Jan Polewka – Tadeusz Kwiatkowski – urok i pamięć

Jan Polewka

Tadeusz Kwiatkowski – urok i pamięć

Halina i Tadeusz Kwiatkowscy – zdjęcie ślubne, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Halina i Tadeusz Kwiatkowscy – zdjęcie ślubne, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

To był jego osobisty urok, jego talent i jego wierna, choć nie zawsze dyskretna pamięć. Przez ponad 60 lat Tadeusz Kwiatkowski był duszą i animatorem krakowskiego życia literackiego i artystycznego. Dziś trudno sobie wyobrazić, jak przez te wszystkie lata mogłoby go nie być – z pewnością Kraków by na tym bardzo stracił. I nie tylko Kraków, ale i świat, jeżeli wziąć pod uwagę, że świetnym był scenarzystą filmowym w filmach Wojciecha Hasa Rękopisie znalezionym w SaragossieSanatorium pod Klepsydrą. Ceniony jako prozaik był także autorem sztuk i satyrykiem, a niekiedy autorem powieści sensacyjnych. Był uczestnikiem i wnikliwym obserwatorem życia i środowiska literackiego i jego przemian politycznych oraz obyczajowych. Oddany sprawie literatury i teatru przez kilkanaście lat pełnił funkcję sekretarza i wiceprezesa krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich. Jego praca dla dobra koleżanek i kolegów pisarzy była nieustannie pomocna, świadczona bezinteresownie i szczerze, a w zamian dawała jedynie ich serdeczne zaufanie. Ale to była tylko część jego wszechstronnej osobowości. Tadeusz Kwiatkowski był nie tylko pisarzem, dziennikarzem felietonistą, filmowcem i autorem tekstów kabaretowych, ale także zapalonym podróżnikiem. Aby naszkicować całe jego bogate życie, należałoby je jednak podzielić na co najmniej cztery okresy: studia na krakowskim UJ rozpoczęte jeszcze przed wybuchem wojny, trudny czas wojenny, literackie lata powojenne, lata sukcesów w rzeczywistości małej stabilizacji lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a potem niezmiennie krakowskie trwanie na przekór wszystkim trudnym polskim wydarzeniom i przemianom. Kwiatkowski oswajał je poprzez satyrę, felietony, a także przez kolekcję politycznych dowcipów, które zebrał potem w książeczkach SzeptankaAnegdoty literackie – od kuchni. Można powiedzieć, że poczucie humoru nie opuszczało go nawet w najtrudniejszych chwilach. A tych przeżył bardzo wiele, szczególnie podczas okupacji i w pierwszych latach po wojnie.

Tadeusz Kwiatkowski i laureaci nagród za najlepszą książkę o Krakowie, 1987, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Tadeusz Kwiatkowski i laureaci nagród za najlepszą książkę o Krakowie, 1987, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Był rodowitym krakusem i kiedy żartował, w jego głosie pojawiał się typowy krakowski akcent, który chętnie naśladował jego serdeczny przyjaciel Gustaw Holoubek. ­Urodził się na Wolskiej, czyli, jak mawiał, ulicy z przejściami – przed II wojną światową jej patronem został Piłsudski, podczas okupacji przemianowano ją na Universitätstrasse, po wojnie na długo nosiła nazwę Manifestu Lipcowego, aby wreszcie odzyskać miano Piłsudskiego. Do gimnazjum chodził na Krupniczą, więc niedaleko, a na uniwersytet miał jeszcze bliżej, kilkaset metrów zaledwie. I tam, na polonistyce, pod okiem wybitnych profesorów Stanisława Pigonia, Kazimierza Nitscha, Tadeusza Sinko i asystenta Kazimierza Wyki nawiązał pierwsze trwałe przyjaźnie: z Jerzym Boberem, Tadeuszem Hołujem, Juliuszem Kydryńskim, Marianem Pankowskim i Wojciechem Żukrowskim, a oprócz nich także z młodym rzeźbiarzem Tadeuszem Ostaszewskim. Wszyscy oni mieli już wtedy swoje zamierzenia literackie lub artystyczne i wkrótce zadebiutowali jako autorzy. Tadeusz Kwiatkowski zanim jeszcze rozpoczął studia, spotkał pod bramą uniwersytetu dwie bardzo szczególne osoby, przybyłe z Wadowic, Halinę Królikiewicz i Karola Wojtyłę:

Patrzę szeroko otwartymi oczami w jasne pola na suficie i wracam do września 1938 roku. Bo wszystko właśnie wtedy się zaczęło. Spotykam się z Jurkiem Boberem na Plantach przed gmachem uniwersytetu. Mamy iść razem do dziekanatu Wydziału Filozoficznego zapisać się na pierwszy rok polonistyki. Czekamy chwilę, ponieważ Jurek umówił się z Karolem Wojtyłą, poznanym na pomaturycznym obozie pracy. Wojtyła czytał mu swoje wiersze, które Jurek uznał za interesujące, choć nieco zbyt mało nowoczesne. Mówi, że to dziwny chłopiec, skupiony, z jakimś wewnętrznym żarem, stroniący od głupich żartów młodzieńczych. Ale zdolny i w ogóle ciekawy. Wreszcie nadchodzi Wojtyła w towarzystwie dziewczyny w kapeluszu z woalka owiniętą wokół ronda. To jego koleżanka z Wadowic Hala Królikiewiczówna, która również ma zamiar studiować polonistykę. Bober poklepuje Wojtyłę, śmieją się, przypominając sobie jakieś zdarzenia z obozu, ja obserwuje raczej dziewczynę. Jest wysoka, ładna, zgrabna, ale tak na pierwszy rzut oka nieco zbyt wysoka i poważna…1T. Kwiatkowski, Płaci się każdego dnia, Kraków 1986.

Tadeusz Kwiatkowski i Jerzy Zawieyski w krypcie Juliusza Słowackiego na Wawelu, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Tadeusz Kwiatkowski i Jerzy Zawieyski w krypcie Juliusza Słowackiego na Wawelu, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Siedem lat później, już po wojnie, Halina Królikiewicz zostanie żoną Tadeusza Kwiatkowskiego, a w następnym, 1946 roku młody ksiądz Karol Wojtyła ochrzci ich córkę Monikę. Ale pomiędzy tymi zdarzeniami będzie jeszcze długi i straszny czas okupacji niemieckiej i sowieckiej, w którym młody polonista przeżyje najcięższe chwile, kilkakrotnie ocierając się o śmierć, groźbę obozu lub zesłania. A jednak jego pogodna i żywa natura zdaje się być pod obroną dobrej gwiazdy: „Szczęście. Ileż w życiu zależy od szczęścia! Trzeba urodzić się pod szczęśliwą gwiazdą. Wierzę w swoje szczęście i z uporem to sobie powtarzam, bo jak nie wierzyć, skoro już tyle razy ominęły mnie tragiczne w skutkach wydarzenia”2Tamże.. To wyznanie pojawia się w autobiograficznej opowieści Kwiatkowskiego Płaci się każdego dnia. Jej bohater szczegółowo opowiada o swojej gehennie, kiedy aresztowany przez gestapo trafia do dwudziestoosobowej celi więzienia na Montelupich. W bezsenne noce więzień wspomina wszystkie dobre i złe chwile swojego dotychczasowego życia. Zanim został aresztowany, brał udział w konspiracji i wydawał własnym wysiłkiem drukowany na powielaczu „Miesięcznik Literacki” z utworami ukrywających się pisarzy. Szczęśliwie gestapowcy tego nie odkryli, Kwiatkowski trafił „na Monte” z powodu kontaktów z innym aresztowanym. A wraz z nim do tej samej celi trafił Tadeusz Kudliński, pisarz i krytyk teatralny, trochę starszy od Tadeusza, który podobnie jak Kwiatkowski przeżył okupację, ale jako działający w podziemiu po wojnie został ponownie osadzony, tym razem przez Urząd Bezpieczeństwa. Gestapowskie więzienie, w którym Kwiatkowski spędził kilka miesięcy, od stycznia do maja 1944, było najtrudniejszym doświadczeniem okupacyjnym. Zdążył jednak już wcześniej przeżyć kilka dramatycznych zdarzeń, które mogły zaważyć na jego życiu.

Sylwester 1956/57 w Klubie Literatów – od lewej: Ludwik Jerzy Kern, Halina Kwiatkowska, Marta Stebnicka, Tadeusz Kwiatkowski, Lidia Skarżyńska, Jerzy Skarżyński, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Sylwester 1956/57 w Klubie Literatów – od lewej: Ludwik Jerzy Kern, Halina Kwiatkowska, Marta Stebnicka, Tadeusz Kwiatkowski, Lidia Skarżyńska, Jerzy Skarżyński, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Do pierwszego, którego nie zapisał w swej książce, ale o którym opowiadał w stołówce literatów przy Krupniczej, doszło jeszcze pod koniec 1939 roku, kiedy wraz z innymi uciekinierami udał się do Lwowa, Stanisławowa i Bitkowa, gdzie jego stryj, inżynier, pracował przy szybach naftowych. Pewnego dnia, niejako po drodze, został zgarnięty do pociągu sowieckiego, który stłoczonych w wagonach Polaków wiózł gdzieś na wschód. Po kilku godzinach pociąg zatrzymał się na małej stacji i do wagonu wszedł ruski komandir i zapytał głośno, kto z jadących umie pisać bukwami. Tadeusz, który na UJ uczył się rosyjskiego, zgłosił się natychmiast. Komandir zabrał go do niewielkiego budynku z wartownikiem i tam przykazał mu czekać na podwórku. Podwórko z trzech stron otaczały ściany domu, z czwartej zaś drewniany płot. Komandir nie wracał, a Tadeusz przyglądając się deskom płotu, zauważył, że były stare i nieprzytwierdzone zbyt mocno. Udało mu się oderwać jedną z nich, a ponieważ był szczupły, wręcz wychudzony, sprawnie przecisnął się przez otwór i ruszył biegiem w stronę lasu. Przez dwa dni wędrował pieszo do Stanisławowa. Potem już, po wielu perypetiach, przeszedł przez zieloną granicę na Sanie i wrócił do Krakowa. Kim byłby, gdyby dał się wywieźć w głąb Rosji sowieckiej? Może (gdyby przeżył) trafiłby w końcu do armii Andersa i tak jak wielu innych wziął udział w bitwie pod Monte Casino, a potem (gdyby przeżył) jak Gustaw Herling-Grudziński został we Włoszech albo we Francji. Ale jednak jego gwiazda kazała mu trwać i zawsze wracać do Krakowa.

Klub Dziennikarzy 1965 – od lewej: Monika Kwiatkowska, Tadeusz Kwiatkowski, Tadeusz Hołuj, Wojciech Has, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Klub Dziennikarzy 1965 – od lewej: Monika Kwiatkowska, Tadeusz Kwiatkowski, Tadeusz Hołuj, Wojciech Has, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Tymczasem w Krakowie czekały go jeszcze najcięższe chwile oraz konspiracyjne trudy – i nie Monte Cassino, ale więzienie „na Monte”. Jeszcze przed uwięzieniem bardzo groźną przygodę przeżył wspólnie z Tadeuszem Ostaszewskim, który wcześniej brał udział w walkach września 1939 roku i był zdecydowany co do podziemnego zbrojnego oporu. Tak Kwiatkowski opisywał początek i koniec ich wspólnej przygody:

Tadeusz Ostaszewski zmobilizowany podchorąży w sierpniu 39 roku, brał udział w obronie Warszawy. Wystarał się przed samą kapitulacją miasta o cztery nowiutkie visy i dobrze je zakonserwowawszy, zamelinował broń u matki w mieszkaniu przy Nowym Świecie. W porę przebrany w cywilne ubranie, uniknął niewoli i zdołał przedostać się do Krakowa, gdzie przed wojną chodził razem ze mną do gimnazjum. I to był ten pakunek, który tak zaprzątał nasze myśli.
(…)
W połowie 41 roku szykany niemieckie jakoś ucichły i zdecydowaliśmy się na wyjazd do Warszawy. Tadeusz zatęsknił za matką, a ja nie mogłem się doczekać widoku pistoletów. Dojechaliśmy szczęśliwie, bez żadnych kłopotów do Warszawy3Tamże..

Monika Kwiatkowska i Tadeusz Kwiatkowski na planie Rękopisu znalezionego w Saragossie Wojciecha Jerzego Hasa, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Monika Kwiatkowska i Tadeusz Kwiatkowski na planie Rękopisu znalezionego w Saragossie Wojciecha Jerzego Hasa, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Jerzy Andrzejewski i Stefan Otwinowski, koniec lat 40. XX w., fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Jerzy Andrzejewski i Stefan Otwinowski, koniec lat 40. XX w., fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Jednak kłopoty, na granicy życia i śmierci, zdarzyły podczas powrotu do Krakowa, kiedy obaj, każdy z jednym visem za paskiem i dwoma pistoletami w koszyku, znaleźli się w hali dworca. Ale nie sami, gdyż – jak się potem okazało, szczęśliwie – dołączył do nich przypadkowo spotkany kolega z liceum. Obaj Tadeuszowie, chcieli się go pozbyć, ale on nie dając się zniechęcić, zajął miejsce obok nich i zaczął opowiadać o sobie, pokazując plik zdjęć z zawodów gimnastycznych, w których brał udział. Tymczasem rozległ się krzyk kobiety i wrzask niemieckich głosów i jak opisuje Kwiatkowski:

Tadeusz spojrzał w tamtym kierunku, a potem na mnie. – Lotnicy. Rewidują bagaże – stwierdził beznamiętnie. W jednej sekundzie oblałem się potem. Machinalnie sięgnąłem pod płaszcz i dotknąłem kolby pistoletu. Tadeusz kucnął przy mnie. – Tylko spokojnie! W razie czego rąbniemy ich…4Tamże.

Tymczasem kolega Adam, niczego nieświadomy, znów zaczął pokazywać im swoje sportowe zdjęcia. I właśnie wtedy stanął nad nimi niemiecki podoficer, który nic nie mówiąc, wyrwał Adamowi z rąk zdjęcia, zaczął je przeglądać i – jak wspomina Kwiatkowski:

(…) stała się rzecz nieoczekiwana. Uśmiechnął się życzliwie i wdał się z nami łamaną polszczyzną w przyjazną pogawędkę. Nie bez dumy oświadczył, że jest również gimnastykiem wyczynowym z Wiednia, sięgnął do portfela i wyjął swoje zdjęcie w kostiumie gimnastycznym. Potem spytał, czy my także jesteśmy gimnastykami, a my skinęliśmy głowami. Gut, gut, kameraden – żołnierze zatrzymali się przy nas, ale on ruchem ręki odprawił ich i kazał przeszukiwać następnych podróżnych. Zwrócił Adamowi fotografie, podał nam rękę, zasalutował i odszedł, życząc nam dobrej podróży5Tamże..

Wilhelm Mach, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Wilhelm Mach, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Takich chwil, może mniej dramatycznych, ale groźnych, przeżył Tadeusz Kwiatkowski jeszcze kilka – jak ta, kiedy przez nieostrożność potrącił niemieckiego oficera i trafił na kilka dni do aresztu, a zwłaszcza ta, gdy umówiony w kawiarni artystów spóźnił się na spotkanie, a gdy spiesznie dotarł na Łobzowską, zobaczył przed Domem Plastyków niemieckie budy i żandarmów. Był to wieczór 16 kwietnia 1942 roku. Kwiatkowski, który uniknął aresztowania i obserwował je ukryty w bramie, tak go opisuje:

Gestapowcy ryczą jak zwierzęta, jakby mieli do czynienia z bandą groźnych bandytów, choć nikt nie stawia im oporu ani nie zamierza uciekać. To nie pomyłka ani zwyczajna łapanka uliczna. To zorganizowany, z góry obmyślony nalot na kawiarnię, aresztowanie jej bywalców, wyniszczenie skupiska inteligencji twórczej6Tamże..

Stefan Otwinowski, koniec lat 40. XX w., fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Stefan Otwinowski, koniec lat 40. XX w., fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Zatrzymanych podczas obławy umieszczono w więzieniu przy Montelupich, a po tygodniu wysłano do KL Auschwitz, gdzie kilkunastu z nich rozstrzelano. Kwiatkowski ocalał, a do więzienia na Monte trafił dopiero półtora roku później. Wszystkie swoje dramatyczne przeżycia opisał w przejmującej opowieści Płaci się każdego dnia, książce, która powinna się znaleźć w programie jako lektura obowiązkowa – przynajmniej dla liceów krakowskich. Jest w niej nie tylko samo więzienie, ale także zapis podziemnego życia artystycznego Krakowa podczas okupacji, szczególnie teatralnego i literackiego – z teatrem Kantora i początkami Teatru Rapsodyków Kotlarczyka włącznie. Ta spisana w 1981 roku opowieść autobiograficzna, nie tylko w sensie osobistym, ale także jako ważna część biografii krakowskiej kultury, jest prawdopodobnie najważniejszą książką Tadeusza Kwiatkowskiego. A napisał ich kilkanaście. Debiutował powieścią Lunapark w 1946 roku, wysoko ocenianą zarówno przez krytykę, jak i czytelników. Po niej powstały utwory o bardzo różnym charakterze i powieści satyryczne, jak Siedem zacnych grzechów głównychPomnik na miarę, Klatka, Baba z piekła rodem, Ten cudny Paryż, opowieści dla młodzieży: Najlepsze skrzydło Brazylii, Załoga „Dziewięciu serc” i powieści sensacyjne pisane pod pseudonimem Noël Randon: Dwie rurki z krememNie ma zabawy bez pana Władzia (o mordercy Mazurkiewiczu). A także najważniejsze, te biograficzne: Niedyskretny urok pamięci, Panopticum i właśnie Płaci się każdego dnia.

Dzień, w którym Niemcy w pośpiechu opuścili Kraków, był dla Tadeusza Kwiatkowskiego dniem dramatycznym. W nocy zmarł jego brat Jerzy, od dłuższego czasu nieuleczalnie chory.

Ludwik Flaszen, lata 50. XX w., fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Ludwik Flaszen, lata 50. XX w., fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

W nocy wzbiła się wysoka łuna nad miastem. Płonęła fabryka tytoniu na Dolnych Młynach. Artyleria biła już regularnie. Po północy rozległa się silna detonacja. Hitlerowcy wysadzili w powietrze most Dębnicki… Tej nocy zmarł mój brat, ofiara niemieckiego Baudienstu. Ogłuszający huk kilku ton wyzwolonego trotylu był ostatnim dźwiękiem, jaki słyszał na tej ziemi. Tej nocy urodził się syn sąsiadom naprzeciwko. Krzyk dwóch matek brzmiał tak, jakby dopełniał symbolami życia i śmierci starą i mądrą opowieść biblijną7T. Kwiatkowski, Niedyskretny urok pamięci, Kraków 1982.

Wilhelm Mach, Tadeusz Kwiatkowski i Maciej Słomczyński, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Wilhelm Mach, Tadeusz Kwiatkowski i Maciej Słomczyński, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Te pierwsze chwile wolności opisał potem we wstępie do biograficznej opowieści Niedyskretny urok pamięci, która jest pierwszą, obszerną książką o legendarnym Domu Literatów przy Krupniczej 22, zaraz po wojnie. Domu, w którym pisarze mieszkali przez kolejnych 50 lat. Pomysłodawcą i inicjatorem powstania tego miejsca był Kazimierz Czachowski, pisarz, krytyk i pierwszy po wojnie prezes Związku Zawodowego Literatów. Kwiatkowski pisze o nim:

Idee fixe Czachowskiego było zdobycie dla Związku takiego lokalu, aby pomieściły się w nim biura, sala odczytowa, biblioteka oraz mieszkania dla członków. Sprawa była trudna, bo jak wspomniałem, wielu rzuciło się zdobywać dach nad głową, a w dodatku w Krakowie gnieździło się tysiące wysiedleńców po powstaniu warszawskim i z linii frontowych… Napomknąłem Panu ­Kazimierzowi o budynku przy Krupniczej 22. Poszliśmy tam…8Tamże.

Tak oto Czachowski z wydatną pomocą młodego Kwiatkowskiego, a także ze wsparciem nieco starszych kolegów: Leona Kruczkowskiego, Adama Polewki i Adama Ważyka dokonali dosyć szybkiego przejęcia budynku – w którym w czasie okupacji był hotel dla niemieckich naftowców, a w styczniu stacjonowali krótko żołnierze radzieccy. I zaraz po ich wymarszu „na Berlin”, w połowie lutego 1945 roku krakowscy pisarze otrzymali zgodę od władz i zajęli Krupniczą 22. Tadeusz Kwiatkowski będąc w zarządzie oddziału ZZLP, uczestniczył w tym bardzo intensywnie:

Tak więc budynek był, meble i stołówka były, ale wiele okien bez szyb, hydraulika pozostawiała wiele do życzenia, brakowało opału. Trzeba było oczyścić klatki schodowe, podwórko, pomalować pokoje biurowe. Nie było to wówczas takie proste… Tymczasem powoli kamienica i oficyny przy Krupniczej zapełniały się i trzeba było nie lada sztuki, aby pomieścić wszystkich chętnych… Nie da się opisać atmosfery, jaka wówczas panowała. Koledzy padali sobie w ramiona, ściskali jak najserdeczniejsi przyjaciele, którzy odnajdują się cali i zdrowi. Wszyscy lgnęli do siebie, niepomni czasem dawnych zadrażnień i sporów. Okupacja stała się jakby kurtyną, która odgrodziła onegdajsze nieporozumienia9Tamże..

Kiermasz książek na Rynku Krakowskim. Od lewej: Adam Polewka, Tadeusz Kwiatkowski, Henryk Markiewicz, Stefan Otwinowski, Władysław Machejek, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Kiermasz książek na Rynku Krakowskim. Od lewej: Adam Polewka, Tadeusz Kwiatkowski, Henryk Markiewicz, Stefan Otwinowski, Władysław Machejek, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Kwiatkowski był bardzo aktywny, uczynny dla koleżanek i kolegów i przez nich bardzo lubiany. Jego pierwsze lata po wojnie, do roku 1957, to był przede wszystkim Dom Literatów, w którym mieszkał, pisał, pracował w biurze ZZLP jako jego sekretarz i żył życiem towarzyskim wśród sąsiadów i w tak zwanej stołówce na parterze. Równocześnie pełnił funkcję kierownika literackiego Teatru Groteska, potem Teatru im. Słowackiego, był krytykiem i redaktorem działu satyry w „Życiu Literackim”.

Stefan Otwinowski, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Stefan Otwinowski, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Piło się wtedy sporo wódki, flirtowało i tańczyło do białego rana. Byliśmy przecież o tyle lat młodsi i ledwie liznąwszy uciech życia przed wojną, nie mieliśmy później okazji do wyemanowania z siebie młodzieńczej energii. Mam jednak wrażenie, że w tych pierwszych miesiącach po wyzwoleniu nadrobiliśmy niedobory w tej dziedzinie życia10Tamże..

A już na początku tego nowego, wspólnego życia wydarzeniem towarzyskim na ponad 100 osób było wesele Haliny i Tadeusza Kwiatkowskich – na 100 osób i 100 prezentów, które – jak wspomina Halina – stanowiły niemal wyłącznie modne wtedy kryształy przywożone z tak zwanego szabru na Ziemiach Zachodnich. Tak wyglądały pierwsze, radosne, powojenne lata czterdzieste w środowisku literatów i artystów. Jednakże już pod ich koniec, po nieudanym Kongresie Pokoju we Wrocławiu i presji politycznej, jaka nastąpiła po zjednoczeniu PPS-u i PPR-u w jedną, jedynie słuszną PZPR, sytuacja twórców stała się dramatyczna, czego dowodem było pozostanie Czesława Miłosza „na Zachodzie”, czyli we Francji. W Krakowie, także w Domu Literatów, zaznaczyły się wyraźne podziały na tych, którzy zaakceptowali nową rzeczywistość, i na jej zdecydowanych, ale mniej licznych przeciwników. Tadeusz Kwiatkowski przez cały czas uważał, aby nie deklarować się zbyt jednostronnie:

Okupacja nie dała mi szans na opowiedzenie się, po której stronie stanę. Ustawiony byłem jakoś pośrodku. Miałem równie dobre kontakty z komunistami, jak i z katolikami, z ludźmi z AK, jak i z AL. Ani jedni, ani drudzy nie usiłowali mnie przekonać do swych racji. Miałem wolną rękę. Chciałem pisać i pisać11Tamże..

Halina Mikołajska, Maria Brandys, Ewa Otwinowska, Stefan Otwinowski, Halina Kwiatkowska, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Halina Mikołajska, Maria Brandys, Ewa Otwinowska, Stefan Otwinowski, Halina Kwiatkowska, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Jednak już w latach pięćdziesiątych „wolna ręka” przestawała być możliwa, w miarę odgórnie wprowadzanej „instrukcji obsługi pióra”. Rządząca partia oczekiwała od pisarzy utworów propagujących „nowe czasy” i opiewających budowę socjalizmu. Podobnie jak wielu innych Kwiatkowski ulegał naciskom, pisząc drobne utwory o Nowej Hucie, jednak nie angażując się politycznie i starając, aby zamiast zachować wolną rękę przynajmniej „wyjść ręką obronną”. Dotyczy to także sytuacji w podzielonym środowisku literackim. Ludwik Flaszen, który w tamtym okresie rozpoczynał swoją drogę pisarza i krytyka, po latach wspominał to tak:

Pisarze, artyści, ludzie sztuki w latach PRL występowali w trzech podstawowych kreacjach. Istniały Nosorożce – jak te z Ionesco – oraz Lisy i Lwy. Nosorożce były to stwory pryncypialne, gotowe do wszelkich posług dla Partii i Narodu. Lisy – to ci, którzy z reżimem grali o siebie, starali się go przechytrzyć, ocalić własną twórczą tożsamość i wierność zasadom. I były Lwy – bestie odważne, jawnie porykujące. To są – by tak rzec – modele idealne. Rzadko występowały w postaci czystej… Fenomenem powszechnym były mieszanki: bywały Nosorożce liberalne, Lisy totalitarne i Lwy koniunkturalne. A wszystko to mogło być pomnożone o gatunki czyste, szczere, autentyczne – lub szczerze udawane12L. Flaszen, Grotowski & Company, Wrocław 2014..

Jeden z sylwestrów w mieszkaniu Haliny i Tadeusza Kwiatkowskich, lata 50 XX w. Od lewej: Władysław Woźnik, Anna Gorecka, Tadeusz Kudliński, Ewa Broszkiewicz, w dole Zygmunt Kęstowicz, Marian Promiński, Stefan Otwinowski, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Jeden z sylwestrów w mieszkaniu Haliny i Tadeusza Kwiatkowskich, lata 50 XX w. Od lewej: Władysław Woźnik, Anna Gorecka, Tadeusz Kudliński, Ewa Broszkiewicz, w dole Zygmunt Kęstowicz, Marian Promiński, Stefan Otwinowski, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Na podwórku Domu Literatów od lewej: Stanislaw Dygat, Stefan Otwinowski i Czesław Miłosz (wyżej), fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Na podwórku Domu Literatów od lewej: Stanislaw Dygat, Stefan Otwinowski i Czesław Miłosz (wyżej), fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Czy osoba Tadeusza Kwiatkowskiego mieściła się w tym ezopowym atlasie? Wydaje się, że nie był żadną z tak zobaczonych postaci. Był raczej gatunkiem czystym i szczerym ukrytego idealisty – który wszystko, czego nie mógł głośno powiedzieć, przykrywał ironią i żartem. Albo zapisywał w swoim prywatnym dzienniku jako „ważne – nieważne”. Jego zapiski, pod takim właśnie tytułem, zostały niedawno wydane przez Wydawnictwo Literackie, stanowiąc bardzo ciekawy obraz tak osobowości autora, jak i owego niełatwego czasu13T. Kwiatkowski, Ważne, nieważne. Dziennik 1953–1973, Kraków 2019.. Zaskakuje jednak, że w wielu ­momentach dziennik ukazuje kolegów pisarzy nie tylko ironicznie, ale też mocno krytycznie. Tak jakby ich słabości i ich lisie albo koniunkturalne postawy sprawiały mu znaczną przykrość. W swoich książkach biograficznych, na przykład w Panopticum, traktuje ich o wiele łagodniej, wręcz serdecznie. Ale nietrudno się domyślić, że Kwiatkowski, który w czasie okupacji był blisko rzeczy ostatecznych, nie bardzo chce się pogodzić z codziennością rzeczy i postaw małych. Stąd w swojej twórczości ucieka w świat historii i komedii, jak choćby w historyczno-satyrycznej opowieści Siedem zacnych grzechów głównych. Powieści bardzo udanej, wręcz filmowej, która jednak do filmu nie miała szczęścia – a zdarzyło się nawet, że realizatorzy francuscy chcieli według niej nakręcić film z Michelem Simonem w roli głównej – na co nie wydały zgody władze polskiej kinematografii.

Być może jednak to zmierzenie się z historią okazało się bardzo pomocne, kiedy reżyser Wojciech Has poprosił Tadeusza Kwiatkowskiego o opracowanie scenariusza według powieści Jana Potockiego Rękopis znaleziony w Saragossie. Powstał wówczas film wybitny, do dziś znany na świecie jako swoiście „kultowy”. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte w twórczości Kwiatkowskiego to przede wszystkim praca dla filmu (w tym scenariusz serialu o Janosiku), dla teatru i dla kabaretu, zwłaszcza dla bardzo szczególnego kabaretu Jama Michalika, jaki stworzyli wspólnie z Bruno Miecugowem i Jackiem Stworą.

W Teatrze Groteska przy ul. Jana 6 – Tadeusz Kwiatkowski, aktorki i aktorzy Groteski, pośrodku Gerard Philippe, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

W Teatrze Groteska przy ul. Jana 6 – Tadeusz Kwiatkowski, aktorki i aktorzy Groteski, pośrodku Gerard Philippe, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Marian Cebulski, lata 70. XX w., fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Marian Cebulski, lata 70. XX w., fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

To były już lata inne od tamtych z czasu socrealizmu, kiedy dowcipy polityczne opowiadano sobie na głos, a kabarety mimo czujnych partyjnych cenzorów nawiązywały niezbyt prawomyślny kontakt z widzami. Kabaret Jama Michalika powstał w roku 1960 i trwał przez blisko 30 lat. Był bardzo popularny, niektóre z jego programów były grane po kilkaset razy. Jego specyfiką było nawiązanie do „Zielonego Balonika”, a równocześnie aktualność satyry obyczajowej i politycznej. Spektakle A to ci wesele, A to ci raj, Trędowaty były znane i komentowane w całej Polsce. Jamę Michalika odwiedzali goście z Polski i ze świata, włącznie z ówczesnymi dygnitarzami, z ministrem Lucjanem Motyką i premierem Józefem Cyrankiewiczem na czele. Kwiatkowski, Miecugow i Stwora żyli „Michalikiem” na co dzień wraz z grupą świetnych aktorek: Martą Stebnicką, Anną Seniuk, Haliną Kwiatkowską i aktorów: Marianem Cebulskim, Wiktorem Sadeckim i Markiem Walczewskim. Do nich stopniowo dochodzili następni, jak Monika Niemczyk czy Tadeusz Huk. To było drugie, obok kabaretu Piwnica pod Baranami, bardzo krakowskie i bardzo literackie miejsce. O tym, jak bardzo Tadeusz Kwiatkowski był znawcą dawnego Krakowa i miłośnikiem jego „nowego ducha w starych murach”, nie trzeba nikogo przekonywać. Od lat przedwojennych znał najważniejsze krakowskie postaci, a jako sekretarz ZZLP wszystkich piszących i aspirujących do twórczej plejady. Przyjaźnił się z malarzami i grafikami z Grupy Krakowskiej, z Tadeuszem Kantorem, Andrzejem Stopką i Jerzym Skarżyńskim. I wraz ze Skarżyńskim współpracował z reżyserem Wojciechem Hasem.

Na Rynku krakowskim. Od lewej: Marian Promiński, Władysław Wolski, Janusz Sykutera – aktor, Jan Adamczewski, Bożena Zagórska, Jerzy Skórnicki, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Na Rynku krakowskim. Od lewej: Marian Promiński, Władysław Wolski, Janusz Sykutera – aktor, Jan Adamczewski, Bożena Zagórska, Jerzy Skórnicki, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Do krakowskich tradycji powracał nie tylko w kabarecie. W roku 1980 wspólnie z Janem Güntnerem opracował musical Romek i Julka, który dzieje dwóch szekspirowskich skłóconych rodów przenosił w galicyjski świat i okolice dwóch dzielnic – Zwierzyńca i Krowodrzy. Ich mieszkańcy, tak jak odwieczni kibice drużyn Wisły i Cracovii, rywalizowali i walczyli ze sobą. A młodzi mieli się ku sobie, choć urodzili się po dwóch stronach krakowskich Błoń. Kwiatkowski był mistrzem parafrazy i nawiązań do najlepszej literatury, miał też ogromną bibliotekę, którą w dużym stopniu zawdzięczał przyjaźni z krakowskimi antykwariuszami Stefanem Kamińskim i Marianem Krzyżanowskim.

Podwórko Domu Literatów, sierpień 1945. Stoją od lewej: Stanisław Dygat, Czesław Miłosz, Jerzy Zawieyski, Stefan Otwinowski, Tadeusz Breza, Jerzy Andrzejewski, Kazimierz Brandys. Siedzą od lewej: Kazimierz Wyka, Helena Wielowieyska, Leon Kruczkowski i Xenia Żytomirska, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Podwórko Domu Literatów, sierpień 1945. Stoją od lewej: Stanisław Dygat, Czesław Miłosz, Jerzy Zawieyski, Stefan Otwinowski, Tadeusz Breza, Jerzy Andrzejewski, Kazimierz Brandys. Siedzą od lewej: Kazimierz Wyka, Helena Wielowieyska, Leon Kruczkowski i Xenia Żytomirska, fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Był więc aż nadto przywiązany do Krakowa, do literatury i sztuki polskiej, ale jednak (jak każdy niespokojny krakus) zawsze chętny do najdalszej podróży – takiej, z której po wielu trudach i niezwykłościach będzie można spokojnie do Krakowa wracać. Pierwszą daleką wyprawę odbył w roku 1948 – na statku handlowym, który płynął do Ameryki Południowej, do Brazylii i Argentyny, gdzie w Buenos Aires odwiedził pracującego w polskim banku Witolda Gombrowicza. Inną w roku 1961 na Daleki Wschód, do Indonezji i Japonii. Wcześniej, w 1957 roku odwiedził Paryż, nawiązując kontakty z „Kulturą”, z Jerzym Giedroyciem, Zygmuntem Herzem i mieszkańcami Maisons-Laffitte. Te podróże wymagały w ówczesnej rzeczywistości znacznej determinacji. Kwiatkowski jednak wytrwale pokonywał przeszkody, przez cały czas czując się polskim pisarzem, dla którego świat był tylko częścią jego literackiego życia i wielkiej biblioteki. I nawet w starszym już wieku, kiedy nie mógł być tak aktywny, zwykł powtarzać, że musi pisać, tylko pisać.

Aktorzy Teatru Rapsodyków na jubileuszu: Zbigniew Poprawski (drugi od lewej) i dalej: Halina Kwiatkowska, Tadeusz Malak, Tadeusz Szybowski i Jan Adamski , fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Aktorzy Teatru Rapsodyków na jubileuszu: Zbigniew Poprawski (drugi od lewej) i dalej: Halina Kwiatkowska, Tadeusz Malak, Tadeusz Szybowski i Jan Adamski , fot. ze zbiorów Moniki Kwiatkowskiej

Tadeusz Kwiatkowski – pisarz i niezwykły człowiek o wyjątkowym uroku i znakomitej pamięci. Dziś, kiedy minęło 100 lat od jego narodzin, to właśnie Biblioteka Kraków jest miejscem, gdzie pamięć o nim może być nadal żywa.

Stanisław Dziedzic – Pozytywistka z „wyjątkowego rocznika”. Krystyna Zbijewska (1920–2009)

Stanisław Dziedzic

Biblioteka Kraków

Pozytywistka z „wyjątkowego rocznika”. Krystyna Zbijewska (1920–2009)

Krystyna Zbijewska, fot. Wacław Klag

Krystyna Zbijewska, fot. Wacław Klag

Krystyna Zbijewska, urodzona w 1920 roku w Złoczowie, w ziemi lwowskiej, poza krótkim, bo zaledwie paroletnim epizodem najwcześniejszego okresu dzieciństwa w rodzinnym mieście całe swoje młode i dorosłe lata spędziła w Krakowie. Ten kresowy rodowód i atmosfera rodzinnego domu nauczycielskiej rodziny pozostawały w jej życiu sferą sentymentalnych odniesień, a ona zawsze czuła się przede wszystkim krakowianką. W tamtejszym renomowanym Państwowym Gimnazjum im. Królowej Wandy ukończyła ośmioletnią edukację, uwieńczoną maturą w 1938 roku. Po latach wyznawała, że jej pierwszym nauczycielem sztuki teatralnej był sam Juliusz Osterwa, który wprowadził zafascynowaną teatrem gimnazjalistkę w świat sztuki Stanisława Wyspiańskiego. Właśnie w stworzonym przez Osterwę „teatrze szkolnym” obejrzała słynne inscenizacje dramatów Wyspiańskiego: Warszawianki, Wesela, Wyzwolenia czy Klątwy w wykonaniu znakomitych krakowskich aktorów. Te fascynacje i szerokie zainteresowanie literaturą piękną zadecydowały o wyborze kierunku studiów uniwersyteckich. Z oczywistych powodów była to krakowska polonistyka uniwersytecka, gdzie wykłady prowadzili wybitni profesorowie – między innymi Stanisław Pigoń, Stefan Kołaczkowski, Tadeusz Milewski, Mieczysław Małecki, Kazimierz Nitsch, a z młodszego pokolenia Kazimierz Wyka i Stanisław Urbańczyk.

Znakomita była kadra profesorska, ale i niemałe nadzieje na intelektualny rozwój dawali rówieśnicy z rocznika polonistyki, którzy z Krystyną Zbijewską rozpoczynali wtedy studia.

To był wyjątkowy rocznik – stwierdzał profesor Kazimierz Wyka o studentach krakowskiej polonistyki uniwersyteckiej, rozpoczynających studia jesienią 1938 roku. – Nigdy już nie powtórzył się taki w mojej profesorskiej karierze – mawiał. Wystarczy powiedzieć, że na uniwersyteckich ławach w „Gołębniku” jako studenci pierwszego roku polonistyki zasiadali wówczas Hołuj i Żukrowski, Kwiatkowski (Tadeusz) i Kydryński (Juliusz), Bodnicki i Lau, Pankowski (…) oraz Karol Wojtyła, sławny dziś w świecie, co prawda nie dzięki swym literackim uzdolnieniom…1K. Zbijewska, Z Muzami pod rękę, Kraków 1991, s. 50.

Wybitny historyk literatury, naówczas młody doktor, pisał po latach o tej „wyjątkowości rocznika”, sama zaś Zbijewska pamiętała dobrze o jego licznych innych osobach, wśród których byli także młodsi jego koledzy – profesorowie uniwersyteccy Irena Klemensiewiczowa (Bajerowa), Maria Pachówna (Przetacznikowa), Maria Bobrownicka, a także Janina Garycka, Halina Królikiewicz (Kwiatkowska) czy Jerzy Bober. Z oczywistych powodów pominęła swoją osobę, natenczas w środowisku, nie tylko krakowskim, dobrze znaną.

Krystyna Zbijewska, fot. Wacław Klag

Krystyna Zbijewska, fot. Wacław Klag

Przerwane wybuchem wojny studia polonistyczne kontynuowała w okresie powojennym, uzyskując w 1951 roku magisterium. Pracę magisterską przygotowała pod kierunkiem prof. Kazimierza Wyki. Już w 1945 roku podjęła pracę w redakcji „Dziennika Polskiego” i na łamach tego pisma debiutowała. W redakcji, jako bodaj najmłodsza, a przy tym studentka, pracowała w pierwszych i trudnych powojennych latach nieomal wyłącznie w gronie przedwojennych dziennikarzy, głównie dawnych redaktorów „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”. Zaraz po tak zwanym wyzwoleniu Krakowa powrócili do opuszczonego przez okupantów niemieckich Pałacu Prasy i stworzyli polską gazetę codzienną „Kurier Krakowski”, którego tytuł po kilku miesiącach zamieniono na „Dziennik Polski”. Z tym pismem, które pierwotnie miało ambicje dziennika o charakterze ogólnopolskim, związana była zawodowo przez ponad 30 lat, do przejścia na emeryturę. Przez kilka lat pracę tę łączyła ze studiami dziennikarskimi (dyplom w 1955) w systemie zaocznym na Uniwersytecie Warszawskim.

Przyszło mi zdobywać dziennikarskie ostrogi – wspominała po kilku latach – w heroicznym, najbujniejszym okresie życia kraju, tuż po wyzwoleniu, gdy Kraków spełniał nieoficjalnie rolę stolicy polskiej kultury, skupiając w swych ocalałych od wojennej pożogi ­murach krocie najwybitniejszych artystów, a co za tym idzie, stając się miastem olbrzymiego fermentu twórczego, najciekawszych inicjatyw kulturalnych, niepowtarzalnej atmosfery. I oto w samym środku owego twórczego fermentu znalazła się studentka polonistyki, raczkująca dziennikarka…2Tamże, s. 5.

Była tą „raczkującą”, ale pojętną dziennikarką w zespole redakcyjnym „Dziennika Polskiego”. Niewielki, ale wielce doborowy był to zespół. Po latach wyznawała, że często mimo różnicy poglądów, zwłaszcza w sferze ideologii i ocen o podłożu estetycznym, bodaj największy wpływ na jej dziennikarską formację wywarli Stanisław Witold Balicki i Jan Alfred Szczepański. Prace zespołu redakcyjnego wspomagali współpracownicy o znakomitych piórach, ludzie powszechnie znani, między innymi Jerzy Waldorff czy Edmund Osmańczyk. Na łamach „Dziennika Polskiego”, a zwłaszcza jego licznych dodatków (z „Dziennikiem Literackim” na czele, który na początku 1951 roku został przekształcony w periodyk „Życie Literackie”), zamieszczali swoje teksty między innymi Leopold Staff, Ludwik Hieronim Morstin, Kornel Makuszyński, Czesław Miłosz, Anna Świrszczyńska, Hanna Mortkowicz-Olczakowa. Na łamach „Dziennika Polskiego” debiutowali Wisława Szymborska, Tadeusz Nowak, Jerzy Harasymowicz. W latach 1950–1954 z redakcją „Dziennika Polskiego” związany był etatowo Sławomir Mrożek, który na łamach pisma zamieszczał swoje teksty także w następnych latach.

Krystyna Zbijewska, specjalizująca się w dziedzinie kultury i sztuki, została z czasem wieloletnią kierowniczką działu kultury. Miała zatem niemały wpływ nie tylko na dobór tematyki i tekstów kierowanych do publikacji, ale też autorów wywodzących się w znacznej mierze spoza środowisk stricte dziennikarskich. W znacznej mierze właśnie jej decyzjom i kontaktom przypisać należy fenomen zgromadzenia wokół redakcji „Dziennika Polskiego” znakomitego zespołu ludzi dysponujących świetnymi piórami, odważnie podejmujących złożone problemy kultury, nie tylko krakowskiej, i uczących czytelników tego pisma rozsądnego, obywatelskiego myślenia i tej fascynacji, która wyzbyta taniego oleodrukowego powabu, potrafiła w niełatwych przecież czasach ­otwierać perspektywy rzetelnej informacji, podanej w sposób atrakcyjny. „Dziennik Polski” różnił się w tym względzie od wielu pism codziennych, dostępnych na rynku, głównie dlatego że był ukierunkowany bardziej na zagadnienia związane z kulturą i ze sprawami społecznymi niż na sferę polityki.

Zbijewska powinności dziennikarskie wypełniała z głębokim poczuciem publicznej służby. Wielokrotnie podkreślała, że dziennikarstwo jest zawodem wymagającym niemałej odpowiedzialności, niełatwym, często zabijającym życie prywatne, dostarczającym niesamowitych stresów i ograniczeń, których musiała zasmakować w czasach dotkliwej cenzury, ale gdy mu towarzyszy pasja działania i tak zwane powołanie, przynosi niemało satysfakcji i radości. Umiała doceniać liczne dogodności, a nawet przywileje, które stwarza uprawianie tego zawodu – na przykład możliwość uczestnictwa w ważnych wydarzeniach, tropienia nieznanych zdarzeń, kontaktów z nietuzinkowymi ludźmi.

