nowy teatralny język: nie tylko na poziomie słów i dialogów, ale przede wszystkim poprzez zastosowany tryb komunikacji, sposób tworzenia teatralnych znaczeń, całkowicie odmienny od dotychczasowego.

Grób Tadeusza Różewicza przy świątyni Wang w Karpaczu

Grób Tadeusza Różewicza przy świątyni Wang w Karpaczu, fot. 2016 r., źródło: Wikipedia

Gdy patrzy się dziś na polski teatr ostatniego sześćdziesięciolecia, trudno nie dostrzec, że w ogromnym stopniu ukształtowała go twórczość Różewicza, może nawet najsilniej spośród współczesnych autorów. W konsekwencji również artystyczny dorobek reżyserów, którzy najbardziej znacząco na ów teatr wpłynęli – jak Jerzy Jarocki, Kazimierz Kutz, Jerzy Grzegorzewski – wynikał z czytania i inscenizowania utworów Różewicza.

Autorskie koncepcje teatralne dotyczą nie tylko szeroko pojętej konwencji i języka teatralnego. Kreując nowy model rzeczywistości teatralnej, dramatopisarze tworzą zazwyczaj nowy typ bohatera, który zostaje wyposażony w inny system uruchamiających go bodźców – a to wymaga na scenie odmiennych środków aktorskich. Rzadko mówi się o tym, że przełomowe dzieła dramatyczne zawierają również projekt specyficznego modelu aktorstwa, choć w środowisku teatralnym wiedza o tym, jak dostroić środki aktorskie do rodzaju dramaturgii, jest jedną z ważnych fachowych umiejętności. Wiadomo, że są aktorzy „szekspirowscy” i są tacy, skądinąd wybitni, którzy się w sztukach Szekspira (przynajmniej w tradycyjnie pojętej inscenizacji) nie sprawdzają. To, że dramaty Słowackiego, pisane wierszem, wymagają innego warsztatu niż sztuki XXI-wieczne, dostrzeże nawet laik. Ale tylko profesjonaliści wiedzą, że co innego grać Mrożka, a co innego – Różewicza, choć obaj autorzy działali mniej więcej w tym samym czasie i kręgu kulturowym. Nie dziwi więc, że „nowe” w dramacie (i teatrze) największy opór budzi nie wśród publiczności, ale wśród aktorów, którzy nie mogą się posłużyć tym, co znają, z początku nie wiedzą, czego autor od nich wymaga – w pierwszym odruchu odwołują się więc do sprawdzonych metod, odpowiednich dla innego typu dramaturgii.

Tadeusza Różewicza nie prowadzano w dzieciństwie i młodości do teatru, jak to się zdarzało artystom z wielkomiejskich, mieszczańskich czy inteligenckich rodzin. W rodzinnym Radomsku nie było, rzecz jasna, teatru, toteż do osiemnastego roku życia zdołał być widzem jedynie dwóch przedstawień. Pierwszym był spektakl Błażek opętany Władysława Ludwika Anczyca, z fabułą wykorzystującą motyw zamiany ról pana i jego sługi. Tekst został wystawiony przez Towarzystwo Dobroczynności w Radomsku, a pośród aktorów amatorów znalazł się ojciec poety. Drugie, obejrzane już w latach gimnazjalnych, to Świt, dzień i noc Dario Niccodemiego zagrane przez parę zawodowych aktorów z Częstochowy w miejscowym kinie1K. Braun, T. Różewicz, Języki teatru, Wrocław 1989, s. 11.. Nie były to, jak widać, doświadczenia, które można z zachwytem i dumą opisywać w pamiętnikach.

Lata wojny uniemożliwiły dalszą edukację teatralną, dopiero przenosiny do Krakowa pozwoliły Różewiczowi poznać teatr z prawdziwego zdarzenia.

Od czterdziestego piątego do pięćdziesiątego, czyli cały czas studiów, to był Kraków. Zaczął pracować Teatr Słowackiego. Było wielu aktorów starszego pokolenia, którzy przeżyli. Ja miałem możliwość oglądać jeszcze Solskiego, Kurnakowicza i innych ocalałych… Był to szereg świetnych, znaczących przedstawień2Tamże, s. 25..

Poeta wspominał oglądane wówczas Wesele, Rewizora Trzy siostry; zachwyciła go również Wariatka z Chaillot ze wspaniałą aktorką Marią Dulębą w roli tytułowej. Nie spodobał mu się natomiast Teatr Rapsodyczny Mieczysława Kotlarczyka – odrzuciło go zwłaszcza to, co uchodziło za siłę rapsodyków: sposób mówienia wiersza. „Według mnie oni za starannie mówili, za dobrze deklamowali”3Goście Starego Teatru. Spotkanie czwarte. Z Tadeuszem Różewiczem rozmawia Jerzy Jarocki, „Teatr” 1993, nr 3, s. 7.. Młodego twórcę, poszukującego całkowicie nowego oblicza poezji, raził ten przedwojenny, patetyczny styl.

Nie teatr jednak był dla Różewicza studenta najważniejszym doświadczeniem lat krakowskich. Jak wiadomo, przyszły poeta zapisał się nie na polonistykę, co przez chwilę miał w planie, ale na historię sztuki, którą studiował przez cztery lata (jak twierdzi, za namową kuzynki Przybosiów, która stanowczo polonistykę mu odradziła). Kraków to przede wszystkim bliskie znajomości zawarte w środowisku malarzy, plastyków, historyków sztuki. Przyjaźń z Mieczysławem Porębskim i Jerzym Nowosielskim, zawiązana w latach studenckich, utrzymała się przez całe życie. Różewicz poznał wszystkich najwybitniejszych w tamtych czasach twórców: Marię Jaremę, Tadeusza Kantora, Jonasza Sterna, Andrzeja Wróblewskiego, Tadeusza Brzozowskiego, Kazimierza Mikulskiego.

Spędzałem wiele godzin w pracowniach, często nocowałem, byłem świadkiem powstawania obrazów, bywałem przy pracy wszystkich tych ludzi. Chodziłem na wystawy, wernisaże i tak dalej. Malarstwo było dla mnie także sztuką konstruowania utworu poetyckiego. Nie będę się jednak wgłębiał w zagadnienie, na jakiej płaszczyźnie się to transponowało, ale na pewno kompozycje Nowosielskiego, Brzozowskiego, Wróblewskiego w jakiś sposób łączyły się z moimi utworami4Tamże, s. 7.

Malarstwo było fascynacją równie silną jak literatura; nieprzypadkowo Różewicz jako jeden z trzech literatów – obok Tadeusza Kwiatkowskiego i Kornela Filipowicza – został zaproszony do Grupy Krakowskiej i wpisany w szereg jej członków.

Różewicz działał jednak w obrębie literatury – pomimo fascynacji malarstwem nie miał inklinacji, by próbować tworzyć w tej dziedzinie, miał świadomość, że może się spełnić jedynie za pośrednictwem słów. Próbował sił w zakresie dramatu, w latach czterdziestych napisał dwie sztuki, całkowicie nieudane i słusznie zapomniane. Pierwsza, Będą się bili, napisana w 1948, jak twierdził, w celach zarobkowych, opowiadała o Marianie Buczku. Druga, z 1949 roku, Ujawnienie, została odrzucona przez wydawnictwo Czytelnik i zaginęła5Por. T. Drewnowski, Walka o oddech. Bio-poetyka. O pisarstwie Tadeusza Różewicza, Kraków 2002, s. 192–193.. Obie były napisane w „starej” poetyce sztuk realistyczno-zaangażowanych, jakie widział w teatrze. O ambicjach w tym kierunku świadczy to, że wiosną 1948 roku Różewicz zapisał się do Studium Techniki Scenariusza Filmowego w Łodzi i zaliczył je wraz z Tadeuszem Borowskim, Romanem Bratnym, Tadeuszem Konwickim, Bohdanem Czeszką i Wojciechem Żukrowskim. Niewątpliwie przydało mu się to w późniejszej pracy z młodszym bratem, wybitnym reżyserem filmowym Stanisławem Różewiczem. Stanisław wspomina, że brat dużo mu opowiadał o wrażeniu, jakie zrobiły na nim filmy Obywatel Kane Wellesa i Aleksander Newski Eisensteina, ujawniając niezwykłą wrażliwość na ruchomy filmowy obraz6Por. Z. Majchrowski, Różewicz, Wrocław 2002.. Warto przypomnieć, że bracia Różewiczowie w latach 1959–1973 zrobili wspólnie dziewięć filmów, Tadeusz był scenarzystą lub współscenarzystą (z bratem lub z Kornelem Filipowiczem).

Kiedy na przełomie 1949 i 1950 roku opuszczał Kraków, miał już świadomość – może nie do końca jasną – że musi odrzucić znane formy dramatyczne.

Jedno wiedziałem. Wiedziałem, że forma dramatu Rittnera, Zapolskiej i Kruczkowskiego nie da nowego teatru. Że musi nastąpić jakiś wielki wybuch. Ja pisząc Kartotekę, miałem już świadomość, że wcześniejsze próby dramaturgiczne nie powiodły się, ponieważ mój język, poetyka, technika dramaturgiczna były podobne do Jurandota czy Lutowskiego, czy Kruczkowskiego. Wiedziałem, że nic nie zrobię, jeśli nie rozrzucę na wszystkie strony tych starych zabawek, klocków, nie powyrzucam i nie będę próbował z nich złożyć zupełnie nowej całości7K. Braun, T. Różewicz, Języki teatru, dz. cyt., s. 25..

Poeta przeniósł się do Gliwic, gdzie mieszkał do 1969 roku. W rozmowach i wspomnieniach lubi przedstawiać ten okres jako coś w rodzaju dobrowolnego wygnania, niemal pustelni.

Dwadzieścia lat w Gliwicach. Nie w Paryżu. Nie w Ameryce. I to lata z najlepszych lat twórczych. To miało szalenie różne aspekty. (…) Po prostu przez dwadzieścia lat w izolacji żyłem. Z daleka od tego, co się w Warszawie działo i w Krakowie8Tamże, s. 13..

Nie jest to jednak do końca zgodne z prawdą: Gliwice nie były tak fundamentalną przeszkodą w wyjazdach, jak opowiada; wyjeżdżał całkiem sporo. Rok 1950 spędził na Węgrzech, w 1956 podróżował do Mongolii i do Berlina Wschodniego, gdzie oglądał Kaukaskie kredowe koło Brechta w Berliner Ensemble, w 1958 wyprawił się do Chin. A w roku 1957, w czasie popaździernikowej odwilży, udało mu się wyjechać na miesiąc do Paryża, gdzie zobaczył Łysą śpiewaczkę Ionesco, jeden z przełomowych dramatów nowej ery teatru. W tym samym 1957 roku w Warszawie oglądał Czekając na Godota Becketta w reżyserii Jerzego Kreczmara. Był więc nieźle zorientowany, jakie zmiany w teatrze się szykują.

W latach sześćdziesiątych, kiedy już wystawiano jego sztuki, a on sam publikował kolejne (po Kartotece napisał, w ciągu dziesięciu lat, jedenaście sztuk o bardzo różnych formach, nieraz wysoce eksperymentalnych – była to prawdziwa eksplozja dramaturgicznego talentu), objawił się Różewicz jako autor wysoce zaangażowany w proces inscenizacji swoich sztuk. Korespondował z reżyserami, jeździł na próby, wyrażał swoje opinie. Machina teatru wyraźnie go wciągnęła, a minispołeczność artystów sceny – zafascynowała. Kiedy w roku 1992 występował jako gość Starego Teatru, w rozmowie z Jerzym Jarockim opowiadał:

Był okres, kiedy się tu zadomowiłem. Emanowało stąd jakieś ciepło, z miejsca i z rodziny aktorów. Pamiętam, że wchodziłem często do takiej salki… gdzieś na zapleczu garderób były takie miejsca. Tam wysiadywali aktorzy. Wchodziło się i trafiało na twarze aktorów, na ich uśmiechy. Gdzieś w kąciku siedział Konrad Swinarski, ze swym wąziutkim, cienkim uśmieszkiem, lekko ironicznym, skierowanym do wnętrza. (…) Przechodził tam ze swym szatańskim, olśniewającym uśmiechem Jan Nowicki, przebiegał jak młody i wspaniały Mefisto. Tam znowu dobroduszny, bardzo ludzki, ciepły uśmiech pana Bińczyckiego. Przechodziła Marta Stebnicka z nieodparcie cudownymi dołeczkami. Pani Zofia Niwińska – ciepła, niebieskooka. Później odwiedzałem w pokoju gościnnym Wojtka Pszoniaka, mojego zresztą „wychowanka”. Nie chcę się chwalić, ale on chciał zostać poetą, jeszcze w Gliwicach przychodził do mnie z wierszami. (…) Ewa Lassek! To jest oczywiście osobny rozdział, jej udział w mojej twórczości, jej role w moich sztukach, moja chęć napisania specjalnie dla niej dramatu. Od wielu lat obiecywałem sobie i chciałem napisać sztukę dla aktorki. Nie napisałem. Przez dziesięć lat leżał u niej papier na tę sztukę, odebrałem, kiedy już była chora. Papier jeszcze leży… Nie napisałem nic dla Ewy…9Goście Starego Teatru…, dz. cyt. s. 12..

Tadeusz Różewicz i Günter Grass na 51. Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie

Tadeusz Różewicz i Günter Grass na 51. Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie, fot. ­Michał Kobyliński, 2006 r., źródło: Wikipedia

W tym wzruszającym wyznaniu widać ogromną wrażliwość na teatr: jego atmosferę, twarze aktorek i aktorów, niepowtarzalne osobowości niektórych z nich. Także zakulisowe sytuacje i szczególne przecięcie linii scena–życie, owo tajemnicze przejście od rzeczywistości prawdziwej do wykreowanej. Teatr z jego ludzką maszynerią mocno Różewicza inspirował, co widać w wielu późniejszych sztukach, czasem wprost. Na przykład Straż porządkowa (1966) to koncept sztuki o straży powołanej do pilnowania granicy między życiem a teatrem. Straż owa, wedle sobie znanych kryteriów, wpuszcza na scenę jedne postacie, inne zatrzymuje. Bezpośrednia relacja Różewicza z teatrem owocowała swego rodzaju sprzężeniem zwrotnym: jego teksty inspirowały twórców, on zaś potrzebował teatralnych obserwacji do dalszych pomysłów.

Teatralnym autorem stał się poeta 25 marca 1960 roku – wtedy odbyła się prapremiera Kartoteki w warszawskim Teatrze Dramatycznym w reżyserii Wandy Laskowskiej. Tekst udało się wprowadzić do teatru dzięki determinacji Konstantego Puzyny, który przekonał do realizacji dyrektora Mariana Mellera – ale przedstawienie odbyło się na małej scenie, w tak zwanej Sali Prób, gdzie wchodziła niewielka publiczność. „Prapremiera Kartoteki była trudną sprawą. Aktorzy nie chcieli tego grać. A niektórzy krytycy potem oceniali, że to nie jest sztuka teatralna. Ale publiczność przyszła”10Języki teatru…, dz. cyt., s. 55..

Podczas gdy większość krytyków szukała w Kartotece wpływów najnowszej światowej dramaturgii, Jan Kott w słynnej recenzji Bardzo polska kartoteka odwrócił, swoim zwyczajem, perspektywę: „To nie są żarty. Różewicz napisał naprawdę tradycyjny narodowy dramat. Konrad i społeczeństwo, Konrad i Polska, Konrad i świat. (…) Wyspiańskiemu potrzebny był cały Wawel, Różewicz stawia żelazne łóżko na rogu Alej i Marszałkowskiej”11J. Kott, Bardzo polska kartoteka, „Dialog” 1960, nr 5; wersja udostępniona na platformie e-teatr.. Na ogół jednak krytycy byli sceptyczni albo traktowali przedstawienie z pewnym pobłażaniem – jako eksperyment, nie do końca udaną próbę pisania znanego poety dla teatru. Pierwszy kot za płot, ale…, Na prawach eksperymentu – to znaczące tytuły recenzji. Nawet wytrawny obserwator Andrzej Kijowski zarzucił sztuce nudę, wulgarność, brak istotnej myśli. Późniejszy odbiór zdominowała recenzja Kotta – odtąd na ogół czytano Kartotekę w porządku historii polskiej literatury i w kategoriach pokoleniowych doświadczeń, trochę pomijając jej istotne nowatorstwo, a także wyraźny sprzeciw autora wobec tradycji romantycznej, jaki zapisany był w sztuce.

Kadry z filmu Kartoteka w reż. Konrada Swinarskiego

Kadry z filmu Kartoteka w reż. Konrada Swinarskiego

Z perspektywy czasu widać, że reżyserka Wanda Laskowska świetnie poradziła sobie z nowatorską dramaturgią – przedstawienie wpisało się w klimat dramatu, trafnie przenosiło w obręb teatru zapisany w sztuce projekt. Na małej scenie stało łóżko, dwie szafy – może zwyczajne, a może kryjące jakąś metaforę. Była również uliczna latarnia i kawiarniany stolik, a także płot czy parkan oblepiony afiszami. Nad parkanem zawieszono fragment znanego obrazu Chagalla, co dodatkowo odrealniało miejsce i tworzyło poetycką atmosferę. Jak widać, sceneria ta została dokładnie zaprojektowana przez samego autora, który zapisał w didaskaliach: „Wygląda to, jakby przez pokój Bohatera przechodziła ulica”. Niedookreślony, otwarty sposób budowania postaci Bohatera udał się również wykonawcom głównej roli, w której występowali Ludwik Pak lub Józef Para.

Wkrótce Kartoteką zainteresował się Konrad Swinarski, który od razu twierdził, że to najwybitniejsza polska sztuka współczesna. Ponieważ Swinarski był typem poszukiwacza nowych dróg dla sztuki teatru, od razu związał się z telewizją, dla której już w latach pięćdziesiątych realizował widowiska teatralne. Kartoteka miała więc trafić na mały ekran, a za jego pośrednictwem do publiczności nieporównanie szerszej niż w teatrze. Różne przeszkody sprawiły, że projekt ciągnął się dość długo i Swinarski wystawił dramat najpierw za granicą, w Izraelu, w Teatrze Zawit w Tel Awiwie (1965).

Różewicz natychmiast zaangażował się w sprawę. Zachowały się listy poety do reżysera pisane zielonym albo niebieskim atramentem, równym, jakby uczniowskim pismem. Pierwszy z nich dotyczy tekstu: Różewicz dopytuje, którą wersję ma Swinarski do dyspozycji, bo „między tekstem z «Dialogu», tekstem z książki, maszynopisem, który jest w Wyd. Lit., są różnice (również te różnice są w rękopisie)”12Archiwum prywatne Barbary Swinarskiej.. Następnie przysyła reżyserowi fragmenty, na których mu zależy, by nie zostały opuszczone. Wreszcie wtrąca się do obsady:

Mówiła mi p. Barbara, że Bohatera ma robić Łapicki. Musiałbym dwa słowa na ten temat powiedzieć. Łapicki robił niedawno Sposób bycia Brandysa (znakomicie itd.). Istnieje niebezpieczeństwo przeniesienia patosu i sposobu wysławiania. Chodzi o to, że Bohater Kartoteki – mówi raczej znudzony, tak jakby mu się nie chciało… trochę rozbawiony… ale przede wszystkim niechętny sobie, sztuce i rozbawiony… nie ma w sobie nic z „olbrzymich” (choć papierowych) namiętności tego Pana ze Sposobu bycia. Gdyby Pan Kartotekę robił … (a nie mam jeszcze pewności, bo to już trwa całe lata ta „historyja”), proszę na to zwrócić uwagę. Czy Pan wie… Bohater miał pierwotnie w Kartotece w ogóle powiedzieć tylko trzy słowa… On nie chciał brać udziału w tym przedstawieniu… może ta sugestia pomoże p. Łapickiemu13T. Różewicz, Listy do Barbary i Konrada Swinarskich, „Teatr”1991, nr 10, s. 15..

Tadeusz Różewicz

Tadeusz Różewicz, fot. Ryszard Biskup, z archiwum Uniwersytetu Jana ­Kochanowskiego w Kielcach

Różewicz miał złe informacje, do roli Bohatera przewidywano od razu Tadeusza Łomnickiego. Gdy autor się o tym dowiedział, zaraz w następnym liście proponował spotkanie „trójstronne”, to znaczy reżyser, aktor i on. Jak widać, ­sytuował się w roli autora-reżysera, który chce współpracować z reżyserem‑inscenizatorem.

Telewizyjne medium było stosunkowo świeże, a spektakle Teatru Telewizji filmowano dość tradycyjnie, w jednym planie, w studio. Swinarski podjął odważną decyzję wyjścia poza teatralne studio i wprawił Kartotekę w obraz-metaforę. Najpierw z kadru wyłania się potężny, górujący nad wszystkim Pałac Kultury, obramowany delikatnie przez wieże kościoła Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim. Kolejne ujęcie pokazuje zimowy pejzaż miejski z ciemnymi, ślepymi ścianami kamienic i widoczną synagogą Nożyków. W ten sposób reżyser ustanowił miejsce symboliczne, a zarazem konkretne, naznaczone historią. Dalej na pierwszym planie pojawia się podwórko z czarnymi ścianami starych kamienic, miejsce, z którego uprzątnięto gruzy. Jest zima, na śniegu bawią się dzieci, jakiś człowiek prowadzi na smyczy dwa nędzne kundle. Od miasta nadchodzą Starcy, zdążając do przedwojennej czynszowej kamienicy, smutnej, ubogiej i zaniedbanej. Łóżko Bohatera stoi tutaj w jakimś zakamarku tej kamienicy, komórce czy w korytarzu. Przestrzeń za oknem jest ciągle aktywna, wdziera się w ten łóżkowy azyl. Stamtąd nadchodzą kolejne postaci. A nawet Bohater, w farsowym intermedium, ucieka przed Tłustą Kobietą do wychodka na podwórze.

Tadeusz Łomnicki – dzięki powściągliwości i strategii ukrywania raczej niż ­pokazywania – stworzył rolę o wielkiej pojemności. Bohater szeroko reprezentował swoje pokolenie, pokolenie wojenne, zmagające się z duchową i polityczną miałkością lat małej stabilizacji. Aktorowi ułatwiła to nie tylko autentyczna przynależność do tego pokolenia (urodzony w roku 1927 zdążył jeszcze przystąpić do partyzantki miejskiej AK), lecz również – i jeszcze silniej – bagaż zagranych wcześniej ról, ich nieujawniany, ale wibrujący wewnętrznie potencjał. Tamowanie tego potencjału sprawiło, że Bohater Łomnickiego tak trafnie wyraził strategię dramatu Różewicza: w środku jest bardzo wiele, na zewnątrz – milczenie, odmowa działania. Gorycz – „nic się nie da powiedzieć”. Ale Łomnicki nie ograniczył się do głosu jednego pokolenia. Jeśli po pięćdziesięciu latach oglądamy spektakl bez poczucia obcości i dystansu, dzieje się tak dlatego, że reżyser i aktor wyrazili coś więcej: dramat egzystencji, biologii, pożerającego wszystko czasu.