Dziennikarskie wyprawy, często do odległych miejsc, rozmowy i wywiady z ludźmi niezwykłymi – nierzadko chciałoby się stwierdzić: z najwyższej półki, a także z osobami wypełniającymi na co dzień swoje zwyczajne, zawodowe powinności, wielogodzinne i uciążliwe ślęczenie nad trudnymi do odczytania materiałami źródłowymi, uporczywe weryfikowanie danych dawały w przypadku Krystyny Zbijewskiej, skrupulatnej, sumiennej redaktorki, z pasją badawczą wypełniającą zawodowe powinności, efekty znacząco wykraczające poza jej dziennikarską gazetową codzienność. Z czasem – dość wcześnie –Zbijewska doszła do przekonania, że okoliczności docierania do ważnych osobistości ze świata kultury i sztuki czy też szansa wglądu do niedostępnych zbiorów albo wręcz archiwów może być jednorazową szansą, przywilejem chwili, w związku z czym powinna w wielu takich sytuacjach przewidzieć z góry dodatkowe, poza „Dziennikiem Polskim”, wykorzystanie zgromadzonych materiałów. Zamysł ten przyniósł z czasem znakomite efekty, już niekoniecznie dziennikarskie, lecz pisarskie.

W swojej dziennikarskiej codzienności umiała się na ogół pięknie, po norwidowsku spierać się ze swoimi interlokutorami czy przełożonymi, choć w działaniu i obronie swoich poglądów potrafiła się wypowiadać w sposób zasadniczy, czasem wręcz apodyktyczny. Spośród preferowanych obszarów kultury największą miłością darzyła teatr pojmowany zarówno w sferze scenicznej, dramaturgicznej, jak i aktorskiej. Kochała ludzi teatru. Joanna Antecka pisała:

Powiedzmy zaraz – teatr z należytą atencją traktujący literaturę sceny, dochowujący wierności didaskaliom lub przynajmniej niezbyt daleko od nich odchodzący. No i – oczywiście – teatr wielkiego aktorstwa. Przechowując w serdecznej pamięci Juliusza Osterwę, doceniała następne generacje. Do młodszych postaci sceny darzonych przez red. Zbijewską ciepłym zainteresowaniem należał Leszek Herdegen, który zresztą wcześniej, będąc licealistą, debiutował pod okiem pani Krystyny jako poeta w redagowanym przez nią jednym z dodatków literackich „Dziennika Polskiego”3J. Antecka, Była ostatnią pozytywistką, „Dziennik Polski” 2009, nr 20..

W 1962 roku wraz ze znanym krakowskim pisarzem Tadeuszem Kudlińskim, zamieszczającym na łamach „Dziennika Polskiego” liczne artykuły, głównie recenzje teatralne, założyła Krystyna Zbijewska Klub Miłośników Teatru. Instytucjonalnie był ten Klub ulokowany w Krakowskim Domu Kultury – pałacu Pod Baranami, a medialnie w „Dzienniku Polskim”. Klub posiadał liczne filie w szkołach, uczelniach, a także w zakładach pracy (w samej tylko krakowskiej Polfie zrzeszał ponad 500 miłośników sztuki teatralnej). Członkowie Klubu organizowali popremierowe dyskusje, konkursy na recenzje teatralne, ulubionych aktorów, położyli niemałe zasługi w dziele popularyzacji ludzi teatru, a także roli teatru w życiu publicznym. Klub funkcjonował do 1972 roku. O zasługach społecznych Klubu Miłośników Teatru Wacław Krupiński pisał:

(…) fundowali krakowskie tablice upamiętniające miejsca związane z wybitnymi ludźmi teatru – Osterwą, Wyspiańskim, Pawlikowską, Boyem-Żeleńskim, to z inicjatywy red. Krystyny Zbijewskiej stanęły obeliski w Mogile – ku czci Wojciecha Bogusławskiego, który tamże pomieścił akcję Krakowiaków i Górali, jak i w Węgrzcach – na miejscu domu, w którym ostatnie miesiące życia spędził autor Wesela.

Na apel red. Zbijewskiej w ramach społecznej zbiórki „Pamiątek Melpomeny” zebrano ponad 6 tys. darów, w tym rzeczy tak cenne jak laska Fantazego, która służyła wcielającemu się weń Osterwie, kostiumy, zaproszenia do Zielonego Balonika. Starczyło tych przedmiotów na trzy wystawy, z których potem trafiły do Muzeum Historycznego, by stać się zalążkiem Muzeum Teatralnego4W. Krupiński, Miłość wpisana w epokę, „Kraków” 2009, nr 2–3, s. 45..

Była osobą bardzo czynną i konsekwentną, zaangażowaną w organizację wielu inicjatyw publicznych, głównie w sferze kultury. Jako radna miasta Krakowa, zasiadająca w Miejskiej Komisji Kultury, inicjowała wiele ważnych dla Krakowa przedsięwzięć. Od pierwszych powojennych lat była członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, przez wiele lat pełniła funkcję wiceprezesa oddziału krakowskiego SDP, a w latach 1976–1980 była członkiem Zarządu Głównego SDP, prezesem Klubu Publicystów Polityki Kulturalnej, wiceprezesem Ogólnopolskiego Klubu Krytyki Teatralnej. Od lat osiemdziesiątych XX wieku już nie Stowarzyszenie Dziennikarzy, a nowo powstałe Stowarzyszenie Autorów Polskich było istotną platformą jej aktywności środowiskowej, zwłaszcza że jej aktywność zawodowa wrastała coraz wyraziściej w sferę większych form pisarskich. Spośród jej cennych inicjatyw, zrealizowanych przy jej osobistym, ogromnym zaangażowaniu, nie sposób pominąć powstania w Krakowie Muzeum Stanisława Wyspiańskiego (oddziału Muzeum Narodowego) oraz wzniesienia naprzeciwko Gmachu Głównego Muzeum Narodowego pomnika tegoż artysty dłuta Mariana Koniecznego.

Od lat sześćdziesiątych minionego wieku współpracowała z innymi mediami i popularnymi periodykami. Była stałą felietonistką Polskiego Radia (Listy do Teresy), sprawowała funkcję kierownika literackiego Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, w krakowskim ośrodku Telewizji Polskiej zrealizowała cykl programów pod nazwą Artystyczne pary. Systematycznie publikowała swoje teksty na łamach „Miesięcznika Literackiego”, „Życia Literackiego”, „Przekroju”, „Teatru”, „Krakowa”, „Zwierciadła”, a także w prasie codziennej.

Na łamach „Dziennika Polskiego” zamieszczała przez kilka lat felietony opatrzone wspólnym nadtytułem Z Muzami pod rękę. Tak też nazwała jubileuszową wystawę związaną z 30-leciem tego pisma, którą zorganizowała w 1975 roku, w pałacu Pod Krzysztofory – siedzibie głównej Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Wtedy pewnie zrodził się zamysł stworzenia – na podstawie opublikowanych tekstów, zachowanych w jej maleńkim mieszkaniu zasobów własnego, gromadzonego przez wiele lat archiwum, a także wspomnień – szerszego, najlepiej w odrębnej książce pomieszczonego autorskiego cyklu esejów – wspomnień o wybitnych artystach, związanych choćby niedługo z Krakowem. Postanowiła sięgnąć do pamięci i udokumentowanych reporterskich poczynań od lat najwcześniejszych. Pamiętała dziennikarską wyprawę do Leopolda Staffa mieszkającego przy ulicy Chopina, do pełnej pięknych pamiątek willi Wojciecha Weissa przy ulicy Krupniczej, pracowni Xawerego Dunikowskiego przy Karmelickiej, wywiady prasowe z Juliuszem Osterwą, Aleksandrem Zelwerowiczem i innymi luminarzami nie tylko scen krakowskich, ale i życia literackiego. Tak zrodziła się po latach koncepcja zbioru kilkunastu esejów wspomnieniowych, między innymi o Juliuszu Osterwie, Zofii Jaroszewskiej, Kazimierzu Wyce, Karolu Fryczu, Ludwiku Solskim, Melchiorze Wańkowiczu, Marii (Marusi) Kasprowiczowej czy Janie Sztaudyngerze. Książka Z Muzami pod rękę ukazała się w 1991 roku nakładem Krajowej Agencji Wydawniczej. Krystyna Zbijewska zamyślała kontynuować tak pojętą serię, ale zamiaru tego nie zdołała już zrealizować.

Dwa organizowane w Krakowie z niemałym rozmachem jubileusze: 50-lecia śmierci Wyspiańskiego (1957) i 100-lecia jego urodzin (1969), i osobiste zaangażowanie Krystyny Zbijewskiej w przygotowanie tych uroczystości stały się prawdziwym probierzem narastającej jej fascynacji dziełem Czwartego Wieszcza, skłoniły ją też do podjęcia szeroko zakrojonych, dogłębnych poszukiwań badawczych związanych z biografią i artystycznymi dokonaniami Stanisława Wyspiańskiego5Szerzej: S. Dziedzic, Romantyka ostatniej pozytywistki, w: tegoż, Antynomie ładu i niezgody. Krakowskie studia do portretów, Kraków 2019.. Efekty tych badań były imponujące: na łamach licznych periodyków, ale także w samym jej macierzystym „Dzienniku Polskim”, ukazały się liczne teksty, nader cenne, bo odsłaniające wiele nieznanych dotąd kwestii związanych z Wyspiańskim, jego twórczością czy rodziną. Zbijewska umiała swoim profesjonalizmem dziennikarskim, umiarem i taktem zaskarbiać zaufanie swoich rozmówców, posiadała też znakomity warsztat pisarski, którego uczyła się u najlepszych mistrzów, obdarzona była nadto niemałym talentem narracyjnym. Wielu czytelników, zafascynowanych jej kolejnymi artykułami, genologicznie zróżnicowanymi, zachęcało ją do napisania książki ­poświęconej Wyspiańskiemu, a najlepiej kilku takich książek. Solidnych faktograficznie, a napisanych „po ludzku do ludzi”. W 1979 roku na łamach „Twórczości” o wydanie wyboru tych artykułów w formie książkowej apelował Józef Dużyk, stały współpracownik „Dziennika Polskiego”, autor obszernych monografii o Włodzimierzu Tetmajerze i Lucjanie Rydlu. Inicjatywę Dużyka poparli usilnie świadkowie dokonań Zbijewskiej, w tym sam Kazimierz Wyka i Stanisław Witold Balicki. Dla Krystyny Zbijewskiej kluczowe stawało się teraz pytanie, czy jej książka o Wyspiańskim ma być zbiorem artykułów prasowych, gatunkowo zróżnicowanych i z konieczności wyrywkowych, poświęconych nierzadko jakimś epizodom, a kiedy indziej bardziej złożonym, usystematyzowanym merytorycznie kwestiom, czy też ma to być książka o jednolitej kompozycji i przemyślanej całościowo konstrukcji. Pierwszy model książki rychło odrzuciła, pozostał drugi, bardziej pasjonujący, wymagający szerokiej, dogłębnej konsekwencji – model opowieści łączącej dziennikarską pasję, reporterską akrybię z rygorami naukowego wywodu. Efektem długotrwałych solidnych prac była ta pierwsza w dorobku Zbijewskiej książka Orzeł w kurniku, wydana w 1980 roku nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego, chyba najlepsza w jej pisarskim dorobku. Wzbudziła powszechny zachwyt. Jolanta Antecka, dziennikarka „Dziennika Polskiego”, pisała:

(…) jej pierwsza i najważniejsza książka miała znakomite recenzje. „Orzeł w kurniku przynosi mnóstwo interesujących, a nowych, rewelacyjnych faktów” – chwalił Wojciech Natanson. „Z przyjemnością czytam książkę Krystyny Zbijewskiej o Wyspiańskim. Ile ciekawych rzeczy, spraw potrafiła wygrzebać w związku z tym niezwykłym człowiekiem. Jak świetnie napisana” – wtórował Karol Estreicher. Opinie te w pełni podzielali czytelnicy i pod tym względem książka była dużym sukcesem. (…) Orzeł w kurniku zainaugurował działania, których uwieńczeniem miało stać się Muzeum Wyspiańskiego6J. Antecka, Była…, dz. cyt..

Czytelnicy tej niezwykłej książki mieli bez wątpienia powody do poczucia, że autorka wielokrotnie skąpiła w niej informacji, zwłaszcza w odniesieniu do ­delikatnej natury kwestii osobistych, dotyczących między innymi rodziny artys­ty, których ujawnienie uznawała za przedwczesne. Książka ta została w 1981 roku uhonorowana nagrodą główną w konkursie „Książka roku”, organizowanym przez redakcję „Echa Krakowa”.

Do problematyki związanej z Wyspiańskim i związków artysty z jego rodzinnym Krakowem Zbijewska powracała w następnych latach wielokrotnie. W 1986 roku ukazała się jej bogato ilustrowana, niewielkich rozmiarów książka Krakowskim szlakiem Stanisława Wyspiańskiego, wydana nakładem Wydawnictwa PTTK „Kraj”, a w roku 2000, w Bibliotece Salonu Literackiego Stowarzyszenia Autorów Polskich w Krakowie, popularna książeczka Przybliżyć „Wesele”, poświęcona pierwowzorom literackich bohaterów arcydramatu Wyspiańskiego (seria redagowana przez Jana Poprawę i Tadeusza Skoczka).

Krystyna Zbijewska koncentrowała swoje zainteresowania publicystyczne wokół sztuki teatralnej. Teatr – jak już wspomniano – był jej zawsze szczególnie bliski. Przez wiele lat pilnie śledziła poczynania artystyczne krakowskich teatrów, zamieszczała solidnie przygotowane, napisane ze znawstwem recenzje spektakli premierowych, cieszyła się sukcesami artystycznymi ludzi teatru i zespołów. Efektem trwałych fascynacji Zbijewskiej życiem Krakowa i wybitnymi artystami sztuki scenicznej jest obszerna, bogato udokumentowana monografia poświęcona znakomitej krakowskiej aktorce, występującej na deskach Teatru im. J. Słowackiego i Starego Teatru, Teatru Telewizji, aktorce filmowej – Zofii Jaroszewskiej. Książka została wydana staraniem Tadeusza Skoczka w kierowanej przez niego Oficynie „Cracovia”, w serii Biblioteki Stowarzyszenia Autorów Polskich (1996).

Kiedy na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku podjęto w Krakowie przygotowania do organizacji jubileuszowych 100-lecia Teatru im. Juliusza Słowackiego, Zbijewska włączyła się do tych przygotowań. Pod jej kierunkiem przygotowano okazałe wydawnictwo jubileuszu Dwadzieścia kroków wszerz i wzdłuż… Wspomnienia w 100-lecie Teatru im. Juliusza Słowackiego, w jej autorskim opracowaniu i pod jej redakcją.

Krystyna Zbijewska w ocenie sztuki teatralnej preferowała spektakle utrzymane w formule tradycyjnej, teatry awangardowe – między innymi Teatr Cricot 2 Tadeusza Kantora traktowała z należną powagą, ale ze zdecydowaną wstrzemięźliwością w ocenach. Uznawała, że teatralny eksperyment nie powinien sięgać wielkiej, profesjonalnej sceny.

Życiu kulturalnemu Krakowa towarzyszyła także po przejściu na emeryturę. Jednym z ostatnich jej tekstów, zamieszczonych na łamach „Dziennika Polskiego”, był artykuł Moja wielka miłość, w którym w 110-rocznicę otwarcia sceny na placu Świętego Ducha pomieściła wspomnienia o swoich związkach z tą sceną, zaświadczając, że miłość dziennikarki, a zarazem uczestniczki wielu wydarzeń artystycznych, jej relacje ze środowiskami teatralnymi Krakowa były serdeczne i obustronne. W 2001 roku, w 100-lecie premiery Wesela, autorka Orła w kurniku odznaczona została Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski za całokształt dokonań, w tym głównie za przybliżanie społeczeństwu postaci i dzieł Stanisława Wyspiańskiego.

W wydanej w 2005 roku, u schyłku jej aktywności twórczej, książce wspomnieniowej Moje przygody dziennikarskie, poświęconej kontaktom z polskimi i zagranicznymi środowiskami kulturalnymi i ludźmi z pierwszych stron gazet, pisała o swojej odpowiedzialnej drodze życia, dzięki czemu mogła żyć „pięknie i nieszablonowo”.

Los sprawił, że dane mi było przez cały długi okres dziennikarskiego żywota zajmować się jedną, jakże obszerną dziedziną życia: kulturą. A przede wszystkim – sztuką; w niej zaś głównie – teatrem. Ta dziennikarska „specjalizacja” sprawiła, że miałam okazję poznać sceny całej nieomal Europy, spotkać znakomitych twórców różnych nacji, nawiązać serdeczne kontakty z artystami rodzimymi. Wszystkie te przeżycia, wszystkie międzynarodowe kontakty znalazły swój obraz w setkach artykułów, felietonów, recenzji, sprawozdań, prasowych wywiadów, zagranicznych reportaży7 K. Zbijewska, Moje przygody dziennikarskie, Kraków 2005, s. 5..

Krystyna Zbijewska zmarła 17 stycznia 2009 roku. Spoczęła na cmentarzu Salwatorskim, ulubionej przez artystów nekropolii, w pobliżu grobów swoich wielkich uniwersyteckich profesorów Stanisława Pigonia i Kazimierza Wyki oraz luminarzy krakowskiej sceny narodowej, o której pisała z wdzięcznością i zachwytem: Zofii Jaroszewskiej, Juliusza Osterwy, Karola Frycza, Mieczysława Kotlarczyka. Wierna wielkiej sztuce teatralnej, wbrew tylu przeciwnościom…

Artur Czesak – Życie godne i skuteczne Irena Bajerowa (1921–2010)

Artur Czesak

Biblioteka Kraków

Życie godne i skuteczne Irena Bajerowa (1921–2010)

Prof. Irena Bajerowa, fot. Agnieszka Sikora

Prof. Irena Bajerowa, fot. Agnieszka Sikora

Przedwojenna polonistyka Uniwersytetu Jagiellońskiego przyciągała ludzi zdolnych, a dzięki legendarnym i wymagającym profesorom wyposażała w wiedzę i kształtowała postawy, choć przyznać trzeba, iż kształtowanie się postaw, żywe dyskusje ideowe to w równej mierze zasługa także innych środowisk. Stanisław Urbańczyk (1909–2001), który rozpoczął pracę jako asystent i prowadził zajęcia z gramatyki opisowej lub fonetyki polskiej, tak wspominał to pokolenie:

Pierwszy rocznik 1937/1938 nie był ciekawy. Za to następny (…): była w nim Irena Klemensiewiczówna, córka profesora, w przyszłości profesor Uniwersytetu Śląskiego, Maria Bobrownicka, później docent i profesor literatur zachodniosłowiańskich, Wojciech Żukrowski, Tadeusz Hołuj, Tadeusz Kwiatkowski, Jerzy Lau, Jerzy Bober, Juliusz Kydryński, Tadeusz Kieta, Maria Pachówna (…). No i Karol Wojtyła. Wprawdzie nie mogę powiedzieć, żeby oni wszyscy przykładali się do nauki, ale zajęcia z nimi były ciekawe i cały rocznik pozostał w mojej pamięci barwny i żywy1S. Urbańczyk, Z miłości do wiedzy. Wspomnienia, do druku przygotował i przypisami opatrzył A. Gorzkowski, Kraków 1999, s. 256..

Maturzyści roku 1938 – cóż to byli za ludzie! Dołączyła do nich zmarła przed dziesięciu laty prof. Irena Bajerowa. Urodzona 13 marca 1921 roku w Krakowie, córka Marii z Kozłowskich Klemensiewiczowej oraz Zenona Klemensiewicza, wybitnego językoznawcy2Najwięcej danych bio- i bibliograficznych zawiera księga wydana z okazji doktoratu honorowego UŚ: Irena Bajerowa. Doctor Honoris Causa Universitatis Silesiensis, oprac. J. Warchala, Katowice 2008.. W 1930 roku ukończyła szkołę powszechną, w 1936 roku złożyła „egzamin maturalny typu humanistycznego” w gimnazjum sióstr Urszulanek, a w 1937 ukończyła kurs średni w Konserwatorium Muzycznym w klasie fortepianu i teorii muzyki.

Podporucznik

Podczas wojny w latach 1940–1943 uczęszczała do Szkoły Przemysłu Artystycznego (Kunstgewerbeschule), pracowała legalnie w PCK i RGO, uczęszczała na tajne wykłady UJ, sama działała w tajnym nauczaniu na poziomie szkoły średniej, ucząc łaciny. Do organizacji konspiracyjnych wstępowała dwukrotnie, najpierw do nieznanej z nazwy, gdzie przeszkolono ją z „terenki”, później do ZWZ3I. Bajerowa, Relacja o służbie wojenej [sic! – A.C.] z 1998 r., złożona w Fundacji gen. Elżbiety Zawackiej, https://kpbc.umk.pl/Content/203205/PDF/Klemensiewicz_Irena_1476_WSK.pdf.. Po „wsypie” w 1941 roku na krótko opuściła Kraków. Od stycznia do października 1943 pracowała w Warszawie („byłam łączniczką i wykonywałam pewne prace techniczne przy wykonywaniu fałszywych papierów”)4Tamże, s. 3.. W Krakowie w lipcu 1944 roku została łączniczką podporucznik czasu wojny, odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami. Przyszły mąż był aresztowany w 1945 roku, ona sama ujawniła się jesienią tego rok„Leliwy” – Kazimierza Bajera (ur. 1918). Służbę zakończyła w lutym 1945 jako u, w 1946 była aresztowana na 10 dni w związku ze sprawą „Leliwy” skazanego na pięć lat więzienia. Ślub odbył się w 1952 roku – dziećmi państwa Bajerów są inżynier Jerzy Bajer i iberystka Renata Turlej.

Uczona i organizatorka

Irena Klemensiewicz zam. Bajerowa, ps. „Cesia”, „Basia”, Zbiory Fundacji Generał Elżbiety Zawackiej, zawacka.pl

Irena Klemensiewicz zam. Bajerowa, ps. „Cesia”, „Basia”, Zbiory Fundacji Generał Elżbiety Zawackiej, zawacka.pl

W 1948 roku ukończyła studia polonistyczne, a tematem pracy magisterskiej były Wyrazy złożone nowszej polszczyzny kulturalnej (wydanie książkowe w roku 1951), a już po trzech latach obroniła doktorat o oboczności e ø (tzw. zera) w przyimkach, którego promotorem był prof. Kazimierz Nitsch. Irena Klemensiewiczówna debiutowała w druku w roku 1950 na łamach „Języka Polskiego”, organu Towarzystwa Miłośników Języka Polskiego, będącym pokłosiem doktoratu artykułem, który można uznać za program badawczy realizowany konsekwentnie przez 60 lat wytrwałej pracy. Był to polemizujący z opiniami warszawskich językoznawców tekst Czy wolno nam mówić „we wodzie ze sokiem”, w którym broniła regionalnych cech krakowskich za pomocą argumentów statystycznych i historycznych. Fakty językowe zawsze będą starannie i reprezentatywnie dobierane, a dzięki temu dane statystyczne będą miały walor obiektywizmu. Od 1955 roku do emerytury Irena Bajerowa pracowała w Katowicach (syn miał dwa lata, córka miała się urodzić w 1958), w Wyższej Szkole Pedagogicznej, która w roku 1968 roku stała się Uniwersytetem Śląskim. Wymagająca od siebie, mobilizowała uczniów i podwładnych do wysiłku osiągania kolejnych stopni kariery i wtajemniczenia. W 1963 roku uzyskała habilitację na Uniwersytecie Wrocławskim na podstawie pracy Kształtowanie się systemu języka polskiego w XVIII wieku. W ten oto sposób uczona stała się dojrzałym i samodzielnym formalnie historykiem języka. Od 1964 roku kierowała Katedrą Języka Polskiego, następnie Katedrą Historii Języka Polskiego WSP w Katowicach, pełniła też funkcję zastępcy dyrektora Instytutu Filologii Polskiej UŚ.

Tragiczna i tajemnicza śmierć ojca w katastrofie samolotu pod Babią Górą 2 kwietnia 1969 roku postawiła uczoną przed niełatwym zadaniem dokończenia – poprzez rekonstrukcję i kompilację różnych wypowiedzi Zenona Klemensiewicza – jego monumentalnej Historii języka polskiego, doprowadzonej zasadniczo do roku 1939.

W 1974 Irena Bajerowa została profesorem. Organizowała prace zespołowe i dydaktykę, a także sama objęła refleksją naukową i wnikliwymi studiami nowe pola badawcze, co zaowocowało niewielką i popularną, lecz do dziś inspirującą książeczką Wpływ techniki na ewolucję języka polskiego (1980).

Język religijny

W Krakowie angażowała się nie tylko w życie naukowe w ramach Towarzystwa Miłośników Języka Polskiego, Polskiej Akademii Umiejętności czy wydarzeń dziejących się w językoznawczych środowiskach polonistycznych. Brała udział w pracach zespołu synodalnego w ramach zorganizowanego przez kardynała Wojtyłę synodu archidiecezji krakowskiej, wdrażającego reformy II Soboru Watykańskiego. Badania nad językiem religijnym czy też językiem komunikacji religijnej nie były czymś zwyczajnym. Słusznie przypomniał prof. Piotr Żmigrodzki, że „w owych latach zajęcie się tym tematem stanowiło akt odwagi; z pewnością był to jeden z czynników, jakie wpłynęły na opóźnienie nominacji Ireny Bajerowej na profesora zwyczajnego”5P. Żmigrodzki, Profesor Irena Bajerowa (13 III 1921 – 30 VI 2010), „Język Polski” 2010, s. 243. – ta nominacja przyjdzie dopiero w 1989 roku. Zaangażowanie prof. Bajerowej w strukturach Kościoła krakowskiego było zharmonizowane z jej postawą jako uczonej. Zwracała uwagę na język, jakim posługuje się Kościół, zwłaszcza na to, że elementy języka propagandy „zakradają się nawet do oficjalnych wypowiedzi naszych pasterzy”. Etykietki, schematy stylistyczne zostały opisane, a także skrupulatnie wyliczone i skrytykowane przez osobę świecką świadomie podejmującą odpowiedzialność za wspólnotę w zakresie, w którym dysponowała specjalistyczną wiedzą6Lingwista [= I. Bajerowa], O właściwy styl wypowiedzi duszpasterskich Kościoła polskiego, „Spotkania: niezależne pismo młodych katolików” 1979, nr 9 (październik), s. 22–28.. Pionierskie prace Ireny Bajerowej, opisujące między innymi tendencje do zastępowania języka archaicznego i hieratycznego przez elementy typowe dla stylu potocznego i politycznej propagandy z elementami nowomowy, są wciąż lekturą obowiązkową7Zob. np. I. Bajerowa, Kilka problemów stylistyczno-leksykalnych współczesnego polskiego języka religijnego, w: O języku religijnym. Zagadnienia wybrane, red. M. Karpluk, J. Sambor, Lublin 1988, s. 21–44. dla chcących się nie publicystycznie, lecz naukowo wypowiadać o języku, którym posługują się ludzie religijni8Termin J.A. Kłoczowskiego OP..

Prorektor

W 1980 roku zaangażowała się w struktury „Solidarności”, w 1981 została wybrana na stanowisko prorektora Uniwersytetu Śląskiego. Ów czas przemian społecznych był także istotną cezurą w zakresie języka uwolnionego w pewnym stopniu spod nacisku partyjnej nowomowy. Nawet tekst traktujący zasadniczo o kulturze języka można było odczytać jako manifest niezależności (Mówić poprawnie, lecz swobodnie9„Życie Literackie” 1981, nr 6, s. 1, 11.). Swoboda słowa, a nawet wolność osobista znów została zabrana bohaterce niniejszego szkicu na początku stanu wojennego. Urzędujący rektor August Chełkowski i prorektor Irena Bajerowa zostali internowani. Profesor Bajerową zwolniono z miejsca odosobnienia i z funkcji na uczelni.

Nie można bez wzruszenia czytać takiej relacji, wpisującej się we wspomnienia czasu wojny, gdy uniwersytet był „za kolczastym drutem”, lecz jeśli tylko starczało sił, by nie stracić nadziei, rozprawiano w Dachau czy Sachsenhausen o tym, co było treścią życia uczonych.

Pani Profesor opowiadała o swym pobycie w więzieniu Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach, przy ul. Lompy. Siedząc w celi więziennej, Pani Profesor wraz z internowaną swoją studentką… przerabiała uniwersytecki kurs gramatyki historycznej języka polskiego10S. Zabierowski, Wspomnienie o konwersatorium profesor Ireny Bajerowej z czasów stanu wojennego, w: Irena Bajerowa…, dz. cyt., s. 75..

Prof. Irena Bajerowa, fot. Agnieszka Sikora

Prof. Irena Bajerowa, fot. Agnieszka Sikora

Skrycie i jawnie

Ponieważ profesor Bajerowa zawsze odczuwała „większe zobowiązanie do angażowania się w ruchy o charakterze niepodległościowym”11I. Bajerowa, Relacja…, dz. cyt., s. 7., brała udział w licznych nieformalnych spotkaniach dyskusyjnych i odczytach, a równocześnie kształciła znakomity zespół językoznawczy, w tym grono historyków języka. Toczono dyskusje metodologiczne o uprawianiu tej dyscypliny językoznawczej. W wydanym przez londyńskie wydawnictwo Polonia tomie 40 lat władzy komunistycznej w Polsce ukazał się także tekst o nowomowie podpisany przez nikomu nie znanego Michała Piotra ­Markowskiego, lecz językoznawcom zapewne nieobcy był tok wywodu i sposób rzetelnego argumentowania12Oczywiście wraz ze swoim środowiskiem Irena Bajerowa „stanowiła zagrożenie”, toteż podejmowano wobec niej różnego rodzaju działania: „inwigilowana w ramach sprawy operacyjnej (sygn. IPN Ka 0169/1402, Kwestionariusz ewidencyjny „Elekt” nr 46874) prowadzonej przez funkcjonariusza SB Zbigniewa Podsiadło, przy pomocy tajnych współpracowników i innych formalnych oraz nieformalnych informatorów: TW „Jaś”, TW „Adam”, TW „Student”, TW „Kowalski”, TW „Anna”, TW „Nowacki”, k.s.7 WZ, k.s. AW, TW „Józef”, TW „Boss”, kandydat na TW „CM”, k.s. AA. W trakcie inwigilacji starano się ustalić i rozpoznać charakter jej kontaktów z osobami działającymi w opozycji antysocjalistycznej. Inwigilacja miała doprowadzić do „rozpoznania jej planów odnośnie prowadzenia negatywnej działalności politycznej oraz ustalenia zakresu destrukcyjnego wpływu na społeczność akademicką, uzyskania materiałów kompromitujących oraz procesowego udokumentowania wrogiej działalności „figuranta” [Ireny Bajerowej]. W trakcie inwigilacji, poza tajnymi współpracownikami, włączono inne techniki operacyjne, w tym kontrolę korespondencji oraz dwukrotnie przeprowadzono rewizję mieszkania. 17.09.1981 (sic!) mjr Kazimierz Goraj złożył wniosek o zatrzymanie i izolację I. Bajerowej na wypadek PZ8 [poważnego zagrożenia bezpieczeństwa państwa – A.C.]. Została zatrzymana 14.12.1981 jako urzędująca prorektor UŚ i internowana w ośrodkach internowania w Katowicach i w Raciborzu. 19.12.1981 uchylono internowanie, a 15.01.1982 roku została odwołana z funkcji prorektora ds. nauczania”, „Gazeta Uniwersytecka UŚ” 2009, https://gazeta.us.edu.pl/node/243551.. Tekst kończy się bardzo ważnymi słowami dowodzącymi, że metodycznie i skrupulatnie uprawiane językoznawstwo ma także cele pozajęzykowe – przeciwstawianie się sowietyzacji społeczeństwa i języka. „A więc znów – jak 100 lat temu – jak 200 lat temu – obrona języka okazuje się obroną polskości”13M.P. Markowski [pseud. I. Bajerowej], Jak oduczamy się mówić i myśleć – czyli o nowomowie w PRL, w: 40 lat władzy komunistycznej w Polsce, red. I. Lasowy, Londyn 1986, s. 198..

Hierarchia ról

Mimo oficjalności życia uczelnianego prof. Irena Bajerowa była uznawana za wzór nie tylko językoznawcy, ale także obywatela, osoby zaangażowanej w życie wspólnot, do których należy. Rady, a raczej autobiograficzne refleksje były sumą życiowych doświadczeń wspominanej tu uczonej: „Z hierarchią ról bywa kłopot. Lubię pracować na różnych polach, czyli grać różne role. To jest interesujące, takie życie jest bogate, ale niestety nieraz dochodzi do kolizji ról. I trzeba wybierać, a wtedy decydują doraźne warunki, moc danego zobowiązania, moc zagrożeń związanych z daną sytuacją itp. Są tu i błahe niby problemy (czytać bajeczki choremu dziecku czy pisać swój artykuł) i wręcz dramatyczne (iść w czasie ostrzału miasta na umówione spotkanie łączności czy zostać w domu z rodzicami, drżącymi o los narażającej się córki)… Ale trudnych wyborów nikomu życie nie szczędzi”14Rozmowa z A. Niewiarą, „Gazeta UŚ”, https://gazeta.us.edu.pl/node/238941. – mówiła uczona Aleksandrze Niewiarze.

Uczona jako żona, matka i babcia nie przestawała być językoznawczynią. Jak wielu przedstawicieli krakowskich środowisk naukowych spędzała lato w Gorcach, „pod rynkom”15Czyli w centrum, niedaleko rynku. Za informację tę dziękuję p. Irenie Hyrc z Kamienicy. w gminnej wsi Kamienica, zamieszkiwanej przez tak zwanych Górali Białych. Beztroski wypoczynek i sympatyczne relacje z mieszkańcami owocowały artykułami naukowymi w „Języku Polskim” i popularnymi w gminnych „Gorczańskich Wieściach” o fascynującym i ewoluującym systemie samogłoskowym miejscowej gwary. Mimo że dialektologia nie była głównym polem zainteresowań badaczki, kontakt z profesorem Nitschem nie mógł nie zostawić śladów – kompetencji i badawczej ciekawości.

Czas syntez (i splendorów)

Emerytura zastała prof. Irenę Bajerową w pełni sił twórczych, a uwolnienie od obowiązków uczelnianych było impulsem do napisania dalszych znakomitych, dawno już uznanych za potrzebne, metodologicznie przemyślanych prac historycznojęzykowych. Przede wszystkim imponująca, dokładna, skrupulatnie przeliczona na podstawie dobrze dobranych prób tekstów trzytomowa synteza Polski język ogólny XIX wieku. Stan i ewolucja 16Piszący te słowa nie może powstrzymać się od tego, by nie podzielić się wspomnieniem, że prof. Bajerowa spędzała długie godziny w obu salach katalogów Biblioteki Jagiellońskiej, pracowicie wypełniając rewersy, aby wynotowywać słowoformy, zdania, próbki zróżnicowanych gatunkowo, pokoleniowo, regionalnie tekstów do analiz. (1986–2000). To znakomity przekrój przez tendencje rozwojowe, normalizacyjne, a także przeciwne im bądź inercyjne, które sprawiały, że polszczyzna stawała się coraz bardziej jednolita i funkcjonalnie sprawna. Pomiędzy tomami syntezy XIX wieku pod kierunkiem prof. Bajerowej powstała cenna zbiorowa monografia Język polski czasu drugiej wojny światowej (1996) – duża część zespołu autorskiego wojnę znała tylko z filmów i opowiadań. Wreszcie w roku 2003 zaproponowała autorka Zarys historii języka polskiego 1939–2000, pracę stricte kontynuującą syntezę dziejów polszczyzny pióra Zenona Klemensiewicza.

W wolnej Polsce uczona energicznie działała w licznych gremiach naukowych, komisjach, radach naukowych, w PAU (mogła oceniać podręczniki szkolne, gdyż sama była autorką książek do „nauki o języku”), udzielała się w organizacjach społecznych, między innymi w Ormiańskim Towarzystwie Kulturalnym, wreszcie brała czynny udział w pracach Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN i jej komisjach, między innymi Komisji Języka ­Religijnego.

W 2008 roku Uniwersytet Śląski podczas wspaniałej uroczystości nadał „feminam doctissimam ac clarissimam Irenen Bajerowa” doktorat honoris causa. Podczas wykładu, polemicznego wobec poglądów uczonych „czystych”, zastanawiała się Czy językoznawcy są potrzebni?, czy jej wieloletni trud miał sens. Odpowiedź jest klarowna i wręcz wzniosła:

Zresztą – językoznawstwo takie czy inne to przecie humanistyka. A ona do czego potrzebna? Nie buduje miast ani dróg, nie pomaga w uprawie ziemi ani w wydobywaniu węgla… Ale daje refleksję nad człowiekiem, jego myślą i sposobem działania – refleksję analizującą, kontrolującą i regulującą. Taka refleksja jest warunkiem życia godnego i skutecznego – więc jest bezwzględnie potrzebna17I. Bajerowa, Czy językoznawcy są potrzebni?, w: Irena Bajerowa…, dz. cyt., s. 57..

We wdzięcznej pamięci

Profesor Irena Bajerowa zmarła 30 czerwca 2010 roku, przeżywszy 90 lat godnie i skutecznie. Uroczystości pogrzebowe były podniosłe siłą oczywistości, bez sztucznej emfazy. Grono współpracowników i wdzięcznych uczniów wspominało pracowite, odważne do heroizmu i odpowiedzialne życie. Nie bez wzruszenia cytował 8 lipca kard. Franciszek Macharski podczas homilii pogrzebowej w uniwersyteckiej kolegiacie św. Anny przyjacielską, ale zasadniczą w treści korespondencję „Drogi Franku, Kardynale” – znajomość czy też przyjaźń zadzierzgnięta została podczas wojny, gdy Zenon Klemensiewicz uczył przyszłego hierarchę. Uczoną pochowano na cmentarzu Rakowickim. 4 listopada tegoż roku zmarł Kazimierz Bajer.

Godne podkreślenia jest, że Instytut Języka Polskiego Uniwersytetu Śląskiego w latach 2016–2019 nosił imię Ireny Bajerowej18„We wrześniu roku 2019 Instytut Języka Polskiego im. Ireny Bajerowej zakończył swoją działalność na skutek reorganizacji Uniwersytetu Śląskiego” M. Siuciak, Dzieje Instytutu Języka Polskiego im. Ireny Bajerowej, „Forum Lingwistyczne” 2019, nr 6, s. 172..



STRESZCZENIE

Artur Czesak
Życie godne i skuteczne. Irena Bajerowa (1921–2010)

Artykuł powstały w 10. rocznicę śmierci Ireny Bajerowej (z domu Klemensiewicz) prezentuje sylwetkę naukową wybitnej krakowskiej językoznawczyni, studiującej polonistykę w 1938 roku wraz z Karolem Wojtyłą, badaczki historii języka polskiego doby nowożytnej i współczesnej (od XVIII wieku do 1989 roku), twórczyni i czołowej przedstawicielki językoznawstwa polonistycznego na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Nie mniej ważna jest życiowa postawa Uczonej, nosicielki krakowskiego etosu inteligenckiego, uczestniczki ruchu oporu przeciwko niemieckim okupantom, niezależnej i odważnej, metodycznej i skutecznej w działaniu, realizującej wyznaczone sobie naukowe cele.

SŁOWA KLUCZE

Irena Bajerowa, biografia, językoznawstwo

SUMMARY

Artur Czesak
A Worthy and Effective Life: Irena Bajerowa (1921–2010)

The paper, produced on the 10th anniversary of Irena Bajerowa’s (née Klemensiewicz) death, is aimed at presenting a scholarly portrait of a remarkable Kraków’s linguist and Karol Wojtyła’s fellow student at the Polish faculty in 1938 – Irena Bajerowa. She was a great scholar in history of modern and contemporary Polish language (from the 18th century till 1989) as well as the creator and leading exponent of the Polish language linguistics at the University of Silesia in Katowice. Irena Bajerowa’s demeanour in life is not the least less important: she followed the ethos of the Kraków intelligentsia and was involved with anti-German resistance. Independent and brave, disciplined and effective in action, she was able to achieve the scholarly goals she had once established for herself.

KEY WORDS

Irena Bajerowa, biography, linguistics

Marta Burghart – Z pokolenia Polski niepodległej: Karol Wojtyła

Marta Burghardt

Instytut Dialogu Międzykulturowego im. Jana Pawła II w Krakowie

Z pokolenia Polski niepodległej: Karol Wojtyła

Zdjęcie maturalne Karola Wojtyły z dedykacją dla Eugeniusza Mroza: „Kochanemu Koledze (albo byłemu Sąsiadowi)”, fot. z archiwum E. Mroza

Zdjęcie maturalne Karola Wojtyły z dedykacją dla Eugeniusza Mroza: „Kochanemu Koledze (albo byłemu Sąsiadowi)”, fot. z archiwum E. Mroza

Obchodzone w tym roku 100-lecie wojny polsko-bolszewickiej i cudu nad Wisłą, 40-lecie powstania „Solidarności” oraz 60-lecie „rewolucji” w Nowej Hucie to wydarzenia splatające się w zdumiewający sposób z życiem i działalnością Karola Wojtyły, późniejszego papieża, którego 100. rocznicę urodzin Sejm Rzeczypospolitej Polski uczcił, ustanawiając rok 2020 rokiem Jana Pawła II.

Eugeniusz Mróz, szkolny kolega Karola Wojtyły, na jubileusz stulecia urodzin, także swoich, opublikował wzruszającą książkę wspomnieniową. Jego Historia niezwykłej przyjaźni emanuje ciepłem i serdecznością, wdzięcznością bohaterom, którym Polska zawdzięcza niepodległość, wybrzmiewa echem szczerego patriotyzmu i wołaniem do kolejnych pokoleń o pamięć i szacunek, zwłaszcza dla poległych.

Jan Paweł II wielokrotnie przypominał, że przyszedł na świat w czasie wojny polsko-bolszewickiej i zawsze wyrażał wdzięczność tym, który podjęli bohaterską walkę i niejednokrotnie oddali w niej swe życie. Słowa papieża pieczołowicie pielęgnowane w pamięci Eugeniusza Mroza dziś nabierają jeszcze głębszego znaczenia i mogą przyprawiać o wzruszenie:

Spotykamy się raz jeszcze po upływie 56 lat od matury. Dziękuję Wam za to kolejne spotkanie w kaplicy Castel Gandolfo. Ma ona szczególną wymowę dla Polaków. Została urządzona przez Piusa XI, który za czasów cudu nad Wisłą był nuncjuszem Stolicy Apostolskiej w Warszawie i bardzo pokochał Polskę. O tym mówi wystrój tej kaplicy. Na jednej ścianie znajduje się obraz przedstawiający obronę Warszawy. Młody kapłan, ks. Skorupka, z krzyżem w ręku przewodzi zastępowi obrońców i zachęca do walki z nieprzyjacielem. Było to w 1920 roku pod Warszawą. Jest to także rok naszego urodzenia, rok w którym rozpoczęło się nasze życie. Od tego pokolenia rozpoczęła się historia Polski niepodległej. W niej upływało nasze dzieciństwo i lata młodzieńcze1E. Mróz, Historia niezwykłej przyjaźni, Kraków 2020, s. 77..

Ten rocznik, pokolenie 1920, to ludzie, dla których okres wchodzenia w dorosłość przypadł na lata II wojny światowej. Znów warto odwołać się do wspomnień Eugeniusza Mroza, który uświadamia nam, że z kolegów maturzystów z 1938 roku połowa brała udział w wojnie obronnej 1939, co czwarty walczył w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie i co czwarty oddał życie za ojczyznę. Autor konstatuje: „Była to najwyższa danina krwi i życia, jaką ten nasz rocznik wadowickiego gimnazjum, maturalny rocznik 1938, poniósł w walkach o wolność Polski”2Tamże, s. 59..

W Castel Gandolfo w sierpniu 1998 roku. Stoją od lewej: Witold Karpiński, Eugeniusz Mróz, Jan Wolczko, Jerzy Kluger, Szczepan Mogielnicki, Teofil Bojeś, Stanisław Jura, Józef Kwiatek, fot. Tadeusz Królikiewicz

W Castel Gandolfo w sierpniu 1998 roku. Stoją od lewej: Witold Karpiński, Eugeniusz Mróz, Jan Wolczko, Jerzy Kluger, Szczepan Mogielnicki, Teofil Bojeś, Stanisław Jura, Józef Kwiatek, fot. Tadeusz Królikiewicz

Książka najdłużej żyjącego ucznia z klasy papieskiej (zmarł jako ostatni z grona czterdziestu dwóch osób w wielu 100 lat) pokazuje, że większość chłopców z jego klasy trafiła do tak zwanej podchorążówki na dywizyjne kursy podchorążych rezerwy: czy to piechoty do Krakowa, czy to kawalerii do Grudziądza, czy też lotnictwa do Dęblina, i wszystkich dwudziestu dwóch brało udział w kampanii wrześniowej. Pierwszy, najmłodszy z klasy Zbigniew Gałuszka, zginął już na początku września, drugi, Józef Wąsik, został rozstrzelany przez Niemców w przeddzień Bożego Narodzenia na stokach kopca Kościuszki za udział w ruchu oporu. Po klęsce wrześniowej kilku żołnierzy z klasy gimnazjalnej Wojtyły zostało internowanych na Węgrzech, stamtąd uciekali przez Jugosławię i Turcję do Bejrutu. Kilku trafiło do Brygady Strzelców Karpackich, walczyli u boku armii francuskiej do czasu jej kapitulacji. Dalsze ich losy wojenne prowadziły przez tereny Palestyny, Egiptu, Tobruku i Iraku. To armia gen. Andersa, to kampania włoska. Pięciu kolegów z klasy papieskiej walczyło pod Monte Cassino, szczególnym bohaterstwem odznaczył się podporucznik Tomasz Romański i to właśnie jego opisał Melchior Wańkowicz w swym reportażu rzece. Ale walczył tam i Zdzisław Bernaś, trzykrotnie ranny, wielokrotnie odznaczany, Jerzy Kluger – wyznawca religii mojżeszowej, Rudolf Kogler i Tadeusz Czupryński. Ten ostatni przeżył gehennę pod Monte Cassino, a życie oddał pod Scapezzano, 30 kilometrów od Ankony, spoczywa na cmentarzu wojennym w Loreto. Byli i lotnicy w służbie RAF-u: Stanisław Jura walczył w Dywizjonie 304 „Ziemi Śląskiej”, Antoni Galwin w Dywizjonie 318 – „Gdańskim”, Władysław Balon w Dywizjonie 316 – „Warszawskim”. Z klasy liczącej 42 uczniów 10 kolegów zginęło lub zostało zgładzonych w obozach koncentracyjnych, 10 walczyło w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, pozostali w krajowym ruchu oporu.

Karol Wojtyła nie chwycił za karabin, chociaż był w wieku poborowym, przyznano mu kategorię A i wywodził się z rodziny wojskowej o tradycjach patriotycznych, a i odwagi na pewno mu nie brakowało. W liście do Mieczysława Kotlarczyka pisał: „Mieczowy to ja nie jestem kawaler, jak to artysta, ale jej teatr budować i poezję, choćby za pół darmo, entuzjazmem i ekstazą, całą słowiańską duszą”3K. Wojtyła, Jan Paweł II, Dzieła literackie i teatralne, t. 1, Juvenilia (1938–1946), red. J. Popiel, Kraków 2019, s. 352.. Pracował ciężko fizycznie w kamieniołomie, a następnie w oczyszczalni wody w fabryce Solvay. Udzielał się w Teatrze Słowa u Mieczysława Kotlarczyka, w którym aktorzy sięgali po literaturę klasyczną, przepojoną polskim duchem narodowym, po dzieła Słowackiego, Mickiewicza, Norwida. To też była służba, też podejmowali ryzyko, ale raczej niewspółmierne do ryzyka podejmowanego przez jego szkolnych kolegów. Kiedy po latach spotkali się na jednym ze zjazdów koleżeńskich, bodajże na 25-lecie matury, arcybiskup Wojtyła powiedział: „Ta wojna nie tyle nas zniszczyła, ile zbudowała”. I przypominał: „Wielu z moich kolegów szkolnych to bohaterowie wojny ‘39 roku, wielu poległo na froncie, wielu przeszło przez wszystkie fronty”. Jemu Opatrzność oszczędziła zmagań wojennych, jako namiestnik Chrystusa na ziemi nie miał przeszłości żołnierza, nie walczył, a więc i nie zabijał, nawet jeśli to była wojna obronna. Potem jako papież będzie ogromnym orędownikiem pokoju, bo wojny doświadczył, będzie mówił również o wojnach sprawiedliwych, bo każdy ma prawo do obrony, a osoba nieobecnego żołnierza-ojca będzie się pojawiała w wielu jego utworach, na przykład w Promieniowaniu ojcostwa czy Przed sklepem jubilera.

Klasa maturalna, pierwszy po lewej stoi Karol Wojtyła, fot. z archiwum E. Mroza

Klasa maturalna, pierwszy po lewej stoi Karol Wojtyła, fot. z archiwum E. Mroza

Znów warto wrócić do książki Eugeniusza Mroza, aby przyjrzeć się z bliska losom absolwentów klasy papieskiej, na których przykładzie możemy prześledzić historię powojennej Polski. Na przykład opiewany przez Wańkowicza Tomasz Romański po zakończeniu wojny, w grudniu 1946 roku wrócił do kraju. Zamiast pochwał i wyróżnień spotkały go ze strony władz reżimu komunistycznego prześladowania i ciągła inwigilacja. Przez dłuższy okres nie mógł znaleźć pracy ani zdobyć mieszkania. Podobnie Stanisław Jura. Targany tęsknotą wrócił do kraju w listopadzie 1948 roku, miał duże problemy z bezpieką. Największe jednak prześladowania w komunistycznej Polsce dotknęły Witolda Karpińskiego, żołnierza września 1939, żołnierza Armii Krajowej okręgu wileńskiego, więźnia łagrów sowieckich, który aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa (UB) w 1951 roku, został skazany na karę śmierci i dopiero po długich latach ułaskawiony. O tym, jak traktują polskich bohaterów w PRL-u, chłopcy ­wiedzieli choćby z listów od rodzin, które dyskretnie informowały: „Jeśli możesz, to zostań tam, gdzie jesteś”. Na przykład po wojnie wyemigrowali do Kanady Antoni Galwin z Zatoru, który walczył jako pilot myśliwski w Dywizjonie 318, oraz Rudolf Kogler, żołnierz września 1939, internowany na Węgrzech, skąd uciekł przez Split w Chorwacji, Bejrut w Libanie, dotarł do Homs w Syrii do Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. Walczył na piaskach Afryki, pod Tobrukiem, Gazalą, potem w kampanii włoskiej pod Monte Cassino, Anconą, Monte Fortino. Trzykrotnie ranny, dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. Po ukończeniu studiów w Szkocji osiadł w Toronto. Był doktorem ekonomii, urzędnikiem ministra gospodarki w stanie Ontario, udzielał się w stowarzyszeniach polonijnych i piastował wysokie funkcje w Zarządzie Głównym Polonii Kanadyjskiej. Do Polski Ludowej nie wrócił też Jerzy Kluger, bo nie miałby tu lekkiego życia ani jako weteran wojenny, ani jako Żyd. Osiadł we Włoszech, podobnie jak Zdzisław Bernaś.

W 10 lat po maturze w murach wadowickiego gimnazjum zasiedli w tych samych ławkach, bogatsi o doświadczenia dramatycznej, burzliwej dekady, zdziesiątkowani wojną i emigracją, niepewni jutra. Czasy były ciężkie, panoszył się komunizm. Z roku na rok najsilniejszy wśród nich zdawał się być Wojtyła, który piął się po stopniach kościelnej i naukowej hierarchii i z czasem to właśnie on skupiał wokół siebie szkolnych kolegów. Był punktem oparcia dla Karpińskiego, który żył z niewyobrażalnie ciężkim brzemieniem wyroku śmierci. Podnosił na duchu gnębionych przez bezpiekę, towarzyszył ich rodzinom w ważnych momentach ich życia, z czasem odprowadzał swych druhów na wieczny spoczynek.

A z jakimi problemami sam się borykał? Przyzwyczajeni do myślenia o Janie Pawle II tylko w kategoriach odnoszonych sukcesów, zwykle pomijamy tę kwestię. Warto przypomnieć, w jakich żył czasach. Bardzo dokładnie pisze na ten temat Marek Lasota w książce Donos na Wojtyłę. Karol Wojtyła w teczkach bezpieki. Komunistyczne służby pełniły w sferach wewnętrznych państwa dwa zasadnicze zadania: zwalczanie wszelkich form życia religijnego oraz przeciwdziałanie jakimkolwiek przejawom opozycji. Tym celom służyła cała struktura Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (1944–1954), Komitetu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego (1954–1956) oraz Służby Bezpieczeństwa (SB; 1956–1989). Aparat represji w Polsce działał według sowieckich wzorów i ­instrukcji, posługiwał się podobnymi metodami zdobywania informacji, kształtowania opinii publicznej oraz dezintegrowania rozpracowywanych obiektów i środowisk. W tym celu zbudowano gęstą sieć informatorów i tajnych współpracowników4Więcej w: M. Lasota, Donos na Wojtyłę. Karol Wojtyła w teczkach bezpieki, współpraca M. Zając, posłowie R. Terlecki, Kraków 2006..

Pierwszy dokument w materiałach bezpieki dotyczący Karola Wojtyły pochodzi z 1945 lub 1946 roku. Jego nazwisko widnieje w Wykazie osób przeznaczonych do realizacji przez III Sekcję5Sekcja III Urzędu Bezpieczeństwa rozpracowywała zbrojne organizacje niepodleg­łościowe, przede wszystkim Narodowe Siły Zbrojne, Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość”, Narodową Organizację Wojskową i inne.. Dokument ów zawiera następujące dane: „Karol Wojtyła zam. ul. Podzamcze 8, syn Karola i Emilii, ur. 18.05.1920, z zawodu kleryk, słuchacz Teologii w Krakowie”6M. Lasota, dz. cyt., s. 9.. Prawdopodobnie zainteresowanie Wojtyłą było podyktowane jego przynależnością do Bratniej Pomocy, w której to organizacji od 9 kwietnia 1945 do 28 maja 1946 roku pełnił funkcję wiceprezesa. Był wówczas studentem czwartego, a później piątego roku Wydziału Teologicznego oraz młodszym asystentem w Katedrze Dogmatyki na tymże wydziale Uniwersytetu Jagiellońskiego, a jako działacz „Bratniaka” zajmował się rozdzielaniem ubogim odzieży i żywności, pochodzących głównie z darów nadsyłanych z Zachodu. Na wspomnianej liście figurują także Andrzej Deskur i Stanisław Starowieyski, wyznaczeni do pracy w „Bratniaku” również z ramienia Wydziału Teologicznego. Innym powodem, dla którego Wojtyła mógł się znaleźć na tej liście, byłby udział w obchodach Święta Trzeciego Maja w 1946 roku. Po mszy świętej w kościele Mariackim wiernych zaatakowali funkcjonariusze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz milicji. Padły strzały. Byli ranni. Zaaresztowano, jak podają różne źródła, od kilkuset do 1500 osób. Jeszcze innym powodem mogła być jego działalność w czasie II wojny światowej w narodowo-katolickiej Unii, która miała charakter konspiracyjnej organizacji kulturotwórczej, prowadzącej działalność artystyczną. Na tej liście ujęci byliby jednak również Juliusz Kydryński, Tadeusz Kwiatkowski czy Wojciech Żukrowski. Ich nazwiska wyjawił Tadeusz Kudliński podczas jednego z przesłuchań w 1948 roku. W związku z przynależnością do Unii wzmianka o Wojtyle w dokumentach bezpieki pojawiła się także 11 lat później – w sprawie o kryptonimie „Łącznik”, którą założono na Mieczysława Kotlarczyka jako osobę „o wrogiej przeszłości politycznej, zdolną w każdej chwili do podjęcia wrogiej działalności przeciwko PRL”.

Od lipca 1948 do marca 1949 roku ks. Karol Wojtyła był wikarym i katechetą w Niegowici. Uczył religii w pięciu szkołach podstawowych w wioskach na terenie parafii, organizował Żywy Różaniec, zachęcał do udziału w kółku teatralnym, organizował wycieczki. Prowadził też Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej, którego uczestnik Stanisław Wyporek relacjonował, że był wzywany na posterunek milicji w Bochni, gdzie był bity za przynależność do organizacji katolickiej. Ksiądz Wojtyła miał mu wówczas powiedzieć: „Nie płacz, to musi się kiedyś skończyć. Oni się kiedyś rozpadną. Długo nie może to trwać”7Tamże, s. 33..

W marcu 1949 roku ks. Wojtyła został przeniesiony do parafii pw. Świętego Floriana w Krakowie. Również tam dał się poznać jako świetny wikary: organizował kółko studiujących Świętego Tomasza, zespół śpiewu gregoriańskiego, pionierskie rekolekcje dla chorych z parafii, konferencje dla młodzieży akademickiej oraz – wówczas nowatorskie – kursy przedmałżeńskie. W tym okresie ­powstała grupa bardziej zaangażowanych, która później przyjęła nazwę „Środowiska”. Wykonując pracę duszpasterską, nie zaniedbywał jednak kariery naukowej. 1 stycznia 1950 roku został członkiem zwyczajnym Towarzystwa Teologicznego w Krakowie, ponadto publikował wiersze, między innymi Pieśń o blasku wody, pracował nad publikacjami książkowymi, w formie skryptu ukazały się Rozważanie o istocie człowiekaO poznawalności i poznaniu Boga.

W parafii pw. Świętego Floriana proboszczem był wówczas ks. prałat Tadeusz Kurowski, dobrze znany służbom. Prałat poprosił, aby ks. Wojtyła w jego zastępstwie prowadził „kółka ministrantów”, i właśnie tej działalności wychowawczej, prowadzonej poza kuratelą ludowego państwa, dotyczyło jedno z doniesień (z 17 listopada 1949 roku), w którym nie potrafiono stwierdzić, czy grupa została zarejestrowana, chociaż od 5 sierpnia 1949 roku obowiązywał dekret zmieniający zasady rejestracji nowych i już istniejących stowarzyszeń. Ich kierownictwo zobowiązane było przedkładać listę członków, która mogłaby stanowić gotowy materiał operacyjny dla bezpieki. Zauważono tylko, że „zebrania z referatami i zabawami towarzyskimi trwają do 2 godzin”, wikary „co pewien czas organizuje wspólny podwieczorek” i to już wystarczyło, aby ks. Wojtyłę ocenić jako „zaangażowanego duszpasterza młodzieży”. Aparat bezpieczeństwa postrzegał odradzające się po wojnie organizacje kościelne, zwłaszcza Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży, za przejaw „poszerzania bazy Kościoła”, za szczególnie niebezpieczną uznano zaś wszelką „zorganizowaną działalność duszpasterską wśród młodzieży”8Tamże, s. 45..

Arcybiskup Baziak 1 września 1951 roku wyraził wolę, aby ks. Wojtyła skorzystał z urlopu naukowego, zrezygnował z niektórych obowiązków kapłańskich i polecił, aby zamieszkał w domu księży profesorów przy ul. Kanoniczej 19. Ks. dr Wojtyła skoncentrował się wówczas na rozprawie habilitacyjnej, nadal był jednak duszpasterzem akademickim, a ponadto został duszpasterzem służby zdrowia w Krakowie. Msze św. odprawiał głównie w kościele Mariackim, tam też był gorliwym spowiednikiem. Z każdym rokiem bardziej był zaangażowany w życie „Środowiska”, z którym spędzał wiele czasu na rozmowach, wędrówkach, wycieczkach rowerowych, narciarskich i spływach kajakowych. Na wszystkie wyjazdy ks. Wojtyła, zwany Wujkiem, wyjeżdżał w ubraniu cywilnym, aby nie przyciągać uwagi, ale zawsze zabierał sutannę i komplet ornatów, by odprawiać msze św.

W mieszkaniu przy ul. Kanoniczej miał dzieła Lenina. Kiedy jeden z gości (Stanisław Wyporek z Niegowici) zapytał o nie zdegustowany, ks. Wojtyła odpowiedział: „Jeśli nie chcesz się bać przeciwnika, to musisz go poznać, musisz wszystko wiedzieć o nim”9 Zob. Stanisław Wyporek o Karolu Wojtyle, YouTube, 21.10.2014, https://www.youtube.com/watch?reload=9&v=lbBsp1y7zq0 (dostęp: 2.02.2021).. W grudniu 1953 roku ks. dr Wojtyła przedstawił rozprawę i wykład habilitacyjny, pozytywnie przyjęte przez Radę Wydziału, i kontynuował pracę naukową na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego do 1954 roku, a po jego likwidacji przez władze komunistyczne prowadził wykłady w znajdujących się w Krakowie seminariach duchownych oraz realizował zlecenia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od ­października 1954 roku wykładał tam historię doktryn etycznych i prowadził proseminarium, a w grudniu 1956 roku został pracownikiem etatowym i zastępcą profesora przy Katedrze Etyki. W roku akademickim 1957/58 tematem kursu monograficznego uczynił „Miłość i odpowiedzialność”. Tak energiczna osoba musiała budzić zainteresowanie służb, stąd bywał regularnie wzywany do Referatu ds. Wyznań. Jedno z takich spotkań odbyło się 13 stycznia 1956 roku, po czym została sporządzona notatka zawierająca informacje o aktywności zawodowej i duszpasterskiej kapłana, jego stosunku do ruchu społeczno-postępowych katolików. Notatkę zamykało zdanie: „Ślubowania na wierność PRL nie składał”10M. Lasota, dz. cyt., s. 55.. Tu należy wyjaśnić, że w lutym 1953 wszedł w życie dekret Rady Państwa o obsadzaniu stanowisk kościelnych za zgodą organów państwowych, w maju zaś episkopat wydał memoriał Non possumus, a już pod koniec tegoż roku komuniści aresztowaniami (między innymi uwięzieniem prymasa Stefana Wyszyńskiego) zastraszyli polski episkopat. Zwieńczeniem całej akcji było ślubowanie episkopatu na wierność PRL, podobne ślubowanie złożyła większość polskich duchownych, ale ks. Karol Wojtyła nie. Marek Lasota w swej książce precyzuje, że na celowniku władz komunistycznych znalazł się wówczas Kościół. Stosowano masowe represje wobec duchowieństwa, wytaczano procesy biskupom, w styczniu 1953 roku wszczęto także proces kurii krakowskiej, nękano rewizjami klasztory, przesiedlano zakonnice, na przykład do Polski centralnej, szantażowano i zastraszano aresztowanych księży, zakonników i zakonnice, aby zmusić ich do współpracy. Te działania nie przynosiły jednak spodziewanych efektów. Według raportów Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego z 1956 roku niespełna co dziesiątego duchownego z województwa krakowskiego uznano za przydatnego pod względem operacyjnym, pozostali byli na ogół zmuszani do podpisania oświadczenia o współpracy z organami bezpieczeństwa, odmawiali tej współpracy lub ograniczali się do przekazywania powszechnie znanych informacji11Por. tamże, s. 24–25..

Po objęciu funkcji I sekretarza KC PZPR przez Władysława Gomułkę (21 października 1956 roku) nastąpiła tak zwana odwilż gomułkowska związana z wewnątrzpartyjnymi i oddolnymi ruchami społecznymi, zmierzającymi do destalinizacji i demokratyzacji systemu komunistycznego. Jej efektem było między innymi uwolnienie z więzień i internowań części więźniów politycznych i duchowieństwa, w tym kard. Stefana Wyszyńskiego. W grudniu 1956 roku UB zastąpiła SB. Szantaż, przekupstwo i zastraszanie miały zostać zastąpione żmudnym przygotowaniem kandydata na agenta. Zmniejszono liczbę departamentów do trzech: wywiad, kontrwywiad i walka z działalnością antypaństwową w kraju. Zachowano jednostki operacyjne: Biuro „B” prowadziło obserwację osób, Biuro „T” zajmowało się podsłuchami, Biuro „W” kontrolowało korespondencję, Biuro „C” prowadziło ewidencję wrogów PRL12Tamże, s. 25–26.. W Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Krakowie utworzono specjalne referaty, które miały usprawnić działania zmierzające do osłabienia i likwidowania organizacji kościelnych. Pozorna odwilż w niespełna dwa lata przeszła do historii. Władysław Gomułka postanowił rozprawić się z Kościołem.

W owych trudnych czasach zaledwie 38-letni ks. Wojtyła otrzymał nominację biskupią. Uroczysta konsekracja odbyła się 28 września 1958 w katedrze na Wawelu. Arcybiskup Eugeniusz Baziak już 16 września zwołał kapitułę krakowską. Wśród dostojnego grona był obecny także tajny współpracownik SB posługujący się pseudonimem „Staniszewski”, który bardzo szczegółowo zdał relację z posiedzenia i starał się przywołać uzasadnienie metropolity dotyczące wyboru. Referował między innymi, że: „chciał mieć sufragana do harówki, a nie dla ozdoby tylko, że ks. Wojtyła jest wyszkolony w nowych kierunkach społecznych, zna dobrze komunizm i kwestię robotniczą, więc taki mu był potrzebny, zwłaszcza ze względu na Nową Hutę, gdzie trzeba dobrze zorganizować pracę duszpasterską i społeczną”13Tamże, s. 68–69.. Przy okazji sakry biskupiej ks. Wojtyły pojawia się także informacja o charakterze bardziej praktycznym: „Uchwalono składkę w kwocie 250 zł na zakupienie auta ks. Wojtyle z okazji jego konsekracji”14Tamże, s. 70.. Nowo mianowany biskup, nauczyciel akademicki, duszpasterz młodzieży siłą rzeczy interesował SB, zatem założono na niego sprawę i nadano jej kryptonim „Pedagog”. W sprawozdaniu pochodzącym z końca 1958 roku napisano między innymi, że „Figurant wziął się do pracy na odcinku duszpasterskim i ­seminarium krakowskiego. Poddał cały szereg projektów organizowania zjazdów, zebrań, konferencji”, że „bierze czynny udział w zebraniach dekanalnych, na których daje wytyczne do pracy duszpasterskiej przede wszystkim wśród młodzieży”. Zauważono, że „przeprowadza rozmowy z inteligencją katolicką miasta Krakowa, omawiając problemy życia religijnego wśród inteligencji oraz wypracowuje środki, jakimi można oddziaływać na tą część społeczeństwa”15Tamże, s. 72–73, 74–75.. Także w grudniu tego samego roku krakowska SB donosiła, że biskup Wojtyła uczestniczył w kilku kongregacjach dekanalnych, gdzie poruszał sprawę utworzenia funduszu dla wspierania akademików. Stwierdzono także jego duży udział w pracy nad inteligencją, czego dowodem miała być konferencja filozoficzna w Nowym Targu i comiesięczne konferencje organizowane w kościele oo. Dominikanów. Często w tychże sprawozdaniach można przeczytać notatki typu: „Bp Wojtyła prowadzi indywidualne rozmowy z naukowcami oraz wygłasza nauki na tematy filozoficzne dla prawników i lekarzy”16Tamże, s. 79–80.. Czy też że „Figurant dużo włożył pracy nad przygotowaniem misji w Krakowie”. Z doniesień można ponadto wnioskować, że był dobrym organizatorem, na przykład że „powołał on w dekanatach księży, którzy są odpowiedzialni za określone odcinki pracy przed kurią, a nie jak dotychczas przed dziekanem. Faktycznie całość pracy duszpasterskiej w diecezji prowadzi figurant, bo arcybiskup często choruje i przebywa poza diecezją”17Tamże, s. 90–91.. Energiczny biskup przysparzał wiele pracy agentom SB, którzy na obserwowanie, podsłuchiwanie i spisywanie sprawozdań poświęcali mnóstwo czasu. Wiele z zachowanych pism zawiera celne charakterystyki bp. Wojtyły, sporządzone zapewne przez osoby z jego bliskiego grona, którym z pewnością ufał:

Rzadkie połączenie intelektualisty z człowiekiem czynu, praktycznym i organizatorem. Inteligencja bardzo żywa, analityczno-syntetyczna, chwytająca istotne dane problemu – ustawiająca go w sposób jasny i dokładny, zwłaszcza w piśmie. Czasem słabiej, jeżeli chodzi o wysłowienie się (zależne to od zmęczenia, konieczności dostosowania się do audytorium itd.). (…) Choć jest organizatorem i człowiekiem praktycznym, sam jednak przyznaje, że czuje się lepiej w dziedzinie teorii niż w praktyce. Bardzo przystępny, usłużny, obowiązkowy. Nie ma wygórowanych ambicji, posiada trzeźwy sąd o sobie i swoich możliwościach. Jest mało prawdopodobne, by zagalopował się nieroztropnie. Jest zrównoważony, wie czego chce, ma bardzo silną wolę i ugruntowane przekonania. Nie będzie poddawał się wpływom, choć potrafi zasięgnąć rady. (…) Zdaje się, że zna się na ludziach. (…) Jest poważny, choć (…) potrafi mieć wyczucie humoru. Jest prawy, przypuszczalnie umie dostrzec swoje błędy i przyznać się do nich, choćby przed sobą. Jest spostrzegawczy, choć zapewne jest to wynikiem praktyki i kontaktów z ludźmi, bardziej może niż wrodzone. Nie jest wcale powierzchowny. Jest pobożny, o orientacji raczej rozumowej i „metafizycznej” niż uczuciowej18Tamże, s. 83–84..

Z jednej strony chciałoby się powiedzieć „błogosławiona wina”, bo agentura PRL pozostawiła wiele cennych świadectw, które w „normalnych” warunkach prawdopodobnie nie przetrwałby do dnia dzisiejszego, ale z drugiej strony można się wczuć w trudne położenie kogoś, kogo próbowano za wszelką cenę omotać i z każdej strony osaczyć. Zachował się między innymi „plan operacyjny” z 7 listopada 1961 roku, który precyzuje poszczególne zadania dla służb. O pracy biskupa w kurii mieli informować tajni współpracownicy: „Marecki”, „Rosa”, „Brodecki”, którym kazano ustalić, nad jakimi problemami pracował wówczas biskup Wojtyła, którzy z księży go wspierali, a kto z osób świeckich, jaki był wpływ biskupa Wojtyły na arcybiskupa Baziaka, jaki miał stosunek do biskupa Groblickiego i odwrotnie. Ponadto przez sieć tajnych współpracowników wywodzących się ze środowiska „Tygodnika Powszechnego” zbierano systematycznie informacje o kontaktach redaktorów „Tygodnika” z biskupem zarówno na terenie redakcji, jak i u niego w domu, spisywano zlecenia, jakie dawał w dyskusjach nad problemami rozwoju katolicyzmu w kraju. Próbowano zwerbować pracującą tam i bardzo oddaną oraz lojalną biskupowi Irenę Kinaszewską. Usiłowano ustalić, którzy studenci krakowskich uczelni kontaktują się z bp. Wojtyłą celem wyłonienia kandydata do rozpracowania z tego ­środowiska. Osoba, której biskup ufał i którą do siebie zapraszał, czyli tajny współpracownik „Marecki”, zobowiązał się uzyskać aktualne szkice rozmieszczenia wszystkich przedmiotów w pokojach prywatnych biskupa oraz wykonać ich zdjęcia. Systematycznie śledzono oficjalne wystąpienia „figuranta” zarówno na terenie Krakowa, jak i diecezji w związku z ważniejszymi uroczystościami kościelnymi. Oceniano jego wystąpienia z punktu widzenia interpretacji zachodzących przemian politycznych, gospodarczych i kulturalnych w kraju, pod kątem nastawienia, jakie przekazuje wiernym na przykład w sprawie katechizacji młodzieży czy realizowania programu „Wielkiej Nowenny”, doszukiwano się w nich akcentów wrogich władzy ludowej i ewentualnych aluzji. Prowadzono nieustanne obserwacje osób przychodzących do prywatnego mieszkania bp. Wojtyły, bez względu na porę dnia. Planowano przez Wydział Wyznań Rady Narodowej Miasta Krakowa i Wydział Spraw Lokalowych Dzielnicy Stare Miasto spowodować postawienie osoby „figuranta” w stan oskarżenia przed kolegium orzekającym za uniemożliwienie przeprowadzenia wizji lokalnej w swoim mieszkaniu prywatnym. Ponadto współpracowano z Wydziałem III w Lublinie i korzystano z jego możliwości agenturalnych na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w celu informowania o zachowaniu i działalności na tamtym terenie bp. Wojtyły. A ważne było wszystko: od programu zajęć przez tematykę wykładów, ewentualny udział w innych pracach tejże uczelni, gdzie się zatrzymywał w czasie przyjazdu do Lublina, środowisko profesorów, w jakim najczęściej (i najchętniej) przebywał, charakterystykę tego środowiska aż po kontakty prywatne, na przykład przyjęcia, dyskusje itp.”19 Tamże, s. 103–105..

Ta zapalczywość służb wobec krakowskiego hierarchy mogła być reakcją na zamieszki w Nowej Hucie, która w zamyśle władzy miała pozostać miastem bez Boga. Biskup Wojtyła niemal natychmiast po swojej konsekracji odprawił mszę świętą w Bieńczycach, do historii przeszły zwłaszcza pasterki odprawiane pod gołym niebem i na siarczystym mrozie, u stóp krzyża. Starał się o pozyskanie pozwolenia na budowę nowego kościoła, które władze wydawały i cofały. W lutym 1960 oskarżono komitet budowy kościoła o zagarnięcie gruntów, pieniądze ze składek skonfiskowano, a na miejscu przeznaczonym na świątynię miała stanąć szkoła. W odpowiedzi 22 kwietnia 1960 roku bp Wojtyła stwierdził, że krzyż stał się obiektem kultu, a jego usunięcie byłoby złamaniem prawa kanonicznego, na dodatek obrażającym uczucia wiernych. Na konferencjach w komitecie miejskim PZPR i w dzielnicowej radzie narodowej postanowiono krzyż usunąć. Rankiem 27 kwietnia 1960 roku ekipa robotników przy użyciu spychaczy próbowała zdemontować drewniany krzyż, co wywołało ogólne protesty przechodniów, w tym kobiet i dzieci, którzy zdołali przegonić robotników i wyprostować krzyż na nowo. Na miejsce zaczęły przybywać odziały milicji i Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej (ZOMO) oraz SB. Doszło do starć. Funkcjonariusze użyli pałek i gazu łzawiącego. Obrońcy krzyża odpowiedzieli kamieniami i kostkami brukowymi. Po południu walki objęły całą Nową Hutę. Z odsieczą napływały z innych miast Polski kolejne oddziały milicji i wojsk Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Po zmroku wyłączono prąd. W ciemnościach rozlegały się strzały. Demonstranci podpalili gmach dzielnicowej rady narodowej. Rosła liczba rannych. Około północy milicja i wojsko spacyfikowały Nową Hutę. Brakuje rzetelnych danych co do liczby osób poszkodowanych w wyniku starć. Aresztowano około 500 osób (w tym 50 nieletnich), z czego 87 dostało wyroki więzienia, a 119 ukarano grzywną. W następstwie wydarzeń wiele osób straciło pracę. Represje obejmowały nieraz nawet tych, którzy nie brali udziału w wydarzeniach, a tylko robili zdjęcia czy opatrywali rannych. Liczbę osób poszkodowanych wśród demonstrantów szacuje się na kilkaset. Wielu ludzi z obawy przed konsekwencjami nie zgłosiło się do szpitali. Informacje o zamieszkach zamieściły tylko niektóre gazety lokalne, określając ich uczestników jako grupy chuliganów lub fanatyków religijnych. Przemilczano informacje o jakichkolwiek ofiarach, a o tym, że były ofiary śmiertelne, świadczy choćby relacja, jaką ks. Adam Pawlita złożył Jerzemu Ridanowi:

Uczestniczyłem w dwóch pogrzebach – jak mi oświadczono – robotników z hoteli w Nowej Hucie. Trumny były osznurowane i zalakowane. W pochówku brało udział kilka osób ze strony rodziny. Zakazano mi z nimi rozmawiać. Wokół stali milicjanci, było ich trzech–czterech20P. Dmitrowicz, Walka o krzyż, https://www.polskieradio.pl/114/0/Artykul/176935,Walka-o-krzyz (dostęp: 20.10.2020)..

Aparat kontroli i represji państwa wobec Kościoła miał własną interpretację opisanego zdarzenia. W dokumencie Wydziału do spraw Wyznań z 29 kwietnia czytamy:

W rozruchach ponosi dużą winę Wojtyła, który ostatnio b. często odwiedzał Bieńczyce. W ostatnim okresie czasu ks. Satora systematycznie przebywał w Kurii u Kuczkowskiego. (…) W dniu 28 bm. bp. Wojtyła wysłał do Warszawy do Wyszyńskiego jednego księdza celem zreferowania wypadków w Nowej Hucie21M. Lasota, dz. cyt., s. 128..

W sprawie wydarzeń wokół krzyża bp Wojtyła dwukrotnie spotykał się z przewodniczącym Prezydium Rady Narodowej w Krakowie Zbigniewem Skolickim, który był równocześnie pełnomocnikiem do spraw Nowej Huty. Pierwsza rozmowa odbyła się 28 kwietnia, nazajutrz po gwałtownych rozruchach. Skolicki oskarżał proboszcza w Bieńczycach – księdza Satorę – o sprowokowanie zajść odczytaniem wiernym podczas niedzielnej mszy świętej 24 kwietnia komunikatu, w którym wyjaśniał aktualny stan spraw związanych z budową świątyni. Biskup Wojtyła ripostował, że ksiądz Satora miał prawo poinformować parafian o korespondencji z władzami. Szukający kompromisu biskup zgodził się skierować do mieszkańców Huty odezwę, aby zachowali spokój, a brzmiała ona następująco:

W czasie rozmowy przeprowadzonej dzisiaj [28 kwietnia] w Prezydium Rady Narodowej Miasta Krakowa otrzymaliśmy zapewnienie, że Krzyż wzniesiony w maju 1957 r. nie zostanie usunięty z miejsca, na którym stoi. (…) dlatego należy zachować spokój, który jest nieodzownym warunkiem wszelkiej twórczej pracy (…). Uczucia religijne każdego człowieka muszą zasługiwać na szacunek, ale niech daleki będzie od Was wszelki odruch zniszczenia czy prowokacji, który przynosi tak wiele szkód22Tamże, s. 131–132..

Tekst odezwy wyciekł do wiadomości służb bezpieczeństwa. Zapewnienie, że krzyż nie zostanie usunięty, wywołało wrogą reakcję władz. Biskup Wojtyła 29 kwietnia ponownie pisał do Sokolickiego:

Ponieważ w rozmowie była mowa o potrzebie uspokojenia, przeto raz jeszcze pragniemy powtórzyć, że warunkiem rzeczywistego uspokojenia umysłów w parafii Nowa Huta Bieńczyce jest jak najrychlejsze przystąpienie do realizacji przyobiecanej budowy kościoła. (…) Pozwalam sobie na piśmie przekazać te fragmenty naszej rozmowy z dnia 28 bm. jako pewnego rodzaju „pro memoria”, memoriał z prośbą, aby Pan Przewodniczący zechciał nie zapominać o tej sprawie i czuwać nad realizacją przyrzeczenia, które w świadomości wiernych parafii Nowa Huta Bieńczyce stanowi pewnego rodzaju sprawdzian zrozumienia ich potrzeb duchowych ze strony władz politycznych PRL. (…) Dodam na koniec to, o czym również była mowa w dniu 28 bm., że sprawa budowy kościoła w Nowej Hucie Bieńczycach ze względu na okoliczności, wśród których została zadecydowana, nabrała znaczenia ogólnopolskiego23Tamże, s. 132..

14 maja bp Wojtyła przesłał do władz centralnych PRL (między innymi do Gomułki, Cyrankiewicza, Kliszki, Sztachelskiego, Zawadzkiego oraz do wszystkich urzędujących wówczas ministrów) obszerny memoriał, w którym opisał wydarzenia, jakie rozegrały się w Nowej Hucie od listopada 1956 do kwietnia 1960 roku. Wojtyła konkludował:

Nie chodzi przecież koniecznie o zbudowanie kościoła na tym miejscu, które zostało wyznaczone w 1957 r. O innych możliwościach była już mowa wyżej. Nie można jednakże pozostawić tych ludzi, którym się uroczyście przyrzekło budowę kościoła i którzy tyle wysiłku włożyli w realizację tego przyrzeczenia, w poczuciu, że zarówno to przyrzeczenie, jak też ich wysiłek zostają całkowicie przekreślone. A takie właśnie poczucie zostało wywołane próbą usunięcia krzyża bez uprzedniego wskazania nowej lokalizacji kościoła. Wierni z parafii Nowa Huta Bieńczyce odczuli to jako dotkliwą krzywdę, sposób zaś usunięcia krzyża – jako obrazę ich uczuć religijnych24Tamże, s. 134..

Odpowiedź żadna oczywiście nie nadeszła, a na rozpoczęcie budowy Arki Pana trzeba było poczekać aż do 1967 roku. Ksiądz Mieczysław Satora, posługujący się pseudonimem „Marecki”, wcześniej „Kolejarz”, „Dyrektor”, „Tukan”, na żądanie Rady Narodowej Miasta Krakowa został odwołany z funkcji administratora w Nowej Hucie w październiku 1960 roku. Ponieważ jednak cieszył się dużym zaufaniem, otrzymał pracę w kurii. Biskup Wojtyła dał mu mieszkanie w budynku, w którym sam mieszkał – przy ulicy Kanoniczej 21. Na to funkcjonariusze zacierali ręce:

Fakt zwolnienia „Mareckiego” z funkcji administratora parafii dodatnio wpłynął na jego możliwości, gdyż wszedł on jeszcze głębiej w interesujące nas środowisko. (…) W dotychczasowej współpracy „Marecki” wykonał szereg trudnych zadań operacyjnych i realizował różnego rodzaju kombinacje operacyjne. Wykradał kilkakrotnie interesujące dokumenty z kurii i przekazywał nam przed ich rozesłaniem. Wykonywał zdjęcia fotograficzne pomieszczeń arcybpa Baziaka. Uzyskał odciski pieczęci kurialnych, m.in. okrągłej, która jest bardzo pieczołowicie przechowywana, relacjonował na bieżąco o ważniejszych poczynaniach kurii25Tamże, s. 130–131. Tenże „Marecki” współpracował z SB od 1947 r., niemal do końca swojego życia..

Kiedy po latach Jan Paweł II rozmawiał z Jasiem Gawrońskim na temat komunistów i ich metod, odwołał się do przykładu Nowej Huty:

Oni zawsze byli pragmatykami. Pragnę podać przykład konkretny: jak chodziło o zbudowanie kościoła w Nowej Hucie, toczyła się o to walka, tam doszło właściwie do rewolucji w 1960 roku. Po nastaniu Gomułki przyrzekli, że tutaj powstanie kościół, został tam umieszczony krzyż – a potem próbowali z tego się wyłgać. Kiedy wreszcie po tych rewolucjach, rozruchach w Nowej Hucie musieli znowu zacząć myśleć, że jednak ten kościół ma powstać i dadzą pozwolenie na budowę, to robili niesłychanie precyzyjne, szczegółowe badania społeczne, żeby dysponować na ten temat podstawą naukową, socjologiczną, wskazującą, iż rzeczywiście to jest wola większości, że tego chce większość społeczeństwa, że oni muszą ustąpić przed większością. Przypuszczam, że to nie była ich metoda od samego początku26J. Gawroński, Kolacja z papieżem i inne historie, Kraków 2017, s. 54..

15 czerwca 1962 roku zmarł abp Eugeniusz Baziak. Już następnego dnia krakowska kapituła obrała bp. Karola Wojtyłę wikariuszem kapitulnym, czyli zarządcą archidiecezji do czasu powołania nowego ordynariusza. Podsumowanie pracy SB w trzecim kwartale niemal w całości poświęcono omówieniu przedsięwzięć administrującego diecezją bp. Wojtyły. Z długiego dokumentu warto przywołać choćby to, że ów hierarcha w pierwszym rzędzie likwidował wakaty w poszczególnych parafiach archidiecezji, dokonał przeniesień 86 wikariuszy, przedstawił do zatwierdzenia 19 kandydatów na administratorów w parafiach, które nie były obsadzone, a także ogłosił liczne nominacje prałatów i kanoników27M. Lasota, dz. cyt., s. 92..

W tymże roku 1962 pojawił się kolejny kamień milowy w życiu biskupa Wojtyły – a był nim Sobór Watykański II. Biskup Wojtyła brał udział od pierwszej do ostatniej (czwartej) sesji, czyli do grudnia 1965 roku. Dał się poznać jako osoba znająca języki, dobry mówca, wytrawny współredaktor konstytucji soborowych, odegrał dużą rolę w ostatecznej redakcji konstytucji O obecności Kościoła w świecie współczesnym, a biskupi polscy, zwłaszcza w drugiej części prac soborowych, uznali go za swego oficjalnego reprezentanta. W czasie pobytu w Rzymie mieli możliwość swobodnego kontaktowania się i zastanawiania nad zbliżającym się jubileuszem Tysiąclecia Chrztu Polski. Wspólnie podjęli także decyzję o zaproszeniu biskupów ze świata. Wystosowali 56 listów do różnych Konferencji Episkopatów z zaproszeniem do udziału w obchodach. Jeden z listów, z listopada 1965 roku, został skierowany do biskupów niemieckich. Intencją polskich hierarchów było zrobienie pierwszego kroku w kierunku pojednania polsko-niemieckiego opartego na prawdzie oraz pokonania trudnych relacji z Niemcami, jakie panowały po II wojnie światowej. Orędzie kończyło się słowami „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. List wywołał głębokie reperkusje, wzbudzając zainteresowanie władz komunistycznych, które nie tylko dopatrywały się w nim wrogości w stosunku do ZSRR, ale również wkraczania biskupów w obszar prerogatyw rządu, skoro zajęli się polityką międzynarodową. Jednym z sygnatariuszy listu był Karol Wojtyła, więc przy tej okazji starano się osłabić rolę nowego arcybiskupa oraz próbowano skłócić środowisko kościelne. Z inicjatywy komunistów pracownicy (rzekomo) Krakowskich Zakładów Sodowych, czyli dawnego Solvayu, w którym w czasie wojny pracował młody Wojtyła, wystosowali otwarty list do metropolity krakowskiego sygnowany przez przedstawicieli załogi, który 22 grudnia 1965 roku opublikowała „Gazeta Krakowska”:

Pracownicy Zakładów Sodowych w Krakowie zostali wstrząśnięci do głębi treścią „Orędzia” biskupów polskich wystosowanego do biskupów niemieckich. (…) Biskupom polskim nikt nie udzielił mandatu do zajmowania stanowiska w sprawach oczywistych dla ogółu obywateli, a należących do kompetencji innych czynników. Powinno być bowiem wiadome także biskupom, że do wypowiadania się w imieniu narodu polskiego jedynie uprawniony jest Rząd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. (…) Nie pytamy, czy Jego Ekscelencja zapomniał o Oświęcimiu, w którym między innymi ginęli tysiącami kapłani polscy z rąk oprawców niemieckich, czy Jego Ekscelencja zapomniał wysiedlone dzieci z Zamościa i koszmarne warunki tego wysiedlenia, jak również inne bestialskie sposoby biologicznego wyniszczenia. Tego zapomnieć nie można. (…) Znając Jego Ekscelencję jako pracownika naszego zakładu z okresu okupacji hitlerowskiej, musimy wyrazić głębokie rozczarowanie, jakie w nas wywołał Ksiądz Arcybiskup swym nieobywatelskim postępkiem28Tamże, s. 145–146..

W odpowiedzi na ów atak w Boże Narodzenie z ambon można było usłyszeć stanowisko abp. Wojtyły w tej kwestii, bo dobrze wiedział, kto spreparował list, tym bardziej że w jego kaplicy domowej, w tym samym dniu, we mszy św. uczestniczyli zaprzyjaźnieni robotnicy z Solvayu:

Czytając (…) słowa Waszego listu otwartego, stwierdziłem z bólem, że jest on nie tylko ciężkim publicznym oskarżeniem pod adresem mojej osoby, ale co więcej – pewnego rodzaju wyrokiem wydanym zaocznie. (…) Czytając z uwagą Wasz list, muszę stwierdzić, że nie moglibyście go napisać, gdybyście rzetelnie zapoznali się z treścią listu Biskupów polskich do Biskupów niemieckich oraz z odpowiedzią Biskupów niemieckich na ten list. (…) Odpowiadam na ten list przede wszystkim jako skrzywdzony człowiek. Skrzywdzony dlatego, że oskarżono go i zniesławiono publicznie, nie starając się rzetelnie poznać faktów ani istotnych motywów. (…) Muszę stwierdzić, że prawo do dobrego imienia posiadam nie tylko sam; posiadają prawo do mojego dobrego imienia ci wszyscy, których jestem Pasterzem jako Arcybiskup Krakowski. I nic innego mną nie kieruje, jak tylko wzgląd na prawdę oraz na dobre obyczaje naszego życia publicznego29Tamże, s. 146–148..