Reżyserem tego samego co Swinarski pokolenia, który na długo związał swoją twórczość z dramaturgią Różewicza, był Jerzy Jarocki. Jego również zafascynowała Kartoteka, bo „nikt dotąd tak nie pisał, ani w Polsce, ani gdzie indziej, nikt nie uprawiał tego rodzaju języka teatralnego”14Od „Kartoteki” do „Pułapki”. Różewicz w teatrze Jarockiego. Z reżyserem rozmawia Beata Guczalska, „Dekada Literacka” 1992, nr 22, s. 3.. Chciał ją wystawić, wspomina jednak, że „we wszystkich teatrach, z którymi współpracowałem, ktoś mnie uprzedzał i ona była już w repertuarze”15Tamże, s. 3.. Zdecydował się więc na wystawienie Wyszedł z domu. Wspominając próby swojej pierwszej Różewiczowskiej inscenizacji w Starym Teatrze (rok 1965), reżyser opowiada o mękach, jakie przechodził z aktorami dowodzącymi nieustannie, że „tu nie ma nic do grania”. Różewicz przyjechał na próbę generalną i skończyła się ona wielką awanturą.

Jarocki wspomina:

W czasie monologu Marka Walczewskiego – Henryka o domkach ze słomy Różewicz zrobił pierwszą nieśmiałą uwagę. To Walczewskiego tak rozzłościło, że ciskał egzemplarzem o ziemię, o stół, krzycząc: „To niech Pan sobie sam zagra, niech Pan się cieszy, że my tu z reżyserem z tego papieru usiłujemy coś wydobyć!”. Musiałem interweniować, łagodzić, bo nie mogłem stracić Walczewskiego, który w tej roli zaproponował dużo ciekawych rzeczy.16Tamże.

Różewicz mówi ostrzej:

Byłem dość poirytowany, a nawet rozsierdzony, bo moje uwagi nie zostały uwzględnione.

I dodaje:

Mnie się wydawało, że reżyser, aktor, teatr w ogóle mają nieograniczone możliwości, że mogą wszystko, co się pomyśli i wymarzy. Powoli dochodziłem do wiedzy, że może to być materia oporna, że jest to po prostu materia. Po prostu za mało znałem specyfikę tego zawodu17Goście Starego Teatru…, dz. cyt., s. 12..

Te dwa wspomnienia znów dowodzą, jak Różewicz obsadzał sam siebie w roli drugiego reżysera, który ma słuszne prawo ingerować w próby.

Następne głośne, uznane inscenizacje tekstów Różewicza, które zrobił Jarocki, to Moja córeczka (Stary Teatr w Krakowie, 1968) i Stara kobieta wysiaduje (Teatr Współczesny we Wrocławiu, 1969). Pierwszy powstał jako scenariusz filmowy, a reżyser przystosował go na potrzeby teatru. Akcję realistycznie pomyślanych scen umieścił w hali dworca, która była bufetem i poczekalnią, a zarazem mieściła codzienność małego miasteczka z kolejkami po ryby i choinki. Jednocześnie była też metaforą codziennego życia, spędzanego w drodze, ciągle pomiędzy – „wszędzie i nigdzie, etap w podróży od śmierci do miłości i z powrotem, miejsce, gdzie oddychają sadzą i brudem upadłe anioły”18E. Morawiec, Ideały i atrapy, „Kultura” 1968, nr 30, wersja udostępniona na platformie e-teatr.. Taki syntetyczny, metaforyczny obraz polskiej codzienności wyczytał reżyser ze scenariusza.

Strona z programu Stara kobieta wysiaduje

Strona z programu Stara kobieta wysiaduje, Teatr Współczesny, 1969 r., źródło: archive.org

Ani Moja córeczka, opublikowana w „Dialogu” w 1966 roku, ani o dwa lata późniejsza Stara kobieta wysiaduje nie spotkały się z uznaniem krytyki, oceniano je jako niezbyt udane. Ale ludzie teatru, na szczęście, czytają inaczej niż krytycy i badacze literatury – zwracają uwagę nie tyle na to, co zapisane, ile na teatralny potencjał obrazów. „Mnie od razu zafascynował… śmietnik. Śmietnik cywilizacji, kultury, także i ekologiczny koniec świata. Śmietnik, ale tętniący życiem”19Od „Kartoteki” do „Pułapki”…, dz. cyt., s. 3. – mówił o dramacie Jarocki. W swojej inscenizacji Starej kobiety taki śmietnik, wraz ze scenografem Wojciechem Krakowskim, zbudował na scenie. Przed oczami widzów rozpościerała się ogromna plaża – śmietnisko z wieloma odległymi i równoczesnymi planami akcji. Były tam zarówno kosze plażowe, jak i rów strzelecki, z którego co chwilę wypełzali walczący ze sobą ludzie, wreszcie molo-pomost, z którego zrzucano śmieci. Wśród śmieci znajdowały się i trupy ludzkie (aktorzy i kukły): dziewczyna z nagimi piersiami, cała w bandażach, martwy żołnierz w mundurze. Ten ruchomy metaforyczny obraz wywołał wielkie wrażenie; reżyser zawsze podkreślał, że cały koncept wystawienia sztuki został zapisany w tekście Różewicza.

Różewicz należy do tych autorów, którzy sami reżyserują swoje sztuki. Są autorzy, którzy nie wiedzą, co w teatrze spotka ich pomysł, i są tacy, którzy to wyprzedzają, reżyserują reżysera. Różewicz do nich należy20Tamże..

Dowodów wpływu Różewicza na działania podejmowane przez reżyserów bezpośrednio w teatrze jest aż nadto. Równie oczywisty wydaje się jego wpływ na aktorstwo. W swoich dramatach zapisał określony projekt aktorski, dotyczący zarówno dyspozycji, jak i sposobu bycia na scenie.

Aktorowi dramatów Różewicza niezbędny jest słuch językowy, dobre wyczucie słowa – to znaczy świadomość, że nie jest ono dosłowne. Nie należy więc dookreślać ani konkretyzować (jak zazwyczaj dzieje się na scenie), ale otwierać. Przekraczać i weryfikować utarte znaczenia, wydobywać dramatyzm słów. Aktor taki powinien umieć rozstać się z tradycyjnym postaciowaniem, z odruchem nawet fragmentarycznego psychologizowania. Ważny byłby także dystans wobec postaci, subtelny i trudno dostrzegalny, niepodobny do manifestowanego hałaśliwie dystansu Brechtowskiego. Ironia, dyskrecja wyrazu i zdolność takiego połączenia komizmu i tragizmu, by stały się tym samym. A najważniejsza jest chyba umiejętność niegrania. Rezygnacji z potencjalnych możliwości, redukcji środków. Gotowości do niepokazania nabytego, często świetnego warsztatu. W gruncie rzeczy chodzi tu o zdolność osiągnięcia wewnętrznej pustki, stanu zerowego. Wymaga to ufności w siłę milczenia i bezruchu, wiary, że odmowa ekspresji – albo odwrócenie jej reguł – najlepiej tworzy intensywność w teatrze. Oraz zgody na rolę przekaźnika, instrumentu, kogoś, przez kogo przepływa strumień słów, a kto sam nie staje się obiektem uwagi.

To wszystko w jakiejś mierze detronizuje aktora, który dotąd czuł się władcą sceny i dusz publiczności. Dramaturgia Różewicza nie daje zbyt wielu okazji, by sobie pograć, olśnić publiczność talentem i wysoce profesjonalnym warsztatem. Trzeba umieć milczeć, ale za tym milczeniem powinien się kryć potężny obszar tego, co niewypowiedziane. Wbrew pozorom tylko wybitnym aktorom udaje się właściwie oddać tę dramaturgię. Trzeba sporego poczucia siły, by zdobyć się na redukcje i ograniczenia, oraz nieprzeciętnej osobowości, by milczenie miało odpowiednią wagę. Bohater Kartoteki, modelowa postać tej dramaturgii, jest „nijaki”, „pozbawiony charakteru”. Zarazem chłopiec i dojrzały mężczyzna, partyzant i konformista, noszący różne imiona i niechętny wszelkiej teatralnej akcji. Ani to typ, ani charakter, ani podmiot liryczny. Ani symbol, ani moralitetowy Każdy – słowem postać piekielnie trudna do zagrania. Zapewne nie jest przypadkiem, że dwóch najbardziej pamiętnych Bohaterów Kartoteki to Tadeusz Łomnicki i Gustaw Holoubek, bezdyskusyjnie najwięksi aktorzy ostatniego półwiecza.

Tak, bez wątpienia Tadeusz Różewicz naznaczył polski teatr, nadał mu pojemność i poetycki oddech. Nie doczekaliśmy się później tej miary teatralnego autora.


STRESZCZENIE

Beata Guczalska
Różewicz, twórca teatru

Tadeusz Różewicz był wybitnym poetą i dramaturgiem, niedoceniony jest jednak jego wielki wpływ na polski teatr. Różewicz w swoich dramatach zapisał projekt nowego teatru, podobnie jak wielcy autorzy, którzy kształtowali oblicze teatru swojej epoki. Ten Różewiczowski projekt spowodował inne myślenie o materii teatralnej, wymusił zmiany w obrębie aktorstwa i reżyserii. Sam Różewicz angażował się w proces prób, dawał wskazówki aktorom i reżyserom, ale również inspirował się szczególnymi mechanizmami teatru i jego atmosferą. Był nie tylko pisarzem, ale również człowiekiem teatru.

SŁOWA KLUCZE

dramat, teatr, interpretacja, projekt, reżyseria, aktorstwo, malarstwo, nowatorstwo, wpływ, publiczność, krytyka, język teatralny, bohater dramatu, konstrukcja dramatyczna, sceneria, scenografia

SUMMARY

Beata Guczalska
Różewicz, Creator of Theatre

Tadeusz Różewicz was an outstanding poet and dramaturge, but his great influence on Polish theatre is unappreciated. In his dramas, he introduced his programme for a new theatre, just like other great authors that shaped the theatres of their times. His programme caused a shift in thinking about theatrical matters and forced changes in acting and directing. Różewicz himself was involved in rehearsals, provided directions to actors and directors, but also drew inspiration from particular mechanisms and atmosphere of theatre. He was not only a writer, but also a man of theatre.

KEY WORDS

drama, theatre, interpretation, directing, acting, painting, innovation, audience, criticism, language of theatre, drama protagonist, drama construction, scenery, scenography


BIBLIOGRAFIA

  • Drewnowski T., Walka o oddech. Bio-poetyka. O pisarstwie Różewicza, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002.
  • Braun K., Różewicz T., Języki teatru, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1989.
  • Majchrowski Z., Różewicz, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2002.
  • Niziołek G., Ciało i słowo. Szkice o teatrze Tadeusza Różewicza, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004.
  • Re: Wizje Różewiczowskie, red. J. Puzyna-Chojka, Teatr Miejski im. Gombrowicza w Gdyni, Gdynia 2008.

Paweł Stachnik – Śladami Lema po Krakowie

Paweł Stachnik

Biblioteka Kraków

Śladami Lema po Krakowie

Z miast, w których przyszło mieszkać Stanisławowi Lemowi, Kraków bez wątpienia był dla niego szczególny. Oczywiście rodzinny Lwów, gdzie pisarz spędził dzieciństwo, młodość oraz dramatyczny czas okupacji, był poza wszelkimi kategoriami. W dorosłym życiu twórca poświęcił mu książkę1S. Lem, Wysoki Zamek, Warszawa 1966. Nota bene, najnowsza biografia Lema, autorstwa Agnieszki Gajewskiej z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, nosi znaczący tytuł Wypędzony z Wysokiego Zamku, Kraków 2021. i wiele razy wspominał o Lwowie w swoich tekstach, miasto wracało do niego także w snach2S. Lem, E. Lipska, T. Lem, Boli tylko, gdy się śmieję… Listy i rozmowy, Kraków 2018, s. 211. i we wspomnieniach. Niemniej po wojnie nigdy nie zdecydował się go odwiedzić i odrzucał takie propozycje. Berlin Zachodni, w którym Lemowie mieszkali kilka miesięcy w 1983 roku, był tylko epizodem i nie zapisał się chyba w pamięci twórcy niczym szczególnym. Z kolei o Wiedniu, gdzie rodzina spędziła prawie sześć lat, pisarz wyrażał się zwykle złośliwie i z przekąsem3Zob. np. T. Fiałkowski, Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski, Kraków 2007, s. 103–104; S. Lem, E. Lipska, T. Lem, dz. cyt., s. 18, 19, 24 i nn..