W końcu nadszedł Jubileusz Tysiąclecia Chrztu Polski, długo wyczekiwany i poprzedzony trwającą dziewięć lat Wielką Nowenną. Inicjatorem nowenny i obchodów Millennium był kard. Stefan Wyszyński, a cały plan zrodził się podczas jego więzienia w Komańczy. Planowano pielgrzymkę papieża Pawła VI na majowe uroczystości, ale skoro władze ją udaremniły, to Watykan mianował prymasa Wyszyńskiego legatem papieskim na te obchody. Centralne uroczystości Tysiąclecia Chrztu Polski, w czasie których dokonano aktu zawierzenia Matce Bożej i powierzenia narodu polskiego pod Jej opiekę, odbyły się na Jasnej Górze 3 maja 1966 roku, skąd kopia obrazu Matki Bożej Częstochowskiej wyruszyła w peregrynację po całej Polsce. Program krakowskich obchodów natomiast skupiał się wokół postaci Świętego Stanisława biskupa i męczennika, a tu doszukiwano się politycznych interpretacji i analogii jakoby wzmagającej konflikt na linii państwo – Kościół. Na wszelkie sposoby władze starały się utrudniać przebieg jubileuszu, wprowadzając alternatywne atrakcyjne imprezy, ośmieszając i zastraszając uczestników, zawieszając komunikację, stosując wciąż nowe obostrzenia sanitarne i wymogi formalne bądź też wpływając na zmianę przebiegu uroczystości. Akcją, która miała sparaliżować przebieg obchodów, było aresztowanie przez Milicję Obywatelską peregrynującego po Polsce jasnogórskiego wizerunku Matki Bożej. Zaaresztowanie obrazu nie osłabiło ducha wiernych, lecz wzmogło frekwencję i doprowadziło tylko do tego, że zamiast wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej pielgrzymowały same ramy obrazu.

Wyniesienie Karola Wojtyły do godności kardynała w 1967 roku, zaledwie w trzy lata od objęcia archidiecezji krakowskiej, było dla SB dużym zaskoczeniem. Z tym wyborem wiązali jednak nadzieje na skonfliktowanie dwóch kardynałów, a w konsekwencji osłabienie Kościoła w Polsce, a nawet na podział terytorialny – na Polskę północną i południową – podlegających odpowiednio kompetencji Wyszyńskiego i Wojtyły. Przewidywania się nie sprawdziły, a posługa kardynalska Karola Wojtyły była kontynuacją zapoczątkowanej przed laty linii działań. Nadal często bywał w terenie, odwiedzał parafie w swojej archidiecezji, ale i więcej podróżował po Polsce. Na Franciszkańskiej 3 coraz częściej odbywały się sympozja naukowe, na przykład konferencje z pogranicza fizyki i filozofii, sesje Kopernikowskie, ale i spotkania kolędowe. W kaplicy domowej gościły wszystkie zgromadzenia sióstr i braci zakonnych, rozmaite grupy zawodowe, redakcje „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, liczne organizacje, na przykład Klub Inteligencji Katolickiej, Poradnictwo Rodzinne czy po prostu „starzy przyjaciele”. Dbał o duszpasterstwa akademickie, duszpasterstwa nauczycieli i wychowawców, pielęgniarek i lekarzy, prawników, wspierał ruch oazowy. Równocześnie każdy krok, każdy wysłany lub otrzymany list czy każde wypowiedziane słowo kardynała stanowiły centrum zainteresowań dla SB, która niemal codziennie słała meldunki do wyższej instancji do stolicy. Szczegółowo relacjonowano nie tylko spotkania z gośćmi, zwłaszcza zagranicznymi, przede wszystkim z Watykanu, lecz także niewinny festiwal piosenki religijnej „Sacrosong”. Kardynał z Krakowa był z każdym rokiem bardziej zaangażowany w życie Kościoła Powszechnego; przynależał do Kongregacji ds. Duchowieństwa, Kongregacji Kościołów Wschodnich, był konsultantem w Komisji ds. Apostolstwa Świeckich, zatem coraz częściej jeździł do Rzymu, czy to na synody biskupów, ad limina apostolorum, na sympozja Papieskiej Komisji dla Dialogu z Niewierzącymi, sesje Kongregacji Kultu Bożego czy posiedzenia Papieskiej Rady do spraw Świeckich, a niemal każdy pobyt w Watykanie łączył się z audiencją u Ojca Świętego. Był też chętnie zapraszany do Niemiec, Francji, Kanady, Stanów Zjednoczonych i Australii. Wraz z rosnącą ogólną estymą dla kardynała, rosło zaniepokojenie władzy, która od agentów dostawała komunikaty przypominające, że Wojtyła:

[j]est uczonym, a przy tym zręcznym politykiem, ma ogromne osobiste powiązania w samym Watykanie, a także na całym świecie. Jego indywidualność wywiera wpływ na określone decyzje papieża, który zalicza Wojtyłę do osobistych przyjaciół, takich, którzy mają do niego wstęp zawsze w każdej chwili, bez protokołu dyplomatycznego. Wojtyła jest kardynałem z kraju „wpływów wschodniego mocarstwa”, zna wszystkie, tak oficjalnie, programowe deklaracje, jak i te pozakulisowe koterie i dlatego dla całej polityki Kościoła w świecie i na odcinku ZSRR–kraje demokracji ludowej, czyli bloku wschodniego, jest najbardziej miarodajnym opiniodawcą30Tamże, s. 254..

Gestem wyrażającym przychylność i uznanie papieża dla krakowskiego kardynała było przede wszystkim zaproszenie go do wygłoszenia rekolekcji dla rzymskich kurialistów i dla samego biskupa Rzymu w Wielkim Poście 1976 roku. I ten fakt komentowano, że papież „uznaje Wojtyłę jako jednego z niewielu najlepszych teologów wśród kardynałów, że zamierza wyeksponować jego osobę dla pokazania światu katolickiemu”31Tamże, s. 252..

Niepokorny kardynał wciąż upominał się o procesje Bożego Ciała, uświadamiał społeczeństwu jakie przysługują mu prawach, wytykał nadużycia. Po manifestacjach majowych w Krakowie w 1977 roku mówił, że Kościół jest ochroną dla ludzi walczących o swoje prawa. Do tych zamieszek doszło po zamordowaniu Stanisława Pyjasa, młodego działacza opozycyjnego, studenta filologii polskiej i filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Juwenalia, które miały się odbyć kilka dni później, przerodziły się w masowe demonstracje studentów i protest przeciwko władzy. Na zakończenie „Czarnego Marszu”, który przeszedł ulicami Krakowa 15 maja, pod Wawelem odczytano deklarację zawiązującą Studencki Komitet Solidarności, który był pierwszą tego typu organizacją w Europie Wschodniej. Kardynał Wojtyła poparł postawę młodzieży, którzy byli „zdolni myśleć o sprawach zasadniczych, takich jak: sprawiedliwość społeczna i pokój, jak prawa człowieka, prawa osoby ludzkiej, prawa Narodu”. A od ludzi mediów domagał się prawdy, apelując: „Prasa nie może fałszować obrazu społeczeństwa, jeżeli społeczeństwo ma ją poważnie traktować – nie może. Ma swoją odpowiedzialność wobec społeczeństwa, wobec Narodu, wobec człowieka, a nie tylko wobec jednej jedynej instytucji czy instancji”32T. Fiałkowski, Trzy daty, trzy dokumenty, tygodnik.com.pl/arch-turowicz/fialkowski.html (dostęp: 2.02.2021)..

Funkcjonariusze SB analizując sytuację w roku 1977, prognozowali, że „linia polityczna kard. K. Wojtyły nie ulegnie zmianie”, że „należy się liczyć z dalszą eskalacją żądań pod adresem władz m.in. w zakresie: przeciwstawiania się rzekomym ograniczeniom praw ludzi wierzących”, że arcybiskup będzie walczył o „dostęp Kościoła do środków masowego przekazu; budownictwa sakralnego i kościelnego i o nadanie statusu prawnego Papieskiemu Wydziałowi Teologicznemu w Krakowie”33M. Lasota, dz. cyt., s. 263–264.. Wszystkie te niepokoje miały się wkrótce potwierdzić. Zarzuty kierowane pod adresem kardynała dziś wybrzmiewają jak prawdziwa laudacja, a przewidywania wróżące świetlaną przyszłość nie dorównały rzeczywistości, jaką podyktowało samo życie.

16 października 1978 roku nadeszła z Watykanu wiadomość o wyborze kardynała Karola Wojtyły na papieża. Z Agencji Reutera otrzymał tę informację Stanisław Kania, jeden z sekretarzy KC PZPR, który o wyniku konklawe natychmiast poinformował Edward Gierka. W szeregach partii powtarzano tezę: „Lepszy Wojtyła jako papież tam, niż jako prymas tu”. Opuszczenie kraju nie uciszyło niepokoju służb specjalnych. Teraz redagowano tajne raporty na szczeblu ministerialnym w Warszawie, sporządzając oceny pontyfikatu Jana Pawła II. Po pierwszym roku oceniano, że z chwilą wyboru nowego papieża nastąpiło „zaostrzenie stosunków ekonomicznych i politycznych między Zachodem a krajami socjalistycznymi. Państwa kapitalistyczne wzmogły dywersyjne działania ideologiczne przeciwko krajom socjalistycznym i partiom komunistycznym”, a Stany Zjednoczone „chciały wykorzystać wybór papieża Jana Pawła II jako kartę w wojnie psychologicznej i działalności dywersyjnej przeciwko krajom socjalistycznym. Liczą, że to osłabi oddziaływanie ideologii socjalistycznej na społeczeństwa naszego obozu, w Trzecim Świecie i w krajach kapitalistycznych Zachodniej Europy”34Dokumenty Instytutu Pamięci Narodowej prezentowane na wystawie Instytutu Dialogu Międzykulturowego, zorganizowanej z okazji 40. rocznicy wyboru Jana Pawła II na Stolicę Apostolską, w 2019 r. na Plantach w Krakowie, oprac. B. Munk..

Kwestia przyjazdu papieża do Polski pojawiła się niemalże w chwili jego wyboru. W wyniku uzgodnień między rządem PRL a Watykanem ustalono termin pielgrzymki do Polski na 2–10 czerwca 1979. Przyjazd rodaka do kraju poprzedziły gruntowne przygotowania. Minister spraw wewnętrznych dokumentem z 15 marca 1979 roku powołał sztab do kierowania operacją o kryptonimie „Lato-79”, zobowiązując komendantów wojewódzkich MO, na których terenie przewidziany był pobyt papieża, do powołania analogicznych sztabów wojewódzkich, a kierownictwo sztabu nawiązało bezpośrednią współpracę z Prokuraturą Generalną, Ministerstwem Sprawiedliwości i Urzędem ds. Wyznań oraz z innymi resortami. Papieską wizytę poprzedziły oczywiście donosy tajnych współpracowników, których wraz ze zbliżającą się datą wizyty napływało z każdym dniem więcej. Podsłuchiwano zarówno zwykłych ludzi, jak i osoby wpływowe, wychwytywano listy prywatne oraz listy pasterskie biskupów do wiernych danych diecezji. Największe obawy budził jednak Studencki Komitet Solidarności, antykomunistyczny ruch opozycji demokratycznej. Za wszelką cenę starano się nie dopuścić do druku i kolportażu ulotek, do przygotowania transparentów i haseł. Instancje partyjne i władze uczelni zostały postawione w stan gotowości i zostały zobowiązane do przygotowania listy osób, które w razie potrzeby mogłyby rozładować ewentualne sytuacje konfliktowe. Na miesiąc przed papieską pielgrzymką był gotowy wielostronicowy plan działań operacyjno-profilaktycznych.

Służba Bezpieczeństwa miała swoich informatorów niemal wszędzie. Każdy ruch, każde przemieszczenie się papieża dokumentują osobne raporty, a te spływały z każdego wystąpienia papieża, opisywały szczegółowo reakcje i komentarze wiernych. A Jan Paweł II mówił o ojczyźnie, o wspólnocie i patriotyzmie, o prawie do życia w suwerennym państwie. Wierni zachwycali się zręcznością politycznej wypowiedzi głowy Kościoła katolickiego – niby bez aluzji, ale z licznymi podtekstami. Służby w trakcie samej wizyty uczyniły przedmiotem wnikliwych rozpracowań i analiz homilie Ojca Świętego. Wiele kontrowersji wzbudziła choćby ta w Oświęcimiu, ponieważ w podtekście mówiła o krytyce systemów przemocy, co mieli rzekomo wyłapać zagraniczni dziennikarze. Katolicy z kolei podziwiali papieża za grę niedomówień i umiejętną formę dyplomatycznych wypowiedzi, na przykład kiedy powiedział, „że o drugim systemie nie będzie się wypowiadał czy komentował”, to wszyscy wiedzieli, że chodziło o ówczesny system PRL. Ludzie nagrywali papieskie przemówienia, bo nie ufali mediom, spodziewali się, że włączy się cenzura, byli zdeterminowani, aby publikować w nielegalnych wydawnictwach pełne teksty wystąpień, i komentowali, że materiałów wystarczy na parę lat, ale trzeba pozyskać wprawnych komentatorów na najwyższym, „godnym mówcy poziomie”35Tamże.. Każdemu wystąpieniu Jana Pawła II towarzyszyły rzesze wiernych. Te spontaniczne zgromadzenia, nigdy wcześniej nieobserwowane na taką skalę, przebiegały zawsze w atmosferze pokojowej. Chociaż telewizja trzymała się zarządzenia, żeby nie pokazywać tłumów, to sami uczestnicy tych spotkań poczuli w sobie wielką siłę i po raz pierwszy od wielu lat nosili z dumą uniesioną głowę. Budziła się świadomość narodowa, nadchodził czas długo wyczekiwanych i nieuniknionych zmian. Do głosu dochodziła opozycja. Zanim Jan Paweł II wrócił do Watykanu, zdołał zasiać w narodzie ziarno wolności, a sam stał się duchowym przywódcą narodu.

W marcu 1980 roku, tuż przed wyborami do sejmu i rad narodowych, opozycja zorganizowała największą w swojej historii akcję rozrzucania ulotek. Hasła głosiły: „Wyborco, zostań w domu. Breżniew zagłosuje za ciebie”. W kraju pogłębiał się kryzys ekonomiczny. Czarę goryczy przelało lekceważenie potrzeb społeczeństwa, ciągłe podwyżki cen, puste półki w sklepach, handel towarami nienadającymi się do użytku, rosnąca korupcja… Od wiosny przez kraj zaczęła się przetaczać fala strajków w kolejnych zakładach pracy, wszędzie domagano się podwyżek płac. Za udział w protestach wyrzucano z pracy. Na bazie licznych komitetów strajkowych dla obrony praw pracowniczych powstawał Niezależny Samorządowy Związek Zawodowy „Solidarność”. Wybuchł Sierpień, który miał przynieść wolność nie tylko Polsce…

Sytuacja wymykała się spod kontroli reżimu komunistycznego. Mieli do czynienia z „niebezpiecznym” przeciwnikiem. Za jak groźnego rywala uważano biskupa Rzymu, skoro komunistyczne służby specjalne kilku państw stanęły za zamachem dokonanym 13 maja 1981 roku na placu Świętego Piotra w Rzymie?

Z pokolenia Polski niepodległej, Karol Wojtyła od najmłodszych lat nierozpieszczany był przez życie – tracił po kolei najbliższą rodzinę, wojna oswoiła go z ubóstwem i kruchością ludzkiej egzystencji. Żył w bardzo trudnych czasach, czasach podsłuchów i oskarżeń, dlatego nauczył się przebaczać nawet swoim prześladowcom. O komunistach nie mówił w kategoriach wroga, ale przeciwnika. Umiał być powściągliwy w wydawaniu osądów, kiedy oskarżano księży i biskupów, i nie był pochopny w odwoływaniu ze stanowisk ludzi Kościoła. Czas walki systemowej z religią wykształcił w nim świadomą, dojrzałą i głęboką wiarę, której strzegł i bronił we wszelkich przeciwnościach losu. Był prawy. Nie pociągały go żadne dobra doczesne. Nie miał słabych stron, nie był podatny ani na szantaż, ani na zastraszenie. Był niezłomny. Po wstąpieniu na Stolicę Piotrową sprawę Polski wyniósł na arenę międzynarodową. Odważnie mówił o sytuacji w krajach bloku wschodniego, co przepłacił krwawym zamachem na własne życie. Stał się też rzecznikiem narodu upokorzonego stanem wojennym i internowaniami. Nie dopuścił do przelewu braterskiej krwi. A wszystko właściwie wywalczył na kolanach, ufny miłosierdziu Bożemu, zawsze z poszanowaniem godności osoby ludzkiej i operując tylko językiem wartości, nigdy nienawiści.



STRESZCZENIE

Marta Burghart
Z pokolenia Polski niepodległej: Karol Wojtyła

Artykuł jest próbą ukazania losów Kolumbów na przykładzie Jana Pawła II. Opowiadania Eugeniusza Mroza, szkolnego kolegi Karola Wojtyły, ukazują jak dzieciństwo pierwszego pokolenia Polaków urodzonych w niepodległej ojczyźnie upłynęło pod znakiem ubóstwa lub niedostatku. Młodość przyszło im przeżywać w okresie II wojny światowej, a po niej również nastały bardzo trudne czasy, w których dominowały podsłuchy i oskarżenia oraz wszechobecny aparat tak zwanego bezpieczeństwa. To głównie ich pokolenie doświadczyło ograniczeń wolności słowa, wyznania religijnego czy swobodnego poruszania się.

Z kolei dokumenty IPN świadczą o zaangażowaniu setek osób nieustannie obserwujących, podsłuchujących i piszących raporty do instancji partyjnych o biskupie i kardynale Wojtyle, ale nie doszukały się w nim słabych stron. Krakowski metropolita do końca pozostał odporny na szantaż i zastraszania.

Po wstąpieniu na Stolicę Piotrową Jan Paweł II sprawę Polski wyniósł na arenę międzynarodową. Odważnie mówił o sytuacji w krajach bloku wschodniego, co przepłacił krwawym zamachem na swoje życie. Stał się też rzecznikiem narodu upokorzonego stanem wojennym i internowaniami. Nie dopuścił do przelewu braterskiej krwi. Jako duchowy przywódca poprowadził Polaków w kierunku wolności.

SŁOWA KLUCZE

Karol Wojtyła, Jan Paweł II, komunizm, II wojna światowa, PRL, historia współczesna

SUMMARY

Marta Burghart
From the Generation of the Independent Poland: Karol Wojtyła

The paper attempts to portray the fortunes of Columbuses using the example of John Paul II. Eugeniusz Mróz, Wojtyła’s schoolmate, described in his stories the childhood of the first generation of Poles born in the independent homeland as full of poverty and paucity. First, they spent their youth in the days of World War II and then they had to endure similarly hard times – filled with wiretaps, accusations and the omnipresence of the so-called “security” service. Hence, it was that generation which suffered the most restrictions of their liberties: liberty of speech, religion and movement.

In turn, the documents held in Polish Institute of National Remembrance show evidence of hundreds of people continuously engaged in surveilling, eavesdropping and reporting on Bishop, and then Cardinal, Wojtyła. Nonetheless, they did not find even the slightest weakness in him. Kraków’s metropolitan bishop stayed immune to browbeating and blackmail till the very end.

After his election to the Apostolic See, John Paul II brought the issue of Poland to the international arena. He spoke bravely about the situation in Eastern Bloc countries – and he had to pay for this with the vicious assassination of his life. He also became a spokesman for a nation humiliated with martial law and internments. He prevented bloodshed among his keens and as a spiritual leader, he led the Polish people to freedom.

KEY WORDS

Karol Wojtyła, John Paul II, communism, World War II, Polish People’s Republic, contemporary history


BIBLIOGRAFIA

  • W. Bereś W., Burnetko K., Nasza historia. 20latRP.pl 1989–2009, Warszawa 2009.
  • Dmitrowicz P., Walka o krzyż, https://www.polskieradio.pl/114/0/Artykul/176935,Walka-­o-krzyz.
  • Dokumenty Instytutu Pamięci Narodowej prezentowane na wystawie Instytutu Dialogu Międzykulturowego im. Jana Pawła II w Krakowie, zorganizowanej z okazji 40. rocznicy wyboru Jana Pawła II na Stolicę Apostolską, w 1919 roku na Plantach w Krakowie, oprac. B. Munk.
  • Gawroński J., Kolacja z papieżem i inne historie, Kraków 2017.
  • Kalendarium życia Karola Wojtyły, red. A. Boniecki, Kraków 2000.
  • Lasota M., Donos na Wojtyłę. Karol Wojtyła w teczkach bezpieki, współpraca M. Zając, posłowie R. Terlecki, Kraków 2006.
  • Mróz E., Historia niezwykłej przyjaźni, współpraca red. M. Burghardt, Kraków 2020.
  • Tacik J., Zamach, Kraków 2017.
  • Wojtyła K., Jan Paweł II, Dzieła literackie i teatralne, t. 1, Juvenilia (1938–1946), red. J. Popiel, Kraków 2019.

 

Leszek J. Sibila – Mistrz introligatorski Robert Jahoda

Leszek J. Sibila

Muzeum Krakowa

Mistrz introligatorski Robert Jahoda

Mistrz introligatorski Robert Jahoda, Kraków, lata 1918–1920, wł. MK

Mistrz introligatorski Robert Jahoda, Kraków, lata 1918–1920, wł. MK

Józef Mazurkiewicz tak pisze w swoim artykule:

Wybitnych twórców, którzy związali się z Krakowem na stałe lub przynajmniej tak silnie, by ich praca i dzieła w Krakowie stworzone stały się znaczące, można byłoby długo wyliczać. Należy do nich również Robert Jahoda. Jego dzieło i dorobek nie były tak efektowne jak rzeźby mistrza Wita Stwosza, tak ważne i znane jak prace Jana Długosza, Mikołaja Reja, Jana Kochanowskiego, Andrzeja Frycza Modrzewskiego, tak szeroko podziwiane jak obrazy Jana Matejki, witraże Stanisława Wyspiańskiego czy rzeźby Xawerego Dunikowskiego. Wybrał bowiem Jahoda rzemiosło, a raczej dziedzinę sztuki, bo był nie tylko znakomitym rzemieślnikiem, ale też artystą, mniej efektowne, przeznaczone i dostępne dla wąskiej stosunkowo grupy odbiorców: swoje życie i umiejętności poświęcił książce, a przede wszystkim jej oprawie. Jako introligator wytyczył nowe trendy, zupełnie odmienne i przełamujące kryzys i dekadencję panującą w tej dziedzinie rękodzieła. Znaczenie Jahody przekraczało lokalne, krakowskie granice, także galicyjskie, a wywierane wpływy sięgały potem introligatorstwa na całym obszarze II Rzeczypospolitej…1J. Mazurkiewicz, Robert Jahoda i jego wkład w rozwój introligatorstwa polskiego, „Krzysztofory. Zeszyty Naukowe Muzeum Historycznego Miasta Krakowa” 1991, nr 18, s. 82..

Rodzina

Robert Jahoda urodził się 1 czerwca 1862 roku w Bochni. Jego matką była Anna Sotschek/Soczek (1840–1894), a ojcem Karol Jahoda (1820–1880). Pochodził on z Paschowitz (węgierskie Hradisch) k. Luhačovic na Morawach2Odpis świadectwa urodzenia i chrztu, powiat Bochnia, diecezja Tarnów, dekanat i parafia Bochnia nr 5190, z 29.09.1939, rkps, wł. prywatna. Rodzice Roberta Jahody oraz dziadek Dawid spoczywają na cmentarzu komunalnym przy ul. Orackiej w Bochni.. Rodzicami matki byli pochodzący spod Wiednia Dawid Sotschek (1804–1881) oraz Marianna z d. Bozik. Rodzicami, zaś ojca – Józef Jahoda oraz Katarzyna z d. Zechorz.

Rodzice matki posiadali w Bochni dom z pracownią tokarską, w której produkowano bardzo popularne na Węgrzech fajki. W domu Sotschków było dziesięcioro dzieci. Anna była najstarsza. Karol Jahoda po odbyciu służby wojskowej w armii austriackiej rozpoczął pracę w Bochni jako konduktor pocztowy. Jeździł głównie na trasach do Nowego Sącza i Piwnicznej. Po przyjeździe do Bochni zamieszkał w domu swojej przyszłej żony, z którą w lutym 1856 roku wziął ślub3Świadectwo zawarcia małżeństwa, powiat Bochnia, diecezja Tarnów, dekanat i parafia Bochnia nr 5180, z 28.06.1939, rkps, wł. prywatna..

Z licznego rodzeństwa Roberta przeżyła tylko dwójka: Karol4Karol de Lubomir Jahoda (1860–1953) – absolwent Szkoły Kadetów Artylerii w Wiedniu. Był komendantem Krajowej Żandarmerii nr 10 w Tropawie dla terenów Galicji w stopniu pułkownika Cesarskiej i Królewskiej armii austro-węgierskiej. W 1918 r. otrzymał nobilitację. Po I wojnie światowej został mianowany komendantem obozu w Kościerzynie dla rosyjskich jeńców wojennych. W 1921 został zastępcą komendanta obozu warownego Kraków i przeszedł do rezerwy w stopniu generała brygady (1923). W 1892 r. ożenił się z Heleną Underek, z którą miał czworo dzieci: Karola (1893–1917), Mariana (1897–1968) oraz córki: Helenę i Irenę. oraz Matylda (1864–1951) (po mężu Wojciechu Kuli zwana Kulową)5Pamiętnik Roberta Jahody, 1944, Archiwum Narodowe w Krakowie, sygn. RJ 43, mps..

Uczestnicy Krajowego Zjazdu Introligatorów w Krakowie przed wejściem do Muzeum Techniczno- Przemysłowego, pośrodku stoi Robert Jahoda, Kraków 1913, wł. MK

Uczestnicy Krajowego Zjazdu Introligatorów w Krakowie przed wejściem do Muzeum Techniczno- Przemysłowego, pośrodku stoi Robert Jahoda, Kraków 1913, wł. MK

Po odbyciu praktyki introligatorskiej i zdobyciu zawodu Robert Jahoda się ożenił. W lipcu 1888 roku w kościele parafialnym we wsi Borowno (zabór ­rosyjski) odbył się jego ślub z Emilią Żółtowską (1863–1900), córką Jana i Konstancji.

Z tego związku narodził się syn Robert (1891–1972). Był doktorem praw (dyplom 1918), oficerem Wojska Polskiego, mistrzem introligatorskim, prezesem Izby Rzemieślniczej w Krakowie, działaczem społecznym oraz posłem na Sejm IV (1935–1938) i V kadencji (1938–1939) II RP z ramienia Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem (BBWR) i Obozu Zjednoczenia Narodowego (OZN). W latach 1922–1939 pracował w zakładzie ojca, zatrudniony na stanowisku kierownika artystycznego. W czasie II wojny światowej przedostał się przez Rumunię do Francji, gdzie służył w Wojsku Polskim, w 6 Dywizji Piechoty, a później w Szkocji w 3 Kadr. Dywizji artylerii I Korpusu. Po śmierci ojca powrócił w lecie 1947 roku do kraju i przejął w firmie dział artystycznej oprawy książek. Po upaństwowieniu zakładu, od 1952 roku sprawował nadzór nad pracami artystycznymi i konserwacją starych druków w Spółdzielni Przemysłu Artystycznego „Starodruk”, która zawłaszczyła cały majątek i rodzinną firmę Jahodów (od 1954 roku). Pracował dodatkowo na wydziale konserwacji krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Prowadził tam wykłady związane z historią książki oraz papieru6M. Maron, Mieczysław Jahoda. Fenomeny światła, oprac. biograficzne A.M. Leśniewska-Zagrodzka, Łódź 2019, s. 25–28..

Mistrzowie introligatorscy w Krakowie, pierwszy z prawej siedzi: Robert Jahoda, Kraków, lata 90. XIX w., w: Księga Pamiątkowa Cechu Introligatorów w Krakowie sprawiona przez Piotra Grzywę, wł. MK

Mistrzowie introligatorscy w Krakowie, pierwszy z prawej siedzi: Robert Jahoda, Kraków, lata 90. XIX w., w: Księga Pamiątkowa Cechu Introligatorów w Krakowie sprawiona przez Piotra Grzywę, wł. MK

W 1903 roku Robert Jahoda, trzy lata po przedwczesnej śmierci pierwszej żony Emilii, wstąpił w związek małżeński z Jadwigą Glatman (1869–1933). Z tego związku narodziły się dwie córki. Zofia (1904–1976), absolwentka romanistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, kontynuowała naukę w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Krakowie na wydziale grafiki kierowanym przez prof. Henryka Uziembłę. Uzyskała tytuł mistrza introligatorskiego i od 1935 roku kierowała Zakładem. W firmie wykonywała projekty opraw książkowych, albumów, dyplomów oraz tek adresowych. Była żoną Stanisława Broniewskiego7Stanisław Broniewski (1900–1979), absolwent Wydziału Rolnego Uniwersytetu Jagiellońskiego, jeden z pionierów radiofonii krakowskiej, kierownik literacko-słuchowiskowy Polskiego Radia, autor kilkuset felietonów z cyklu „Skrzynka radiowa”. Walczył w wojnie polsko-bolszewickiej w latach 1919–1921, a po II wojnie w latach 1946–1949 był więziony przez władze komunistyczne.. W czasie okupacji ze względu na chorobę oraz nieobecność brata ojca kierowała pracami w introligatorni. Po jego śmierci w 1947 roku przejęła w Zakładzie dział galanterii artystyczno-introligatorskiej. Potem, podobnie jak brat, pracowała w Spółdzielni Przemysłu Artystycznego „Starodruk”. Drugą córką była Maria8Maria Jahoda-Lankosz (1911–1958), absolwentka Wydziału Medycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, dr medycyny, pediatra, radiolog..

Środowisko – introligatorstwo krakowskie w drugiej połowie XIX wieku

Kraków w historii kultury polskiej zajmował i zajmuje zaszczytne miejsce. Ze swoimi kilkusetletnimi tradycjami drukarsko-introligatorskimi był kolebką książki polskiej i na trwałe wpisał się przez arcydzieła tego kunsztu do dziejów naszego kraju. Wiek XVI, zwany „złotym wiekiem”, oraz półwiecze kolejnego stulecia przynoszą prócz rozwoju drukarstwa również rozwój introligatorstwa, podnosząc je do wyżyn prawdziwej sztuki. Okres rozbiorów przyniósł dla zubożonego i podupadłego Krakowa wiele niepomyślnych zmian, dotykających również rzemiosło, w tym drukarstwo i introligatorstwo.

Edward Bobulski, pierwszy uczeń w pracowni introligatorskiej Roberta Jahody w latach 1887–1898, Kraków, pocz. XX w., wł. MK

Edward Bobulski, pierwszy uczeń w pracowni introligatorskiej Roberta Jahody w latach 1887–1898, Kraków, pocz. XX w., wł. MK

W pierwszej połowie XIX wieku działali w Krakowie dwaj bibliotekarze i introligatorzy Fryderykowie Friedleinowie – ojciec i syn9A. Bar, Friedlein Daniel Edward, w: Polski Słownik Biograficzny, tom VII, Kraków 1948–1958, s. 140–141. Jan Jerzy Fryderyk Friedlein (1771–1834), introligator i księgarz. W 1796 r. założył w Krakowie zakład introligatorski oraz sklep z książkami szkolnymi i religijnymi. W 1810 odkupił księgarnię od Józefa J. Trasslera, otworzył czytelnię i pierwszą w Krakowie wypożyczalnię książek. Fryderyk Friedlein (1817–1885) prowadził introligatornię przy ul. Grodzkiej, był bratem Daniela Edwarda Friedleina (1802–1855), właściciela drukarni przy ul. Dominikańskiej, która spaliła się w wielkim pożarze Krakowa w 1850 r.. Działały też w mieście małe i średnie pracownie introligatorskie, najczęściej usytuowane w okolicach Rynku i Drogi Królewskiej. Spośród nich należy wymienić między innymi założoną w 1860 roku introligatornię Józefa Malaciny (1833–1874), świadczącą usługi nie tylko prywatnej klienteli, ale też Bibliotece Jagiellońskiej i Archiwum Akt Grodzkich i Ziemskich, założoną w 1866 roku introligatornię należącą do Jana Łabędzinowskiego (1834–po 1885), pracującego wcześnie u Malaciny, a także mały warsztat znajdujący się przy ulicy Floriańskiej, który powadził Józef Ćwiżewicz (1847–1872), uczeń i czeladnik u F. Friedleina10J. Kutrzeba w 1874 r. założył spółkę z Józefem Murczyńskim, zmodernizował introligatornię, sprowadzając jako jeden z pierwszych maszynę do obcinania papieru firmy Beckert-Krause z Lipska. Niezależnie od Kutrzeby w tym samym czasie podobną maszynę sprowadził inny introligator krakowski Franciszek Mallik (1836–1890), który wyróżniał się wykonywaniem luksusowych opraw książkowych. Następnie sprowadzono maszyny do złocenia, później do szycia drutem i nicią oraz walce do barwienia brzegów książek.. Również ukazujący się w Krakowie konserwatywny dziennik „Czas” posiadał własną introligatornię, którą kierował od 1867 roku, po uzyskaniu dyplomu mistrzowskiego, Józef Terakowski (1823–1886). Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku, po zadekretowaniu autonomii galicyjskiej, nastąpiło w Krakowie ożywienie naukowe i kulturalne, a co pociągnęło za sobą stopniowy rozwój ruchu introligatorskiego. Rozpoczęły działalność zakłady i pracownie introligatorskie prowadzone przez między innymi przez Jana Kutrzebę (1842–1901), Filipa Kwisa (1840–1917), Kazimierza Kajzego (1833–1897), Emila Schrotta (1849–1893), Karola Schramma (1848–1916), Klemensa Fedunio (1842–1913), Eustachego Hałacińskiego (1833–1916)11K. Hałaciński, O krakowskich introligatorach ubiegłego wieku, Kraków 1926., Marcelego Żenczykowskiego (1848–1921)12J. Dobrzycki, Introligatorstwo krakowskie ostatnich lat pięćdziesięciu, Kraków 1926, s. 6.. Powstawaniu nowych zakładów introligatorskich groził jednak nowy proces, inicjowany w Niemczech i Austrii, czyli coraz powszechniejsza mechanizacja, zgubna dla rękodzieła i introligatorstwa w tradycyjnym znaczeniu. Prowadziło to w introligatorstwie do spadku poziomu jakości opraw i stosowanych do nich materiałów. Przemianę tę znacznie ułatwiało pojawienie się w Krakowie pochodzących najczęściej z Niemiec tak zwanych reisenderów (podróżników)13Tenże, Zarys dziejów introligatorstwa w Krakowie 1568–1968, Kraków 1968, s. 30–31..

Jak wspomina Adam Chmiel14Adam Chmiel (1865–1934) w 1898 r., po studiach na Uniwersytecie Jagiellońskim, podjął pracę w Archiwum Akt Dawnych w Krakowie, w 1917 został jego dyrektorem. Był częstym gościem w pracowni introligatorskiej Roberta Jahody, przyjaźnił się ze Stanisławem Wyspiańskim. Zajmował się dziejami kultury i Krakowa, był wiceprezesem Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa, a także przyczynił się do powołania w 1899 r. Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. w rękopisie o introligatorach krakowskich:

Karol Schramm, mistrz introligatorski, starszy Cechu Introligatorów, Kraków, lata 90. XIX w., fot. T. Jabłoński, wł. MK

Karol Schramm, mistrz introligatorski, starszy Cechu Introligatorów, Kraków, lata 90. XIX w., fot. T. Jabłoński, wł. MK

Przed 70 r.-80 pracowni prawdziwie w dzisiejszym pojęciu nie było. Paru tylko introligatorów starego autoramentu – biedaków w całem słowa tego znaczeniu oprawiało książki pojedynczo studentom lub profesorom, nie mając żadnych czeladników do pomocy, najwyżej jednego lub dwóch praktykantów. Z tych większych wybijały się Kwisa (Filipa), który jednak więcej książek do nabożeństwa OO. Jezuitom broszurował… a tanio oprawiał i Rzęczykowskgo [Żenczykowski – przyp. autora] trochę później, w której poziom wymagań tak technicznej jak i estetycznej strony stał już o wiek wyżej; Rzęczykowski zatrudniał też około… ludzi, a ówcześni jego praktykanci dzisiaj zaliczają się do najwytrawniejszej gwardji pracowników introlig. W tym okresie przywożą XX. Czartoryscy swoją bibliotekę z Sieniawy do Krakowa, ale i równocześnie swego introligat., który długi czas oprawia im książki w ich muzeum. Z tego okresu pracownie inne: zdolny, ale pijak Żurek, Kajzy i Chałaciński. Poza tem godni wzmianki tylko ci, którzy oprawiali dla Bibliot. Akademii Umiejętności oraz Jagiell., gdyż ocena prac ich możliwą jest obecnie-Poziom jednak robót nie mógł być żadną miarą wysokim, gdyż ówczesne dotacje rządowe dla instytucji tych były bardzo marne, a zatem i wynagrodzenie dla introligatorów również liche, tak że jak z ich wspomnień wiadomo ledwo wychodzili na swoje, przy surowych żądaniach dyrektorów bibliotek.

Dopiero po r. 80 tym zaczyna się uwidaczniać pewne dążenie ku podniesieniu sztuki introligat… miasta, które coraz więcej ściąga rodaków za kordonu czy to do szkół, lub uniwersytet, czy to ze względów większej swobody kulturalnej potęguje się ruch wydawniczy-księgarski a z nim i oprawa książki. W tym okresie powstają pracownie Karola Schramma, Piotra Repetowskiego, Karola Wójcika (istnieje po dziś dzień), które jednak swój późniejszy rozkwit zawdzięczają nie tylko koniunkturze na rynku zbytu – ale głównie indywidualnym talentom samych mistrzów…15A. Chmiel, Histor. Introligat. Krakowskich, rkps, Archiwum Państwowe w Krakowie, sygn. R 13, nlb (zapis oryginalny)..

Dom przy ul. Wiślnej 2, w którym mieszkał Robert Jahoda z rodziną oraz gdzie mieściła się jego pracownia introligatorska z wejściem od Rynku Głównego 26, Kraków, pocz. XX w., wł. MK

Dom przy ul. Wiślnej 2, w którym mieszkał Robert Jahoda z rodziną oraz gdzie mieściła się jego pracownia introligatorska z wejściem od Rynku Głównego 26, Kraków, pocz. XX w., wł. MK

Z wymienionych powyżej introligatorów na czoło wybijają się pracownie Emila Schrotta i Karola Schramma, którzy pracowali początkowo jak wspólnicy. Pierwszy z nich wyróżniał się pracami z zakresu tak zwanej galanterii introligatorskiej: teki adresowe, oprawy albumów. Od 1882 roku otrzymał także zlecenie na oprawę książek dla Biblioteki XX. Czartoryskich oraz zajmował się restaurowaniem starych ksiąg. Schramm zajmował się głównie oprawianiem ksiąg o treści religijnej: mszałów, brewiarzy oraz książeczek do nabożeństwa dla zakonu misjonarzy. Znaną pracownię prowadził w Krakowie Marceli Żenczykowski, którego prace zarówno pod względem artystycznym, jak i technicznym były na wysokim poziomie. Jako jeden z pierwszych sprowadzał do swojej introligatorni fachowców z Niemiec i Francji (zwłaszcza złotników) jako nauczycieli swoich pracowników16Introligatorstwo, mps, s. nlb, mat. pomocnicze Działu DDI MK..

Rodzeństwo Jahodów: Karol, Matylda Kula z d. Jahoda, Robert, Kraków, lata 1916–1919, fot. Józef Kuczyński, wł. MK

Rodzeństwo Jahodów: Karol, Matylda Kula z d. Jahoda, Robert, Kraków, lata 1916–1919, fot. Józef Kuczyński, wł. MK

Jak pisze Michał Myśliński, wydarzeniem przełomowym, które pozwoliło podźwignąć cech z upadku, był wybór, jakiego dokonano 7 listopada 1882 roku. Tego dnia na starszego Cechu Introligatorów i Pudełkarzy krakowskich wybrano Emila Schrotta. Cech liczył wówczas 12 mistrzów i tworzyli go Emil Schrott, Franciszek Mallik, Klemens Fedunio, Karol Schramm, Karol Blecha (1836–1888), Józef Turlik, Marceli Żenczykowski, Franciszek Kozłowski, Kazimierz Kajzy, Józef Terakowski, Franciszek Olewicz (1830–1890) oraz Jan Kutrzeba17M. Myśliński, Introligatorzy krakowscy w wieku XIX w świetle dokumentów cechowych, „Kwartalnik Historii Kultury Materialnej” 2013, R. 61, nr 4, s. 616..

W latach osiemdziesiątych XIX wieku dokonały się w Europie zmiany sprzyjające odrodzeniu produkcji introligatorskiej, która po roku 1900 rozwinęła się do niebywałych rozmiarów. Silny ruch zmierzający do odrodzenia rękodzieł i pozbycia się z niego „tępego i brzydkiego balastu stylów historycznych”18J. Dobrzycki, Introligatorstwo…, dz. cyt., s. 10. rozpoczął się w Anglii. Jego prekursorem był William Morris (1834–1896) z grupy angielskich artystów, należących do „prerafaelitów”, który zainteresował się produkcją książek. Do jego grupy należał Thomas James Cobden‑Sanderson (1840–1922), który zajmował się nie tylko drukarstwem, ale też stworzył nowy styl oprawy książkowej – ścisłe połączenie materiału i techniki. Jego uczeń Douglas Cockerell (1870–1945) kontynuując prace mistrza, uważał, że „(…) warunki estetyczne oprawy winny być (…) wykładnikiem najlepszego wykonania i materiału ze zrozumieniem jego charakteru i właściwości, wyrzeczeniem się taniego efektu malarskiego, plastycznego czy architektonicznego niezgodnego z duchem oprawy”19J. Mazurkiewicz, Robert Jahoda…, dz. cyt., s. 84; L.J. Sibila, Wybrane oprawy książkowe, projekty opraw książkowych, dyplomów i tek adresowych krakowskiego mistrza introligatorskiego Roberta Jahody z lat 1892–1912. Ze zbiorów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, „Rocznik Muzeum Papiernictwa” 2012, t. VI, s. 32.. W tym samym czasie powstają w Krakowie nowe pracownie rękodzieła introligatorskiego należące do Piotra Repetowskiego (1863–1917), wcześniej Franciszka Terakowskiego, Karola Wójcika (1857–1932) i Roberta Jahody.

Repetowski zajmował się głównie hurtową oprawą książek do nabożeństwa. Jako pierwszy z mistrzów introligatorskich wprowadził maszyny o napędzie elektrycznym. Introligatornia Wójcika wykonywała wiele opraw nakładowych oraz wykonywano w niej cenne oprawy o charakterze luksusowym. Później wykonywała oprawy dla firmy wydawniczej Gebethner i Wolff z Warszawy oraz lwowskich wydawnictw Altenberga i Połonieckiego. Kilkukrotnie piastował Wójcik godność starszego Cechu Introligatorów.

Najwybitniejszym z introligatorów, twórcą artystycznych opraw książkowych, dyplomów i tek adresowych, a także galanterii introligatorskiej, który przejął, zastosował i upowszechnił ideały oraz hasła T.J. Cobdena-Sandersona i Douglasa Cockerella, był jednak Robert Jahoda.

Kariera zawodowa

W 1874 roku ojciec Roberta Jahody został służbowo przeniesiony do Krakowa. Wraz z nim przybyła również jego rodzina. Robert po ukończeniu pierwszej klasy szkoły realnej w Bochni kontynuował naukę w klasie 2 i 3 c.k. Wyższej Szkoły Realnej w Krakowie (Gimnazjum Nowodworskiego)20„Świadectwo c.k. Wyższej Szkoły Realnej w Krakowie dla Roberta Jahody”, Kraków, 12.02.1874 r., Biblioteka Naukowa i Archiwum Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, sygn. R 2449..

Nauka nie była jego pasją, o czym pisał w swoich Pamiętnikach:

(…) nie miałem wielkich zdolności do nauki, przeto oddał mnie ojciec do nauki introligatorstwa, do mego wuja Kwisa (Filipa). Pracownia była niewielka, choć roboty miał. Tam skończyłem praktykę i pracowałem jako czeladnik 3 lata. Wtenczas robiło się od 6-tej do 7-mej wieczór w lecie, a w zimie od 7-mej do 8-mej wieczór (…)21Pamiętnik Roberta Jahody, 1944, Archiwum Narodowe w Krakowie, sygn. RJ 43, mps, s. 4..

Z Krakowa młody Robert pojechał do Wiednia, gdzie w Szkole Kadetów Artylerii uczył się jego brat Karol. Po kilku dniach poszukiwań rozpoczął pracę w niewielkiej pracowni Andreasa Hubera na Magdalenenstrasse 2122Lehmann‘s allgemeiner Wohnungs-Anzeiger, Wien und Umgebung, Wien 1879, s. 1118; Pamiętnik Roberta Jahody, dz. cyt. We wszystkich opracowaniach dotyczących Roberta Jahody podawano informację, że do Wiednia wyjechał po pobycie we Lwowie ok. 1886 r. W świetle przeprowadzonych badań okazuje się jednak, że wyjechał kilka lat wcześniej, na przełomie 1879 i 1880 r. lub na początku 1880..

Świadectwo szkolne Roberta Jahody ze Szkoły Realnej z Bochni, Bochnia 2.07.1872 r., wł. BiA MK

Świadectwo szkolne Roberta Jahody ze Szkoły Realnej z Bochni, Bochnia 2.07.1872 r., wł. BiA MK

Jak sam pisze: „(…) majstra nadzwyczaj ostrego, lecz akuratnego w robotach. Tam wiele skorzystałem (…)”23Pamiętnik…, dz. cyt., s. 4.. Niestety, po kilku miesiącach na wieść o chorobie ojca musiał wrócić do Krakowa. Po śmierci w 1880 roku ojca, rok później wyjechał do Tarnowa, do pracowni Kwisa. Tam pracując w warsztacie introligatorskim, uczęszczał przez dwa lata na kursy wieczorowe do Szkoły Przemysłowo-Handlowej24Świadectwa Szkoły Przemysłowo-Handlowej w Tarnowie wydane dla Roberta Jahody, Tarnów, 4.06.1882 r., 7.05.1883 r., Biblioteka Naukowa i Archiwum Muzeum Krakowa, sygn. R.2450/1-2..

Świadectwo szkolne Roberta Jahody ze Szkoły Przemysłowo-Handlowej w Tarnowie, Tarnów, 4.06.1882 r., wł. BiA MK

Świadectwo szkolne Roberta Jahody ze Szkoły Przemysłowo-Handlowej w Tarnowie, Tarnów, 4.06.1882 r., wł. BiA MK

Po ukończeniu praktyki w 1883 roku wyjechał do Lwowa. Początkowo został przyjęty na praktykę introligatorską przez Wincentego Kuczabińskiego25Pracownia Wincentego Kuczabińskiego znajdowała się we Lwowie przy ul. Teatralnej 10., który miał pracownię w Rynku, a potem do niewielkiej pracowni introligatorskiej prowadzonej przez Ludwika Wierzbickiego. Pisze w swoim Pamiętniku:

„(…) Była to pracownia niewielka, lecz roboty miała przeważnie artystyczne, różne teki na adresy, dyplomy honorowego obywatelstwa i inne roboty, a przeważnie passe-partout, do których miał specjalnego robotnika (…)”26Pamiętnik…, dz. cyt., s. 4. W okresie pobytu R. Jahody we Lwowie pracownia L. Wierzbickiego mieściła się przy ul. Halickiej 50 lub 52..

W pracowni Wierzbickiego uzyskał dyplom mistrzowski.

Po przyjeździe ze Lwowa w 1887 roku Jahoda zastanawiał się, czy otworzyć pracownię introligatorską w Krakowie czy też może w Kielcach lub Radomiu, gdzie mieszkała rodzina jego matki. Jak sam jednak stwierdził: „nie podobało mu się tam”27Tamże, s. 5. i powrócił do Krakowa.

Projekt artystycznej oprawy dyplomu lub teki z napisem POLONIA SEMPER FIDELIS, proj. Henryk Piątkowski, Kraków 11.04.1904 r., wł. MK

Projekt artystycznej oprawy dyplomu lub teki z napisem POLONIA SEMPER FIDELIS, proj. Henryk Piątkowski, Kraków 11.04.1904 r., wł. MK

Po raz pierwszy nazwisko Jahody pojawiło się w „Księdze protokołów i spotkań cechu introligatorskiego”28„Księga protokołów i spotkań cechu introligatorskiego”, Archiwum Państwowe w Krakowie, nr inw. 29/14/30, obejmująca wpisy posiedzeń odbywanych między 20.07.1803 a 16.03.1908 r. Księgę oprawił i podarował cechowi krakowski introligator Fryderyk Friedlein 30.08.1852 r.Protokole odbytego walnego zgromadzenia z dnia 27 kwietnia 1890. Podczas tego posiedzenia odbywały się wybory na starszego, jego zastępcy oraz pięciu wydziałowych i ich zastępców. Podstarszym wybrano Emila Schrotta, natomiast wśród zastępców wydziałowych pojawiło się nazwisko Jahody29Tamże, Protokół z dnia 27 kwietnia 1890, s. nlb.. Trzy lata później Jahoda został wybrany na jednego z wydziałowych cechu, o czym zaświadcza Protokół z walnego zebrania z dnia 27 listopada 1893 r.30Tamże, s. nlb. Również cztery lata później i w latach 1903 oraz 1906 wybrano go wydziałowym cechu.

Ważnym wydarzeniem w historii krakowskiego cechu był 9 września 1895 roku. Wtedy to, jak zapisano w „Księdze protokołów i spotkań…”:

(…) w Sali Rady stołecznego królewskiego miasta Krakowa na ratuszu krakowskim wręczył Jaśnie Wielmożny Pan Józef Friedlein Prezydent miasta berła cechowe sprawione kosztem cechu na wniosek p. Karola Schramma na sessyi w dniu 8 Maja 1893 r. uchwalonej a wykonane przez mosiężnika krakowskiego p. Fr. Kopaczyńskiego – Panom Karolowi Schrammowi Starszemu i Karolowi Wójcikowi Podstarszemu – przy zgromadzeniu wyżej wymienionych jako też Jaśnie Wielmożnych i Wielmożnych Panów Posłów krakowskich na sejm.

Jednym z inicjatorów był również Robert Jahoda, co zostało uwidocznione na pamiątkowej fotografii wykonanej po uroczystości31Tamże, s. nlb..

Jak jednak naprawdę wyglądały stosunki między mistrzami introligatorskimi pod koniec XIX wieku a Jahodą, możemy przeczytać w jego Pamiętniku:

Między kolegami miałem jednego życzliwego, niejaki Karol Szram [Szramm, przyp. LJS]. Z nim żyłem w przyjaźni, podczas gdy inni byli zazdrośni, n. p. pan Malik (Czech) miał robotę od Fischerów, którzy jednak czasem mnie dawali galanterię, co się panu Malikowi nie podobało. Emil Schrott, bardzo dobry galanternik, także mi nie był życzliwy, pomimo iż mu nie psułem w interesie. Lecz zawiść ich nie trwała, bo biedny Schrott umarł wkrótce na suchoty a Malik się zastrzelił [1890 r., przyp. LJS]32Pamiętnik…, dz. cyt., s. 13..

Jeszcze ciekawsza, choć tragicznie zakończona historia wydarzyła się po wyprowadzeniu się Jahody z ulicy Brackiej 13:

(…) i trafiło się kupić realność na ulicy Gołębiej 4 i tę kupiłem od Drukarni Narodowej. Wyprowadzając się, prosiłem gospodarza, aby nie wynajmował jakiemu introligatorowi, na co mi dał słowo, iż tego nie zrobi, lecz nim się wyprowadziłem, dowiedziałem się, iż mieszkanie to wynajął mój były pracownik Wojciech Gigoń. ­Poszedłem do gospodarza z wyrzutami, że obiecał, a on słowa nie dotrzymał. Radził mi, bym się porozumiał z Gigoniem. Czego jednak nie uczyniłem. Pan Gigoń był na tyle bezczelnym, że urządził sklep do przyjmowania gości tak samo jak ja miałem. Biurko, telefon, szafa, wszystko było do mojego podobne, więc gdy gość wszedł, to nie wiedział, że się przeprowadziłem, pomimo rozesłanych zawiadomień. Jeżeli pytali się goście o mnie – mówił, że wyszedłem, a on mnie zastępuje. Do tego doszło, że nawet w moim imieniu wystawiał rachunki za robotę. Radzono mi, aby go skarżyć, lecz zaniechałem tego. Niedługo i tak cieszył się niesumiennym zyskiem, bo podczas ogromnej powodzi w roku 1915 utonął33Tamże, s. 11; „Naprzód” 1915, R. XXIV, nr 294, s. 2..

Wnętrze biura w Zakładzie Introligatorskim Roberta Jahody przy ul. Gołębiej 4. R. Jahoda siedzi w głębi, Kraków 1912 r., wł. MK

Wnętrze biura w Zakładzie Introligatorskim Roberta Jahody przy ul. Gołębiej 4. R. Jahoda siedzi w głębi, Kraków 1912 r., wł. MK

Po I wojnie światowej Jahoda nadal aktywnie działał w Cechu Introligatorów, opiekując się zwłaszcza młodzieżą rzemieślniczą. Był inicjatorem budowy i współzałożycielem Bursy Rzemieślniczej prowadzonej przez ks. Mieczysława Kuznowicza (1874–1945)34G. Schmager, Słownik pracowników książki polskiej, Warszawa–Łódź 1972, s. 355. Bursa była budowana w latach 1922–1930 u zbiegu ulic Krupniczej i Skarbowej, według projektu Wacława Krzyżanowskiego (1881–1954).. W 1924 roku został wybrany starszym Cechu Introligatorów (po Łukaszu Kruczkowskim), a pod koniec życia członkiem honorowym tegoż35A. Homecki, Polski Słownik Biograficzny, Tom X, Wrocław–Warszawa–Kraków 1962–1964, s. 325..

Siedziby firmy

Od 1887 roku Robert Jahoda na stałe związał się zawodowo z Krakowem. Pierwszy warsztat (jednoosobowy i jednoizbowy) założył w Rynku Głównym 37, na linii A–B. Jak pisze w swoich Pamiętnikach: „Mieszkanie miałem bardzo małe, 4 osoby się mieściły. Dopiero po roku wziąłem jeden pokój, to nam było wygodniej. W pierwszych latach bardzo biedowaliśmy, lecz nigdy nie było nieporozumień między nami”. W 1888 roku jego sytuacji finansowa poprawiła się na tyle, że kupił do warsztatu pierwszą maszynę introligatorską. Była to gilotyna do cięcia papieru austriackiej Firmy Anger & Söhne z Wiednia36Korespondencja z firmą Josef Anger & Söhne. Maschinenfabrik & Eisengiesserei, Wien, Hautpstrasse 124 z Robertem Jahodą z 5.10.1988 r., rkps, wł. prywatna..

Z linii A–B w tym samym roku przeprowadził się do nowego lokalu, na rogu ulicy Wiślnej i Rynku. Pracownia znajdowała się w Rynku Głównym 26 obok siedziby Banku Galicyjskiego37Reklama, w: Illustrowany Kalendarz Djabelski na Rok 1893: dla użytku wszystkich żyjących Polaków oraz sporej paczki różnych znakomitości, skłonnych do zamieszkania w państwie Lucypera pierwszego i ostatniego, ułożony i w świat puszczony przez Redakcję Jego Djabelskiej Mości toczącej walkę z księciem wszelkich ciemności.. Pisze w Pamiętniku:

Tam miałem dużą i ładną pracownię, mieszkanie małe, później większe. Miałem kilku praktykantów, bardzo dobrych i przychylnych, Bobulski i Woźniak, oni należeli do chóru Dra Jordana, który mieszkał naprzeciw na ulicy Wiślnej. Ci praktykanci bardzo chwalili żonę, iż jest dla nich taka dobra i dbała, przeto Dr Jordan, przez wdzięczność, był dla żony tak jak ojciec (…) pod jego opieką syn przyszedł na świat38Pamiętnik…, dz. cyt., s. 9..

Kalendarzu Czecha na rok 1895 widnieje już jednak nowy adres Zakładu Introligatorsko-Galanteryjnego przy ulicy Brackiej 11. Dwa lata później nastąpiła kolejna przeprowadzka, gdyż na druku reklamowym możemy przeczytać:

Zakład Introligatorsko-Galanteryjny Roberta Jahody w Krakowie przy ulicy Brackiej l. 6 odznaczony na wystawie kraj. we Lwowie złotym medalem i pierwszymi nagrodami na konkursach: lwowskim i krakowskim wykonuje wszelkie roboty w zakres tego fachu wchodzące jako to: Teki na dyplomy aksamitne i skórzane. Mszały, Albumy, Księgi handlowe. Księgi do nabożeństwa w najgustowniejszych oprawach. Książki powieściowe, historyczne i szkolne. Oprawy obrazów, passe-partout i eteblau. Etui, Kasety na srebro stołowe lub złoto. Futerały na instrumenta muzyczne lub chirurgiczne. Podstawki na zegarki. Reparacye Wachlarzy i Pugilaresów, oraz wszelkie galanteryjne wyroby na czas umówiony i po cenach najniższych. Zakład ten znany powszechnie, tak z dobrego, gustownego jak i sumiennego wykonania, zaszczycony bywał zawsze wielkim zaufaniem, poleca się zatem nadal łaskawym względem Szan. P.T. Publiczności. Z poważaniem Robert Jahoda39Ulotka reklamowa Zakładu Roberta Jahody w Krakowie, druk W. Korneckiego w Krakowie, kon. XIX w., wł. Biblioteka Naukowa i Archiwum MK, sygn. D/804/11..

Kolejna przeprowadzka nastąpiła pod koniec 1903 lub na początku 1904 roku, gdyż w Kalendarzu Krakowskim Józefa Czecha z 1904 roku możemy przeczytać reklamę: „Zakład Introligatorsko-Galanteryjny Roberta Jahody w Krakowie, ul. Bracka l. 12 wykonuje wszelkie roboty w zakres tego fachu wchodzące (…)”. Również sam Jahoda w Pamiętniku pisał: „Mieszkaliśmy przy ulicy Brackiej pod Nrem 12, u radcy Lepszego (…)”40Budynek przy ul. Brackiej 12 to dawny pałac Larischa. W 1833 r. nabył go hr. Karol Larisch. Po pożarze w 1850 pałac przebudowano, a właściciel przekazał go miastu. Mieściła się w nim m.in. pierwsza siedziba Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych.. Dwa lata później przeniósł swoją pracownię kolejny raz, tym razem na… ul. Bracką 1341Józef Czech, Kalendarz Krakowski 1906, wkładka reklamowa, s. 6..

Znak graficzny Zakładu Galanteryjno-Introligatorskiego Roberta Jahody. Kraków, ul. Gołębia 4, Kraków, ok. 1912 r., wł. MK

Znak graficzny Zakładu Galanteryjno-Introligatorskiego Roberta Jahody. Kraków, ul. Gołębia 4, Kraków, ok. 1912 r., wł. MK

W 1912 roku przeprowadził się do własnej kamienicy. Nabył na własność od Napoleona Teltza (1866–1943), właściciela Drukarni Narodowej, kamienicę przy ulicy Gołębiej 4. O zmianie adresu poinformował klientów w ulotce reklamowej:

Zmiana lokalu ROBERT JAHODA Zakład Galanteryjno-Introligatorski istniejący od 25 lat, przeniesiony zostanie z dniem 1 października b.r. z ulicy Brackiej 13, do domu własnego na ulicę Gołębią l. 4 (…). Z powodu poszerzenia pracowni, sprowadzenia nowych maszyn i powiększenia personelu staraniem moim (…). Z poważaniem Robert Jahoda42Ulotka reklamowa, druk: Drukarnia Narodowa w Krakowie, Kraków 1912, własność autora..

W pomieszczeniach na parterze po dawnej drukarni Jahoda urządził zakład introligatorski, umieszczając w nim bogaty park maszynowy, między innymi gilotyny do cięcia papieru, zszywarkę i felcówkę do zaokrąglania grzbietów, maszynę do złocenia i tłoczenia na gorąco oraz inne. W tym okresie w jego zakładzie było zatrudnionych blisko 30 pracowników: czeladników, uczniów oraz kobiet do obsługi administracyjnej. Przenosiny do nowego budynku zbieg­ły się z jubileuszem 25-lecia firmy. Jak pisze sam Jahoda:

Przy kupnie tego domu, miałem 20.000 Koron gotówki, a dom z przeróbką kosztował 105.000. Jednak dzięki dyrektorowi Banku Budowlanego, panu Oświęcimskiemu, otrzymałem większą pożyczkę, i tę spłacałem jak mogłem. Dopiero po pewnym czasie, przy wielkich protekcjach, dostałem we Florjance 60.000 Koron pożyczki hipotecznej, którą skonwertowałem na Bank Budowlany. Pożyczkę otrzymałem w maju 1914, a w sierpniu wybuchła wojna światowa. Podczas wojny płaciłem raty, i tak przy pomocy Bożej spłaciłem wszystko43Pamiętnik…, dz. cyt., s. 10..

Stanisław Fabijański, Kraków 13.10.1912 r., wł. MK

Stanisław Fabijański, Kraków 13.10.1912 r., wł. MK

Jahoda zamierzał ozdobić i wyróżnić elewację swojego domu, tak by kojarzyła się ona z wykonywanym przez niego zawodem. Projekty dekoracji fasady oraz detali architektonicznych wykonali Stanisław Fabijański i Henryk Uziembło. Niestety, wybuch I wojny światowej w 1914 roku zniweczył te plany. Po zakończeniu wojny zakład przystąpił do dalszej działalności. W związku z powojennym zubożeniem społeczeństwa i pogorszeniem się sytuacji ekonomicznej wprowadzono jednak zmiany i rozbudowano profil jego działalności. Obok istniejących działów: ksiąg handlowych i protokołów, rekonstrukcji i konserwacji starych druków, galanterii artystyczno-introligatorskiej, artystycznej oprawy ksiąg powstał nowy dział robót nakładowych. Związane to było ze zwiększonym popytem na tanie książki codzienne44 A. Faber-Malec, Rola warsztatu introligatorskiego Roberta Jahody w rozwoju introligatorstwa krakowskiego, praca magisterska napisana pod kierunkiem doc. dr hab. Ireny Bar, Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Krakowie, 1978, mps, s. 16..

Po śmierci właściciela w 1947 roku podziału majątku dokonano dopiero rok później, ponieważ do kraju powrócił wtedy z emigracji Robert Jahoda-Żółtowski. Na mocy testamentu podzielono firmę między córkę Zofię Jahodę-Broniewską, która przejęła dział galanterii artystyczno-introligatorskiej, oraz Roberta Jahodę-Żółtowskiego, który przejął dział artystycznej oprawy książek. We wrześniu 1950 roku zakład upaństwowiono i wraz z całym wyposażeniem przejęła go Centrala Przemysłu Ludowego i Artystycznego ­„Cepelia”. W 1954 roku powołano Spółdzielnię Przemysłu Artystycznego „Starodruk”, która przejęła lokal wraz z wyposażeniem i wszystkimi materiałami introligatorskim, dodatkowo zajmując część kamienicy na pomieszczenia biurowe45Warsztat introligatorski Roberta Jahody w kamienicy przy ul. Gołębiej 4 – stan obecny, warianty wykorzystania przez Muzeum Historyczne m. Krakowa, lata 80. XX w., po 1985 r., msp, s. nlb, wł. prywatna..

Pracownicy i uczniowie

Każdy rzemieślnik, aby zapewnić sobie następców i podtrzymać tradycje swojego zawodu, przysposabiał do nauki w swoim warsztacie uczniów oraz doskonalił w nauce zawodu czeladników. Najczęściej byli to kilkunastoletni chłopcy, którzy po trzech latach praktyki (przeważnie) i szkole zawodowej zostawali po złożeniu egzaminu czeladnikami.

Zakład Roberta Jahody przez ponad 60 lat swojej działalności wykształcił dziesiątki młodych ludzi, których mistrz uczył zawodu introligatora. Część z nich po zdaniu egzaminów mistrzowskich powracała do jego pracowni, a niektórzy otwierali własne, między innymi Tadeusz Augustyn, Wiktor Auriga, Piotr Grzywa, Wiktor Kozubek, Łukasz Kruczkowski, Stanisław Mróz, Marceli Stefanik (wspólnie z P. Grzywą) i Kazimierz Wdowicki46A. Faber-Malec, Rola warsztatu …, dz. cyt., s. 78. W albumie ofiarowanym Robertowi Jahodzie w 1937 widnieje prócz fotografii spis jego uczniów. Zawiera on 69 nazwisk, począwszy od 1888 do 1936 roku. W swojej pracy magisterskiej Anna Faber-Malec, po przeprowadzonych kwerendach w Archiwum Państwowym w Krakowie, w zawartych z zakładem umowach z lat 1937–1947 odnalazła dodatkowo nazwiska jeszcze 29 osób. Różnica wynika prawdopodobnie z tego, że w wykazie pracowników podano nazwiska uczniów, czeladników i mistrzów introligatorskich, samych mężczyzn, a jedyną kobietą wśród nich jest Zofia Jahodzianka. Panie zatrudnione w zakładzie pojawiają się dopiero w wykazach pracowników firmy w 1928 r..

Jerzy Dobrzycki w Zarysie dziejów introligatorstwa w Krakowie wymienia najbardziej znanych i cenionych pracowników zakładu Roberta Jahody. Byli to Stanisław Cendrowicz (1887–1967), znakomity złotnik, który u Jahody w 1909 roku zdał egzamin czeladniczy, Gustaw Bar, galanternik i specjalista w mozaice skórzanej, Józef Tymkow, wykonawca wykwintnej galanterii, tek, kaset, ­wybitny specjalista w dziedzinie mozaiki skórzanej, oraz Łukasz Kruczkowski, galanternik skórzany i specjalista od złoceń. Do wybijających się pracowników należeli także znakomity złotnik Wojciech Gigoń oraz Piotr Grzywa. Robert Jahoda w Pamiętnikach tak wspomina swoich pracowników:

W pracowni zatrudniam obecnie 5 robotników, 2 pomocnice i 3 praktykantów. Wszyscy robotnicy są moimi wyzwoleńcami i niektórzy pracują już u mnie kilkadziesiąt lat. W sklepie przeszło 10 lat p. Szafrańska (od 1928) prowadzi książki, przyjmuje roboty, pisze rachunki, zajmuje się też sprawami podatkowymi. (…) Od założenia interesu t. j. roku 1887 pracowało u mnie kilkudziesięciu robotników, przeważnie sami moi wyzwoleńcy, którzy jeszcze u mnie pracują, oprócz dwóch t. j. p. Gorzelanego, który pracuje od 1914 i p. Stanka od 1918. Pan Stanisław Cendrowicz wypisał się u mnie w roku 1904 i pracuje jako kierownik i złotnik do tego czasu. Z pod jego ręki wyszło bardzo wiele artystycznych robót, różnych tek, ksiąg pamiątkowych. (…) Jest to człowiek sumienny i bardzo do mojej pracowni przywiązany, kawaler, ale utrzymuje swoje siostrzenice i dodaje rodzicom. P. Franciszek Gorzelany pracuje od roku 1914, przeważnie przy prywatnych robotach. Maria Nowakówna wyszła za mąż. Stefan Bilczewski, bratanek arcybiskupa, pracował długie lata, obecnie z bratem ma fabrykę wyrobów z drewna. Gustaw Bar od roku 1903 do r. 1937., jako kierownik, przeważnie przy galanterii, sumienny i pracowity (…) obecnie ma zapomogę z Ubezpieczalni i swój domek w Dębnikach. Jan Wyżga długie lata miał pracownię w Petersburgu a stamtąd przyjechał i u mnie pracował, nadzwyczaj zdolny robotnik, przeważnie rekonstruował stare książki, prof. Birkenmajer go popierał, potem był w Muzeum Przemysłowym. (…) Pracował u mnie Franciszek Andraszek w pierwszych latach założenia pracowni. Będąc we Lwowie mieszkałem u niego kilka miesięcy i razem pracowaliśmy u Kuczabińskiego, nadzwyczaj zdolny i pomysłowy. Pracował u mnie na dwa zawody (…) Józef Tymków, specjalista robienia passepartout, albumów, adresów, ksiąg pamiątkowych, oraz specjalista w wykonywaniu inkrustacji w skórze. (…) Wykonał on kilka ładnych mszałów, które ofiarowałem Księciu Puzynie, Kardynałowi, do kościoła Marjackiego, księżom Franciszkanom, Księgę pamiątkową do wpisywania gości Zarządowi Miasta Krakowa.

W pracach, o czym już wspomniałem, pomagała ojcu córka Zofia oraz syn Robert.

W latach 1887–1917 w zakładzie Roberta Jahody w zawodzie introligatorskim wykształciło się 37 uczniów, czeladników i mistrzów47Jubileuszowa Księga Pamiątkowa „Zacnemu i kochanemu Szefowi Robertowi Jahodzie (…) składają wdzięczni Pracownicy, Kraków, 26 września 1937 roku. 1887–1937, wł. MK, nr in. MHK-496/DIP/1-29..

Wystawy, nagrody i wyróżnienia

Robert Jahoda w latach 1894–1914 roku brał czynny udział w wystawach krajowych i zagranicznych, na których prezentował swoje prace. Wystawy zawsze były okazją do zdobywania nowych doświadczeń, wzorów i dawały możliwość zapoznania się z nowymi materiałami. O wysokim poziomie i kunszcie eksponowanych prac świadczą liczne medale, dyplomy i wyróżnienia, jakie Jahoda na nich zdobywał. Uczestniczył między innymi w Pierwszej Powszechnej Wystawie Krajowej we Lwowie w 1894 roku (złoty medal), Międzynarodowej Wystawie w Paryżu w 1900 roku (dyplom uznania), Jubileuszowej Wystawie Towarzystwa Politechnicznego we Lwowie w 1902 roku (srebrny medal), Wystawie Wiosennej w Wiedniu w 1907 roku (wielki złoty medal), Wystawie w Muzeum Przemysłowym w Pradze w 1907 roku (złoty medal), Wystawie Przemysłu i Rolnictwa w Częstochowie w 1908 roku (złoty medal), Wystawie Sztuki Kościelnej w Wiedniu w 1910 roku (dyplom honorowy), Pierwszej Wystawie Współczesnej Sztuki Kościelnej im. Piotra Skargi w Krakowie w 1911 roku (odznaczenie) oraz na Wszechświatowej Wystawie Sztuki Książki „Bugra” w Lipsku w 1914 roku (złoty medal)48L.J. Sibila, Wybrane oprawy książkowe, projekty opraw książkowych, dyplomów…, dz. cyt., s. 35..

Jubileusz Roberta Jahody i jego Zakładu w 1912 roku

Zakład Introligatorski Roberta Jahody działał nieprzerwanie ponad 60 lat. W ciągu tych dziesiątków lat wielokrotnie obdarzano mistrza pochwałami, podziękowaniami, nagrodami, medalami i różnego rodzaju wyróżnieniami. Pierwszy jubileusz związany z 25-leciem jego pracy zawodowej obchodzono w 1912 roku. Uroczystość miała charakter lokalny, bardziej krakowski i galicyjski.

Kiedy Jahoda przeniósł swoją pracownię na ulicę Gołębią 4, rozesłał zaproszenia o następującej treści:

Podpisany ma zaszczyt zawiadomić JW. P., że w dniu 13 października 1912 r. odbędzie się poświęcenie jego zakładu galanteryjno-introligatorskiego w świeżo otwartym lokalu przy Gołębiej l. 4. Uroczystość ta łączy się z 25-letnim jubileuszem tegoż zakładu. W ciągu ubiegłych lat 25 dokładał podpisany wszelkich starań, aby postawić swój zakład na wyżynie, odpowiadającej najwybredniejszym wymaganiom P. T. Klientów, a liczne uznania i odznaczenia oraz poparcie prasy, które uzyskał na konkursach, wystawach krajowych i zagranicznych, świadczą wymownie, że usiłowania jego, w tej dziedzinie krajowego przemysłu podejmowane, nie były bezskuteczne. Dzisiaj otwierając swój zakład, we własnym domu, w lokalu urządzonym, według wszelkich wymagań technicznych i zaopatrzonym w najlepsze siły, przybory i materyały, po 25 latach usilnej pracy, może podpisany zapewnić JW. P. (…) i uzyskać dla tej gałęzi krajowego przemysłu zaszczytne stanowisko wobec pierwszorzędnych, podobnych zakładów zagranicznych. (…) Robert Jahoda właściciel zakładu galant.-introligatorskiego ul. Gołębia l. 4 Telefon Nr. 142449Ulotka reklamowa zakładu, druk, 1912, wł. prywatna..

W 1913 roku Robert Jahoda-Żółtowski50Drugi człon nazwiska przyjął od panieńskiego nazwiska zmarłej matki. składając ojcu życzenia imieninowe, podarował mu pamiątkowy album z historią firmy: Zarys historyi dziejów Zakładu galanteryjno-introligatorskiego „Robert Jahoda” w Krakowie 7 VI 1913 r., w którym znalazły się telegramy, listy, adresy gratulacyjne, ­fotografie oraz wycinki prasowe z gazet ukazujących się w Krakowie. Na jednym z nich możemy przeczytać:

Po nabożeństwie w kościele N. M. Panny poświęcono nowy lokal znanego zakładu Roberta Jahody, mieszczący się dotąd przy ul. Brackiej l. 13, obecnie przeniesiony do własnego domu przy ul. Gołębiej L. 4. W uroczystościach wzięło udział grono zaproszonych z różnych sfer. (…) Ceremonii poświęcenia nowego lokalu dopełnił kanclerz ks. Nikiel (…) imieniem kolegów przemawiał kol. Repetowski i wręczył jubilatowi piękny upominek. Imieniem pracowników firmy życzenia składał p. Gustaw Bar. Wśród gości przybyli między innymi prof. Krzyżanowski, dyr. Till, inspektor Ostrowski i wielu kolegów jubilata i szereg jego byłych pracowników. Z okazji jubileuszu odebrał wiele telegramów od wielu osobistości z kraju, a między innymi od Prezesa Koła Polskiego dra Lea, tudzież ze Lwowa od Ligi Przemysłowej51Zarys historyi dziejów Zakładu galant.-introlig. „Robert Jahoda w Krakowie, 7 VI 1913 r., ANK RJ 2, wycinki prasowe: „Czas”, „Nowa Reforma”, „Nowości Ilustrowane”, 1912, brak dat dziennych..

Sam Jahoda również wspomina o tych uroczystościach w Pamiętnikach:

Przy poświęceniu nowego lokalu (…) otrzymałem wiele depesz, adresów i listów gratulacyjnych z życzeniami rozwoju interesu. Miałem wiele gości z pośród artystów, profesorów uniwersytetu, mieszczan i.t.d.52Pamiętnik…, dz. cyt., s.12..

Artyści współpracujący z zakładem

Projekt artystycznej oprawy ozdobnej teki od KOŁA ARTYSTYCZNO LITERACKIEGO KRAKOWSKIEGO I WIELBICIELI dla malarza Leopolda Löfflera, proj. Juliusz Kossak, Kraków 1892 r., wł. MK

Projekt artystycznej oprawy ozdobnej teki od KOŁA ARTYSTYCZNO LITERACKIEGO KRAKOWSKIEGO I WIELBICIELI dla malarza Leopolda Löfflera, proj. Juliusz Kossak, Kraków 1892 r., wł. MK

W działalności zawodowej Roberta Jahody przełomowy okazał się 1892 rok. Wykonał wtedy w swojej pracowni na zlecenie Juliusza Kossaka (1824–1899), według jego projektu, oprawę albumu dla polskiego malarza Leopolda Löfflera (1827–1898). Od tego momentu znacząco wzrosła sława młodego mistrza, ­posypały się nowe, lepiej płatne zamówienia, między innymi od Jana Matejki (1838–1893) na podklejenie arkuszy z polichromiami do kościoła Najświętszej Marii Panny w Krakowie. Jahoda zaprosił do współpracy przy projektowaniu opraw książkowych, albumów i tek adresowych oraz galanterii introligatorskiej malarzy, grafików i architektów. Jego pracownia stała się miejscem spotkań, dyskusji i wspólnej pracy dla wielu wybitnych krakowskich artystów, a także dla ludzi nauki i kultury. Bywali u niego między innymi Adam Chmiel, archiwariusz miasta Krakowa i niestrudzony badacz jego dziejów, Adam Kajzy, miłośnik starego Krakowa, prof. Ludwik Boratyński, historyk, przyjaciel z lat młodości.

Jednymi z pierwszych, którzy wykonywali projekty graficzne opraw dla Jahody, byli odwiedzający jego pracownię krakowscy architekci Stanisław Barabasz (1875–1949) i Jan Sas-Zubrzycki (1860–1935) oraz malarze Piotr Stachiewicz (1858–1938) i Seweryn Bieszczad (1852–1923). Wkrótce dołączyli do nich inni między innymi Jan Bukowski (1873–1943), Włodzimierz Tetmajer (1861–1923), Stanisław Fabijański (1865–1947), Henryk Uziembło (1878–1949), Karol Homolacs (1874–1965) oraz Stanisław Wyspiański (1869–1907)53L.J. Sibila, Mistrz Robert Jahoda, „Dziennik Polski” 2005, nr 68, s. 8..

Juliusz Kossak, Kraków, lata 90. XIX w., wł. MK

Juliusz Kossak, Kraków, lata 90. XIX w., wł. MK

Pod kierunkiem Wyspiańskiego artyści ci stworzyli w zakładzie Jahody, na początku XX wieku, eksperymentalny warsztat, w którym poszukiwali nowego stylu dla zdobnictwa książkowego. Rezultaty nie spełniały jednak oczekiwań. Prace nie zawsze odpowiadały zarówno charakterowi, jak i przeznaczeniu oprawy – stanowiły przeniesienie do introligatorstwa wzorców i tendencji obowiązujących w architekturze lub malarstwie. Niemniej zawsze były majstersztykiem – zadziwiały wspaniałymi złoceniami, intarsjami, dokładnością wykonania i doskonałością tłoczeń oraz rodzajem dobranego materiału54J. Mazurkiewicz, Robert Jahoda…, dz. cyt., s. 82..

Adam Chmiel, Kraków pocz. XX w., wł. MK

Adam Chmiel, Kraków pocz. XX w., wł. MK

W tym okresie prócz opraw książkowych w zakładzie introligatorskim Jahody ­wykonywano artystyczne oprawy tek adresowych, dyplomów, kaset i albumów oraz galanterię introligatorską55Osobnego omówienia wymaga kolekcja karnetów balowych powstałych w Zakładzie w latach 1889–1911, wł. MK, nr inw. MHK-491/DIP/1-11 oraz MHK-492/DIP/1-15.. Kontakty, a także współpraca z najwybitniejszymi w tamtym czasie artystami polskimi przynosiła także „korzyści” twórcze samemu Jahodzie. Mógł konsultować z nimi wzory i propozycje projektów opraw. Były one inspiracją do włas­nych poszukiwań introligatora w zakresie doskonalenia formy i treści oprawy, a także stosowanych w sztuce technik56J. Mazurkiewicz, Robert Jahoda …, dz. cyt., s. 82–83.. Oprawiano także obrazy wielu znakomitym malarzom, stosując przy akwarelach nowatorską w Polsce technikę passe-partout57A. Faber-Malec, Rola warsztatu …, dz. cyt., s. 13..

Józef Hrebik, uczeń w pracowni R. Jahody w latach 1899–1904, Kraków, pocz. XX w., fot. A. Walaszek, wł. MK

Józef Hrebik, uczeń w pracowni R. Jahody w latach 1899–1904, Kraków, pocz. XX w., fot. A. Walaszek, wł. MK

Działania artystów skupionych wokół pracowni Jahody na początku XX wieku nie były odosobnione, ponieważ w 1901 roku powstało w Krakowie Towarzystwo Polska Sztuka Stosowana, którego celem było tworzenie i upowszechnianie wzornictwa artystycznego oraz promowanie sztuki. Także w Miejskim Muzeum Techniczno-Przemysłowym działał warsztat introligatorski, którego kierownictwo objął w 1909 roku, po powrocie z Anglii, introligator Bonawentura Lenart58S. Dahl, Dzieje książki, Wrocław–Warszawa–Kraków 1965, s. 327. Bonawentura Lenart (1881–1973), introligator, artysta, konserwator książek, grafik, uczeń D. Cockerella, kierownik pracowni w muzeum w latach 1910–1914, następnie w latach 1919–1927 kierownik Pracowni Doświadczalnej przy Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu w Wilnie, do 1939 konserwator w Bibliotece Narodowej. Po II wojnie światowej zorganizował w Warszawie Pracownię Konserwacji Starych Druków i Grafik.. Prowadził on w latach 1909–1914 w tymże muzeum kursy introligatorskie59Papiery i płótna introligatorskie zdobione drukiem, w: Drukarskie techniki zdobienia papierów i tkanin, katalog wystawy w Muzeum Papiernictwa w Dusznikach-Zdroju, praca zbiorowa pod red. T. Windyki, wrzesień–grudzień 2008, s. 46..

Najciekawsze oprawy wykonane w zakładzie w latach 1887–1918 (wybór)

Oprawa teki adresowej dla Namiestnika hrabiego Kazimierza Badeniego od miasta Myślenice, w: Kronika Zakładu Introligatorskiego R. Jahody, proj. Jan Sas-Zubrzycki, Kraków 1892 r., wł. MK

Oprawa teki adresowej dla Namiestnika hrabiego Kazimierza Badeniego od miasta Myślenice, w: Kronika Zakładu Introligatorskiego R. Jahody, proj. Jan Sas-Zubrzycki, Kraków 1892 r., wł. MK

Nie zachowały się w archiwach dokumenty ani ikonografia o pierwszych pracach, jakie wykonał w swojej pracowni Robert Jahoda w latach 1887–1890. W Kronice Zakładu Introligatorskiego Roberta Jahody z l. 1887–191260Kronika Zakładu Introligatorskiego Roberta Jahody z l. 1887–1912, przeł. XIX i XX w., wł. MK, sygn. MHK-479/DIP. zachowała się fotografia teki z 1891 roku dla dra Retingera, oprawna w folusz ze skórzaną ornamentyką i metalowym kartuszem pośrodku. Kolejna to Księga Królewska dla Towarzystwa Strzeleckiego w Krakowie wykonana z sarniej skóry z metalowymi elementami, podarowana przez Króla Kurkowego Woyneko‑Tomkiewicza (1859–1896) w 1892 roku. Kolejną zaprojektował Juliusz Kossak dla polskiego malarza Leopolda Löfflera, oprawna była w świńską skórę ze srebrnymi okuciami. Kolejne oprawy wykonane w tym samym roku przeznaczone były dla prezesa sądu Jasińskiego, teka oprawna w jasną skórę z ornamentyką skórzaną oraz srebrnymi ozdobami na licu, podobnie jak kolejna, przeznaczona dla hr. Kazimierza Badeniego od miasta Stary Sącz, oprawna w świński jucht61Skóra wyprawiona metodą roślinną lub syntanowo-roślinną. z metalowymi okuciami. Dwie skórzane teki zaprojektował także Jan Sas-Zubrzycki, jedną z okuciami, z monogramem „BS” oraz drugą dla Namiestnika hr. Kazimierza Badeniego (1828–1898) od miasta Myślenice. Teka w skórzanej oprawie ozdobiona była kutymi z brązu, pozłacanymi ­narożnikami. Na środku umieszczono srebrny, cyzelowany, rzeźbiony i emaliowany herb Bończa z koroną hrabiowską na tle kartusza z jaśniejszej skóry. Ujęto go w rokokową, artystyczną ramkę z wyciskanej skóry, naśladującej rzeźbę drewnianą. Winietę dyplomu wykonał Michał Pociecha (1852–1908). O wielu wspaniałych tekach, dyplomach i księgach rozpisywała się ówczesna prasa. Jahoda skrzętnie zbierał te informacje. Zostały one potem umieszczone w Kronikach Zakładu (sygn. MHK-478/DIP-MHK-480/DIP), które znajdują się w zbiorach muzealnych. W jednej z notek prasowych możemy przeczytać, że: „Księga Pamiątkowa Mogiły Kościuszki Staraniem Towarzystwa Imienia Kościuszki 1892”. Oprawa o złoconych brzegach, w formie albumu. „Oprawna w białą, surową skórę, nabijana w narożnikach srebrnymi gwoździami, opatrzona w wykrojoną, srebrną tarczę. (…) Teka w drewnianej kasecie” (1892). Z tego roku pochodzi także oprawa Jubileuszowego albumu dla prezydenta sądu Józefa Jasińskiego (1828–1898). Oprawna w skórę brązową, okucia srebrne w narożnikach, pośrodku kartusz z monogramem, ornamentyka skórzana. Kolejna to teka na jubileusz Henryka Rodakowskiego (1823–1894), polskiego malarza. Teka zrobiona ze skóry sinostalowego koloru. Na licu widnieje napis z wyciętych z brązu liter: „Rodakowskiemu 1853–1893”. W 1897 roku wykonano w pracowni album dla arcyksięcia Reinera Ferdynanda Habsburga (1827–1913). Oprawa skórzana, w narożnikach okucia srebrne, emaliowane. Pośrodku tarcza z herbem cesarskim Habsburgów i data „1897”. Pod koniec XIX wieku powstała: „Oprawa teki Krakowskiej Kongregacji Kupieckiej dla T. Fischera w 100. rocznicę Jubileuszu”. Oprawna była w skórę, ze srebrnym monogramem i datą „1799–1899”, zdobiona inkrustacją w skórze oraz tłoczeniami.

Oprawa Mszału do Katedry na Wawelu, w: Kronika Zakładu Introligatorskiego R. Jahody, proj. Stanisław Barabasz, Kraków 1901 r., wł. MK

Oprawa Mszału do Katedry na Wawelu, w: Kronika Zakładu Introligatorskiego R. Jahody, proj. Stanisław Barabasz, Kraków 1901 r., wł. MK

W 1900 roku zakład uczestniczył w jubileuszu 500-lecia Wszechnicy Jagiellońskiej. Wiele z ksiąg ofiarowanych uczelni, pochodzących od osób prywatnych, wykonanych zostało w zakładzie Jahody, ale szczególnie dwie zasługują na uznanie. Pierwsza to dar Krakowskiej Kongregacji Kupieckiej według projektu Adama Kajzego (zm. 1910), druga – Gminy Miasta Krakowa, według projektu Stanisława Barabasza, oprawna w brązową skórę chagrin, tłoczona ręcznie na złoto i na ślepo ze srebrnymi okuciami w narożnikach62L.J. Sibila, Wybrane oprawy…, dz. cyt., s. 33; J. Dobrzycki, Introligatorstwo krakowskie…, dz. cyt., s. 13; A. Faber-Malec, Rola warsztatu…, dz. cyt., s. 12..

Interesująca była także kolejna realizacja introligatorska, podarowana Uniwersytetowi przez Cech Introligatorów Krakowskich. Została zaprojektowana przez Jana Sasa-Zubrzyckiego, a wykonana została ze skóry w brązowym i czerwonym (pośrodku) kolorze, bogato zdobiona intarsją ze złoconym napisem.

Pierwsze projekty graficzne wykonywane przez artystów w pracowni Roberta Jahody nie były udane. Sas-Zubrzycki, Barabasz, Stachiewicz przenosili na strukturę opraw elementy wzornictwa architektonicznego lub wielobarwnego malarstwa. Typowym przykładem jest oprawa wykonanej na wystawę lwowską (1902) książki Klejnoty miasta Krakowa Piotra Jacka (Hiacynta) Pruszcza. Oprawna w skórę chagrin, w części centralnej lica umieszczono portal gotycki z ramką z elementami roślinnymi, banderolami, fryzem architektonicznym i orłami. Ornament był złocony ręcznie, a część wykonano w barwnej intarsji.