Dziedziniec Collegium Nowodworskiego przy ul. św. Anny 12

Dziedziniec Collegium Nowodworskiego przy ul. św. Anny 12, dziś siedziba Collegium Medicum UJ. Stanisław Lem kontynuował tu zaczęte we Lwowie studia medyczne, fot. Paweł Stachnik

A zatem Kraków. Miasto, w którym spędził ponad pół wieku. Tutaj się ożenił i tu przyszedł na świat jego syn, tutaj tworzył i cieszył się uznaniem, tutaj wreszcie zmarł i został pochowany. Jak pisze Wojciech Orliński, pierwszy biograf Stanisława Lema, tylko w Krakowie Lem mógł zostać pisarzem. Tylko pod Wawelem mogło dojść do jedynego w swoim rodzaju zbiegu okoliczności, który spowodował, że ten zdolny młody człowiek spośród wielu dróg, jakie rysowały się przed nim u progu dorosłego życia, wybrał tę jedną – drogę pióra. To właśnie atmosfera Krakowa – obecność uniwersytetu, wydawnictw, gazet i periodyków, a nade wszystko właściwych ludzi – sprawiła, że 24-letni Lem nie został mechanikiem samochodowym, spawaczem czy lekarzem, lecz pisarzem, twórcą, literatem. Przyjrzyjmy się więc bliżej temu miastu, w którym żył i tworzył nasz gigant literatury science fiction. Zapraszamy na spacer po Krakowie śladami Stanisława Lema, spacer po miejscach, gdzie mieszkał, pracował, bywał.

Zacznijmy jednak od początku. Do Krakowa Lemowie – Stanisław, jego ojciec Samuel i matka Sabina – przyjechali w lipcu 1945 roku. Byli przesiedleńcami z rodzinnego Lwowa szukającymi swojego miejsca po tym, jak kresowe miasto decyzją mocarstw stało się częścią ZSRR. Z dworca udali się na ul. Śląską, gdzie pod numerem 3 mieszkała rodzina Kołodziejów. Karol Kołodziej był przyjacielem Samuela Lema z czasów poprzedniej wojny, a obie rodziny utrzymywały we Lwowie bliskie stosunki. Kołodziejowie przenieśli się do Krakowa na początku okupacji, a teraz gościnnie przyjęli Lemów. Gościnność gościnnością, ale warunki w dwupokojowym mieszkaniu były trudne. Repatrianci w trzy osoby zajmowali jeden pokój, a Stanisław gnieździł się w tak zwanej nyży, czyli małej wnęce, gdzie spał i uczył się do studiów. Tak mieszkanie opisywała koleżanka przyszłej żony pisarza Maria Orwid, która odwiedziła Lemów w 1946 roku: „Stół ustawiony był w dużym pokoju, z którego prowadziły maleńkie schody do dziupli z oknem, gdzie znajdowały się książki, wąska leżaneczka, stół z maszyną do pisania oraz… Stanisław Lem”.

Kamienica przy ul. Bonerowskiej 5

Kamienica przy ul. Bonerowskiej 5, drugie lokum rodziny Lemów w Krakowie, fot. Paweł Stachnik

Młodzieniec podjął w Krakowie studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, dodajmy, że zaczęte jeszcze we Lwowie. Zajęcia odbywał w pomieszczeniach Collegium Nowodworskiego przy ul. św. Anny 12 (dziś siedziba Collegium Medicum UJ). Zetknął się na nich z filozofem dr. Mieczysławem Choynowskim z Konwersatorium Naukoznawczego (prowadzonego przez Towarzystwo Asystentów UJ), a spotkanie to stało się dla niego przełomem. Choynowski (w którego mieszkaniu przy al. Słowackiego 66 odbywały się zebrania) otworzył przed nim nowe horyzonty, nauczył fachowego podejścia badawczego, skłonił do poznania języka angielskiego i wciągnął do pracy w wydawanym przez Konwersatorium piśmie „Życie Nauki”. Lekarzem Lem nie bardzo chciał zostać, ale taki kierunek wybrał pod naciskiem ojca, cenionego lwowskiego laryngologa. Na studiach praktykował w szpitalu i odebrał kilkadziesiąt porodów (w tym także przez cesarskie cięcie), a doświadczenia te dodatkowo zniechęciły go do medycyny. Ostatecznym gwoździem do trumny lekarskiej kariery stała się sprawa służby wojskowej, do której powoływano wszystkich absolwentów medycyny i która w realiach tamtego czasu groziła pozostaniem w armii na stałe. Z tych właśnie powodów Lem nie przystąpił do egzaminów końcowych i studiów de facto nie ukończył. Wcześniej zastanawiał się poważnie, czy nie poświęcić się fachowi zdobytemu podczas okupacji we Lwowie, czyli spawalnictwu. W tamtych czasach ciągle była to poszukiwana umiejętność, dająca dobre zarobki. Na szczęście jednak zwyciężył pociąg do pióra.

Odsłonięta w 2015 r. tablica na kamienicy przy ul. Bonerowskiej 5, w której mieszkali Lemowie, fot. Paweł Stachnik

Odsłonięta w 2015 r. tablica na kamienicy przy ul. Bonerowskiej 5, w której mieszkali Lemowie, fot. Paweł Stachnik

Młody Lem zaczął bowiem pisać teksty i publikować je w krakowskich i nie tylko krakowskich tytułach. Prócz wspomnianego „Życia Nauki” współpracował z „Odrodzeniem”, „Twórczością”, „Kuźnicą”, „Żołnierzem Polskim”, „Nową Kulturą” i „Tygodnikiem Powszechnym”, a także wychodzącymi na Śląsku popularnymi „Kocyndrem” i „Nowym Światem Przygód”. W tym drugim właśnie w 1946 roku ukazało się jego pierwsze fantastyczne opowiadanie Człowiek z Marsa. Tak narodził się pisarz Stanisław Lem.

Wyrazem tego zawodowego wyboru było wstąpienie do Koła Młodych przy Związku Zawodowym Literatów Polskich w Krakowie i uczęszczanie na zebrania w Domu Literatów przy Krupniczej 22. Jako aspirujący pisarz Lem wszedł w środowisko artystów, literatów i naukowców. Zaprzyjaźnił się między innymi z prawnikiem Jerzym Wróblewskim, późniejszym rektorem Uniwersytetu Łódzkiego, rzeźbiarzem i poetą Romanem Husarskim oraz jego żoną Heleną, z młodą poetką Wisławą Szymborską, później także ze Sławomirem Mrożkiem i Adamem Włodkiem. Na zebraniach Koła miał okazję zetknąć się między innymi z Jerzym Andrzejewskim, Czesławem Miłoszem, Adamem Polewką, Kazimierzem Wyką, Jalu Kurkiem, Władysławem Broniewskim i Tadeuszem Hołujem.

Najsilniejsza przyjaźń połączyła go jednak z trzema kolegami po piórze: pisarzem Janem Józefem Szczepańskim (późniejszym prezesem Związku Literatów Polskich), redaktorem „Żołnierza Polskiego” Aleksandrem Ściborem-Rylskim (później autorem scenariuszy do filmów Andrzeja Wajdy) oraz polonistą z UJ Janem Błońskim (później profesorem i wybitnym krytykiem). Przyjaźń była bliska i trwała wiele lat. Panowie odwiedzali się z rodzinami, wyjeżdżali razem, wiele dyskutowali o literaturze, polityce, życiu. Szczepański został ojcem chrzestnym syna Lema – Tomasza. Z jednej strony przyjaźnili się blisko, z drugiej zaś często się kłócili, zazdrościli sobie wzajemnie, obmawiali się i krytykowali swoje teksty. Szczegóły tej przyjaźni znamy między innymi z drobiazgowo prowadzonego dziennika Szczepańskiego4J.J. Szczepański, Dziennik, t. I–VI, Kraków 2009–2019., a także z bogatej korespondencji Lema.

Jak Lem podkreślał po latach, ideowo i intelektualnie ukształtował go kontakt ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego”. Dodajmy, że nie stało się to od razu, bo lewicujący i daleki od religii młody Lem na początku niezbyt pewnie czuł się wśród członków redakcji reprezentujących zupełnie inne środowisko społeczne i intelektualne. Jak zauważa prof. Agnieszka Gajewska w najnowszej biografii Lema, pisarz często mówił, że debiutował w „Tygodniku Powszechnym” (w 1946 roku), nie sposób jednak przemilczeć, że obszerniejsze jego utwory ukazały się w tym samym czasie w marksistowskiej „Kuźnicy”, „Żołnierzu Polskim”, a później w „Nowej Kulturze”5A. Gajewska, dz. cyt., Kraków 2021, s. 249.. Bojąc się, że pisanie w katolickiej gazecie może mieć niekorzystny wpływ na wydawnicze szanse jego książek, Lem zaniechał publikowania w „Tygodniku”. Z czasem jednak połączyły go z pismem i ludźmi z Wiślnej 12 więzi towarzyskie (zwłaszcza z Jerzym Turowiczem i Mieczysławem Pszonem). Do współpracy z „Tygodnikiem” wrócił w 1991 roku (wcześniejsza próba, z 1968, zakończyła się fiaskiem – cenzura zdjęła jego tekst) i kontynuował ją do 1998. Ostatni felieton dla pisma podyktował w przeddzień ataku choroby, która zakończyła jego życie.

Interesująco brzmi opisana w dziennikach Szczepańskiego próba przejęcia krakowskiego „Życia Literackiego” (redakcja mieściła się wówczas przy ul. Sarego 1) i przekształcenia go w pismo popierające liberalne zmiany w kraju. Spisek, do którego weszli Szczepański, Lem, Błoński, historyk sztuki Janusz Bogucki oraz krytyk teatralny Jan Paweł Gawlik, zawiązał się jesienią 1956 roku na fali politycznych zmian związanych z odwilżą. Pojawiła się nawet szansa pozyskania dla sprawy samego Władysława Machejka, który przestraszony biegiem wydarzeń (a zwłaszcza powstaniem na Węgrzech) deklarował przystąpienie do spisku, jednak wycofał się, gdy sytuacja uległa uspokojeniu. A mogło powstać „najlepsze czasopismo kulturalne w dziejach Polski”, konstatuje Wojciech Orliński…6W. Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wołowiec 2017, s. 239..

By zostać pełnoprawnym pisarzem (i członkiem Związku Literatów Polskich, co dawało rozmaite przywileje), konieczna była pierwsza książka. W sukurs przyszedł Lemowi przypadek. W 1950 roku pisarz odpoczywał w zakopiańskiej willi Astoria. Spotkał tam pewnego „grubego pana”, z którym podczas spaceru nad Czarny Staw wdał się w rozmowę o tradycji polskiej literatury fantastycznej. Nieznajomy, którym okazał się Jerzy Pański, ówczesny prezes wydawnictwa Czytelnik, zaproponował mu napisanie takiej właśnie powieści. Lem wyraził zgodę, a w umowie, która kilka tygodni później nadeszła do niego pocztą, wpisał tytuł Astronauci7S. Lem, Astronauci, Warszawa 1951.. Książka ukazała się w 1951 roku w nakładzie 10 tysięcy egzemplarzy. Otworzyła Lemowi drogę do upragnionego członkostwa w ZLP i uczyniła z niego pioniera krajowej literatury fantastycznonaukowej.

Wróćmy jednak do krakowskich miejsc Lema. W 1953 roku pisarz się ożenił. Jego wybranką została studentka medycyny Barbara Leśniak. Do oświadczyn doszło w sieni kamienicy przy ul. Sarego 18, gdzie Barbara mieszkała z siostrą. Młodzi zawarli małżeństwo 29 sierpnia w urzędzie stanu cywilnego, a w lutym następnego roku wzięli ślub w kościele św. św. Piotra i Pawła przy ul. Grodzkiej8A. Gajewska, dz. cyt., s. 232.. Pani Barbara pracowała potem przez wiele lat jako radiolog w Zespole Przychodni Specjalistycznych przy ul. 1 Maja (dziś Juliana Dunajewskiego), gdzie małżonek często po nią przychodził. W tym samym roku Lemom i Kołodziejom udało się przeprowadzić skomplikowaną procedurę zamiany mieszkania na Śląskiej na większe – czteropokojowe – przy ul. Bonerowskiej 5. Warunki życia były tam znacznie lepsze, a Lemowie zajmowali duży pokój z balkonem. Tam powstały między innymi Dzienniki gwiazdowe, Eden, Dialogi, wiele tekstów do „Przekroju”, wspomnianego „Życia Literackiego” oraz „Echa Krakowa”.

Kościół pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła przy ul. Grodzkiej

W 1954 r. w kościele pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła przy ul. Grodzkiej Stanisław Lem i Barbara Leśniak wzięli ślub, fot. Paweł Stachnik

Ogromnie ważną zmianą w życiu pisarza była przeprowadzka do Borku Fałęckiego, na Kliny Borkowskie, gdzie przy dzisiejszej ulicy Narvik powstało spółdzielcze osiedle domków jednorodzinnych. W 1957 roku przeniósł się tam Jan Błoński i do nabycia takiego lokum zaczął namawiać Lemów. Pisarz początkowo nie był chętny. Zawsze mieszkał w centrum miasta, w solidnych kamienicach, w miejscach, skąd wszędzie było blisko i dało się dojść pieszo. Naciskany jednak przez przyjaciela, a zwłaszcza żonę, zgodził się. Pani Barbara wychowywała się w majątku ziemskim i w mieście brakowało jej kontaktu z przestrzenią i naturą. Poza tym przy Bonerowskiej Lemowie mieszkali razem z matką Lema, Sabiną (ojciec Samuel zmarł w 1954 roku), co miało swoje niedogodności. Decyzja została więc podjęta, a perspektywa zamieszkania w domku na przedmieściach jawiła się dość optymistycznie.

Tymczasem Kliny, owszem, leżały na skraju miasta, ale nie było tam sklepu, przychodni, szkoły, przedszkola, do centrum prowadziła droga z betonowych płyt, a domy stały w szczerym polu. W dodatku inwestycja okazała się – przynajmniej na początku – pułapką, bo dom był w stanie surowym, bez dachu i niewykończony („Ponadto zacieki na sufitach olbrzymie oraz brud, zgnilizna, kompletny rozkład […]”9S. Lem do A. Ścibora-Rylskiego, 20.01.1958, za: W. Orliński, dz. cyt., s. 172.). Był peerelowską fuszerką budowlaną, postawiono go też w najniższym miejscu działki, przez co w piwnicy nieustannie zbierała się woda. Tuż obok działały pełną parą zatruwające powietrze Zakłady Sodowe Solvay, co przez całe lata dawało się mieszkańcom mocno we znaki. Wykończenie domku stało się finansową studnią bez dna. By pokryć wydatki Lem pisał coraz więcej, handlował rzeczami przywożonymi z zagranicy, prosił znajomych o tekstowe zlecenia. Zdaniem Agnieszki Gajewskiej eksplozja jego pisarskiej twórczości pod koniec lat pięćdziesiątych (w 1958 zawarł umowy na trzy nowe książki, które miał oddać w roku następnym) była spowodowana właśnie nieustannym niedoborem pieniędzy na nowy dom. Honorarium za książkę wynosiło bowiem około 10–20 tysięcy złotych, a wydatki inwestycyjne sięgały setek tysięcy10W. Orliński, dz. cyt., s. 174.. Tylko w 1957 roku do spółdzielni trzeba było wpłacić 140 tysięcy, a była to tylko pierwsza rata. W dodatku urząd skarbowy zainteresował się tak dużymi sumami i naliczył Lemowi tak zwany domiar wynoszący 3 tysiące złotych… „Gdybym wiedział, byłbym pierwej cyjanku kupił. A teraz nie ma prawie i na cyjanek”, narzekał pisarz w liście do Ścibora-Rylskiego latem 1958 roku11S. Lem do A. Ścibora-Rylskiego, 8.06.1958, za: W. Orliński, dz. cyt., s. 173.. Do wydatków na dom dołożyć się musiała mama Barbary, która sprzedała w tym celu swoją przedwojenną biżuterię.

Lemowie sami nadzorowali wykańczanie domu: osuszanie zawilgoconych murów, wstawianie okien, naprawianie dachu, wieszanie rynien. Do Borku jeździli taksówkami, co też powodowało wydatki. Do nowego lokum wprowadzili się dopiero rok po jego zakupie. Mimo że marzli („W domu zimno, na Klinach mgławo” – informował Lem Błońskiego), brakowało opału, często wyłączano prąd, a zimą na Kliny trudno było dojechać, dom stał się dla pisarza życiową przystanią na najbliższe dwie dekady. Był azylem, w którym autor chronił się przez światem zewnętrznym i ludźmi (za którymi, jak wiadomo, nie przepadał) i gdzie mógł spokojnie tworzyć.
Agnieszka Gajewska pisze:

Wkrótce po przeprowadzce zamieszkała na Klinach matka Barbary, Helena Leśniak, i odciążyła ją w prowadzeniu domu. Przygotowywała posiłki, wspierała w chorobach. Potem pojawiła się jeszcze pomoc domowa12A. Gajewska, dz. cyt., s. 262.. (…) Na oddalonym od centrum osiedlu Kliny wytworzył się rodzaj sąsiedzkich więzi, które pomagały w przezwyciężaniu trudności, jakie stwarzało opresyjne państwo. Tu [Lem – przyp. PS] pocieszał się z Mrożkiem, Szczepańskim i Błońskim po kolejnych oburzających zebraniach krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich. Tu czytał im fragmenty swoich maszynopisów i czekał na uwagi, sam również krytycznie wypowiadając się o ich twórczości. Tutaj też czuł się coraz bardziej samotny, gdy tych kilku przyjaciół wyjeżdżało na wielomiesięczne stypendia13Tamże, s. 15..

Kamienica Pod Kruki przy Rynku Głównym 25, pierwsza siedziba Wydawnictwa Literackiego, fot. Paweł Stachnik

Kamienica Pod Kruki przy Rynku Głównym 25, pierwsza siedziba Wydawnictwa Literackiego, fot. Paweł Stachnik

To był dom. A co z miejscami zawodowych aktywności pisarza? Swoje książki wydawał początkowo w rozmaitych wydawnictwach: wspomnianym Czytelniku, Iskrach, Książce i Wiedzy, Wydawnictwie MON. W 1955 roku związał się z krakowskim Wydawnictwem Literackim (publikując tam Czas nieutracony14Za tę książkę pisarz otrzymał w 1957 r. Nagrodę Miasta Krakowa.), w którym potem ukazywały się następne jego książki. W związku z tym pisarz odwiedzał kolejne siedziby oficyny, najpierw w Kamienicy Pod Krukami przy Rynku Głównym 35, potem w Domu Pod Globusem przy ul. Długiej 1 (bywając pod tym drugim adresem, Lem odwiedzał na Długiej tamtejsze małe sklepiki, w których kupował swoje ulubione słodycze – marcepan i chałwę). Współpraca twórcy z WL-em trwała wiele lat i – jak to zwykle u niego – była burzliwa. W 1978 roku zerwał ją z pewnych względów, ale przerwa nie trwała długo. Podczas sześciu dekad w Literackim ukazały się wszystkie książki Lema, dwa wywiady rzeki z nim (Stanisława Beresia i Tomasza Fiałkowskiego), a po śmierci pisarza prace wspomnieniowe, zbiory korespondencji (między innymi ze Sławomirem Mrożkiem, Ewą Lipską, Michaelem Kandlem), wybory opowiadań. Dziś książki Stanisława Lema nadal ukazują się w krakowskim WL-u. A skoro wspomnieliśmy o słodyczach, to powiedzmy też o hotelu Cracovia przy Błoniach. Lem odwiedzał go w latach siedemdziesiątych, by w hotelowym kiosku zaopatrzyć się w zagraniczną prasę, a w cukierni nabyć ciastka, w których bardzo gustował.

Wejście do siedziby Wydawnictwa Literackiego przy ul. Długiej 1

Wejście do siedziby Wydawnictwa Literackiego przy ul. Długiej 1, fot. Paweł Stachnik

W latach siedemdziesiątych pisarz odnowił swoje związki z Uniwersytetem Jagiellońskim. W 1974 roku otrzymał bowiem propozycję prowadzenia wykładów na Wydziale Filozoficznym. Dla studentów trzeciego i czwartego roku przedstawiał ogólne podstawy teoriopoznawcze prognozowania przyszłości (czyli Podstawy futurologii). Z obawy przed powtarzaniem się nagrywał swoje wystąpienia na magnetofonie i odsłuchiwał w domu. Cieszyło go, że na uniwersytecie został uznany za filozofa, a nie – jak działo się to zwykle – autora powieści fantastycznych. Na Wydziale zaproponowano mu też przewód doktorski. Jako pracę miał przedłożyć Summę technologiae lub Filozofię przypadku i na jej podstawie otrzymałby doktorat. Pisarz był wprawdzie zadowolony z tego dowodu uznania dla jego filozoficznej twórczości, ostatecznie jednak odmówił.

W listopadzie 1976 roku Lem wziął udział w ciekawej dyskusji Wiara a nauka w krakowskim kościele Dominikanów, a na spotkanie to przyszły tłumy publiczności. Z kolei na początku 1978 roku w ramach podziemnego Towarzystwa Kursów Naukowych wygłosił prelekcję O futurologii krytycznie. Wykład odbył się w klasztorze Norbertanek. Tak opisał go w dzienniku Jan Józef Szczepański: „Mówił o złudności prognoz – mądrze i zabawnie, z tą – zachwycającą mnie zawsze – łatwością dowcipnego przykładu, alegorii, nacechowanego zdrowym rozsądkiem paradoksu”15A. Gajewska, dz. cyt., s. 523.. Nota bene Lem odmówił podpisu pod deklaracją Towarzystwa Kursów Naukowych, a w klasztorze wystąpił formalnie na odrębne zaproszenie sióstr norbertanek. Odmowa wsparcia TKN stała się przyczyną lekkiego oziębienia stosunków ze Szczepańskim, który w Krakowie był jednym z organizatorów tej społecznej, antysystemowej akcji. Jedną z prelekcji o przyszłości świata Lem wygłosił natomiast w pałacu biskupim przy Franciszkańskiej 3 przed metropolitą krakowskim kardynałem Karolem Wojtyłą. Mówił wtedy o stanie cywilizacji, skupiając się szczególnie na grożącym jej kryzysie energetycznym.

Wróćmy teraz do domu Lemów na osiedlu Kliny. Wymarzony domek na przedmieściu, choć lubiany przez pisarza, był drogi w utrzymaniu i rychło zaczął potrzebować remontu („Dziury w dachu muszę zatykać, dobrze, że nie rękami i głową, garaż cementować, worki cementu wozić”, narzekał Lem w liście). Z oddalonego od centrum o kilkanaście kilometrów Borku Fałęckiego zimą trudno było dojechać do miasta. Pisarz zakładał łańcuchy na opony i jeździł do Krakowa trzy razy w tygodniu, by zrobić zakupy dla rodziny i dla matki, która nadal mieszkała przy ul. Bonerowskiej. Uciążliwości mieszkania na Klinach i szerzej – w Krakowie (szczególnie dawało im się we znaki zanieczyszczone powietrze skutkujące częstymi chorobami dróg oddechowych) – sprawiły, że Lemowie na początku lat siedemdziesiątych zaczęli myśleć o całkowitej wyprowadzce z miasta. Rozpatrywali wariant zakupu działki w okolicach Dobczyc i wzniesienia domu jednorodzinnego. Tam bowiem (a konkretnie w Gaiku koło Brzezowej) urodziła się i dorastała żona pisarza, a z okolicami tymi łączyła ją więź emocjonalna. Budowa zbiornika Dobczyckiego i zalanie sporej połaci tego terenu przekreśliły jednak te plany.