Oprawa mszału na Wystawę Przemysłu i Rolnictwa w Częstochowie, został on podarowany do kościoła pw. Najświętszej Marii Panny w Krakowie, w: Kronika Zakładu Introligatorskiego R. Jahody, proj. Henryk Uziembło, Kraków 1908 r., wł. MK

Oprawa mszału na Wystawę Przemysłu i Rolnictwa w Częstochowie, został on podarowany do kościoła pw. Najświętszej Marii Panny w Krakowie, w: Kronika Zakładu Introligatorskiego R. Jahody, proj. Henryk Uziembło, Kraków 1908 r., wł. MK

Do roku 1914 w zakładzie wykonano dziesiątki wspaniałych opraw książkowych, dyplomów i tek adresowych.

Oprawa teki adresowej dla papieża Piusa X, w: Kronika Zakładu Introligatorskiego R. Jahody, proj. H. Uziembło, Kraków 1904 r., wł. MK

Oprawa teki adresowej dla papieża Piusa X, w: Kronika Zakładu Introligatorskiego R. Jahody, proj. H. Uziembło, Kraków 1904 r., wł. MK

W 1904 roku zakład wykonał tekę na adres dla polskiej pielgrzymki dla papieża Piusa X (1835–1910), którą zaprojektował Henryk Uziembło. Wykonana była z białej skóry chagrin z barwną intarsją o motywach ludowych ze stylizowanymi orłami oraz z trzema herbami ze złoconego metalu: papieskim, orłem i Pogonią63Tamże, s. 14; L.J. Sibila, Wybrane oprawy książkowe, projekty opraw książkowych…, dz. cyt., s. 36..

Henryk Uziembło, Kraków 1912 r., wł. MK

Henryk Uziembło, Kraków 1912 r., wł. MK

W swoich poszukiwaniach nie mógł Jahoda pozostać obojętny na zmieniające się w sztuce kierunki i tendencje. Przykładem jest oprawa na księgę dla klasztoru oo. Bernardynów w Leżajsku wykonana w 1906 roku według projektu własnego pracowni, oprawna w brązową skórę koźlą z ornamentem tłoczonym ręcznie na ślepo i złotem oraz srebrzonymi herbami w narożnikach64J. Dobrzycki, Introligatorstwo…, dz. cyt., Tabl. XVI; L.J Sibila, Wybrane oprawy książkowe, projekty opraw książkowych…, dz. cyt. 36.. Tło oprawy wypełniają skośne kwadraty wyciskane na ślepo, rozety i stylizowane orły. Całość obwiedziona ramką z metalowymi guzami w narożnikach. W 1907 roku wykonano „Oprawę teki od miasta Wieliczki dla barona Adolfa Jorkasch Kocha”. Oprawa skórzana z ornamentem, srebrne okucia, zaprojektowana została przez Włodzimierza Tetmajera. Rok później zakład wykonał oprawę na Księgę Pamiątkową dla kościoła polskiego na Kahlenbergu w Wiedniu według projektu Stanisława Fabijańskiego65J. Dobrzycki, Introligatorstwo krakowskie…, dz. cyt., tabl. XVI.. W 1909 roku firma Jahody na zlecenie miasta Żywca przygotowała tekę dla arcyksiężnej Renaty Maryi (1888–1935) wedle projektu Stanisława Fabijańskiego. Oprawna w świńską skórę, okucia srebrne, tłoczenie i złocenie. Należy również tu wymienić: oprawę Dyplomu obywatelstwa honorowego miasta Wieliczki dla ministra Witolda Korytowskiego (1850–1923) projektu Włodzimierza Tetmajera z 1907 roku oraz oprawę mszału na Wystawę Sztuki Kościelnej w Wiedniu w 1910 roku. Oprawa wykonana została ze skóry z barwną intarsją, w części centralnej umieszczono krzyż z ­promieniami i napisem IHS, a w czterech rogach orły polskie.

Stanisław Wyspiański, Kraków, przełom lat 80. i 90. XIX w., wł. MK

Stanisław Wyspiański, Kraków, przełom lat 80. i 90. XIX w., wł. MK

W 1910 roku odbywały się w Krakowie wspaniałe uroczystości związane z odsłonięciem pomnika Grunwaldzkiego. Z tej okazji w zakładzie powstała Ramka na dyplom od Krakowskiego Towarzystwa Strzeleckiego dla Ignacego Paderewskiego (1860–1941). Wyciski w świńskiej skórze zaprojektował Stanisław Fabijański. W następnym roku wykonano oprawę teki adresowej dla prezydenta Krakowa Juliusza Lea od Towarzystwa Właścicieli Realności w Krakowie. Układ graficzny i oprawę zaprojektował Stanisław Fabijański66Zbiory Biblioteki Naukowej i Archiwum MHK, sygn. MHK-R-372..

Dwa lata później Jahoda podarował Księgę Pamiątkową Ofiar na Dom dla Młodzieży Rękodzielniczej im. Piotra Skargi w Trzechsetną Rocznicę, oprawną w skórę, złocenie i tłoczenie na ślepo. Interesująca była oprawa teki na Dyplom obywatelstwa honorowego miasta Dębicy dla Zdzisława hrabiego Tarnowskiego (1862–1937) z Dzikowa od Towarzystwa Urzędników Prywatnych we Lwowie z 1913 roku, którą zaprojektował Henryk Uziembło67L.J. Sibila, Wybrane oprawy…, dz. cyt., s. 36.. Wykonana była ze skóry z barwną intarsją ze swojskimi motywami roślinnymi, z herbem Oksza pośrodku. Z tego samego roku pochodzi Teka adresowa od Salin Wielickich dla ministra Wacława Zaleskiego. Wykonana była z jednolitej deski z obciętymi brzegami i obciągnięta skórą juchtową z otwieraną płytką pośrodku, zawierającą właściwy pergamin z adresem. Okucia sporządzono ze złota, a ornament i napisy były złocone. Tekę zaprojektował Juliusz Makarewicz (1854–1936).

Reklama Firmy Roberta Jahody, Kraków Kalendarz J. Czecha na rok 1895, wł. BiA MK

Reklama Firmy Roberta Jahody, Kraków Kalendarz J. Czecha na rok 1895, wł. BiA MK

W 1914 roku na Wystawie Książki „Bugra” w Lipsku zaprezentowano mszał oprawny w granatową skórę koźlą z motywem graficznym w kształcie krzyża pośrodku oraz godłami czterech Ewangelistów, wykonanymi kolorową intarsją. Mszał został zaprojektowany przez Wojciecha Jastrzębowskiego. W tym samym roku wykonano tekę na dyplom z adresem dla namiestnika Galicji Witolda Korytowskiego (1850–1923) od Izraelickiej Gminy Wyznaniowej z Bochni, projektu Stanisława Fabijańskiego. Zrobiona była ze skóry safianowej w kolorze popielatym z kolorową intarsją, dedykacja złocona na czerwonym tle, ramkę, relief i herb wykonano ze srebra.

Ostatnim dziełem wykonanym na ulicy Gołębiej 4 przed I wojną światową była Księga Pamiątkowa dla Archiwum Akt Dawnych m. Krakowa. Oprawę z cielęcej skóry juchtowej z symetrycznymi kasetonami wypełniono masą perłową. W polu umieszczono rysunek wzgórza wawelskiego wykonany tuszem, a poniżej – wizerunek smoka wykuty z miedzi z czerwoną gałązką korala symbolizującą ogień. Archiwum otrzymało tę wspaniałą księgę w darze. Projekt graficzny wykonał Henryk Uziembło68J. Dobrzycki, Introligatorstwo…, dz. cyt., s. 15–16, tabl. XX i XXI..

Robert Jahoda na kartach swojego Pamiętnika wspomina również wojenny czas:

(…) już późną jesienią spodziewając się oblężenia Krakowa ewakuowano ludność cywilną z miasta. Banki, Kasy Oszczędności, biura pakowały swoje skarby, akty i dokumenty, wywożąc je do Wiednia. Urzędnicy, adwokaci musieli Kraków opuścić. Całe rodziny przeniosły się na zachód, do różnych miejscowości od terenu wojny, tj. od Galicji oddalonych. Ludność ubogą wysiedlono do obozów w Czechach. Można powiedzieć, że zostali tylko właściciele domów i stróże. Kraków robił bardzo smutne wrażenie a Stradom i Kaźmierz wrażenie miasta wymarłego, gdyż wszystkie sklepy były zamknięte a Żydzi pouciekali. (…) W pierwszych początkach wojny, gdy urzędy ze wschodniej Galicji były w Krakowie i okolicy miałem bardzo wiele roboty. Ludzi miałem wprawdzie mało, bo powołano ich do wojska, lecz jakoś dawałem sobie radę. Dostarczałem do Magistratu klajster do rozlepiania ogłoszeń i odezw… materiału w pracowni jak tektura, płótno, skóry itd. miałem dużo…69Pamiętnik…, dz. cyt., s. 15..

Projekt artystycznej oprawy dyplomu obywatelstwa honorowego miasta Dębicy dla hrabiego Mieczysława Reya, proj. Stanisław Fabijański, Kraków 1913 r., wł. MK

Projekt artystycznej oprawy dyplomu obywatelstwa honorowego miasta Dębicy dla hrabiego Mieczysława Reya, proj. Stanisław Fabijański, Kraków 1913 r., wł. MK

W tym burzliwym czasie z prac wykonanych w zakładzie w latach 1914–1915 warto wspomnieć księgę Skarb Wojenny Polskich Legionów 1914 ofiarowaną Legionom Polskim. Wykonana była ona ze skóry chagrin z tłoczonym, złoconym tytułem oraz narożnikami ze srebra według własnego projektu Jahody. W 1915 roku w ramach tworzenia „Wielkiego Krakowa” doszło do połączenia Krakowa i Podgórza w jeden organizm administracyjny. Wspaniałą tekę na dyplom obywatelstwa honorowego miasta Podgórza dla prezydenta Krakowa dra Juliusza Lea (1861–1918) wykonano w Zakładzie według projektu Wincentego Wodzinowskiego. Oprawiona w skórę z ornamentem, zdobiona była intarsją skórzaną z kompozycją graficzną: dwóch nagich mężczyzn (lecz w pasach góralskich sic!) trzymających się za dłonie, pomiędzy nimi umieszczono orła, powyżej koronę, a herby miast wykonano w srebrze70Kronika Zakładu Introligatorskiego Roberta Jahody z l. 1912–1923, sygn. MHK-482/DIP, wł. MHK..

Wodzinowski był również projektantem oprawy, którą wykonano w Zakładzie w przededniu wojny, na tekę adresową obywatelstwa honorowego miasta Podgórza dla dra Kazimierza Junosza-Gałeckiego (1863–1941)71Ostatni minister do spraw Galicji w rządzie austriackim, w latach 1921–1923 wojewoda krakowski. Zdymisjonowany w związku ze starciami wojska i policji ze strajkującymi robotnikami w 1923 r.. Oprawiona w brązową skórę z intarsją, z metalowymi guzami i napisami tłoczonymi na złoto72Zbiory Biblioteki Naukowej i Archiwum MHK, sygn. MHK-R-276..

Po zakończeniu wojny w 1918 roku zakład przystąpił w zmienionych zupełnie warunkach do dalszej pracy, nawiązując do swojej chlubnej działalności sprzed 1914 roku. W ciągu następnych 20 lat stał się jednym z najlepszych zakładów introligatorskich w odrodzonej Polsce.


STRESZCZENIE

Leszek J. Sibila
Mistrz introligatorski Robert Jahoda

Robert Jahoda urodził się w 1862 roku w Bochni, w 1874 roku przeniósł się do Krakowa, gdzie kontynuował naukę w Gimnazjum Nowodworskiego, a następnie rozpoczął praktykę zawodową w zakładzie introligatorskim Filipa Kwisa. Po zdaniu egzaminu czeladniczego pracował w pracowni Andreasa Hübera w Wiedniu, następnie w warsztacie introligatorskim w Tarnowie. W 1883 roku pojechał do Lwowa, gdzie został przyjęty na praktykę przez Wincentego Kuczabińskiego, a potem do pracowni Ludwika Wierzbickiego. Od 1887 roku na stałe związał się zawodowo z Krakowem.

W 1892 roku wykonał w swojej pracowni dla Juliusza Kossaka oprawę albumu dla Leopolda Löfflera. Od tego momentu znacząco wzrosła sława Jahody, posypały się nowe, intratne zamówienia, między innymi od Jana Matejki. W tym okresie prócz opraw książkowych w zakładzie introligatorskim Jahody wykonywano artystyczne oprawy tek adresowych, dyplomów, kaset i albumów oraz galanterię introligatorską; oprawiano także obrazy, stosując między innymi tzw. francuskie passe-partout.

Jahoda w latach 1894–1914 brał czynny udział wystawach krajowych i zagranicznych, na których zdobywał liczne medale, dyplomy i wyróżnienia. Do roku 1912 w zakładzie Roberta Jahody wykonano dziesiątki opraw książkowych, dyplomów i tek adresowych. W okresie międzywojennym zakład należał do najlepszych w Polsce. Firma wykonywała księgi pamiątkowe, oprawy dyplomów, tek adresowych, oprawy reprezentacyjne i bibliofilskie. W czasie II wojny światowej zakład pracował na potrzeby zarządu miasta i wykonywał bieżące oprawy książek, brulionów, zeszytów. Zatrudniano w nim wielu Polaków, którzy chronili się przed wywiezieniem na przymusowe roboty do Niemiec. Po wojnie w zakładzie wykonywano oprawy książek handlowych, planów, kartotek, map i paszportów.

Po śmierci Jahody w 1947 roku nastąpił podział firmy pomiędzy Zofię Jahodę-Broniewską oraz Roberta Jahodę-Żółtowskiego. W 1950 roku zakład upaństwowiono, a cztery lata później utworzono z połączenia trzech krakowskich pracowni introligatorskich Spółdzielnię Przemysłu Artystycznego „STARODRUK”.

SŁOWA KLUCZE

Kraków, Jahoda, Zakład introligatorski, rzemiosło, oprawy, artyści, „Starodruk”

SUMMARY

Leszek J. Sibila
Master Bookbinder Robert Jahoda

Robert Jahoda was born in 1862 in Bochnia. In 1874, he moved to Kraków, where he studied at the Nowodworski Gymnasium and then started an apprenticeship in Filip Kwis’ bookbinding workshop. After passing his journeyman exam, he worked in Andreas Hüber’s workshop in Vienna and then in a bookbinding workshop in Tarnów. In 1883, he moved to Lviv, where he trained under Wincenty Kuczabiński and after that under Ludwik Wierzbicki. In 1887, he settled in Kraków, where he spent the rest of his career.

In 1892, he made an album cover ordered by Juliusz Kossak for Leopold Löffler. It boosted his popularity significantly and he gained new clients who placed numerous lucrative orders. One of them came from Jan Matejko. In that period, not only book covers, but also artistic bindings for portfolios, diplomas, cases and albums, as well as fancy bookbinding goods were manufactured in his workshop. Paintings were also framed there using, among others, the French passe-partout technique.

Between 1894 and 1914, Jahoda actively participated in national and foreign exhibitions, as part of which he was awarded numerous medals, diplomas and distinctions. Until 1912, dozens of bookbindings, diplomas and portfolios were made in Robert Jahoda’s workshop. During the interwar period, his workshop was one of the best in Poland. It made memory books, portfolios and diplomas bindings, bibliophile and decorative book covers. During the 2nd World War, the workshop worked for the city council and made book and notebook covers on an ongoing basis. It employed many Poles, allowing them to avoid forced labour in Germany. After the war, it produced covers for business books, plans, files, maps and passports.

When Robert Jahoda died in 1947, the company was split between Zofia Jahoda-Broniewska and Robert Jahoda-Żółtowski. In 1950, the workshop was nationalised, and four years later, it was merged with two other bookbinding workshops to form the “STARODRUK” Artistic Industry Cooperative.

KEY WORDS

Kraków, Jahoda, bookbinding workshop, craft, bindings, artists, “Starodruk”

Krzysztof Jakubowski – Księgarnie, których już nie ma…

Krzysztof Jakubowski

Miesięcznik społeczno-kulturalny „Kraków”

Księgarnie, których już nie ma…

Stoisko z książkami pod księgarnią przy pl. Mariackim 9, fot. K. Saysse-Tobiczyk, Kraków, 1961

Stoisko z książkami pod księgarnią przy pl. Mariackim 9, fot. K. Saysse-Tobiczyk, Kraków, 1961

Poproszono mnie, abym napisał tekst o krakowskich księgarniach. Księgarniach, których już nie ma. Zgodziłem się, tradycyjnie bez wahania, tym bardziej, że temat wydał mi się interesujący. Pomyślałem tylko ot, kolejny historyczny tekst, jakich popełniłem już dziesiątki przez kilkadziesiąt ostatnich lat. Kiedy zasiadłem do klawiatury, zacząłem jednak zastanawiać się nad formułą, jaką należałoby przyjąć dla takiej opowieści.

Wertując własną bibliotekę, a następnie zakamarki internetu, szybko nabrałem pewności, że zjawisko tak istotne w życiu każdego z nas, zjawisko tak kulturotwórcze, jak krakowskie księgarnie, nie zostało dotąd opisane. Pewną próbą uchwycenia historycznych wątków było jedynie przekrojowe hasło „księgarstwo”, jakie pojawiło się w Encyklopedii Krakowa z 2000 roku (właśnie przygotowywane jest drugie wydanie). Jeżeli zatem ktoś będzie oczekiwał skondensowanej historii księgarń, może sięgnąć po prostu do Encyklopedii. Biorąc to pod uwagę, doszedłem do wniosku, że oryginalnie będzie, kiedy zabiorę Czytelników na swego rodzaju wycieczkę w przeszłość. Wycieczkę po księgarskim Krakowie powiedzmy: AD 1971. Będzie to zarazem kurs uwspółcześniony, bo poszerzony o wiedzę zdobytą w późniejszych archiwalnych eksploracjach.

Z Dębnik do miasta

Był już dojrzały PRL, właśnie upadł Gomułka i stery w kraju przejął Gierek, partyjny aparatczyk ze Śląska, w którym jednak pokładano duże nadzieje. Jak wiadomo Gomułkę obaliła pośrednio podwyżka cen artykułów spożywczych, jednak – o czym na ogół się nie pamięta – pozostawił on w spadku także znaczną (około 20%), obniżkę cen różnorodnych artykułów przemysłowych.

Każda niemal księgarnia miała wówczas dział muzyczny, z dużym wyborem płyt, rzecz jasna czarnych, analogowych (to uwaga dla młodszych Czytelników). Szalenie istotna z punktu widzenia 14-latka była obniżka cen tychże płyt, dokonana na przełomie 1970 i 1971 roku. Longplaye potaniały z 80 na 65 zł, a mniejsze płyty, zwane popularnie „czwórkami” – z 40 na 30 zł. Płyty nie były tanie – średnia pensja ledwie przekraczała 2 tys. zł – w przeciwieństwie do książek. Jedną z nielicznych zalet tamtego systemu było to, że ówcześni decydenci potrafili zaszczepić nam pęd do książki. Dodajmy, książki taniej, wydawanej na ogół w dużych nakładach, a przez to powszechnie dostępnej.

Mieszkałem w Dębnikach, gdzie księgarni nigdy nie było. Nawiasem mówiąc, z księgarniami na prawym brzegu Wisły w ogóle był wtedy kłopot. Tak naprawdę jedyna księgarnia w szeroko pojętym Podgórzu, mieściła się przy ulicy Pstrowskiego 6 (dziś Kalwaryjska), na wysokości przystanku tramwajowego. To połączenie oczekiwania na tramwaj z możliwością obejrzenia wystaw pełnych książek było miłym wypełnieniem czasu mitrężonego na przystanku. Ciekawe, że w bliskim sąsiedztwie przy Rynku Podgórskim 8, też urządzono księgarnię, jednak o wiele mniej popularną, od tej przy przystanku.

Aby znaleźć się w najbliższej księgarni, należało przeprawić się mostem Dębnickim przez Wisłę – jak mawialiśmy w Dębnikach – do miasta. Pierwszą po drodze, była niedawno otwarta księgarnia u zbiegu ulicy Zwierzynieckiej i placu Kossaka. Wcześniej działał tam jeden z pierwszych w mieście spożywczych sklepów samoobsługowych, zwanych „SAM”. Kiedy obok uporano się wreszcie z budową Domu Handlowego „Jubilat” (1969 rok), ów spożywczy „SAM” przebranżowiono właśnie na księgarnię, rzecz jasna z dużym wyborem płyt. Kierownikiem był tam niemłody już, smukły szpakowaty pan, który cenił zwłaszcza literaturę historyczną, potrafił doradzić i wcale nie lekceważył nastoletnich klientów.

Po lewej: zimowy kiermasz książkowy na Linii A-B, fot., Kronika Krakowa 1971; po prawej: wiosenny kiermasz książkowy na płycie Rynku Głównego, fot. ok. 1975, archiwum K. Jakubowskiego

Po lewej: zimowy kiermasz książkowy na Linii A-B, fot., Kronika Krakowa 1971; po prawej: wiosenny kiermasz książkowy na płycie Rynku Głównego, fot. ok. 1975, archiwum K. Jakubowskiego

Dalszy spacer w kierunku miasta przez ulicę Zwierzyniecką był ciekawy ze względu na ilość różnorodnych sklepów. Zaraz za skrzyżowaniem z ulicą ­Retoryka był na przykład sklep Składnicy Harcerskiej z asortymentem budzącym żywe zainteresowanie chyba każdego chłopca. Nieco dalej, po prawej stała hala WKS „Wawel”, bardziej niż ze sportem kojarząca się wówczas z wiosennymi i jesiennymi kiermaszami, na których zdobyć można było towary trudniej dostępne w codziennym handlu. Za skrzyżowaniem z ulicą Małą budził niedawne jeszcze sentymenty wielki (jak na ówczesne realia), sklep z zabawkami „Pinokio”. Później mijało się jeszcze sklep motocyklowy (po prawej) i pusty plac po rozebranym właśnie parterowym budynku Drukarni Anczyca. Na fasadzie gmachu Filharmonii, cieszyła oko pełna fotosów gablota mieszczącego się tam (na drugim piętrze), kina „Melodia”, ale jego żywot dobiegł niebawem końca. Teraz pozostało już tylko przejście przez ulicę Straszewskiego, w kierunku Plant i ulicy Wiślnej. Tam celem była księgarnia w domu pod numerem 3, tuż przed gmachem PDT czyli Powszechnym Domem Towarowym.

Księgarnia przy ulicy Wiślnej składała się z dwóch obszernych i wysokich pomieszczeń wypełnionych po sufit regałami. Wyposażenie było jeszcze przedwojenne. Ciężkie dębowe regały, lady i biurka sprawiały, że wnętrze było dość mroczne. Nic dziwnego, bo tradycje księgarskie w tym lokalu sięgały 1922 roku, kiedy to urządzono tam „Księgarnię Jagiellońską” należącą do Krakowskiej Spółki Wydawniczej. Firma nie przetrzymała jednak kryzysu i w 1933 roku ustąpiła miejsca księgarni Spółdzielni Nauczycielskiej „Szkolnica”.

W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych po lewej stronie od wejścia było stoisko z książkami dla najmłodszych, a nieco dalej – przy przejściu do drugiej sali – urządzone skromnie, przy dużym biurku, stanowisko z płytami i pocztówkami dźwiękowymi, z najnowszymi nagraniami przebojów z całego świata. Formatowo były to typowe pocztówki – zwykle z kwiatami, albo widoczkami – usztywnione przez powleczenie specjalną folią, na której wgrywano pojedynczą ścieżkę dźwiękową. Pocztówki dwunagraniowe w formacie prostokąta, wykonane z kolorowego plastiku, pojawiły się dopiero w 1967 roku i były dostępne (przynajmniej początkowo) tylko w prywatnych studiach nagrań. Z końcem lat sześćdziesiątych stanowisko z płytami stało się na tyle popularne, że powiększono je i usytuowano tuż przy wejściu. Pocztówki dźwiękowe zniknęły stamtąd już wcześniej.

Księgarnia przy ulicy Wiślnej 3 miała jeszcze duży, dobrze zaopatrzony dział papierniczy i przyborów szkolnych. Wyobraźnię pobudzały szczególnie ustawione rzędem na wyższych półkach globusy różnej wielkości.

W Rynku Głównym

Przy wejściu do Rynku zawsze kierowałem się w prawo. Blisko, pod numerem 25, mieściła się księgarnia muzyczna. Kupowałem tam, wychodzące co miesiąc, zeszyty „Śpiewamy i tańczymy”, poświęcone także muzyce młodzieżowej. Zeszyty (w formacie A4) zawierały również nuty i akordy gitarowe rozpracowane na poszczególne piosenki. Lokal był dość ponury, choć zajmował cały parter od frontu z czterema zamkniętymi półkoliście oknami. Przy ścianach stały duże gabloty z przesuwanymi, przeszklonymi drzwiami. Jakoś dziwnie wryła mi się w pamięć siermiężna, skrzypiąca podłoga, ułożona z desek. Nie bardzo pasowała do lokalu i do samego Rynku…

Księgarnia muzyczna przy Rynku Głównym 25, fot. Kronika Krakowa 1971

Księgarnia muzyczna przy Rynku Głównym 25, fot. Kronika Krakowa 1971

Tuż obok była księgarnia Gebethnera, tak przynajmniej mówiono w Krakowie, pomijając, zapewne niesłusznie, Wolffa. Uznawana za najstarszą, ale prymat ten jest dość wątpliwy, bo u progu XVII wieku była jedną z wielu, a jej żywot był dość krótki. Księgarska ciągłość pod tym adresem – związana nierozłącznie z nazwiskami wymienionych wyżej warszawskich wydawców – datuje się dopiero od pierwszej połowy lat siedemdziesiątych XIX wieku. Pomijając drażliwą kwestię starszeństwa, była na pewno księgarnią największą ze wszystkich działających wówczas. Być może ten ogrom i zawsze sporo kupujących, sprawiły, że nie odwiedzałem jej często.

Chętnie natomiast bywałem w księgarni w pałacu Spiskim, przy Rynku Głównym 34. Składała się z dwóch niezbyt dużych pomieszczeń, gdzie wszystko było niejako „pod ręką”. Przyciągała też zawsze schludną, często

Reklama księgarni Gebethnera i Wolff a, 1924, archiwum K. Jakubowskiego

Reklama księgarni Gebethnera i Wolff a, 1924, archiwum K. Jakubowskiego

odświeżaną wystawą, o którą dbały obsługujące tam panie. No właśnie. Warto zwrócić uwagę, że za ladami ówczesnych księgarń królowały panie. Panowie byli tam wielką rzadkością i taki stan rzeczy przetrwał aż do historycznego przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

No i wreszcie linia A-B, wtedy jeszcze tłoczny popularny deptak, prawie jak na przedwojennych fotografiach. Pierwszą księgarnię – w kamienicy numer 36 – omijałem, bo była to wtedy księgarnia techniczna. Na drzwiach wejściowych pozostawiono jednak niewielki, wyblakły napis „S. A. Krzyżanowski”. Była to skromna pamiątka po działających tu w latach 1870–1950 (z okupacyjną przerwą) księgarni, wydawnictwie, składzie nut i ich założycielu Stanisławie Andrzeju Krzyżanowskim. Po upaństwowieniu, niejako na otarcie łez, przydzielono spadkobiercom antykwariusza lokal przy placu Szczepańskim, ale już tylko na antykwariat i skład nut. Kiedy w końcu lat siedemdziesiątych, kamienicę przy Rynku Głównym 25 poddano długoletnim pracom remontowym, właśnie do „Krzyżanowskiego” ­przeniesiono księgarnię muzyczną. Do dziś działa tam księgarnia o tym samym profilu, pod nazwą „Kurant”.

Nieco dalej zachęcały do odwiedzin zawsze bardzo kolorowe witryny u zbiegu Rynku i ulicy św. Jana, w gmachu Feniksa. Jedną wypełniały płyty, drugą książki. Niestety obcojęzyczne, bo była to księgarnia wydawnictw importowanych. Płyty były na całe szczęście krajowe. W połowie lat sześćdziesiątych pojawiły się tam bajecznie kolorowe (w PRL-u mieliśmy ogromne niedobory kolorów) książeczki z bohaterami disnejowskich kreskówek. Byli wśród nich między innymi: słoń Jumbo, sarenka Bambi i Trzy Małe Świnki. Wszystkie w formacie kwadratu z porządnie lakierowanymi okładkami, niestety w języku Szekspira, ale skłaniało to na pewno do szybszego zgłębiania angielszczyzny. Dobrze pamiętam te zmagania ze słownikiem i wpisywane ołówkiem, samodzielnie przetłumaczone wersy. Czar prysł z końcem 1971 roku, bo urządzono tam wyłączną sprzedaż wydawnictw radzieckich (sic!), a pozostałe obcojęzyczne pozycje zmarginalizowano, przenosząc je do niewielkiego lokalu przy Rynku Głównym 30, gdzie mieściła się już od jakiegoś czasu księgarnia rolnicza.

Kamienica pod numerem 36 z księgarnią i składem nut Stanisław Andrzeja Krzyżanowskiego 1932 r., źródło: NAC, sygn. 1-U-2585-1

Kamienica pod numerem 36 z księgarnią i składem nut Stanisław Andrzeja Krzyżanowskiego 1932 r., źródło: NAC, sygn. 1-U-2585-1

Po przeciwnej stronie Rynku, pod bokiem kościoła Mariackiego, też działała księgarnia. Nawet na dwóch kondygnacjach. Urządzono ją tuż po ostatniej wojnie, w miejsce słynnego magazynu konfekcji męskiej Braci Bilewskich, jako firmową księgarnię wydawnictwa „Czytelnik”. Oferowany tam asortyment (głównie poważna tematyka historyczna i społeczno-polityczna) sprawił, że zacząłem odwiedzać ją dopiero w czasach późno licealnych. Z tych samych względów raczej nie bywałem w księgarni medycznej, u zbiegu placu Mariackiego i ulicy Floriańskiej. Nie omijałem natomiast sąsiedniego sklepu przy placu Mariackim 1, gdzie na obu wystawach – wejście było pośrodku – piętrzyły się kolorowe okładki longplayów.

W obrębie Plant

W obrębie Plant było jeszcze kilka księgarnianych adresów, choć nieco mniejszej wagi. I tak na przykład przy ulicy Sławkowskiej 9 – tuż za Grand Hotelem – w sąsiedztwie salonu fryzjerskiego i sklepu z zabawkami była niewielka księgarnia. Choć jako jedna z nielicznych miała nawet własną, zaczerpniętą wprost z Gałczyńskiego nazwę – „Pod Zieloną Gęsią” – nie wyróżniała się niczym szczególnym. Pomijając zawsze istotny sklep z zabawkami, bardziej niż „Zieloną Gęś”, zapamiętałem piękny szyld sąsiedniej fryzjerni, pochodzący zapewne z lat dwudziestych ubiegłego wieku: czarny napis „Renaissance” na złocistym tle. Przy ulicy Sławkowskiej pod numerem 20 był jeszcze sklep z dewocjonaliami i świecami, należący kiedyś do słynnej firmy Rothe, sprzedający także wydawnictwa Instytutu „Pax”.

Ulica św. Krzyża w czasie okupacji, po lewej widoczny (słabo) szyld „Księgarni Krakowskiej”, fot. 1942, archiwum K. Jakubowskiego

Ulica św. Krzyża w czasie okupacji, po lewej widoczny (słabo) szyld „Księgarni Krakowskiej”, fot. 1942, archiwum K. Jakubowskiego

W jakiejś mierze zbliżony profil, z przewagą tytułów o charakterze religijnym – niech będzie mi wybaczone to porównanie – miała „Księgarnia Krakowska”, przy ulicy św. Krzyża 13. Księgarnię tę prowadzącą równocześnie działalność wydawniczą założył w 1924 – Karol Holeksa (1886–1968), działacz społeczno-polityczny związany z ruchem chrześcijańskim. W czasie okupacji placówka redaktora Holeksy odegrała niepoślednią rolę zaopatrując tajną oświatę w podręczniki i katechizmy. On sam był za to więziony przez Niemców. W księgarni tej, posiadającej też dział antykwaryczny, byłem kilka razy z ojcem. Zachowałem w pamięci charakterystyczny zapach i muzealny nastrój. Stylowe, dostojne wnętrze „Księgarni Krakowskiej” utrwalone zostało w filmie Wojciecha Jerzego Hasa „Szyfry”, kręconym w Krakowie wiosną 1966 roku.

Sąsiednia ulica Szpitalna znana była zwłaszcza w pierwszej połowie XX wieku z licznych antykwariatów i ulicznych giełd książek, nadających jej szczególny koloryt. Do lat siedemdziesiątych przetrwały tam już tylko trzy antykwariaty, ale z dwoma przyszło się wkrótce pożegnać.

Najpierw, gdzieś w połowie 1970 roku, zwinął swoje historyczne przedsiębiorstwo Szaja Taffet, ostatni chyba potomek sławnych żydowskich antykwariuszy. Wysoki z pokaźnym nosem i, choć już niemłody, z bujną, ciemną czupryną. Antykwariusz wyprawił się wkrótce w swoją ostatnią podróż. Osiadł w Tel-Awiwie. Do końca kupowałem u niego pocztówki dźwiękowe. Wchodziło się tam na prawo, przez wiekową żelazną bramę gotyckiego domu oznaczonego numerem 8. Do dziś zastanawiam się, jak wygospodarował miejsce na adapter i pocztówki, bo ciasnota była tam niebywała – od podłogi, aż po sufit.

Antykwariat S. Taff eta przy ul. Szpitalnej 8, fot. ok. 1965, E. Kupiecki

Antykwariat S. Taffeta przy ul. Szpitalnej 8, fot. ok. 1965, E. Kupiecki

U progu lat siedemdziesiątych, wraz z przeznaczeniem narożnej kamienicy przy ulicy Szpitalnej 16 do niekończącego się remontu, zniknęła księgarnia-antykwariat – „Kultura” – pamiętająca dawne dobre czasy ulicy Szpitalnej. Trzeci antykwariat pod numerem 19, połączony był (właściwie tak samo jak i dziś), z księgarnią. Tam nie zachodziłem. Bywałem za to w sąsiednim zakładzie fotograficznym (istnieje do dziś!), który jako jedyny w Krakowie oferował po przystępnych cenach fotografie zespołów młodzieżowych i piosenkarzy, całkiem przyzwoitej jakości. Taka ciekawostka…

Przy wycieczce do miasta, nie sposób było ominąć Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki (MPiK) mieszczącego się na parterze gmachu Starego Teatru. Nie była to typowa księgarnia. Raczej czytelnia (głównie czasopism) i zgrabnie urządzony barek kawowy w piwnicy, dokąd wiodły kręte żelazne schody. Kupowałem tam pocztówki z malarskimi reprodukcjami impresjonistów. Czegóż to człowiek wtedy nie kolekcjonował… Tamten empik (wraz z kawiarnią), zniknął z gmachu Starego Teatru latem 1976 roku, przeniesiony do połączonych kamieniczek na Małym Rynku 3–4. Nie sposób było jednak wskrzesić tam ducha związanego nierozłącznie z dawnym miejscem i zobowiązującą nazwą. Nie należy zapominać o empiku przy placu Centralnym w Nowej Hucie (Centrum D), który pełnił tam rolę trudną do przecenienia jako placówka – w całym tego słowa znaczeniu – kulturotwórcza.

Kolejna dobrze prowadzona i dogodnie położona księgarnia czekała przy ulicy Brackiej 11. W dwóch pomieszczeniach zgromadzono uszeregowane tematycznie książki, z wyraźną dominantą tematyki związanej z wojskowością (taki był chyba patronat tej placówki).

Spacer w obrębie Plant zakończymy przy ulicy Grodzkiej. Pod numerem 41, był tam niewielki lokal, już nie kiosk, ale jeszcze nie księgarnia. Mimo ciasnoty półek, miła pani za ladą dbała o klientów i nigdy nie brakowało tam nowości. Nieco później powołano do życia księgarnię przy ulicy Grodzkiej 58.

Wnętrze Empiku na parterze Starego Teatru, fot. ok. 1970, archiwum K. Jakubowskiego

Wnętrze Empiku na parterze Starego Teatru, fot. ok. 1970, archiwum K. Jakubowskiego

Na granicy pierwszej obwodnicy przy ulicach Basztowej, 1 Maja (dziś Dunajewskiego) i Podwale też ulokowały się księgarnie. Wszystkie duże, w przestronnych lokalach z kilkoma wystawami. Tę pierwszą akurat zlikwidowano, by urządzić reprezentacyjny oddział LOT-u, przeniesionego tam z Rynku Głównego w styczniu 1971 roku. Jej specjalnością były nieporęczne pomoce naukowe, jak mapy, globusy, godła czy plansze, które z trudem upchnięto we wspomnianych już księgarniach przy placu Kossaka i ulicy Wiślnej.

Druga, nazwana „Pegaz”, przy dzisiejszej ulicy Dunajewskiego 1, miała największy dział poezji i wydawnictw artystycznych, ponadto duży dział muzyczny, z mnóstwem płyt. Położony dogodnie, przy przystankach autobusowym i tramwajowym, „Pegaz” zachęcał zawsze kilkoma bogato urządzonymi witrynami.

Trzecia z księgarń, szczyciła się przedwojenną jeszcze proweniencją. W latach trzydziestych działała tam księgarnia – „Nauka i Sztuka” – Kazimierza Leśniaka, przejęta później przez uznanego księgarza i wydawcę Stefana Kamińskiego. Mowa, rzecz jasna o istniejącej do dziś największej krakowskiej księgarni, przy ul. Podwale 6, noszącej dumne miano „Główna Księgarnia Naukowa”.

Księgarnie peryferyjne

Kamienica przy ul. Starowiślnej 6, gdzie w lokalu na prawo od bramy działała niewielka księgarnia, fot., 2020, K. Jakubowski.

Kamienica przy ul. Starowiślnej 6, gdzie w lokalu na prawo od bramy działała niewielka księgarnia, fot., 2020, K. Jakubowski

Z księgarń – nazwijmy to – peryferyjnych, najbliższa była mi chyba ta zajmująca pojedynczy lokal, przy ulicy Bohaterów Stalingradu 6 (dziś Starowiślna). Odwiedzałem ją na ogół po drodze z kina „Uciecha” i właśnie tam udało mi się kupić sporo książek, które kiedyś może przeoczyłem, albo na które zwyczajnie zabrakło funduszy.

Podobna sytuacja była z księgarnią przy ulicy Stradomskiej 23, którą wizytowałem zawsze, bywając po sąsiedzku w kinie „Warszawa”. Miała ona nawet nazwę i to całkiem oryginalną – „Zebra”.

Kilka lat później, już w czasach licealnych, kiedy coraz trudniej było o zdobycie najlepszych tytułów, zacząłem poszukiwać księgarni jeszcze bardziej peryferyjnych. Tak trafiłem na aleję Daszyńskiego 16, gdzie nierzadko udawało się znaleźć tytuły szybko znikające z popularniejszych księgarń. Wśród tamtejszego personelu zapamiętałem szczególnie miłą panią w średnim wieku, zawsze uśmiechniętą i pomocną.

ul. Stradomska 23, gdzie działała księgarnia „Zebra”, fot. 2020, K. Jakubowski.

ul. Stradomska 23, gdzie działała księgarnia „Zebra”, fot. 2020, K. Jakubowski

Spośród innych adresów zdecydowanie rzadziej wybierałem pozbawioną klimatu księgarnię u zbiegu ulic Długiej i Szlak, co więcej jej żywot nie był przesadnie długi. Częściej odwiedzałem niewielką księgarnię przy ulicy Mazowieckiej 41, mieszczącą się w małym pawilonie oddanym do użytku już w latach siedemdziesiątych. Zdecydowanie najwięcej czasu poświęcałem na wizyty w księgarni ulokowanej w hotelu „Cracovia”. Panowała tam ta nieuchwytna atmosfera, jaka powinna towarzyszyć książce. Lokal przestronny z zacisznym pięterkiem, sprzyjał poszukiwaniom, długiemu wertowaniu i na ogół trafnym wyborom.

W bloku przy al. Daszyńskiego 16 działała długo duża, popularna księgarnia, fot. 2020, K. Jakubowski

W bloku przy al. Daszyńskiego 16 działała długo duża, popularna księgarnia, fot. 2020, K. Jakubowski

To chyba dobry moment na refleksję natury ogólnej, bo wyżej wspomniałem o książkach niełatwych do zdobycia. Powszechny pęd do książkowych zakupów dał się zaobserwować już w drugiej połowie lat siedemdziesiątych XX wieku. Przyczyny zjawiska były wielorakie. Przede wszystkim książki, w przeciwieństwie do innych artykułów, raczej nie drożały, znikała więc bariera ceny. Poza tym ich posiadanie stawało się zwolna czymś w rodzaju szlachetnego snobizmu. Nuworysze zaczęli urządzać domy i mieszkania z obowiązkową biblioteką, a jej rozmiary zależały nie tyle od możliwości finansowych, ile od gabarytów lokalu. Niekoniecznie czytali książki, ale uznawali, że należy je posiadać. Można przypomnieć tu casus wydania słynnego Ulissesa Jamesa Joyce’a, w niemniej słynnym, bardzo autorskim i trudnym w odbiorze przekładzie Macieja Słomczyńskiego, który na przełomie 1969 i 1970 roku zniknął z księgarskich półek zanim w ogóle zdążył się tam pojawić…

W kamienicy u zbiegu ulic Długiej i Szlaku mieściła się duża księgarnia, fot. 2020, K. Jakubowski

W kamienicy u zbiegu ulic Długiej i Szlaku mieściła się duża księgarnia, fot. 2020, K. Jakubowski

Kiedy nadeszły całkiem już chude lata poprzedzające stan wojenny, błyskawicznie znikała z księgarń zdecydowana większość książek, niezależnie od tematyki. Spontanicznie powstała wtedy największa księgarnia pod gołym niebem, bo tak trzeba nazwać niedzielny handel książkami na placu pod Halą Targową. Najbardziej poszukiwane tytuły oferowano tam po cenach znacznie przewyższających nominalne. Sytuacja zaczęła się normować (w dość wolnym tempie), dopiero po przełomie 1989 roku.

Zamiast konkluzji

W podsumowaniu opisu niepospolitego zjawiska, jakim był ruch księgarski, nie sposób pominąć glosy natury historycznej. Nie ulega wątpliwości, że bezprecedensowym dla branży był przełom związany z przejęciem prywatnego rynku książek przez powołane w 1950 roku Przedsiębiorstwo Państwowe „Dom Książki”. Względną niezależność pozostawiono jedynie antykwariatom i księgarniom kościelnym. Tak się złożyło, że moje pokolenie wychowało się w tamtych realiach, jednak myślę, że czasu spędzonego w księgarniach okresu PRL-u nie powinniśmy uznać za stracony. Jak już wspomniałem, książka była tania i głównie przez to powszechnie dostępna, a wydawnictwa dbały o różnorodność tytułów. Po 1957 roku wydawano niemal wszystko. No chyba że w grę wchodziło podważanie ustrojowych pryncypiów czy – nie daj Boże – godzenie w strategiczne sojusze. W tych kanonach mieściła się jednak – niestety – cała tak zwana literatura emigracyjna.

W pawilonie przy ul. Mazowieckiej 41, mieściła się całkiem spora księgarnia, fot. 2020, K. Jakubowski

W pawilonie przy ul. Mazowieckiej 41, mieściła się całkiem spora księgarnia, fot. 2020, K. Jakubowski

Kolejny przełom wiązał się ze zmianami ustrojowymi, jakie przyszły u progu lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Dość szybko kolejne księgarnie wychodziły wtedy spod kurateli „Domu Książki”, zyskując niezależność. Wiele z nich mieściło się w prywatnych kamienicach, które równocześnie odzyskiwali dawni właściciele. Bywało, że mieli oni autorski pomysł na lokale w swych domach, ale znacznie częściej to nowe stawki czynszowe przyczyniały się do upadku księgarń. Dość powiedzieć, że ze wszystkich wymienionych wyżej kilkudziesięciu księgarnianych adresów przetrwały zaledwie trzy. Czwarta ocalona, a niewzmiankowana dotąd, to księgarnia „Muza” przy ulicy Królewskiej 47 (kiedyś 18 Stycznia) otwarta w 1959 roku, tyle że w sąsiednim bloku pod numerem 45.