Jako że dom przy ul. Narvik stawał się coraz bardziej ciasny – rosła liczba książek, gazet, wycinków i przedmiotów gromadzonych przez pisarza, w 1968 roku urodził się syn Tomasz, z Lemami mieszkała matka Barbary, trzymano też dwa psy – postanowiono zbudować nowy, tym razem jednak nie daleko od miasta, lecz gdzieś w pobliżu. Miała się w nim znaleźć odpowiednia liczba pokoi, nowa biblioteka, gabinet Stanisława, a także pokój dla sekretarza, którego planowano zatrudnić. Akurat (był to rok 1978) wystawiono na sprzedaż działki z otoczenia fortu 52 „Borek”, właśnie przy ul. Narvik. Lemowie natychmiast kupili więc grunt nieopodal starego domu i przystąpili do wznoszenia nowego budynku. Przedsięwzięcie takie u schyłku lat siedemdziesiątych nie było łatwe nawet dla kogoś tak znanego i zamożnego jak Stanisław Lem. Budowa realizowana systemem gospodarczym ciągnęła się dziesięć lat. Brakowało cementu, stali, cegieł, wapna itd. Ekipie budowlanej Lem kupił za swoje pieniądze samochód marki Żuk, by miała czym wozić sprzęt i materiały. Stawiający dom fachowiec okazał się oszustem i rodzina została z niedokończonym budynkiem. Udało się go zadaszyć dopiero w 1980 roku, a stan surowy zamknięto pod koniec tego roku.

Budowę przerwało wprowadzenie stanu wojennego. Przerażony tym Lem uznał, że sytuacja dojrzała do decyzji o emigracji. Uzyskawszy paszport (za zgodą ministerstw Kultury i Sztuki oraz Spraw Wewnętrznych), w kwietniu 1982 roku wyjechał do Berlina Zachodniego, do którego rychło ściągnął żonę i syna. Potem Lemowie przenieśli się do Wiednia, gdzie mieszkali do 1988 roku. Dokończeniem rozpoczętej budowy zajął się siostrzeniec pisarza Michał Zych, zwolniony po weryfikacji z krakowskiego ośrodka Telewizji Polskiej, i doprowadził budynek do stanu, w którym można było w nim mieszkać. Gdy pod koniec lat osiemdziesiątych Lemowie zdecydowali się wrócić do kraju, konieczne stały się pewne cywilizacyjne udogodnienia, w PRL-u ciągle będące czymś nieoczywistym i wyjątkowym. By pisarz mógł mieć dostęp do światowej telewizji, na dachu budynku zamontowano wielką antenę satelitarną, a zgodę na to udzielić musiało odpowiednie ministerstwo. Natomiast by zabezpieczyć się przed częstymi wówczas wyłączeniami prądu, na specjalne zamówienie pisarza – także za ministerialną zgodą – w Zakładach Automatyki Kolejowej PKP wykonano generator. Było to sporych rozmiarów urządzenie, umieszczone w osobnej szopie na podwórku, zaopatrzone w pokrętła, zegary i manometry, napędzane silnikiem okrętowym (sic!), z którego spaliny odprowadzano rurą wydechową skierowaną do komina. Odgłosy pracującego silnika słuchać było na całej ulicy.

Nowe lokum okazało się przyjaźniejsze niż poprzednie. Było obszerniejsze, lepiej zaprojektowane i solidniej zbudowane. Pisarz mógł się cieszyć gabinetem z dużą, dwupoziomową biblioteką, pani Barbara pielęgnowała ogród, a nowym hobby jej męża stało się karmienie na tarasie licznie przylatujących ptaków. Resztę życia pisarz spędził, nie opuszczając Krakowa. Był domatorem i nie lubił daleko jeździć, zwykle odrzucał więc zaproszenia na premiery książek, spotkania z czytelnikami i festiwale literackie. Kraków był jego ulubionym miejscem do spokojnego życia. Dodajmy jeszcze, że miasto wyróżniło go swoim honorowym obywatelstwem nadanym podczas uroczystej sesji Rady Miasta 22 marca 1997 roku. Rok później, 28 października 1998 roku, Uniwersytet Jagielloński obdarzył swojego sławnego absolwenta doktoratem honoris causa wręczonym mu w Collegium Maius.

Grób Stanisława Lema na cmentarzu ­Salwatorskim

Grób Stanisława Lema na cmentarzu ­Salwatorskim, źródło: Wikipedia

Paradoksalnie kolejne miejsca związane ze Stanisławem Lemem pojawiły się po jego śmierci. Pisarz zmarł 27 marca 2006 roku w szpitalu klinicznym Collegium Medicum UJ. Został pochowany na cmentarzu Salwatorskim. W 2007 roku w Parku Lotników otwarto Ogród Doświadczeń, któremu nadano imię pisarza. Jego imieniem nazwano też dużą pobliską ulicę oddaną do użytku w 2014 roku. Twórca ma swoją ławeczkę literacką na Plantach. Są też murale inspirowane jego twórczością: na bloku przy ul. Józefińskiej 24 w Podgórzu, na północnej elewacji Galerii Krakowskiej, na ścianie budynku przy al. 29 Listopada oraz na ścianie przy ul. Borkowskiej 29 na Klinach. A w przyszłości w budynku dawnego Składu Solnego przy ul. Na Zjeździe 8 powstanie Centrum Literatury i Języka „Planeta Lem”.

Ale jak naprawdę było z krakowskością Stanisława Lema? Mimo spędzenia pod Wawelem kilku dekad, sympatii i przywiązania do miasta, pisarz podkreślał, że przez całe życie czuł się tu „azylantem”, a nawet „wypędzonym”. „Mieszkam w Krakowie ponad pół wieku, ale kiedy prezydent miasta prosił, bym coś napisał do kuli na ratuszu, grzecznie odmówiłem, tłumacząc, że jestem tutaj tylko azylantem. Jestem wypędzony […]”16T. Fiałkowski, dz. cyt., s. 71., powiedział w rozmowie z Tomaszem Fiałkowskim. Bo prawdziwie ukochanym jego miastem zawsze był tylko Lwów. By jednak nie kończyć tego tekstu w tak pesymistyczny sposób, zacytujmy odpowiedź, jakiej Wojciech Orliński, przywoływany tu już autor pierwszej biografii Lema, udzielił na pytanie, czy to Kraków był ulubionym miastem pisarza:

Wszelką dłuższą rozłąkę z Krakowem znosił źle i z wielką radością tu wracał. Lem ogólnie lubił narzekać na przeróżne tematy. Narzekał na ludzkość jako taką. Na krakowiaków – nie. Narzekał na Berlin, Wiedeń, Moskwę, Warszawę, Pragę… i pewnie coś jeszcze by się znalazło. A na Kraków – nie. To chyba wystarczająca odpowiedź17P. Stachnik, Kraków Stanisława Lema, „Dziennik Polski” 2018, nr 211, dodatek „Historia”, s. 1..

Lemowski mural przy ul. Józefińskiej 24 w Podgórzu

Lemowski mural przy ul. Józefińskiej 24 w Podgórzu, fot. Paweł Stachnik


STRESZCZENIE

Paweł Stachnik
Śladami Lema po Krakowie

W Krakowie Stanisław Lem spędził 60 lat swojego życia. W mieście tym kształcił się, mieszkał, tworzył, w nim zmarł i został pochowany. Tekst przedstawia krakowskie losy pisarza i miejsca z nim związane: kolejne mieszkania i domy, redakcje, wydawnictwa i instytucje, z którymi współpracował, a także osoby, z którymi się przyjaźnił. Omówiono także pośmiertne upamiętnienia Stanisława Lema w Krakowie oraz jego emocjonalny stosunek do tego miasta, w relacji do miasta rodzinnego, którym był ukochany Lwów.

SŁOWA KLUCZE

Stanisław Lem, Kraków, Lwów, wydawnictwa, „Tygodnik Powszechny”, „Życie Literackie”, Wydawnictwo Literackie, Jan Józef Szczepański

SUMMARY

Paweł Stachnik
Kraków in the Footsteps of Lem

Stanisław Lem spent 60 years of his life in Kraków. This is where he attended university, lived, wrote, died, and was buried. The paper discusses Lem’s life in Kraków and places related to him: flats and houses he resided in, editorial offices, publishing houses and institutions he worked with, as well as people he was friends with. Posthumous commemorations of Stanisław Lem in Kraków and his emotions towards the city, in relation to Lviv, his beloved home city, were also presented.

KEY WORDS

Stanisław Lem, Kraków, Lviv, publishing houses, “Tygodnik Powszechny”, “Życie Literackie”, Wydawnictwo Literackie, Jan Józef Szczepański


BIBLIOGRAFIA

  • Bereś S., Rozmowy ze Stanisławem Lemem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987.
  • Bereś S., Tako rzecze… Lem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002.
  • Fiałkowski T., Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007.
  • Gajewska A., Wypędzony z Wysokiego Zamku, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021.
  • Gajewska A., Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, Poznań 2016.
  • Lem S., Astronauci, Czytelnik, Warszawa 1951.
  • Lem S., Listy albo opór materii, wybór i oprac. J. Jarzębski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002.
  • Lem S., Sława i Fortuna. Listy do Michaela Kandla 1972–1987, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.
  • Lem S., Wysoki Zamek, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1966.
  • Lem S., Lipska E., Lem T., Boli tylko, gdy się śmieję… Listy i rozmowy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.
  • Lem S., Mrożek S., Listy 1956–1978, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.
  • Orliński W., Co to są sepulki? Wszystko o Lemie, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2007.
  • Orliński W., Lem w PRL-u, czyli nieco prawdy w zwiększonej objętości, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021.
  • Orliński W., Lem. Życie nie z tej ziemi, Czarne, Wołowiec 2017.
  • Stachnik P., Kraków Stanisława Lema, „Dziennik Polski” 2018, nr 211.
  • Szczepański J.J., Dziennik, t. I–VI, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009–2019.

Wojciech Zemek – Biblioteki Stanisława Lema

Wojciech Zemek

Biblioteki Stanisława Lema

„Zawsze, gdy tylko na obcej planecie pojawi się jakiś problem – może to być niezwykłe stworzenie, ponadnaturalna siła czy zadziwiający krajobraz – jego bohaterowie mają tendencję do reagowania w jeden, ściśle określony sposób: pędzą do biblioteki i staczają mrożącą krew w żyłach bitwę z encyklopedią. Kiedy powtarza się to po raz czwarty, czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy tylko bohater jest dziwakiem czy może też i autor, natomiast dla takiego domatora jak Lem nie ulega nawet wątpliwości, że miejscem, gdzie toczy się prawdziwa akcja, jest właśnie biblioteka”1J. Tierney, Fanatyk domowej kuchni, tłum. A. Nakoniecznik, „Fantastyka” 1987, nr 8, s. 51..

Stanisław Lem, fot. 1966 r., z archiwum domowego Stanisława Lema

Stanisław Lem, fot. 1966 r., z archiwum domowego Stanisława Lema

Przedstawiając fundamentalny temat biblioteki w życiu i twórczości Stanisława Lema, będziemy mieli do czynienia z trzema kategoriami księgozbiorów. Pierwszy z nich, najbardziej konkretny fizycznie, obejmuje książki, z jakimi pisarz zetknął się w ciągu swojego życia. Zaliczymy do nich dzieła namiętnie pochłaniane przez Lema w dzieciństwie oraz we wczesnej młodości. Obszerną relację z pierwszych czytelniczych doświadczeń autor przekazał nam na łamach autobiograficznego Wysokiego Zamku oraz kilku artykułów wspomnieniowych. Obok klasycznych lektur, adresowanych do młodzieży, znajdą się tutaj ­również dzieła zgoła zaskakujące, jak encyklopedie, podręczniki medyczne i atlasy anatomiczne, które zawierała lwowska biblioteka ojca pisarza – Samuela Lema, renomowanego laryngologa. Te dobra kultury, bezpowrotnie utracone z powodu okupacji i przymusowego wyjazdu ze Lwowa, zastąpi nowy imponujący księgozbiór, jaki pisarz zgromadził w ciągu kolejnych 70 lat w Krakowie. Sercem ostatniego domu, na Klinach, stanie się okazała pracownia, wzdłuż której ścian piętrzyły się regały z książkami. Oczywiście dla biografów i badaczy twórczości Stanisława Lema najważniejsza będzie zawartość literackiej kolekcji, jej lokalizacja oraz układ pozostają drugorzędne.

Druga kategoria obejmuje dzieła literackie, do których Stanisław Lem odwołuje się na kartach swoich utworów. Stanowią one tak zwane hipoteksty, zgodnie z teorią intertekstualną Julii Kristevej. Jak zauważa Jerzy Jarzębski, całe pisarstwo Lema „zanurzone jest w gęstym roztworze cudzych tekstów”2J. Jarzębski, Wszechświat Lema, Kraków 2020, s. 103.. Hipoteksty w chwili lektury hipertekstu funkcjonują w pewnym sensie wirtualnie, tylko w świadomości czytelników, posiadają jednak one również swoje fizyczne desygnaty. Mamy więc do czynienia ze zbiorem bibliotecznym współdzielonym, obejmującym doświadczenia czytelnicze, które są wspólne w ramach pewnego kolektywu kulturowego.

Wreszcie mamy kategorię ostatnią, dla dorobku Lema zapewne najbardziej charakterystyczną. Będą to biblioteki nieistniejące, które Paweł Dunin-Wąsowicz nazywa widmowymi. Chodzi o książki-zjawy, których w rzeczywistości nigdy nie napisano. To często oryginalny wynalazek oraz specjalność kuchni literackiej Lema. Posiłkując się takimi wyimaginowanymi elementami, pisarz nasyca treść głównego dania literackiego. Często stosuje tego typu zabiegi również do uzyskania efektów parodystycznych. Osobną podkategorię tworzą recenzje bądź wstępy do wymyślonych utworów, stanowiące zestawy zawierające zawiesistą esencję omawianego dzieła wzbogaconą o komponent analizy literackiej.

Należy zatem przyznać, że podstawowym kryterium naszej bibliotekarskiej klasyfikacji będzie mocno staroświecki stopień realności. W pierwszym rzędzie staną egzemplarze, których namacalne cechy fizyczne, jak oprawa, gramatura i faktura papieru, możemy zazwyczaj w miarę dokładnie określić. Kolejny księgozbiór będzie miał już formę czysto umowną, chociaż dysponuje swoimi odpowiednikami, istniejącymi w świecie realnym. W ostatnim kręgu dotrzemy do pozycji zupełnie abstrakcyjnych, osiągalnych wyłącznie w twórczej wyobraźni autora.

Stanisław Lem, fot. 1970 r., z archiwum domowego Stanisława Lema

Stanisław Lem, fot. 1970 r., z archiwum domowego Stanisława Lema

Warto jeszcze przynajmniej zaznaczyć, że motyw biblioteki jako zlokalizowanego w określonym miejscu, posiadającego swoistą strukturę magazynu informacji, pełniącego funkcję węzła komunikacyjnego, pojawia się na kartach powieści Lema wielokrotnie. Odzwierciedla przy tym rosnący sceptycyzm autora w kwestii naszych kompetencji poznawczych. Najbardziej optymistyczna, futurystyczna koncepcja zostaje przedstawiona na początku kariery pisarskiej, na kartach Obłoku Magellana, jako Biblioteka Trionów. To rodzaj współczesnej bazy danych, zawierającej kopie cyfrowe nie tylko książek, ale właściwie wszystkich dóbr kultury, w tym również przedmiotów codziennego użytku. Dostęp do niej jest możliwy za pośrednictwem sieci informatycznej, przypominającej formę bezprzewodowego internetu, z urządzeniami końcowymi w postaci kieszonkowych odbiorników, podobnych do dzisiejszych smartfonów. Najbardziej znana jest biblioteka solaryjska, zgodnie interpretowana przez lemologów jako polifoniczna metafora nauki, której możliwości – a w konsekwencji formułowany przez nią paradygmat – będą zawsze niepełne i ograniczone. Z kolei archiwum wywiadu w Pamiętniku znalezionym w wannie zawiera zasoby ostentacyjnie anachroniczne, pełne kurzu, zbutwiałych foliałów i skrzypiącego wyposażenia. Ogrywają rolę czysto parodystyczną poprzez nagromadzenie będących wyrafinowaną grą słów tytułów, na przykład Sztuka wydawania, czyli Wydawca doskonały, Mały zarys denuncjatoryki, Wsypy i spalenia, Zasadzki i podstawki. Mamy też podręczniki szpiegów, jak Deontologię zdrady czy Naśladowanie nicości. Wreszcie, w Wizji lokalnej, jednym z ostatnich utworów Lema, otrzymujemy zbiór tekstów generowanych przez tak zwane dziejopiśnice w Instytucie Maszyn Dziejowych. Dokonują one próby symulacji aktualnego stanu rozwoju obcych cywilizacji na podstawie posiadanych informacji, które docierają do nas z opóźnieniami rzędu wielu tysięcy lat. Siłą rzeczy, pomimo zaprzęgnięcia olbrzymich mocy informatycznych, takie ekstrapolacje mają charakter przepowiedni obarczonych szerokim marginesem błędu. Tutaj paradygmat naukowy został w pewnej mierze sprowadzony do szklanej kuli, z której komputerowe algorytmy próbują odczytać jakieś prawidłowości rozwoju.

*  *  *

Mieszkanie Stanisława Lema

Copyright © by Anna Lem, Kraków 2021

„Kiedy czytać jeszcze nie umiejąc, deklamowałem wierszyki, często przed gośćmi, popisowego, jednego, o komarze, co z dębu spadł, nie mogłem dokończyć, ponieważ gdy dochodziłem do miejsca, w którym skutki owego upadku okazywały się zupełnie fatalne (komar złamał sobie w krzyżu gnat), zaczynałem ryczeć i desperacko osmarkanego wyprowadzano mnie sprzed zgromadzonych. Mało było wtedy istot, którym współczułem tak gorąco i zarazem tak beznadziejnie jak temu komarowi; in hoc signo objawiła się moc nade mną literatury”.3Tenże, Wysoki Zamek, Kraków 2000, s. 32.

Przygotowanie szczegółowej listy lektur, z jakimi miał do czynienia Stanisław Lem w trakcie swojego życia, pozornie wydaje się zadaniem łatwym, jednak ze względu na liczbę oraz różnorodność pozycji okazuje się niesłychanie pracochłonne. Pisarz pozostawił sporo czytelnych śladów w swojej prozie, artykułach, listach oraz wywiadach, możemy na ich podstawie precyzyjnie zrekonstruować pozycje literackie, z którymi obcował od najwcześniejszych lat. Takie tasiemcowe zestawienie będzie obejmować książki niemal ze wszystkich dziedzin począwszy od literatury pięknej poprzez filozofię oraz nauki ścisłe, na słownikach i podręcznikach skończywszy, ponadto napisane w kilku językach. Może być dla nas drogowskazem, który wyznaczy kierunki interpretacji dorobku Stanisława Lema, a ponadto bezcennym przewodnikiem po krainie literatury. Lem biegle czytał i pisał po rosyjsku, niemiecku, angielsku, ukraińsku, nieźle posługiwał się francuskim oraz łaciną. Chętnie sięgał po oryginalne wydania, niezbyt ufając tłumaczeniom. Był przy tym czytelnikiem doskonałym: wrażliwym, uważnym, gotowym do największych poświęceń, świetnie przygotowanym merytorycznie do lektury. Świadczą o tym choćby jego przenikliwe i oryginalne recenzje oraz płomienne dyskusje literackie, jakie goreją na łamach korespondencji pisarza, gdzie nie szczędził swoim interlokutorom wnikliwych wskazówek i rekomendacji.

Mieszkanie Stanisława Lema

Copyright © by Anna Lem, Kraków 2021

Mieszkanie przy ulicy Brajerowskiej we Lwowie, w którym urodził się i mieszkał do 1941 roku Stanisław Lem, kryło w sobie dwie biblioteki. Obydwie mieściły się gabinecie ojca przyszłego pisarza. Atlasy anatomiczne oraz podręczniki lekarskie, jakie zawierała przeszklona gablota, stojąca wzdłuż ściany przy drzwiach balkonowych, miały znaczący wpływ na ukształtowanie światopoglądu przyszłego autora Solaris. Fundamentem tego zbioru był niemiecki, kilkunastotomowy podręcznik otolaryngologii, wydany na kredowym papierze. Opasłe tomy, liczące ponad tysiąc stron, zawierały kolorowe plansze z przekrojami ludzkich głów, szkicami organów wewnętrznych oraz struktur mózgu. Staś studiował te ryciny w tajemnicy przed rodzicami. Jak wyjaśniał prawie pół wieku później, owe zakazane anatomiczne seanse ugruntowały jego późniejsze spojrzenie na człowieka jako konstrukt, czyli pewnego rodzaju białkowe machinarium. „(…) w atlasach sama kolejność osteologii, myologii, splanchnologii pokazywała naocznie BUDOWANIE człowieka niby maszyny, od szkieletu po skórę. Studia medyczne musiały to podejście jeszcze utwierdzić”4Tenże, List do Michaela Kandla, Kraków, 3.11.1974..

Najniższe półki okupowały francuskie powieści i romanse w formie broszurowej, często zniszczone i pozbawione okładek. Ich frywolną treść sygnalizowały obrazki o zabarwieniu erotycznym. Natomiast za bocznym skrzydłem stały zwarte szeregi książek, których zawartości, ze względu na brak ilustracji, nigdy nie udało się małemu Lemowi zidentyfikować. Jako dorosły człowiek żałował, że nigdy nie zapytał ojca, co kryły te nieznane zasoby.

Po przeciwnej stronie pokoju znajdowała się szafa biblioteczna Stanisława Lema. Na samym dole miała szuflady z zabawkami, powyżej dwie półki z przeszklonymi drzwiami, a ponad nimi cztery lub pięć kolejnych.

„Za szkłem stały moje najcenniejsze książki – pełne wydanie Słowackiego w granatowym płótnie, Fredro ze złoconymi grzbietami w płótnie jasnoszarym i Mickiewicz (nie pamiętam już koloru okładki), wiem za to, że stał tam też Norwid w grubym tomie, wydany przez Piniego. Był tam jeszcze Komizm Bystronia, encyklopedia Świat i Życie w pięciu tomach, druga encyklopedia, Trzaski, Everta i Michalskiego, słowniki, niebieski tom Cudów (a może Dziwów) przyrody profesora Wyrobka oraz książka, która mi się ze wszystkich do dziś zachowała – brunatna Wielka Przyroda Ilustrowana5Tenże, Moja lwowska biblioteka, w: tegoż, Diabeł i arcydzieło, Kraków 2018, s. 515..

Mieszkanie Stanisława Lema

Copyright © by Anna Lem, Kraków 2021

Tę ostatnią pozycję Stanisław Lem zabrał ze sobą do Krakowa, zapewne ze względu na jej bogatą szatę graficzną.