Upadki bywały spektakularne. Kiedy na przykład jesienią 2007 roku likwidowano księgarnię przy ulicy Wiślnej 3, trwały poszukiwania godnego miejsca na liczące ponad 70 lat dębowe regały, ale chętny się nie znalazł, więc zapewne poszły na opał. Najdłużej (do końca 2018 roku) walczyły o księgarnię i zarazem miejsca pracy panie z pałacu Spiskiego. Bezskutecznie. Co mieści się tam teraz, pominę milczeniem.

W dwudziestoleciu 1990–2010, pojawiło się także wiele nowych księgarń, które też nie poradziły sobie z coraz trudniejszą egzystencją. Wymienić można tu „Hetmańską” przy Rynku Głównym 17 oraz księgarnio-kawiarnię „Bona – Książka i Kawa” przy ulicy Kanoniczej 11. Ciekawy jest przypadek empiku (poza nazwą ma niewiele wspólnego z dawnymi empikami), który upadł przy Rynku Głównym 5, aby po kilku latach odrodzić się w miejscu zlikwidowanej księgarni „Matras”. Tu na szczęście zadziałał genius loci, bo „Matras” zajmował lokal dawnej firmy „Gebethner i Wolff”. Ta lista jest niestety o wiele dłuższa i należy pamiętać, że do niełatwej sytuacji księgarń przyczyniła się też rosnąca systematycznie sprzedaż internetowa. I tak już zapewne pozostanie…

Ewa Danowska – O dążeniach do powstania miejskiej biblioteki publicznej w Krakowie przed 1918 rokiem

Ewa Danowska

Polska Akademia Umiejętności

O dążeniach do powstania miejskiej biblioteki publicznej w Krakowie przed 1918 rokiem

Ernest Bandrowski, źródło: NAC

Ernest Bandrowski, źródło: NAC

Wstęp

W drugiej połowie XIX wieku szybszy niż wcześniej rozwój oświaty i dążenie do kształcenia się oraz podnoszenie poziomu cywilizacyjnego polskiego społeczeństwa zrodziły potrzebę tworzenia bibliotek publicznych, dostępnych dla szerszych warstw społecznych. Te istniejące, dotychczas należące głównie do towarzystw naukowych i uczelni, zaspokajały potrzeby stosunkowo wąskich kręgów inteligencji1J. Dybiec, Mecenat naukowy i oświatowy w Galicji 1860–1918, Wrocław i in. 1981, s. 147, 186..

Tworzenie bibliotek publicznych uważano za przejaw demokratyzacji kultury poprzez udostępnianie książek ogółowi społeczeństwa. Ich zasadą miała być powszechność i dostępność książek, aby stały się niezbędnym elementem życia, spełniając w ten sposób misję społeczną utrwalania i poszerzania wiadomości zdobytych w szkole, zaspokajania potrzeby wiedzy oraz rozrywki2H. Orsza [H. Radlińska], Nasze biblioteki powszechne, w: Praca oświatowa, jej zadania, metody, organizacja, oprac. T. Bobrowski i in., Kraków 1913, s. 211–212..

Na początku XX wieku pojawiła się wręcz opinia, że biblioteki publiczne są tak samo niezbędne jak szkoły, stanowiąc ich dopełnienie. Na marginesie można zauważyć, że Władysław Baran w 1921 roku wyraził zdanie, iż lepszą nazwą jest określenie biblioteka „powszechna” niż „publiczna”, gdyż instytucja ta powinna służyć wszystkim bez wyjątku, nie tak jak biblioteki naukowe, które są dostępne tylko dla określonej grupy społecznej3W. Baran, Sprawa biblioteki publicznej w Krakowie, Kraków 1921, s. 5..

Władysław Baran, fot. Bernard Henner, 1906, źródło: pauart.pl

Władysław Baran, fot. Bernard Henner, 1906, źródło: pauart.pl

Biblioteki publiczne pojmowane jako instytucje kulturalno-oświatowe zaczęto organizować w połowie XIX wieku. Jako datę ich powstania przyjmuje się rok 1849, kiedy w Anglii i Ameryce Północnej zostały wydane stosowne ustawy biblioteczne. Do najstarszych funkcjonujących na ziemiach polskich zalicza się Czytelnia Ludowa w Cieszynie, założona w 1861 roku przez redaktora „Gwiazdki Cieszyńskiej” Pawła Stalmacha. We Lwowie z kolei powstała Biblioteka Publiczna ruskiego instytutu narodowego „Narodnyj Dom”. W zaborze rosyjskim pierwsze biblioteki, przy których funkcjonowały bezpłatne czytelnie, zakładał, począwszy od 1858 roku, Wydział Czytelń Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności4J. Korpała, Z dziejów miejskich bibliotek publicznych w Galicji (Materiały do dziejów powszechnych bibliotek publicznych w Polsce), w: Z zagadnień teorii i praktyki bibliotekarskiej. Studia poświęcone pamięci Józefa Grycza, red. B. Horodyński, Wrocław–Warszawa–Kraków 1961, s. 307..

Przez prawie 50 lat działacze oświatowi, bibliotekarze i światli obywatele podejmowali starania o utworzenie w Krakowie ­powszechnie dostępnej biblioteki publicznej, utrzymywanej z budżetu miasta. Różnorodne były formy takich starań, od postulatów zamieszczanych na łamach prasy po tworzenie zalążków tego typu placówek z inicjatywy i ze środków organizacji społeczno-oświatowych, jak w przypadku powstałej w 1895 roku wypożyczalni Towarzystwa Szkół Ludowych (TSL) czy założonej w 1905 roku biblioteki publicznej Towarzystwa Uniwersytetu Ludowego im. A. Mickiewicza (TUL). Deklarowały one gotowość przekazania miastu księgozbiorów, co miałoby ułatwić dążenia do utworzenia biblioteki miejskiej. Zgłaszały także gotowość do prowadzenia takiej placówki5J. Zając, Biblioteki publiczne Krakowa (w latach 1945–1994). Społeczne źródła koncepcji bibliotek publicznych w Krakowie, w: Kraków – Lwów. Książki, czasopisma, biblioteki XIX i XX wieku, t. 5, red. J. Jarowiecki, Kraków 2001, s. 349..

Wypożyczalnie – czytelnie prywatne

Prywatne wypożyczalnie, zamiennie nazywane czytelniami, nastawione na dochód pochodzący z wypożyczania książek, stanowiły najdawniejszą formę zorganizowanego czytelnictwa. Funkcjonowały przy księgarniach, ale były też samoistne, prowadzone przez prywatne osoby. Zazwyczaj wypożyczano książki i czasopisma do domów, po wniesieniu przez czytelnika okresowej zapłaty, na ogół miesięcznej lub uzależnionej od liczby wypożyczanych pozycji. Najkorzystniejsze dla czytelnika było opłacenie rocznego abonamentu, była też jednak możliwość opłat jednorazowych. Często też właściciele wypożyczalni przyjmowali zastaw pieniężny jako gwarancję zwrotu nieuszkodzonej książki w określonym czasie6J. Stąsiek, Rozwój wypożyczalni dochodowych w Galicji, w: Z dziejów udostępniania książki w Polsce w okresie zaborów. Studia i materiały, red. K. Maleczyńska, „Acta Universitatis Wratislaviensis”, nr 673, Bibliotekoznawstwo XI, Wrocław 1985, s. 147..

Dr Adolf Gross, fot. Benard Henner, ANK, sygn. A-I-171

Dr Adolf Gross, fot. Benard Henner, ANK, sygn. A-I-171

Pierwsza znana informacja o odpłatnym wypożyczaniu książek w okolicach Krakowa związana jest z nazwiskiem Filipa Nereusza Stokłosińskiego, księgarza i introligatora z Podgórza. W 1785 roku dysponował on księgozbiorem liczącym 560 pozycji w różnych językach, a za wypożyczenie jednej na sześć dni pobierał opłatę 7,5 krajcara. W tym samym czasie podobną działalność prowadził w Krakowie przy ulicy Grodzkiej 14 księgarz i drukarz Ignacy Grebel. Kilka lat ­później, w 1791 roku drukarz Jan Maj uruchomił Gabinet Otwartego Czytania. Jego księgozbiór liczył około 600 pozycji, a z czasopism można było korzystać tylko na miejscu. Na początku XIX stulecia wypożyczalnię, która miała przetrwać w rękach jego rodziny prawie 40 lat, założył Jan Jerzy Fryderyk Friedlein. Poważną pozycję w Krakowie zaznaczyły w połowie XIX wieku wypożyczalnie książek Filipa Genella, Abrahama Gumplowicza (potem syna, Ignacego Izraela, oraz potomków), Józefa Cypcera, przy drukarni Stanisława Gieszkowskiego, a także Juliusza Wildta, Walerego Wielogłowskiego, Franciszka Grzybowskiego oraz Franciszka Trzecieskiego. W drugiej połowie XIX wieku zaistniał jako właściciel wypożyczalni działającej przy drukarni ­Leonard Zwoliński. Wypożyczalnie prowadzili także księgarze Pincus Gross, Franciszek Ksawery Pobudkiewicz, Andrzej Krzyżanowski i Aleksander Nowolecki. Inne wypożyczalnie nie odniosły sukcesu i szybko znikały z czytelniczego rynku7Tamże, s. 149–160..

W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku w Krakowie powstało pięć placówek zajmujących się wypożyczaniem książek: dwie przy księgarniach – Władysława Miłkowskiego oraz Antoniego Piwarskiego, jedna przy drukarni Józefa Fischera i dwie samoistne. Na przełomie stuleci pojawiły się dwie nowe wypożyczalnie książek i nut – przy księgarni i antykwariacie Fabiana Himmelblaua przy ulicy Świętego Tomasza oraz przy księgarni sortymentowo-wydawniczej Leona Frommera przy ulicy Szewskiej. Spośród wypożyczalni funkcjonujących samoistnie, niezwiązanych z księgarniami, zaznaczyła się inicjatywa Heleny Müntz, która prowadziła swoje przedsięwzięcie przy ulicy Gołębiej, potem przy Sławkowskiej. Drugą wypożyczalnię prowadziła Albina Müntz (być może jej córka) przy ulicy Szpitalnej. Około 1908 roku powstała zasobna i dobrze prowadzona Czytelnia Naukowa przy ulicy Świętego Jana 4, a niebawem pojawiła się samoistna wypożyczalnia książek Józefa Gabrysia przy ulicy Mikołajskiej8Tamże, s. 167–170..

Nie należy zapominać o znanej na początku XX wieku Czytelni Naukowej i Beletrystycznej, założonej w 1906 roku przez Anielę Starzewską, siostrę redaktora „Czasu” Rudolfa Starzewskiego. Wypożyczano tam beletrystykę w języku polskim, francuskim i niemieckim, dzieła naukowe i popularnonaukowe z zakresu historii, sztuki, przyrody itp., a także czasopisma polskie, francuskie i niemieckie. Jej byt opierał się oczywiście na opłatach wnoszonych przez czytelników9J. Zając, Od bibliotek społecznych do bibliotek publicznych w Krakowie, w: Książki, czasopisma, biblioteki Krakowa XIX i XX wieku. Materiały z sesji naukowej odbytej w dniach 6–7 maja 1984 w czterdziestolecie WSP w Krakowie, red. R. Ergetowski, Kraków 1988, s. 58..

Według badań Kazimiery Maleczyńskiej w 1870 roku działało w Krakowie 11 wypożyczalni książek, w tym osiem funkcjonujących przy księgarniach i trzy samodzielne. Na przełomie XIX i XX wieku liczba wypożyczalni wzrosła do 14 – połowa działała przy księgarniach, a połowa samodzielnie. Sytuacja nie zmieniła się po I wojnie światowej10K. Maleczyńska, Książki i biblioteki w Polsce okresu zaborów, Wrocław 1967, s. 192. O wypożyczalniach prywatnych chrześcijańskich i żydowskich w okresie między­wojennym zob. m.in.: M. Rausz, Wypożyczalnia książek „Renaissance” w Krakowie (1932– ), w: ­Kraków – Lwów. Książki, czasopisma, biblioteki…, dz. cyt., s. 329–337..

Niektóre wypożyczalnie, nazywane czytelniami, nastawione na dochód, specjalizowały się w udostępnianiu czytelnikom tylko prasy – krajowej i zagranicznej, dostępnej do korzystania na miejscu. Tego rodzaju placówki brały opłatę w formie abonamentu miesięcznego, kwartalnego lub półrocznego bądź udostępniały gazety i czasopisma za jednorazową opłatą. Także niemal wszystkie krakowskie kawiarnie na przełomie XIX i XX stulecia dysponowały pewnym zasobem prasy krajowej i zagranicznej, a w większych lokalach wydzielano specjalne pomieszczenia do spokojnej lektury pism11 J. Stąsiek, Rozwój wypożyczalni…, dz. cyt., s. 170..

Obok bibliotek stowarzyszeniowych wypożyczalnie płatne, chociaż tworzone w celach dochodowych, spełniały też społeczne cele podniesienia poziomu oświaty i czytelnictwa. Do tej inicjatywy przyłączali się niekiedy ludzie pióra, wśród nich Adolf Dygasiński, który w 1872 roku zakupił w Krakowie księgarnię i wypożyczalnię Franciszka Trzecieskiego, miał też koncepcję rozszerzenia sieci wypożyczalni sezonowych w miejscowościach kuracyjnych12K. Maleczyńska, Książki i biblioteki…, dz. cyt., s. 190, 193..

Biblioteki stowarzyszeniowe

Towarzystwa galicyjskie – gospodarskie, prawnicze, lekarskie, historyczne i inne – o różnym charakterze działalności, często stawiały sobie za cel popularyzację wiedzy, zatem poza wydawaniem fachowych czasopism gromadziły księgozbiory pochodzące z darów czy przez zakupy finansowane ze składek członkowskich13J. Dybiec, Mecenat naukowy i oświatowy…, dz. cyt., s. 170..

Zgromadzony księgozbiór udostępniały swoim członkom między innymi Towarzystwo Bratnia Pomoc Kelnerów w Krakowie, Stowarzyszenie Młodzieży Handlowej, Stowarzyszenie Rękodzielników Polskich „Gwiazda” czy stowarzyszenia drukarzy14Tamże, s. 192..

Należy też wspomnieć o Czytelni Akademickiej w Krakowie, działającej nieoficjalnie od 1859 roku, zalegalizowanej w 1867 i posiadającej wówczas 206 dzieł oraz 16 tytułów czasopism. Księgozbiór gromadzono, opierając się na darach, składkach członkowskich, a także dzięki dotacjom. W 1898 roku liczył on już ponad 3000 dzieł w ponad 4300 tomach. Z czasem Czytelnia Akademicka wycofywała książki zniszczone i niepotrzebne, przekazując je czytelniom ludowym, dlatego w końcowym okresie jej istnienia zasoby książkowe zmniejszyły się do około 500 dzieł15Tamże, s. 161..

Do środowiska żydowskiej społeczności Krakowa, która przed II wojną światową liczyła ponad 60 tysięcy osób, co stanowiło trzecią część populacji miasta, między innymi za pośrednictwem warszawskiej prasy docierały hasła tworzenia ogólnodostępnych księgozbiorów, upowszechniających znajomość żydowskiej kultury, historii, religii, języka hebrajskiego oraz wzbudzania zainteresowania kulturą polską. Należy także zaznaczyć, że dzięki słowu pisanemu naród żydowski mógł zachować swoją wiarę i tradycję16K. Samsonowska, Żydowskie biblioteki i czytelnie w Krakowie w XIX i XX wieku, „Rocznik Biblioteki PAN w Krakowie” 1998, R. 43, s. 219..

W styczniu 1871 roku krakowskie Stowarzyszenie Izraelitów Postępowych podjęło pierwszą próbę utworzenia publicznej biblioteki – Czytelni Izraelickiej – gromadzącej książki i bieżące czasopisma w różnych językach. W kolejnych latach w budżecie gminy żydowskiej przewidywano określoną kwotę na potrzeby książnicy, ale realna jej działalność i obecność w Krakowie nie jest prawie w ogóle udokumentowana. Natomiast pierwsza świecka żydowska biblioteka – Ezra (co znaczy: pomoc, wsparcie) – została otwarta w październiku 1899 roku. Jej siedziba znajdowała się w czteropokojowym lokalu przy ulicy Dietla 58, a od 1911 roku na parterze budynku przy Krakowskiej 41. W pierwszym roku istnienia Ezry jej księgozbiór liczył 1700 woluminów podzielonych na działy tematyczne. Większość znajdujących się w bibliotece czasopism była w języku jidysz albo w wersji dwujęzycznej. Biblioteka zyskała popularność, skoro na przykład w samym 1906 roku odnotowano 1500 wizyt kupców, 1750 akademików i doktorów, 2700 rzemieślników, 3400 osób prywatnych i 2700 uczniów jesziw. Książki do domu wypożyczano za kaucją. Aktywnie korzystano z czytelni, co w 1912 roku stało się powodem donosu złożonego do rady wyznaniowej, że pewne osoby oddają się lekturze przy zapalonym świetle w nocy z piątku na sobotę, czym naruszają przepisy szabatu17M. Rausz, Biblioteka i czytelnia Ezra w Krakowie, w: Kraków–Lwów. Książki – czasopis­ma – biblioteki, red. H. Kosętka, t. 7, Kraków 2007, s. 149–154; K. Samsonowska, dz. cyt., s. 222–224..

W 1911 roku powstała natomiast przy Rynku Głównym 39, na pierwszym piętrze, Czytelnia Towarzyska, skupiająca głównie postępową inteligencję krakowską pochodzenia żydowskiego, zazwyczaj związaną z synagogą Tempel oraz ze środowiskami liberalnymi i socjalistycznymi. W przeciwieństwie do innych bibliotek i czytelni żydowskich nie miała trudności finansowych, gdyż grono jej użytkowników stanowili ludzie zamożni. Była dobrze wyposażona, oferowała bogaty wybór polskojęzycznych i zagranicznych periodyków (początkowo 40 tytułów) oraz zróżnicowany program kulturalno-oświatowy, między innymi naukę języków obcych, kółko teatralne i sportowe oraz wieczory muzyczne. W pierwszym roku działalności liczyła ponad 300 członków. Po wybuchu II wojny światowej jej zbiory uległy rozproszeniu lub utracie18K. Samsonowska, dz. cyt., s. 225–226; M. Rausz, Biblioteka i czytelnia Ezra…, dz. cyt., s. 154; Encyklopedia Krakowa, red. A.H. Stachowski, Kraków 2000, s. 140..

Jak już wspomniano, wielkie krakowskie biblioteki o charakterze naukowym – Biblioteka Jagiellońska, Akademii Umiejętności czy Muzeum Czartoryskich – nie były dostępne dla ogółu czytelników, udostępniając swoje księgozbiory uczonym i studentom19J. Zając, Od bibliotek społecznych…, dz. cyt., s. 53.. Zapotrzebowanie społeczeństwa na książki starały się zatem zapewnić prywatne wypożyczalnie i biblioteki stowarzyszeniowe.

Biblioteki Towarzystwa Szkoły Ludowej (TSL)

Towarzystwo Szkoły Ludowej (TSL) było największym stowarzyszeniem oświatowym w Galicji. Powstało w Krakowie w 1891 roku z okazji upamiętnienia setnej rocznicy Konstytucji 3 maja, a podczas pierwszego walnego zgromadzenia założycieli w 1892 roku na prezesa Towarzystwa wybrano Adama Asnyka. Misję TSL, mającego główną siedzibę w Krakowie, streszczało hasło przewodnie: „Przez oświatę do wolności”. Poza innymi przewidzianymi w statucie działaniami koncentrowano się także na pozaszkolnej pracy oświatowej, sprowadzającej się do tworzenia bibliotek, gdzie można było wypożyczać książki i korzystać z prasy. Poszczególne koła TSL zajmowały się określoną działalnością, a część z nich miała pod opieką organizowanie czytelń20A. Zwiercan-Witkowska, Towarzystwo Szkoły Ludowej w latach 1891–1939, „Biuletyn Biblioteki Jagiellońskiej” 2003, R. 53, s. 135, 141–142, 148..

TSL uznawało książki za jeden z istotnych czynników popularyzacji oświaty, kultury narodowej i czytelnictwa. Starano się więc otwierać placówki popularyzujące czytelnictwo – czytelnie z wypożyczalniami, biblioteki miejskie oraz „ruchome”, dbając, by książki zaspokajały potrzeby i zainteresowania różnych grup wiekowych i zawodowych, a księgozbiór był dostosowany do lokalnego środowiska czytelniczego21M. Bednarzak-Libera, Rola książki w działalności Towarzystwa Szkoły Ludowej (1891–1918). Szkic do dziejów książki w Krakowie, „Annales Academiae Paedagogicae Cracoviensis” 2006, Folia 39 „Studia ad Bibliothecarum Scientiam Partinentia IV”, s. 196–197..

Książka była środkiem, który TSL wykorzystywało we wszystkich aspektach prowadzonej działalności. Przede wszystkim jednak zajmowało się tworzeniem i rozwojem sieci „punktów bibliotecznych” – we wsiach i w miasteczkach. Czytelnie i wypożyczalnie w powiecie krakowskim prowadzone były przez kilka kół TSL. Na przykład w 1910 roku krakowskie I Koło TSL prowadziło placówki w Bolechowicach, Bronowicach Wielkich, Kobylanach, Łobzowie, Mydlnicy, Mydlnikach, Prądniku Czerwonym, Rząsce i Toniach. Koło IV TSL miało placówki biblioteczne w Balicach, Mogile, Morawicy i Zielonkach. Koło VI opiekowało się punktem w Zabierzowie, a Koło VII – w Bronowicach Małych. Poszczególne księgozbiory liczyły od 80 do 300 pozycji książkowych i po kilka tytułów czasopism22Tamże, s. 186–187..

W Krakowie pierwszą bezpłatną wypożyczalnię miejską TSL założyło w 1895 roku, co odbyło się dzięki inicjatywie i zaangażowaniu jego działaczy – dra Adolfa Grossa, Marii Siedleckiej oraz Kazimiery i Odona Bujwidów. Dr Gross nieodpłatnie udostępnił na bibliotekę swój lokal przy ulicy Grodzkiej, a ta miejska wypożyczalnia powstawała przy współudziale finansowym społeczeństwa, podobnie jak jej filie w różnych punktach miasta23Tamże, s. 188..

Ze Sprawozdań z działalności TSL w jubileuszowym roku 1910 wynika, że punkty biblioteczne zorganizowane przez TSL w Krakowie znajdowały się w szkołach imienia: Długosza, Świętej Kingi, Jachowicza, Kościuszki, w szkole przy placu Matejki, w bursie hr. Potockiego, szpitalu Świętego Łazarza, fabryce Herliczki oraz w kilkunastu dzielnicach Krakowa. Poszczególne księgozbiory liczyły od 24 do 725 (w dzielnicy Zwierzyniec) pozycji książkowych24Tamże, s. 189..

Statut TSL przewidywał wypożyczanie książek osobom niebędącym członkami TSL odpłatnie, natomiast innym chętnym – za darmo. Punkty biblioteczne TSL były otwarte tylko przez kilka godzin dziennie, a korzystała z książek przede wszystkim młodzież rzemieślnicza, młodzież ucząca się oraz inteligencja25Tamże, s. 191..

Koncepcja stworzenia biblioteki publicznej nie była też obca działaczom TSL w Krakowie. Już w 1903 roku jego zarząd główny dał wskazówkę kierownikowi Centralnej Składnicy Książek, by koła gromadziły dzieła nieznajdujące się w handlu księgarskim, wydawnictwa ozdobne, zabytkowe i ściśle naukowe z myślą o utworzeniu księgozbioru na większą skalę, czyli biblioteki ­publicznej26A. Jaworska, Walka o bibliotekę publiczną w Krakowie w pierwszym dziesięcioleciu XX wieku, „Biuletyn Informacyjno-Instrukcyjny MBP w Krakowie” 1976, nr 109, s. 32–33.

W 1905 roku utworzono przy zarządzie głównym TSL wypożyczalnię przeznaczoną wyłącznie dla członków Towarzystwa, a opłata za wypożyczenie jednej książki wynosiła jeden cent27Tamże, s. 188; H. Orsza [H. Radlińska], dz. cyt., s. 228..

Należy stwierdzić, że poszczególne koła TSL stawiały sobie za cel, aby społeczeństwu proponować książki jak najlepsze do czytania. Oferowały nie tylko „literaturę ludową i dzieła popularne, ale też pozycje zaspokajające potrzeby intelektualne i służące rozrywce28H. Orsza [H. Radlińska], dz. cyt., s. 228..

Biblioteka Towarzystwa Uniwersytetu Ludowego (TUL)

Jak się okazało, w dziele stworzenia biblioteki publicznej w Krakowie TSL dało się wyprzedzić Towarzystwu Uniwersytetu Ludowego (TUL) im. A. Mickiewicza, organizacji powstałej w środowisku młodzieży lwowskiej. Najaktywniejszy oddział znajdował się w Krakowie, a w jego początkach na czele stali kolejno Odo Bujwid, dr J. Gertler i prof. J. Grzybowski. Wśród członków zarządu znajdowali się czołowi krakowscy lewicowi działacze i działaczki. Prowadzono akcje odczytowe i powszechnie dostępne wykłady popularnonaukowe. Pod koniec 1904 roku powstała oddzielna sekcja biblioteczno-czytelniana. Jej plany założenia wypożyczalni książek i czytelni czasopism służących społeczeństwu zaowocowały powstaniem Biblioteki Publicznej im. A. Mickiewicza przy krakowskim oddziale TUL29J. Korpała, dz. cyt., s. 312–314..

Odo Bujwid, źródło: NAC

Odo Bujwid, źródło: NAC

W zakresie organizacji społecznej biblioteki publicznej najlepsze rezultaty TUL osiągnęło w Krakowie. Członkowie wspomnianej sekcji biblioteczno-czytelnianej odwołali się do ofiarności społeczeństwa i wkrótce zgromadzili kilkutysięczny księgozbiór. Hojnym darczyńcą okazał się Stefan Żeromski, zezwalając Towarzystwu na druk książki Echa leśne na rzecz Biblioteki. Z powodu braku odrębnego pomieszczenia na zbiory i lokal biurowy książki były katalogowane w prywatnych mieszkaniach przez wolontariuszy samouków, którzy uczyli się pracy bibliotekarskiej z zagranicznych podręczników. Utworzono katalog działowy (rzeczowy), a 15 marca 1905 roku wypożyczalnia Biblioteki Publicznej została oddana do użytku. Biblioteka liczyła wówczas 5280 tomów. Pierwszym bibliotekarzem był W. Schatzschneider, a po kilku miesiącach jego obowiązki przejął Leopold Węgrzynowicz, który prowadził bibliotekę do 1907 roku. Księgozbiór osiągnął w 1914 roku liczebność ponad 10 tysięcy książek, wśród których przeważały dzieła naukowe i popularnonaukowe, ponieważ organizatorzy biblioteki stawiali sobie za cel kształcenia społeczeństwa. Z czasem jednak, na żądania i prośby czytelników, wzbogacano dział beletrystyki30Tamże, s. 321..

W środowisku krakowskim odnośnie do inicjatyw tworzenia placówek bibliotecznych mocno zaznaczyła się działalność Heleny Radlińskiej (1879–1954). Od czerwca 1904 roku włączyła się w prace oddziału TUL, dwa lata później została wybrana na członka zarządu tego oddziału, a w 1909 roku została sekretarzem zarządu głównego. Kierowała pracami Biblioteki Publicznej tego Towarzystwa, była też animatorką akcji odczytowych w Krakowie i przedmieściach. Uważała, że biblioteki są jednym z podstawowych narzędzi pracy oświatowej w środowisku. Jej zainteresowania koncentrowały się wokół organizacji sieci bibliotecznej, zagadnienia kształcenia bibliotekarzy oraz tworzenia bibliografii ułatwiających czytelnikowi wybór książek i propagowania czytelnictwa31S. Konarski, Radlińska z Rajchmanów Helena, Polski Słownik Biograficzny, t. 29, Wrocław i in. 1986, s. 696–797, 701..

Helena Radlińska, źródło: zpsknppan.edu.pl

Helena Radlińska, źródło: zpsknppan.edu.pl

W kwietniu 1906 roku, już po roku działalności Biblioteka Towarzystwa Uniwersytetu Ludowego wydała Spis książek ułożony według działów. We wstępie zaznaczono, że bez katalogu systematycznego trudno się zorientować w zbiorach nawet bibliotekarzom czy specjalistom. Do tych drugich zwrócono się z prośbą o wskazówki dotyczące uzupełnień poszczególnych działów księgozbioru. Książki naukowe sklasyfikowano według podziału i układu nauk, a literaturę piękną zestawiono według języków oryginałów. Osobno zostały zamieszczone książki uzupełniające działy naukowe oraz książki o różnorodnej treści, nieujęte w innych działach. Katalog obejmował cały istniejący wówczas zasób biblioteczny w liczbie 5722 dzieł, pod kątem potrzeb samouków. Można zaznaczyć, że w dziale literatury społecznej obok dzieł Marksa i Engelsa znajdowały się dwie prace Lenina w języku rosyjskim. W działania związane z funkcjonowaniem tej placówki aktywnie włączyła się wspomniana powyżej Helena Radlińska, znakomita znawczyni zagadnień bibliotecznych, która w 1906 roku zamieszkała w Krakowie. Pod wpływem krakowskiej Biblioteki TUL powstały wzorowane na niej biblioteki w Przemyślu i Rzeszowie32Tamże, s. 322–323..

Należy zaznaczyć, że Radlińska co najmniej sceptycznie wypowiadała się o jakości darów książkowych przekazywanych bibliotece przez osoby prywatne. Twierdziła, że często urągają pojęciu biblioteki, bo ich wartość jest niewielka, a konieczność ich gromadzenia i przechowywania niejednokrotnie stanowi ciężar i utrudnienie dla biblioteki33J. Dybiec, dz. cyt., s. 195, za: H. Orsza [Radlińska], dz. cyt., Kraków 1913, s. 212..

Juliusz Leo, źródło: NAC

Juliusz Leo, źródło: NAC

Biblioteka i czytelnia pism TUL im. Adama Mickiewicza znajdowała się w Krakowie przy ulicy Grodzkiej 43, na drugim piętrze. W dni powszednie była otwarta od 11.00 do 13.00 oraz od 15.00 do 21.00, w podobnych godzinach czynna była czytelnia czasopism, którą ponadto otwierano w niedziele i święta o tej samej porze jak w dni powszednie. Zgodnie z regulaminem biblioteki wypożyczenia książek były odpłatne – abonament miesięczny wynosił za jedno dzieło 50 halerzy, a za każde następne 40 halerzy. Oprócz miesięcznej opłaty należało wnieść 2 halerze od tomu przy każdej wymianie książek. Czytelnicy otrzymywali legitymacje biblioteczne. W regulaminie określono, że książkę beletrystyczną należy zwrócić po dwóch tygodniach, a naukową po miesiącu. Za korzystanie z czytelni czasopism miesięczny abonament wynosił 50 halerzy, a jednorazowy wstęp dla osób niezapisanych kosztował 10 halerzy. Czasopism i gazet nie można było wynosić poza obręb czytelni, nie wolno było – pod groźbą kary – robić na pismach żadnych podkreśleń czy dopisków. Zgodnie z regulaminem przed wejściem do sali czytelnianej należało zostawić w szatni wierzchnią odzież, kapelusze, parasole i laski. Zabronione były głośne rozmowy, palenie tytoniu i plucie na podłogę. Przy bibliotece założono „Biuro porady dla informacji w kwestiach wykształcenia ogólnego”, gdzie specjaliści bezpłatnie udzielali samoukom wskazówek w zakresie nauk matematycznych, przyrodniczych, filozoficznych, historycznych i społecznych. Biuro udzielało także odpowiedzi na pytania przysyłane listownie34Biblioteka Uniwersytetu Ludowego imienia Adama Mickiewicza. Spis książek ułożony według działów, Kraków 1906, nlb., po s. 160..

Działacze TUL im. Adama Mickiewicza w piśmie z 1907 roku skierowanym do Rady Miasta Krakowa napisali, że z radością witają projekt założenia Biblioteki Miejskiej wraz z czytelnią czasopism. Mimo takiej postawy członkowie sekcji czytelniczej nie zostali zaproszeni na konferencję („ankietę”) dotyczącą planów powstania biblioteki miejskiej, jaką zwołał prezydent Juliusz Leo pod nacis­kiem Rady35A. Jaworska, dz. cyt., s. 34..

Starania o publiczną bibliotekę miejską

Już w drugiej połowie XVIII wieku założenie biblioteki publicznej przez braci Załuskich w Warszawie zainspirowało krakowskiego wybitnego lekarza i rajcę Jacka Augusta Łopackiego do przekazania miastu części swego księgozbioru (około 200 pozycji), by stanowił zalążek publicznej biblioteki miejskiej. Aktu przekazania dokonał 20 kwietnia 1758 roku. Potencjalny rozwój takiej placówki przerwały rozbiory, a ­podczas nich książki przechowywano w ratuszu, po czym w 1817 roku przekazano je Bibliotece Jagiellońskiej. Sprawa miejskiej biblioteki w Krakowie zarzucona została zatem na długie lata36J. Zając, Od bibliotek społecznych…, dz. cyt., s. 49–50.. Jak wspomniano, lukę w udostępnianiu książek czytelnikom wypełniały wypożyczalnie prywatne i stowarzyszeniowe. Władysław Baran, znakomity bibliotekarz i bibliofil, a w latach 1920–1930 dyrektor Biblioteki Polskiej Akademii Umiejętności, napisał:

(…) nareszcie i Kraków, to serce Polski, skarbnica zabytków, kultury, nauki i sztuki, musi założyć bibliotekę publiczną, której ludność Krakowa domaga się i koniecznie potrzebuje, a Rada miejska upor­czywie z jej otwarciem zwleka, znajdując zawsze mniej lub więcej ważne powody. Przykre to bardzo i dziwne, że sprawa biblioteki publicznej w Krakowie tak długo musi czekać na odpowiednie jej rozwiązanie37W. Baran, dz. cyt., s. 7..

Dodał, że starania o powstanie biblioteki publicznej w Krakowie mają długą historię, podczas gdy sprawa domagała się szybkiego finału – możliwości powszechnego wypożyczania książek i czasopism dla dzieci, młodzieży, doros­łych, bogatych czy biednych, mniej czy bardziej wykształconych, o dowolnej porze między godziną ósmą rano a dziesiątą wieczorem. W takiej publicznej bibliotece tytuły cieszące się znaczną popularnością powinny być dostępne w kilku lub nawet kilkunastu egzemplarzach do wypożyczenia do domu, a jeden do korzystania na miejscu, w czytelni38Tamże, s. 9–10..

Nadmienić należy, iż w latach 1906–1907 Kraków zamieszkiwało prawie 98 tys. osób. Jak obliczył Józef Zając, po zsumowaniu pozycji książkowych znajdujących się w bibliotekach naukowych Krakowa: Jagiellońskiej, Akademii Umiejętności i Czartoryskich, a także dostępnych w wypożyczalniach prywatnych i stowarzyszeniowych, było około 40 tys. woluminów, czyli na jednego mieszkańca miasta przypadało statystycznie 0,4 książki, co w porównaniu z dostępnością do książek wypożyczanych na przykład w Anglii uważano za liczbę bardzo niezadowalającą39J. Zając, Od bibliotek społecznych…, dz. cyt., s. 59..

Karol Estreicher, fot. L. Sempoliński, ok. 1882, źródło: pauart

Karol Estreicher, fot. L. Sempoliński, ok. 1882, źródło: pauart

W 1904 roku prezydent Krakowa Juliusz Leo zobowiązał się otworzyć publiczną bibliotekę najpóźniej 1 stycznia 1910 roku przy Muzeum Narodowym; bazą książnicy miały być zbiory ofiarowane przez lekarza, działacza społecznego i kolekcjonera Wacława Lasockiego, liczące około 8 tysięcy tomów, w tym starodruki. Projektodawcą tej inicjatywy był radca miejski Buczkowski. Jej realizacja nie doszła jednak do skutku, a należy zwrócić uwagę, że zarówno profil zbiorów, jak i instytucja nimi obdarzona nie spełniały podstawowych warunków nowoczesnej biblioteki publicznej40Tamże, s. 61; A. Jaworska, dz. cyt., s. 33..

Karol Estreicher na łamach „Głosu Narodu” w 1905 roku opublikował artykuł Bibljoteka powszechna miejska w Krakowie, gdzie przypomniał, że koncepcja nie jest nowa, a pierwszy temat podjął prof. Oswald Balzer, apelując o tworzenie bibliotek publicznych na prowincji, uważając, że do podniesienia poziomu wykształcenia nie wystarczają szkoły i uniwersytety, ale potrzebne są biblioteki. Tutaj Estreicher podkreślił działania TUL w tej kwestii. Utworzeniem biblioteki publicznej w Krakowie – ogólnodostępnej, o doborowym księgozbiorze, wielu ­egzemplarzach poczytnych książek i otwartej także w niedziele, święta i wakacje – powinny się zająć władze miasta. Napisał o darowiźnie Włodzimiery Szołayskiej, która ofiarowała miastu swoją wielką kamienicę na rogu placu Szczepańskiego, apelując, by tam właśnie powstała miejska biblioteka fundacji imienia jej rodziny41 K. Estreicher, Bibljoteka powszechna miejska w Krakowie, „Głos Narodu” 1905 (14 X), R. 13, nr 287, s. 1–2..

Józef Muczkowski, fot. 1903, źródło: pauart

Józef Muczkowski, fot. 1903, źródło: pauart

Rada miasta przyjęła wniosek historyka i publicysty Kazimierza Bartoszewicza w sprawie powołania komisji mającej opracować projekt założenia bezpłatnej biblioteki i czytelni. 13 grudnia 1907 roku odbyła się wspomniana już konferencja, nazwana „ankietą”, w celu omówienia tej sprawy zwołana przez władze miejskie z udziałem przedstawicieli miasta i zaproszonych fachowców, między innymi Karola Estreichera, dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej Fryderyka Papée, Józefa Muczkowskiego, Kazimierza Bartoszewicza i prezesa TSL Ernesta Bandrowskiego42J. Korpała, dz. cyt., s. 323..

W 1908 roku w „Przewodniku Oświatowym”, wydawanym przez Zarząd Główny TSL, ukazały się aż trzy artykuły dotyczące sprawy miejskiej biblioteki publicznej, wszystkie pod jednakowym tytułem W sprawie biblioteki publicznej w Krakowie43Tamże, s. 323–324..

W pierwszym autor – publicysta i działacz PPS Adam Uziębło – winą za brak bibliotek publicznych na ziemiach polskich obarczał rządy zaborcze, według których działalność bibliotek mogła ułatwiać próby samoorganizacji polskiego społeczeństwa. Nadmienił, że biblioteki publiczne, które pojawiały się w Stanach Zjednoczonych pod koniec XVIII wieku, bardzo dobrze funkcjonują, sukcesywnie zwiększa się ich liczba oraz księgozbiory. W 1875 roku na przykład było ich 3682 i gromadziły łącznie około 12 mln książek, a w 1900 roku – 9261 bibliotek publicznych i około 50 mln książek44Au [Adam Uziębło], W sprawie biblioteki publicznej w Krakowie, „Przewodnik Oświatowy” 1908, nr 2, s. 66–68..

Fryderyk Papée, źródło: pauart

Fryderyk Papée, źródło: pauart

W następnym artykule dr Marian Stępowski podkreślał, że żadne społeczeństwo nie może się obejść bez publicznej biblioteki, a w Krakowie trwają dyskusje nad jej powstaniem, które nadmiernie się przeciągają. Jest ona niezbędna wobec zwiększających się potrzeb kulturalnych mieszkańców miasta. Jej założenie stanowi taki sam obowiązek władz gminnych jak zakładanie szkół. Człowiek zamożny jest w stanie kupować książki, natomiast dla licznych robotników, rzemieślników i sklepikarzy wypożyczenie jej stanowi jedyną formę kontaktu ze słowem drukowanym. Biblioteka w Krakowie powinna zatem powstać w dogodnym miejscu w centrum miasta, a poza nim – w celu ułatwienia dostępu mieszkańcom – należy zakładać oddziały dzielnicowe. Wypożyczalnia i czytelnia winny być szeroko dostępne, formalności dostępu do umiejętnie gromadzonych książek i czasopism uproszczone, a na jej czele musi stać kompetentny bibliotekarz45M. Stępowski, W sprawie biblioteki publicznej w Krakowie, „Przewodnik Oświatowy” 1908, nr 6, s. 247–251..

Autor trzeciego artykułu Ryszard Ordyński zacytował powiedzenie szkockiego pisarza Thomasa Carlyle’a, że skoro w danym mieście znajduje się policja, więzienie i szubienica, to powinna też istnieć biblioteka. Po raz kolejny udowadniał potrzebę założenia biblioteki publicznej w Krakowie, stanowiącej wspólne dobro. Uważał, że taka placówka jest bardziej potrzebna w mieście niż na wsi, bowiem po pracy mieszczanom zatrudnionym w warsztatach, fabrykach czy sklepach trzeba zapewnić zajęcie i rozrywkę, by w wolnym czasie nie wałęsali się bezczynnie po ulicach. Uważał, że biblioteka posiadająca również książki dla młodzieży, która – ma nadzieję – w Krakowie powstanie, powinna być czynna co najmniej do godziny dziewiątej wieczór. Przedstawił nawet przewidywane wydatki związane z wybudowaniem jej gmachu – 80 tysięcy koron, a także konieczność przeznaczenia 30 tysięcy koron na księgozbiór. Oszacował też roczne koszty jej utrzymania: roczna pensja dla bibliotekarza – 5 tysięcy koron oraz po 3 tysiące dla jego pomocników i po 2 tysiące dla służby, ponadto na prenumeratę trzeba zabezpieczyć 1,5 tysięcy koron rocznie, na zakupy książek i oprawę – 3 tysiące, światło i opał – 1,5 tysiąca, a na wydatki biurowe – 1 tysiąc koron46R. Ordyński, W sprawie biblioteki publicznej w Krakowie, „Przewodnik Oświatowy”, 1908, nr 12, s. 567–577..

Kazimierz Bartoszewicz, fot. F. Bahrynowicz, źródło: pauart

Kazimierz Bartoszewicz, fot. F. Bahrynowicz, źródło: pauart

Istotną kwestią dla utworzenia biblioteki publicznej w Krakowie był odpowiedni lokal, „odpowiadający randze instytucji”. Budowa nowego gmachu pozostawała z sferze marzeń. Alternatywą była adaptacja budynku już istniejącego, położonego w dogodnym punkcie Krakowa, natomiast w Podgórzu mogłaby powstać jej filia. Równie ważne jest finansowanie biblioteki na przykład przez nałożenie powszechnego podatku bibliotecznego, który miałby pokryć połowę potrzeb, a na drugą połowę składałyby się subwencje rządowe i niewielkie opłaty pobierane od czytelników, przy czym najubożsi byliby zwolnieni z opłat. Problem pozyskania książek do mającej powstać w Krakowie biblioteki publicznej nie byłby znaczący, bowiem zarówno TSL, jak i TUL (o czym zostanie jeszcze wspomniane), a z pewnością także i inne stowarzyszenia czy osoby prywatne oferowały przekazanie swoich księgozbiorów47W. Baran, dz. cyt., s. 10–12..

Zaznaczyć należy, że istniejące u schyłku doby autonomicznej biblioteki miejskie nie potrafiły w pełni zaspokoić wszystkich oczekiwań społeczeństwa. Z racji swojego charakteru nie mogły faworyzować pewnych dziedzin literatury i wiedzy, bo wskutek obostrzeń politycznych byłyby skazane na upadek48J. Dybiec, dz. cyt., s. 193..

Po rozszerzeniu granic Krakowa w 1908 roku nadzieje na powstanie miejskiej biblioteki publicznej wzrosły. W 1909 roku ukazała się broszura Biblioteka Miejska w Krakowie, wydana przez TUL, opracowana przez zespół w składzie dr Bolesław Drobner, dr W. Wasung, inż. M. Szczepański, Kazimierz Giebułtowski, Konstanty Krzeczkowski i W. Jankiewicz. Przedstawiono w niej zagadnienia związane z organizacją biblioteki, począwszy od założeń ideowych, a skończywszy na budżecie. Zakładano, że w miarę jej dobrego funkcjonowania pojawią się jej filie w różnych punktach miasta. Przyjęto założenie, że powinna na początek posiadać 40–50 tysięcy książek, a zarówno biblioteki TUL, jak i TSL deklarowały przekazanie swoich księgozbiorów, liczących łącznie około 15 tysięcy tomów. Katalogowaniem zbiorów ofiarowanych nie tylko przez te dwa towarzystwa, ale też i inne krakowskie stowarzyszenia miał się zająć powołany w tym celu komitet.