Na górze Lem trzymał zdobycze mniej reprezentacyjne, jak powieści Henryka Sienkiewicza, „magika i uwodziciela”, do którego Trylogii wracał do końca swojego życia, chociaż Quo vadis krytykował za kicz literacki. Podobny sentyment żywił do Bolesława Prusa, Lalkę stawiając za wzór realizmu. Był tam Jack London, ilustrowany Karol May w pękatych tomikach, Stanisław Reymont. Z literatury, jaka zwiastowała gatunek fantastyki naukowej, obok książek Juliusza Verne’a znalazły się powieści Władysława Umińskiego, Stefana Grabińskiego, wybór opowiadań Herberta G. Wellsa oraz trylogia Jerzego Żuławskiego, której pierwsza część, Na srebrnym globie, wywarła znaczący wpływ na twórczość Lema. Stała tam również prawie kompletna popularnonaukowa Biblioteka Wiedzy, imponująca pięćdziesięciotomowa seria wydana w twardej, kremowej oprawie z zielonymi inskrypcjami, obejmująca takie pozycje jak Łowcy mikrobów Paula de Kruifa czy Historia świata Wellsa.

Do białej szafki w pokoju obok kuchni trafiła 20-tomowa encyklopedia Brock­hausa i Meyera, przetransportowana z domu brata ojca, wujka Fryderyka. Wuj Fryc mieszkał i prowadził kancelarię adwokacką przy ulicy Kościuszki, zanim zamordowali go Niemcy.

Znosiłem te ogromne tomy pojedynczo, takie były ciężkie. Oczywiście nie mogłem ich czytać, nie znałem przecież niemieckiego, pełne były wszakże tablic kolorowych i jednobarwnych rycin drzeworytowych – spędzałem nad tymi ciężkimi i zakurzonymi tomiskami sporo czasu. Świat, jaki ukazywała owa encyklopedia, był już wtedy, w latach dwudziestych, po trosze skamieliną, wszystko nieomal pobrzmiewało anachronizmem, ale ani o tym wiedziałem, ani też mi to szkodziło. Pociągi lat osiemdziesiątych, żelazne mosty z girlandami żeliwnymi, lokomotywy o suto koronowanych kominach, jak również powożące nimi osoby, panowie brodaci i wąsaci, wszystko to wydawało mi się wspaniałe i przepojone nienazwalnym czarem. Także ówczesne dynamomaszyny, urządzenia archaiczne o kołach ze szprychami, rozumie się, rzeźbionymi, motory elektryczne oraz rozmaite najnowsze wynalazki w rodzaju dorożki bez koni napędzanej akumulatorami, które mieścił w sobie ostatni tom, suplementowy; najzabawniejsze zaś było to, że w owych tomiszczach tkwiło wszystko, ale to wszystko naraz obok siebie – słonie, ptaki, rośliny, rekonstrukcje mamutów, ordery pruskie na barwnych tablicach, portrety władców, fizjonomie murzyńskie, dzbany, klejnoty. Ze smakiem tonąłem w encyklopedii; każdy kolejny tom wertowałem sumiennie od deski do deski, starając się niczego nie pominąć6Tenże, Wysoki Zamek, dz. cyt., s. 51–52..

Widać wyraźnie źródła tego potopu informacyjnego, który będzie jednym z tematów obsesyjnie podejmowanych przez Lema.

Z tych wszystkich skarbów literackich ocalała jedynie Wielka Przyroda Ilustrowana, bogato ilustrowana historia o wielkich praszczurach, która powędrowała z Lemem do Krakowa. Reszta przepadła w wojennej pożodze.

Lem nauczył się czytać w wieku czterech lat. Najpierw były to oczywiście bajki i wiersze dla dzieci, w tym deklamowana na uroczystościach rodzinnych dramatyczna przygoda komara, która pokazuje niezwykłą wrażliwość czytelniczą małego Stanisława. Podobnie pisarz wspomina Ducha puszczy jako powieść pełną drastycznych i krwawych opisów, trwale odciskających się w delikatnej psychice dziecka. Chętnie za to identyfikował się z popularnymi bohaterami młodzieńczych opowieści, był kapitanem Nemo, Mowglim, dał się porwać perypetiom Karola Maya i płakał nad grobem szlachetnego Winnetou. Entuzjastycznie reagował na awanturnicze historie Aleksandra Dumasa, który zawładnął całkowicie jego wyobraźnią. Niespecjalnie natomiast przepadał za Dickensem.

„Potem, w gimnazjum, czytałem już wszystko, co tylko wpadło w rękę, Fredrę z Mayem, Sienkiewicza z Verne’em i Wellsem, Słowackiego z Pitigrillim; był to prawdziwy groch z kapustą”7Tamże, s. 45.. W tym okresie bez powodzenia próbował studiować także Prousta. Swego rodzaju przedłużeniem domowej biblioteki była wypożyczalnia książek Ewers usytuowana po drugiej stronie ulicy Brajerowskiej. Staszek był jej stałym klientem, pożyczał książki hurtowo, od lewej ku prawej. Jeśli się coś okazywało mało interesujące, oddawał na drugi dzień. Zupełnie odrębną pozycję stanowiło niemieckie wydanie Elektrotechnisches Experimentierbuch, z którego mały Lem czerpał inspiracje do przeprowadzania eksperymentów naukowych oraz konstruowania urządzeń elektrotechnicznych. W ramach jednego z doświadczeń chemicznych udało mu się nawet spalić parapet kuchenny.

Wybuch wojny przyniósł nieuchronne ograniczenie aktywności czytelniczej Lema zmuszonego do ciężkiej pracy fizycznej. Pracując w garażach samochodowych, ukojenia szukał w poezji, w tym, paradoksalnie, w czytanych w oryginale wierszach Rilkego, które nawet próbował przekładać. Wpłynęło to na jego wczesne płody literackie: własne próby poetyckie, a zwłaszcza na Obłok Magellana, gdzie widać oddziaływanie kwiecistego stylu niemieckiego poety. Po ucieczce z lwowskiego getta będzie mu również towarzyszyła Łąka Bolesława Leśmiana.

Mieszkanie Stanisława Lema

Copyright © by Anna Lem, Kraków 2021

Repatriacja w 1945 roku oznaczała przepadek resztek uratowanego z wojennej pożogi majątku. Przymusowo przesiedlanym wolno było ze sobą zabrać trochę mniejszych mebli i innych drobiazgów. Stanisław Lem ocalił kilka książek oraz maszynę do pisania marki Underwood, którą we wczesnym dzieciństwie otrzymał od ojca. Po przyjeździe do Krakowa Lemowie dzielą z zaprzyjaźnioną rodziną ze Lwowa mieszkanie przy ulicy Śląskiej. Mają tam do dyspozycji tylko jeden pokój, we wnęce którego gnieździ się autor Szpitala PrzemienieniaAstronautów. Pomimo braku miejsca natychmiast kiełkują tam zalążki nowego księgozbioru: w oddzielonej kotarą nyży bez drzwi znalazły się maleńkie biurko, łóżko oraz stos książek. Zaletą tamtej lokalizacji była niewielka odległość od Konwersatorium Naukoznawczego, założonego przez prof. Mieczysława Choynowskiego, który wywarł ogromny wpływ na rozwój intelektualny Lema. Konwersatorium okazało się krynicą naukowych publikacji, płynących w formie darów do powojennej Polski z USA i Kanady. Żądny wiedzy Lem nauczył się wtedy języka angielskiego ze słownikiem w ręku (w podobny sposób żmudnie rozszyfrowywał w dzieciństwie treść wspomnianej Elektrotechnisches Experimentierbuch). „Pochłaniałem więc jedną po drugiej książki, które przychodziły do konwersatorium (przekazywane później różnym uniwersytetom), biorąc je przeważnie do domu i wpadając do Choynowskiego w różnych porach na uczone pogawędki. Pożyczałem tylko te pozycje, które mnie interesowały, a więc dzieła matematyczne i biografie słynnych uczonych”8S. Lem, Tako rzecz Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Kraków 2021.. Kilka tych prac trafiło do zbiorów Lema po zlikwidowaniu przez komunistów placówki Choynowskiego.

W 1953 roku obydwie rodziny przeniosły się na ulicę Bonerowską do nieco większego, trzypokojowego mieszkania. W 1957 natomiast Lem kupił domek spółdzielczy przy ulicy Narvik na podkrakowskim osiedlu Kliny. Budynek, będący swego rodzaju katastrofą budowlaną, udało się doprowadzić do stanu używalności dopiero kilka lat później. Tutaj Lem dostał pierwszy własny, bardzo skromny gabinet, gdzie powstaną pisane na maszynie wczesnym rankiem literackie arcydzieła. Pokój o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych na pierwszym piętrze, zastawiony regałami (tworzącymi zarazem małe przepierzenie), był szczelnie wypełniony książkami, które potem również stały w stertach na podłodze. Część z nich stanowiły egzemplarze autorskie: do końca lat siedemdziesiątych ukazało się około 500 polskich i zagranicznych wydań utworów Stanisława Lema.

Ostatnim etapem krakowskiej wędrówki stała się rezydencja na końcu tej samej ulicy, zaprojektowana z większym rozmachem, choć pozbawiona zbędnych luksusów. Światowej sławy pisarz dopiero w wieku prawie siedemdziesięciu lat doczekał się obszernej, dwupoziomowej biblioteki z drewnianymi stropami, dekoracyjnym kominkiem, antresolą oraz tarasem za przeszkloną ścianą od strony ogrodu. Pozostałe skrzydła pomieszczenia zaanektowane zostały przez biblioteczne regały, które zawierały kilkanaście tysięcy książek ściśniętych w zwartych szeregach. Na linii pomiędzy wejściem a drzwiami balkonowymi umieszczono masywne biurko obite zielonym suknem i otoczone podręcznym księgozbiorem w szklanych gablotach, ze zdjęciami rodzinnymi na półkach. Literackie królestwo Lema, w którym do ostatnich chwil swojego panowania wydawał wystukiwane w tempie karabinu maszynowego papierowe edykty, przyjmując pielgrzymki wiernych czytelników oraz dziennikarzy z całego świata.


STRESZCZENIE

Wojciech Zemek
Biblioteki Stanisława Lema

Tekst przedstawia rolę biblioteki w życiu oraz twórczości Stanisława Lema. Wyróżniono trzy podstawowe kategorie księgozbiorów. Pierwsza obejmuje lektury pisarza, począwszy od jego wczesnego dzieciństwa we Lwowie. Druga zawiera hipoteksty, czyli dzieła literackie, do których Stanisław Lem odwołuje się na kartach swoich utworów. Ostatnim zbiorem będą tak zwane widmowe biblioteki, czyli nieistniejące książki, omawiane w postaci wstępów bądź recenzji. Ponadto zaprezentowany został motyw biblioteki jako magazynu informacji, który odzwierciedla rosnący sceptycyzm autora w kwestii naszych kompetencji poznawczych.

SŁOWA KLUCZE

Stanisław Lem, motyw biblioteki, lektury Lema, Lem czytelnik, apokryfy, ­biblioteka Lema, Stanisław Lem poleca

SUMMARY

Wojciech Zemek
Stanisław Lem’s Libraries

The paper presents the role of the library in Stanisław Lem’s life and work. Three basic categories of book collections were distinguished. The first one includes books read by the writer throughout his life, starting from his childhood in Lviv. The second one comprises hypotexts, i.e. literary works referred to in Stanisław Lem’s books. The last category refers to the so-called “spectral” or “phantom libraries” (widmowe biblioteki in Polish), i.e. non-existent books presented in the form of prologues or reviews. Moreover, the motif of library as an information repository, reflecting the author’s increasing scepticism towards our cognitive abilities, is discussed.

KEY WORDS

Stanisław Lem, library motif, Lem’s readings, Lem as reader, apocryphal works, Lem’s library, Stanisław Lem recommends


BIBLIOGRAFIA

  • Fiut A., Sarmata w wehikule czasu. (Stanisław Lem jako czytelnik), w: Stanisław Lem – pisarz – myśliciel – człowiek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003.
  • Jarzębski J., Wszechświat Lema, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.
  • Lem S., Moja lwowska biblioteka, w: tegoż, Diabeł i arcydzieło, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.