Idei tej nie udało się zrealizować do 1914 roku, tym bardziej niemożliwa była do przeprowadzenia w latach wojennych. W roku 1918 sprawę konieczności utworzenia biblioteki poruszył na łamach „Czasu” Józef Muczkowski, argumentując jej potrzebę dla społeczeństwa, podobnie jak to uczynił Karol Estreicher w roku 1905, bowiem nic w tej sprawie przez kilkanaście lat się nie zmieniło. Muczkowski napisał:

Sprawa ta ma już swoją historię i jak wąż morski co jakiś czas pojawia się w Radzie miejskiej, aby potem usunąć się znowu w cień zapomnienia49J. Muczkowski, W sprawie biblioteki miejskiej w Krakowie, „Czas” 1918 (14 III), R. 71, nr 121, wyd. wieczorne, s. 2..

Uważał, że w dzieło powstania biblioteki powinni włączyć się, ludzie, którym „wojna pomnożyła majątki”. Twierdził, że to wstyd, iż Kraków, „polskie Ateny”, nie posiada – w odróżnieniu od miast niemieckich, angielskich czy amerykańskich – biblioteki publicznej. Nawiązał do aktu darowizny Włodzimiery Szołayskiej, ale pomysł przekazania jej kamienicy Muzeum Narodowemu i utworzenia pod jego administracją biblioteki uznał za chybiony, bowiem biblioteka powinna gromadzić książki z różnych dziedzin, a nie tylko być kompletowana pod kątem potrzeb Muzeum50J. Muczkowski, dz. cyt., s. 2..

Sprawa organizacji miejskiej biblioteki publicznej w Krakowie znalazła epilog w dopiero 30 listopada 1920 roku, w uchwale rady miasta ustanawiającej Miejską Bibliotekę Publiczną. Placówka miała nosić imię dra Ernesta Bandrowskiego (1853–1920), wiceprezydenta miasta i prezesa TSL, dla uczczenia jego zasług jako rzecznika idei miejskiej książnicy51J. Korpała, dz. cyt., s. 328.. Bandrowski zapisał 10 tysięcy marek na cele biblioteki publicznej w Krakowie, a na tym samym posiedzeniu rada miasta asygnowała 50 tysięcy marek na ten cel. Taką samą sumę postanowił przeznaczyć Zarząd Główny TSL, a 214 tysięcy marek zadeklarowali akcjonariusze Ziemskiego Banku Kredytowego w Krakowie. Rada miasta postanowiła wystosować także odezwę do społeczeństwa z prośbą o składki na bibliotekę, lecz inicjatywa nie doszła do skutku i odeszła w zapomnienie52W. Baran, dz. cyt., s. 8..

Wobec bieżących wydarzeń w mieście sprawa biblioteki nadal pozostałaby zaniedbana, gdyby nie aktywne działania krakowskiego zarządu Związku Bibliotekarzy Polskich (ZBP). Powstanie w Krakowie oddziału ZBP było wyrazem uznania dla zawodu bibliotekarza i odpowiedzią na odezwę powstałego 21 października 1917 roku w Warszawie ZBP wzywającego do tworzenia ekspozytur w innych polskich miastach. Dzięki staraniom głównie Edwarda Kuntzego 31 maja 1919 roku zwołano zebranie organizacyjne, na które licznie przybyli przedstawiciele krakowskiej nauki53S. Kaszyński, Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich w Krakowie 1919–1979, Kraków 1980, s. 5..

Powszechnie zauważano, że wojna światowa opóźniła wiele poczynań w kwestii zakładania publicznych bibliotek, jednak potrzeba ich istnienia jest niezaprzeczalna. Podnoszono, że konieczny jest dostęp do bibliotek publicznych we wsiach, w miasteczkach i miastach. Powinno się zatem dążyć do tworzenia stałych bibliotek jako centrów czytelnictwa, oświaty i kultury. W Czechosłowacji sprawę bibliotek uregulowano rozporządzeniem państwowym, nakazując, by istniała w każdej gminie. Miało to na celu podniesienie poziomu oświaty społecznej, dlatego zakazano gromadzenie utworów „bez wartości” – literatury niemoralnej, sensacyjnej i kryminalnej54W. Koch, Uwagi na czasie. Biblioteki publiczne, „Głos Narodu” 1920, R. 28, nr 148 (18 X), s. 3; nr 260 (1 XI), s. 3..

Starania o powstanie publicznej biblioteki mobilizowały społeczeństwo Krakowa, ponieważ z takich placówek mogli już korzystać na przykład mieszkańcy Białegostoku, Łomży, Siedlec czy Garwolina. Dobry początek zrobił lekarz powiatowy z Wieliczki dr Józef Kownacki, który w 1921 roku ofiarował bibliotece kolekcję książek liczącą około 2 tysięcy tomów55J. Zając, Od bibliotek społecznych…, dz. cyt., s. 64..

Jednakże podobnie jak w okresie przedwojennym inicjatywa utworzenia biblioteki zakończyła się fiaskiem. Nie pomogła atmosfera uniesienia towarzysząca koncepcjom utworzenia „Wielkiego Krakowa” tuż przed I wojną światową, emocjonalne obchody stulecia urodzin Juliusza Słowackiego, przygotowania do obchodów 500-lecia zwycięstwa pod Grunwaldem ani entuzjazm płynący z uzyskania niepodległości56 A. Jaworska, dz. cyt., s. 37..

Pomimo wielu starań, planów i zabiegów biblioteka miejska w Krakowie powstała dopiero po II wojnie światowej.



STRESZCZENIE

Ewa Danowska
O dążeniach do powstania miejskiej biblioteki publicznej w Krakowie przed 1918 rokiem

W drugiej połowie XIX wieku na ziemiach polskich odnotować można rozwój oświaty i dążenie do podniesienia poziomu cywilizacyjnego. Zrodziła się potrzeba tworzenia ogólnodostępnych bibliotek publicznych, zaspokajających potrzeby szerokich warstw społeczeństwa. W Krakowie od końca XVIII wieku funkcjonowały wypożyczalnie prywatne, udostępniające za opłatą książki i czasopisma. Od połowy XIX wieku biblioteki były prowadzone przez stowarzyszenia i organizacje, w tym także organizacje żydowskie (Czytelnia Izraelicka oraz Czytelnia Towarzyska). Najprężniej w zakresie popularyzacji czytelnictwa działały Towarzystwo Szkoły Ludowej (TSL), zakładając między innymi w Krakowie znaczącą bibliotekę wraz z filiami, oraz Towarzystwo Uniwersytetu Ludowego (TUL), udostępniając krakowianom kilkutysięczny księgozbiór. Z inicjatywy działaczy społecznych i oświatowych, przy poparciu uczonych i inteligencji miasta starania o utworzenie publicznej biblioteki miejskiej trwały długie lata, co znajdowało odbicie na posiedzeniach rady miasta oraz na łamach prasy. Wieloletnie dążenia, by dostarczyć krakowianom wartościową literaturę udostępnianą nieodpłatnie przez publiczną bibliotekę miejską nie zakończyły się sukcesem, bo przed wybuchem I wojny światowej, podobnie jak i w powojennych latach nie udało się zorganizować takiej placówki.

SŁOWA KLUCZE

Kraków, przełom XIX i XX wiek, wypożyczalnie prywatne, biblioteki stowarzyszeniowe, starania o bibliotekę miejską

SUMMARY

Ewa Danowska
On the Efforts to Establish a Municipal Public Library in Kraków Before the Year 1918

In the second half of the 19th century, efforts towards civilizational and educational development can be observed on the Polish territory. There arose a need for creating open public libraries serving the society at large. Since the end of the 18th century, private libraries providing books and journals for a fee have operated in Kraków. From the mid-19th century, associations and organisations, including Jewish organisations (Czytelnia Izraelicka [Israelitic Athenaeum] and Czytelnia Towarzyska [Social Athenaeum], ran libraries. Reading was popularised the most actively by Towarzystwo Szkoły Ludowej (TSL, Society of Popular School), which established a prominent library with several branches, as well as by Towarzystwo Uniwersytetu Ludowego (TUL, Society of Popular University), making several thousand books available to the residents of Kraków. Education and social activists, supported by Kraków’s scholars and intelligentsia, were pushing towards the establishment of a municipal public library for several years, as reflected by press articles and municipal council’s discussions. The long-standing efforts to provide the residents of Kraków with valuable literature available free of charge by a municipal public library were not successful. Such an institution was not established neither before the 1st World War nor in the interwar period.

KEY WORDS

Kraków, turn of the 19th and 20th centuries, private libraries, associations’ libraries, efforts to establish a municipal library


BIBLIOGRAFIA

  • Au [Adam Uziębło], W sprawie biblioteki publicznej w Krakowie, „Przewodnik Oświatowy” 1908, nr 2.
  • Baran W., Sprawa biblioteki publicznej w Krakowie, Kraków 1921.
  • Bednarzak-Libera M., Rola książki w działalności Towarzystwa Szkoły Ludowej (1891–1918). Szkic do dziejów książki w Krakowie, „Annales Academiae Paedagogicae Cracoviensis” 2006, Folia 39 „Studia ad Bibliothecarum Scientiam Partinentia IV”.
  • Biblioteka Uniwersytetu Ludowego imienia Adama Mickiewicza. Spis książek ułożony według działów, Kraków 1906.
  • Dybiec J., Mecenat naukowy i oświatowy w Galicji 1860–1918, Wrocław i in. 1981.
  • Czytelnia Towarzyska, w: Encyklopedia Krakowa, red. A.H. Stachowski, Kraków 2000.
  • Estreicher K., Biblioteka powszechna miejska w Krakowie, „Głos Narodu” 1905, R. 13, nr 287.
  • Jaworska A., Walka o bibliotekę publiczną w Krakowie w pierwszym dziesięcioleciu XX wieku, „Biuletyn Informacyjno-Instrukcyjny MBP w Krakowie” 1976, nr 109.
  • Kaszyński S., Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich w Krakowie 1919–1979, Kraków 1980.
  • Koch W., Uwagi na czasie. Biblioteki Publiczne, „Głos Narodu” 1920, R. 28, nr 148.
  • Konarski S., Radlińska z Rajchmanów Helena, w: Polski Słownik Biograficzny, t. 29, Wrocław i in. 1986.
  • Korpała J., Z dziejów miejskich bibliotek publicznych w Galicji (Materiały do dziejów powszechnych bibliotek publicznych w Polsce), w: Z zagadnień teorii i praktyki bibliotekarskiej. Studia poświęcone pamięci Józefa Grycza, red. B. Horodyński, Wrocław–Warszawa–Kraków 1961.
  • Maleczyńska K., Książki i biblioteki w Polsce okresu zaborów, Wrocław 1967.
  • Muczkowski J., W sprawie biblioteki miejskiej w Krakowie, „Czas” 1918, R. 71, nr 121.
  • Ordyński R., W sprawie biblioteki publicznej w Krakowie, „Przewodnik Oświatowy” 1908, nr 12.
  • Radlińska H. [H. Orsza], Nasze biblioteki powszechne, w: Praca oświatowa, jej zadania, metody, organizacja, oprac. T. Bobrowski i in., Kraków 1913.
  • Rausz M., Biblioteka i czytelnia Ezra w Krakowie, w: Kraków–Lwów. Książki – czasopis­ma – biblioteki, red. H. Kosętka, t. 7, Kraków 2007.
  • Rausz M., Wypożyczalnia książek „Renaissance” w Krakowie (1932), w: Kraków–Lwów. Książki, czasopisma, biblioteki XIX i XX w., red. J. Jarowiecki, t. 5, Kraków 2001.
  • Samsonowska K., Żydowskie biblioteki i czytelnie w Krakowie w XIX i XX wieku, „Rocznik Biblioteki PAN w Krakowie” 1998, R. 43.
  • Stąsiek J., Rozwój wypożyczalni dochodowych w Galicji, w: Z dziejów udostępniania książki w Polsce w okresie zaborów. Studia i materiały, red. K. Maleczyńska, „Acta Universitatis Wratislaviensis” 1985, No 673, „Bibliotekoznawstwo” XI.
  • Stępowski M., W sprawie biblioteki publicznej w Krakowie, „Przegląd Oświatowy” 1908, nr 6.
  • Zając J., Biblioteki publiczne Krakowa (w latach 1945–1994). Społeczne źródła koncepcji bibliotek publicznych w Krakowie, w: Kraków–Lwów. Czasopisma, książki, biblioteki XIX i XX wieku, red. J. Jarowiecki, t. 5, Kraków 2001.
  • Zając J., Od bibliotek społecznych do bibliotek publicznych w Krakowie, w: Książki, czasopisma, biblioteki Krakowa XIX i XX wieku. Materiały z sesji naukowej odbytej w dniach 6–7 maja 1984 w czterdziestolecie WSP w Krakowie, red. R. Ergetowski, Kraków 1988.
  • Zwiercan-Witkowska A., Towarzystwo Szkoły Ludowej w latach 1891–1939, „Biuletyn Biblioteki Jagiellońskiej” 2003, nr 53.

Anna Grochowska – Księgarska panorama Nowej Huty

Anna Grochowska

Uniwersytet Jagielloński

Księgarska panorama Nowej Huty

Cafe NOWA Księgarnia, fot. z archiwum księgarni

Cafe NOWA Księgarnia, fot. z archiwum księgarni

W 1956 roku wraz z odwilżą do Nowej Huty zawitała pierwsza księgarnia, której wielkość, wyposażenie i aranżacja sprawiły, że wpisała się na stałe w mentalny i tożsamościowy charakter dzielnicy. Choć została zamknięta w roku 2014, do dziś w odpowiedzi na pytanie o księgarnie Nowej Huty usłyszymy od mieszkańców Huty i Krakowa opowieść o tym, że na placu Centralnym mieściła się piękna księgarnia – Skarbnica. Co od tego czasu się zmieniło na nowohuckim rynku księgarskim? Czy w Nowej Hucie znalazła swą następczynię? Niniejszy artykuł to próba udzielenia odpowiedzi na te pytania.

Księgarnia Skarbnica, Kraków, 2013 r., fot. Zygmunt Put, źródło: Wikipedia

Księgarnia Skarbnica, Kraków, 2013 r., fot. Zygmunt Put, źródło: Wikipedia

Warto nieco przybliżyć historię słynnej Skarbnicy. W 1956 roku w budynku od strony placu Centralnego na dzisiejszym osiedlu Centrum C1 (wówczas C-31) otwarto Dom Książki (oznaczony numerem 44). Dom Książki jako przedsiębiorstwo zajmujące się hurtową i detaliczną sprzedażą książek w skali kraju powstał w 1950 roku pod nazwą Centrala Obrotu Księgarskiego „Dom Książki”. Początkowo zajmował się zarówno eksportem, jak i importem, jednak w wyniku wielu przemian i restrukturyzacji stał się przede wszystkim przedsiębiorstwem zajmującym się ogólnopolskim detalem księgarskim. W 1953 roku handel międzynarodowy przejęła Centrala Handlu Zagranicznego „Ars Polona”, w 1958 roku zaś hurtem księgarskim w skali ogólnokrajowej zajęła się Składnica Księgarska. W wyniku kolejnych przemian od 1982 roku przedsiębiorstwa Domu Książki stały się niezależne. Rok 1989 przyniósł spadek liczby księgarń Domu Książki, co spowodowane było wieloma likwidacjami, prywatyzacją oraz tworzeniem nowo powstałych prywatnych inicjatyw i przedsiębiorstw księgarskich1Encyklopedia PWN, hasło: Dom Książki, https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/Dom-Ksiazki;3893599.html (dostęp: 15.11.2020).. Nowohucki Dom Książki przy placu Centralnym trwał pod tą nazwą do 1990 roku, kiedy to został sprywatyzowany. Właścicielką księgarni, od tej pory noszącej nazwę „Skarbnica”, została Anna Włodarczyk, która od 1985 roku była kierowniczką księgarni Domu Książki na placu Centralnym. Przedsiębiorczyni ta ukończyła technikum księgarskie, pierwszą praktykę odbyła właśnie w Domu Książki nr 44. Pracowała później w nowohuckiej, nieistniejącej już, kierowanej przez Lidię Miłek księgarni Domu Książki na os. Uroczym 1, którą nowohucianie nazywali „małą” księgarnią, by odróżnić ją od Skarbnicy2Marzyłam o księgarni na Rynku Głównym. Rozmowa z Anną Włodarczyk, Wirtualny Wydawca, 23.08.2004, https://wirtualnywydawca.pl/2004/08/13489/ (dostęp: 10.11.2020).. Obecnie w tym lokalu znajduje się sklep Lewiatan.

Dwupiętrowy lokal Domu Książki, czyli późniejszej Skarbnicy, miał – jak na księgarskie standardy – ponadprzeciętną powierzchnię. Zajmował on bowiem 500 m2. Była to prawdopodobnie największa pod względem powierzchni księgarnia w Krakowie. Po poemacie Ważyka3Chodzi o opublikowany na łamach „Nowej Kultury” w sierpniu 1955 roku Poemat dla dorosłych Adama Ważyka, który okazał się prawdopodobnie największym skandalem poetyckim dobry PRL i dotyczył m.in. spraw Nowej Huty. Uzależniona od czynników politycznych recepcja Poematu stworzyła podwaliny pod nowohucki mit mówiący o tym, że kultura w Nowej Hucie pojawiła się dopiero po poetyckiej interwencji Ważyka. O wpływie Poematu na historię literatury i kultury w Hucie – zob. A. Grochowska, Literacki przewodnik po Nowej Hucie, Kraków 2019, s. 111–117; A. Grochowska, Cud mniemany? Literacka Nowa Huta, w: Alternatywny przewodnik po Nowej Hucie, red. J. Klaś, Kraków 2017, s. 83; A. Grochowska, Literatura w Nowej Hucie, w: Nowa Huta w kulturze – kultura w Nowej Hucie, red. J. Klaś, M. Wąchała-Skindzier, Kraków 2019, s. 37–39. umieszczenie Domu Książki o takiej powierzchni w sercu Huty miało dodatkowy, propagandowy wydźwięk, ale również – o czym należy pamiętać – odpowiadało na potrzeby mieszkańców głodnych alternatywy, kultury i rozrywki po trudach pracy. Zakupy umilał wystrój księgarni projektu architekta i głównego projektanta nowohuckich wnętrz okolicznych osiedli Mariana Steczowicza4Marian Steczowicz projektował najważniejsze wnętrza usługowo-handlowe Huty lat 50. XX wieku, w tym, poza późniejszą Skarbnicą na placu Centralnym, wnętrza sklepu papierniczego na os. C-31 (Centrum C), wnętrza sklepu obuwniczego na os. A-31 (Centrum A), a także zespół wnętrz restauracji Gigant na os. A-1 (Willowe), baru przy alei Lenina ­(Solidarności), restauracji na os. A-25 (Młodości), Stacji Sanepidu, wnętrza sklepu z ­artykułami gospodarstwa domowego na os. B-32 i sklepu elektrotechnicznego (Szklane Domy). Zob. Nowa Huta. Architektoniczny portret miasta drugiej połowy XX wieku, red. J. Klaś, Ośrodek Kultury im. C.K. Norwida, Kraków 2018, s. 196., z charakterystyczną antresolą, ciężkimi szafami i regałami, sztukaterią oraz ręcznie kutymi ciężkimi żyrandolami.

Przed księgarnią rokrocznie w maju organizowano nowohuckie Kiermasze Książki. Organizował je Dom Książki. Kiermasze te w Krakowie odbywały się często przy udziale Związku Literatów Polskich5Zob. A. Grochowska, Literacki przewodnik po Nowej Hucie, dz. cyt., s. 128–131..

W księgarniach Domu Książki sprzedawano oprócz różnego rodzaju książek i podręczników również artykuły papiernicze, mapy, nuty, płyty gramofonowe, kasety magnetofonowe, kasety wideo itp. Skarbnica powstała w miejscu Domu Książki miała bardzo bogaty asortyment i można było tam kupić literaturę piękną, beletrystykę, literaturę dla dzieci i młodzieży, literaturę specjalistyczną i naukową, mapy, podręczniki, książki obcojęzyczne. Była miejscem, gdzie nowohucianie od pokoleń zaopatrywali się w książki i podręczniki. Lokal podzielony był na części. Po prawej stronie od wejścia głównego, w wydzielonej, znacznie mniejszej przestrzeni sprzedawano mapy i książki obcojęzyczne. W pozostałej przestrzeni, po lewej stronie od wejścia znajdował się duży, dwupoziomowy lokal szczelnie wypełniony książkami i artykułami papierniczymi.

Skarbnica przez ostatnie lata przed likwidacją miała, jak było powszechnie wiadomo, kłopoty finansowe i ostatecznie została zamknięta z przyczyn ekonomicznych. Lokal sprzedano i podzielono na trzy części. W jednej części zabytkowe wnętrze zostało zdewastowane. Powstała tam kolejna w Nowej Hucie apteka. Po jej prawej stronie, od strony alei Róż, obecnie mieści się Manufaktura Pieroga, gdzie można zjeść lub kupić na wynos pierogi. Po lewej stronie pozostała duża część lokalu z antresolą, gdzie działa obecnie restauracja Skarbnica Smaku, należąca, podobnie jak Manufaktura Pieroga, do grupy Hawełka Sp. z o.o. Lokal Skarbnicy Smaku został odrestaurowany, zachowano charakter wnętrza i nawiązano do jego księgarskiej przeszłości, umieszczając regały i półki z książkami. Można więc przyjść do Skarbnicy Smaku, zamówić kawę i poczytać książkę.

Księgarnia Skarbnica (wnętrze), Kraków, 2013 r., fot. Zygmunt Put, źródło: Wikipedia

Księgarnia Skarbnica (wnętrze), Kraków, 2013 r., fot. Zygmunt Put, źródło: Wikipedia

Na placu Centralnym znajdowało się także inne miejsce kojarzone z książką i prasą, czyli Klub Międzynarodowej Prasy i Książki (KMPiK), zwany popularnie Empikiem – na os. Centrum D1. Klub otworzono w 1956 roku (wcześniej, od 1954 roku, funkcjonował na os. C-1 [os. Teatralne]). Klub posiadał księgarnię i czytelnię umieszczone wśród wysokich, pokrytych kanelurami kolumn. Można tam było przyjść na kawę czy herbatę, uczyć się języków obcych, uczestniczyć w spotkaniach literackich, obcować ze sztuką i artystami, także z naukowcami. Najbardziej kojarzony był jednak z salonem literackim6 Zob. tamże, s. 128.. Empik zniknął z nowohuckiego krajobrazu w 1991 roku. Dziś w tym miejscu mieszczą się delikatesy Bosman.

Animowanie nowohuckiego życia literackiego przez punkty księgarskie ustało wraz ze zniknięciem Empiku. Inicjatywy ­literackie podejmowały i nieustannie podejmują miejscowe ośrodki kultury – Nowohuckie Centrum Kultury i Ośrodek Kultury im. C.K. Norwida, które prowadzą lokalną działalność wydawniczą, popularyzatorską, edukacyjną, organizują spotkania literackie i spacery tematyczne, sprzedają także wydawane przez siebie publikacje. Ważną rolę w rozwoju nowohuckiego życia literackiego pełni również Teatr Łaźnia Nowa na os. Szkolnym, rozmaite inicjatywy pojawiają się w dawnych klubach Ośrodka Kultury Kraków-Nowa Huta.

W pamięci nowohucian zapisało się też kilka księgarń, w których kupowali książki, ale gdzie nie prowadzono życia literackiego. To między innymi wspomniana księgarnia na osiedlu Uroczym, mieszcząca się niedaleko urzędu pocztowego księgarnia na os. Zielonym, znajdująca się przy bibliotece na os. Zgody 7 (czyli w tak zwanym Świecie Dziecka) maleńka księgarenka w lokalu – oszklonym niewielkim wsporniku o nieregularnym kształcie, który dziś służy za słup reklamowy (chodzi o „KLM” Księgarnię prowadzoną przez braci bliźniaków – Marka i Krzysztofa Guzych; słynęła ona z asortymentu, którego – jak mawiają nowohucianie – nie było nawet w Skarbnicy), a także księgarnie osiedlowe tak zwanej nowej Nowej Huty: księgarnia w pawilonie na os. 2 Pułku Lotniczego (dziś znajduje się tam sklep z odzieżą używaną), księgarnia w przejściu podziemnym ronda Czyżyńskiego, stoiska z podręcznikami nowymi i używanymi na targowisku Tomex, Centrum Tanich Podręczników w dawnym kinie Świt, księgarnia Krakowski Dom Książki na os. Piastów 41 itd.

Do dziś, od 1990 roku, istnieje księgarnia Złoty Wiek w pawilonie na os. Złotego Wieku 19/20, którą prowadzą Grażyna i Janusz Taborowie (lokal został jednak z czasem pomniejszony i sprzedaje się w nim wiele artykułów papierniczych, głównie karnety okolicznościowe i kalendarze). Wciąż działają księgarnie AS – na os. Stalowym 5 i tak zwana szkolna os. Teatralnym 28 prowadzone przez Anetę i Romana Lesińskich. W księgarniach AS ma się wrażenie, że jesteśmy w sklepach wielobranżowych. Poza książkami i podręcznikami kupimy tu artykuły papiernicze, zabawkowe, a także dewocjonalia, znicze czy środki na komary. Księgarze nowohuccy zapewniają, że tytuły, których nie ma w sklepie, klient indywidualny może zamówić. W dawnej restauracji Jubilatka na os. Teatralnym 11, obok dawnego kina Świt, znajduje się dziś księgarnia ze starym zabytkowym szyldem restauracji. Jest to jednak przede wszystkim sklep azabawka.pl – gdzie gros asortymentu stanowią właśnie zabawki, w tym klocki Lego, oraz artykuły papiernicze. Książki są tu jedynie dodatkiem. Wspólną cechą wymienionych księgarń jest to, że w ich asortymencie znajdują się też inne artykuły, często papiernicze lub zabawkowe. Na tę sytuację zwracała uwagę Anna Włodarczyk w wywiadzie dla „Głosu Nowej Huty”, którego udzieliła przed zamknięciem Skarbnicy: „Proszę popatrzeć na znajdujące się na rynku sieci księgarskie – sprzedaje się tam mnóstwo innych rzeczy, książki stają się produktem dodatkowym”7A. Łoś, Czy Skarbnica przetrwa? Rozmowa z Anną Włodarczyk, „Głos Nowej Huty” 13.02.2014, http://www.glos-tn.krakow.pl/news.php?rowstart=755 (dostęp: 10.11.2020)..

Jedyną księgarnią bez dodatkowego asortymentu jest Księgarnia Czytanie (zapisywana też jako Czy Tanie – jej reklama na oszklonej witrynie sugeruje, że jesteśmy w księgarni taniej książki) na os. Centrum B4 należąca do sieci księgarń pod tą samą nazwą.

Książka obecna jest również w Centrum Handlowym Czyżyny – jeden z lokali użytkowany jest przez sieć księgarń Świat Książki. Książki nabyć można również na sali hipermarketu Carrefour, nie tylko na wyznaczonych dla nich półkach, ale też w koszach za symboliczne kwoty. Obok postmodernistycznego budynku galerii handlowej przy ul. Marii Dąbrowskiej 17A znajduje się punkt odbioru książek bardzo konkurencyjnej cenowo internetowej księgarni Bonito.pl.

Księgarnie specjalizujące się tylko w książkach zaczęły znikać z Nowej Huty z przyczyn ekonomicznych. Anna Włodarczyk tak tłumaczyła swą decyzję o zamknięciu Skarbnicy:

Najzwyczajniej w świecie brakuje nam klientów. Żeby zarabiać, musimy po prostu sprzedawać więcej książek. Żeby tak się działo, potrzeba ludzi, a tych przychodzi do nas coraz mniej. Co więcej, zdarza się, że przychodzą, pooglądają książki i idą kupić je w internecie! (…) Jest dla mnie rzeczą skandaliczną, żeby książki dosłownie walały się w marketach. Często stoją tam duże kosze, gdzie wrzucone są książki. Książki to nie są ziemniaki, które można wrzucić do kosza i niech każdy bierze, ile chce. Proszę wybaczyć, ja jestem starym księgarzem – książka dla mnie jest dobrem naczelnym, które dobrze użyte, daje nieprawdopodobne możliwości, otwiera świat, pozwala przeżyć niezapomniane przygody, podróżować, nie ruszając się z fotela8Tamże..

Przez ostatnie lata istnienia Skarbnicy pojawiały się rozmaite sposoby wsparcia tego miejsca, między innymi akcje konsumenckie organizowane przez Jacka Dargiewicza i Annę Hojwę. Skarbnica nie przejęła jednak schedy po Empiku i nie została organizatorem życia literackiego. Pojawiały się tam jednorazowe spotkania, na przykład niedługo przed zamknięciem księgarni spotkanie z ­lokalnym pisarzem i performerem Sławomirem Shuty, które 28 kwietnia 2014 roku poprowadził Andrzej Robak.

Rynek jednak wymagał od tak dużego lokalu z książkami pewnej transformacji. W obecnej rzeczywistości wolnorynkowej dobrze funkcjonują więc księgarnie, które albo rozszerzają swą ofertę sprzedażową, albo łączą swą siedzibę z kawiarnią, ewentualnie stają się salonem literackim. Na tę nowohucką potrzebę postanowili odpowiedzieć po 10 latach prowadzenia klubu Kombinator w budynku Łaźni Nowej Jacek i Agnieszka Dargiewiczowie, znani nowohuccy aktywiści.

Cafe NOWA Księgarnia, os. Zgody 7 – centrum nowohuckiego życia literackiego?

W 2018 roku Krakowskie Biuro Festiwalowe ogłosiło, że w Nowej Hucie na os. Zgody 7 zostanie otwarty Punkt Informacji Miejskiej, na zaadaptowanie pozostałej przestrzeni zaś ogłosiło konkurs. Miała tam powstać księgarnio‑czytelnio‑kawiarnia. Konkurs ten wygrali Agnieszka i Jacek Dargiewiczowie, założyciele Fundacji Faktor Kultura. Tak powstała Cafe NOWA Księgarnia – jak głosi jej hasło przewodnie: „miejsce wypełnione dobrym słowem i dobrą kawą”. „Dokładnie miesiąc i 4 dni zajęło nam przygotowanie do pierwszego otwarcia”9Wszystkie cytaty pochodzą z rozmowy autorki z Jackiem Dargiewiczem: Rozmowa z Jackiem Dargiewiczem, Cafe NOWA Księgarnia, 2.11.2020. – komentuje Jacek Dargiewicz. Najpierw 22 listopada 2018 roku otwarto samą księgarnię. Od pierwszego dnia towarzyszyły NOWEJ spotkania literackie i warsztaty oraz spotkania służące budowaniu i podtrzymywaniu lokalnej tożsamości. Kilka miesięcy później, wiosną 2019 roku uruchomiono również kawiarnię, gdzie można zamówić różne rodzaje kaw, herbat, napojów, ciast, deserów, a w sezonie letnim także lody rzemieślnicze.

Inspiracją powstania NOWEJ były krakowskie księgarnie De Revolutionibus Books & Cafe przy ul. Brackiej czy Karakter przy Tarłowskiej. Jacek Dargiewicz jako nowohucianin znał jednak specyfikę i potrzeby mieszkańców dzielnicy, w której mieszka wiele rodzin z dziećmi oraz seniorów. Stąd też w NOWEJ znajduje się rozbudowany dział książki dziecięcej. Można tu również kupić różnego rodzaju nowości wydawnicze, w tym literaturę ambitną, przede wszystkim najnowszą literaturę współczesną, biografie, książki o architekturze, sztuce, ale też novohuciana, w tym lokalną literaturę obyczajową autorstwa Lucyny Olejniczak czy Edyty Świętek, a także innego rodzaju ciekawie i artystycznie wydane książki. NOWA sprowadza również tytuły na zamówienie klientów.

Całkowita powierzchnia lokalu, wraz z barem i zapleczem, zajmuje 70 m2. Autorem koncepcji wnętrza jest Grzegorz Pniok ze Studia House Lab, którą wykonał na zamówienie KBF. Wnętrze jest spójne, inspirowane oryginalnymi nowohuckimi wnętrzami z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. Wcześniej w tym lokalu mieścił się sklep z konfekcją damską i męską Paw (początkowo było to przedsiębiorstwo ­państwowe, po przełomie – prywatne; obecnie znajdujące się nadal na Zgody 7, w miejscu, w którym wcześniej znajdował się salon fryzjerski), następnie dyskont odzieżowy, po czym lokal stał pusty, czekając na swój czas. Architekt zachował starą posadzkę ze sklepu, a także drzwi i antabę z bakelitowym pochwytem oraz wysokie sufity.

Jacek Dargiewicz, fot. Robert Słuszniak dla KBF

Jacek Dargiewicz, fot. Robert Słuszniak dla KBF

Projekt identyfikacji wizualnej oraz neon NOWEJ zaprojektował związany z Nową Hutą projektant graficzny i fotograf Krzysztof Piła. Wokół nazwy i jej identyfikacji krąży kilka anegdot. Wielu odwiedzających próbuje odczytać z neonu zapisaną zaprojektowanym przez Krzysztofa Piłę krojem pisma nazwę lokalu jako „WOWA”. Pytają więc obsługę: „Dlaczego WOWA? Czy właściciel jest z Ukrainy?”. Ponieważ miejsce to zajmuje nie tylko NOWA, ale i Punkt Informacyjny z umieszczonym nad wejściem zielonym neonem „Zgody 7”, dochodzi do pewnych nieporozumień. Znana jest opowieść o tym, jak znajomy nowohucianin zaproponował koleżance spotkanie w Cafe NOWEJ Księgarni, ta zaś twierdząc, że tam nigdy nie była, zaproponowała, że później mogą pójść na Zgody 7, bo jest tam równie świetna księgarnio-kawiarnia. Osoba zapraszająca do NOWEJ z przyjemnością na tę propozycję przystała. Najwięcej radości jednak mieli, gdy spotkali się na miejscu. Przez pewien czas problemy komunikacyjne sprawiał sam adres. Początkowo mało kto wiedział, że mieści się w bloku na os. Zgody 7, bo większość nowohucian nazywała ten budynek Światem Dziecka, od mieszczącego się tam do dziś sklepu z artykułami dziecięcymi.

Otwarcie NOWEJ wiązało się z pewną misją Dargiewicza:

Chciałem otworzyć w Hucie miejsce, które przywróci wartość książce. W świecie, w którym książki sprzedawane są w koszach (niekiedy na wagę), za grosze, gdzie często nie liczy się jakość tego, co i jak się wydaje, chciałem stworzyć miejsce, w którym książka będzie prezentowana i komunikowana jako wartościowy przedmiot. Książka to dobry pretekst do rozmowy, spotkania z drugim człowiekiem, a tym samym budowania relacji i tożsamości lokalnej.

Jacek Dargiewicz wspomina, że początkowo klienci przychodzili i porównywali NOWĄ ze Skarbnicą, na niekorzyść tej pierwszej, podkreślając rozmiar i różnorodność asortymentu dawnej księgarni. Jednakże NOWEJ w bardzo krótkim czasie udało się wypracować własny styl księgarski. Powstał tu bowiem salon literacki, który znany jest już nie tylko w Hucie czy Krakowie, ale też w całej Polsce. Dargiewicz tak mówi o tym koncepcie:

Przestrzeń ta ma budować społeczność lokalną. W Hucie brakowało miejsc bardziej prestiżowych, które podnoszą jej kulturotwórczą rangę. Powinniśmy odejść od myślenia, że wszystko, co wartościowe odbywa się w obrębie Plant. Dlatego zapraszamy tu autorów książek, robimy warsztaty dla dzieciaków. To pokazuje, że Huta staje się nieanonimowym miejscem na literackiej mapie, już nie tylko w Krakowie, ale i w całej Polsce. Udało nam się tu zaprosić osoby, które są ważne dla literatury współczesnej w skali kraju.

W NOWEJ gościli między innymi Monika Sznajderman, Marcin Świetlicki, Filip Springer, Szymon Hołownia, Barbara Gawryluk, Agnieszka Pajączkowska, Katarzyna Kobylarczyk, Michał Zabłocki czy Siostra Anastazja. Odbywają się tu spotkania z autorami, rozmawiają kluby czytelnicze, organizowane są warsztaty, wernisaże wystaw, koncerty, wydarzenia promujące inne kultury (pod względem popularyzatorskim, poznawczym, literackim, muzycznym, artystycznym, a nawet kulinarnym).

Co istotne, salon literacki księgarni zainaugurowało spotkanie z lokalną pisarką książek obyczajowych Edytą Świętek, autorką sagi Spacer Aleją Róż, na które przyszła cała rzesza nowohuckich wielbicieli jej twórczości. NOWA stała się miejscem tworzącym nowohuckie życie literackie i artystyczne. Zorganizowano tu spotkania z autorami publikacji poświęconych Nowej Hucie: Renatą Radłowską, Katarzyną Kobylarczyk, Anną Grochowską, Agnieszką Chłostą-Sikorską, Igorem Jarkiem, Leszkiem Konarskim czy redaktorami novohucianów – Jarosławem Klasiem i Marią Wąchałą-Skindzier. Spotkania tego rodzaju, szczególnie dotyczące książek reporterskich, mają wyjątkowy charakter. Często wówczas na widowni zasiadają bohaterowie tych książek, niekiedy też zabierają głos. Niejednokrotnie uczestnicy spotkań dzielą się swoimi historiami. Tak było w przypadku spotkania poświęconego Nowohuckiej telenoweli Renaty Radłowskiej, kiedy to wstała jedna z uczestniczek, przedstawiła się, powiedziała, że dopiero wczoraj przeprowadziła się do Nowej Huty. Miała około osiemdziesięciu lat i oznajmiła obecnym, że zaczyna nowe życie. To miejsce wyzwala takie opowieści, nasiąka mikrohistorią.

Do Cafe NOWEJ Księgarni zaprasza się również na spotkania z artystami, na przykład odbyło się spotkanie z Krzysztofem Piłą. W NOWEJ obywają się wernisaże wystaw artystycznych, w tym między innymi takich nowohucian jak malarka i graficzka Joanna Lola Styrylska (której ostatni wernisaż cyklu kolaży pod nazwą Nowohuckie rosarium odbył się 22 września 2020) czy graficzka i ilustratorka Monika Klicz. NOWA wydaje także nowohucki kalendarz przygotowywany przez lokalnych projektantów.

Jest to prawdopodobnie jedyna księgarnia w Polsce, która posiada specjalną półkę z novohucianami – książkami nowohuckich autorów i pozycjami o Nowej Hucie, obejmującą literaturę piękną, naukową różnych dziedzin (historia, geografia, socjologia itp.), popularnonaukową, przewodniki, literaturę dziecięcą, obyczajową czy kryminały. Księgarnia NOWA jest również jednym z głównych punktów sprzedaży książek wydawanych przez znajdujący się niedaleko, na os. Górali 5, Ośrodek Kultury im. C.K. Norwida. Najpopularniejszymi wydawnictwami z tej półki w Cafe NOWEJ Księgarni są Literacki przewodnik po Nowej Hucie Anny Grochowskiej, najnowsza książka Katarzyny Kobylarczyk Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy, wznowiona w 2019 roku Nowohucka telenowela Renaty Radłowskiej czy Nowa Huta – wyjście z raju Leszka Konarskiego. Tożsamość jest bardzo ważna dla nowohucian, stąd też książki te trafiają do ich domów niezależnie od tego, czy jest to przewodnik, beletrystyka, reportaż czy książka naukowa. Dodatkowo w tym miejscu można spotkać, o czym NOWA również informuje, wielu pisarzy i artystów. Stałymi literackimi bywalczyniami i bywalcami są Katarzyna Kobylarczyk (której auto­grafy widnieją na egzemplarzach jej książek sprzedawanych w NOWEJ), Renata Radłowska, Anna Grochowska czy Igor Jarek.

Pisarze przychodzą do NOWEJ pisać. Słynna jest opowieść o tym, że zanim księgarnia stała się też kawiarnią, przychodziła tu ze swoim termosem Katarzyna Kobylarczyk i pisała książkę Strup, za którą otrzymała w 2020 roku Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. „Czuję się prawie jak ojciec chrzestny tej książki” – opowiadał z uśmiechem Jacek Dargiewicz. Po tej chwalebnej inauguracji w NOWEJ wciąż powstają kolejne książki.

NOWEJ niewątpliwie udało się stać ważną częścią lokalnej sceny literackiej, a także animatorem życia literackiego w Nowej Hucie. Prezentowane są tam pewne trendy literackie. Większość wydarzeń jest organizowana i finansowana ze środków pozyskanych na promocję czytelnictwa przez Fundację Faktor Kultura Dargiewiczów. W lutym 2020 roku NOWA została Ambasadorem Dźwigaczy Kultury 2019, a „Nagroda została przyznana za skupienie wokół Zgody 7 społeczności Nowej Huty oraz za wypracowanie nowej jakości relacji z lokalnym biznesem”10Zob. Ambasadorem Dźwigaczy Kultury 2019 r. została nowohucka księgarnia, 25.02.2020, http://naszahuta.pl/ambasadorem-dzwigaczy-kultury-2019-r-zostala-nowohucka-ksiegarnia/ (dostęp: 12.11.2020).. Jak podała Anna Kapusta, koordynatorka ds. informacji turystycznej w punkcie Zgody 7: „Od października 2018 do końca września 2020 roku odbyło się u nas 301 wydarzeń (z uwzględnieniem kilku zrealizowanych online)”. W drugie urodziny Cafe NOWA Księgarnia opublikowała post na Facebooku, w którym została podana informacja, że przez ten czas NOWĄ odwiedziło ponad 30 tysięcy osób, dla których przygotowano ponad 20 tysięcy kaw11Zob. https://www.facebook.com/NOWAwHUCIE/photos/a.212679769631905/
715238242709386/ (dostęp: 22.11.2020).
.

Szczęśliwie dla książki kawa w NOWEJ jest jej towarzyszką. Te dwie jakości – książka i kawa – uzupełniają się. Gdy przyszła pandemia COVID-19 i lock­down wiosną 2020 roku, to właśnie księgarnia podźwignęła kawiarnię. Jak powiedział Jacek Dargiewicz:

To bardzo zweryfikowało nasze bycie w Hucie, bo ludzie do nas dzwonili i pisali, że chcą, żebyśmy funkcjonowali dalej, że chcą od nas kupować książki w tym czasie, chcą, żebyśmy tu byli. Książki odbierali osobiście, były też wysyłane do paczkomatów, rozwożone po Hucie. Ludzie spoza Huty zamawiali książki, mówili nam, że to miejsce jest dla nich ważne. Księgarnia uratowała kawiarnię.

W tym czasie powstała także internetowa księgarnia NOWA: www.nowaksiegarnia.pl. Jak się okazało, powstanie sklepu internetowego przyczyniło się do sprzedaży książek w skali kraju. Sprzedaż pozanowohucką wspomogło także organizowanie wokół księgarni życia literackiego, bowiem dało to możliwość zdobycia książki z autografem pisarzy, którzy akurat mieli w NOWEJ spotkania autorskie (w czasie pandemii transmitowane online bez udziału publiczności). W sprzedaży wysyłkowej ważną rolę odgrywają tu novohuciana. Sięgają po nie osoby związane z Hutą, mieszkające w innych częściach kraju lub świata, jak również osoby zainteresowane tą tematyką.

Cafe NOWA Księgarnia w grudniu 2020 roku głosami czytelników została wybrana Księgarnią Roku 2020 w kategorii „Najlepsze wydarzenia” i otrzymała Znaki Jakości Krakowa Miasta Literatury UNESCO w plebiscycie „Wybieramy Księgarnie Roku 2020”.

Księgarnia Skrzat, os. Niepodległości 3

Otwarta dwa lata wcześniej, bo 3 marca 2016 roku księgarnia Wydawnictwa Skrzat, której właścicielem jest Stanisław Porębski, działa w jednym z lokali pawilonu modernistycznego znajdującego się na os. Niepodległości 3. To księgarnia należąca do Wydawnictwa Skrzat, które ma swą siedzibę w Krakowie przy ulicy Na Szaniec 14. Pierwsza Księgarnia Skrzat została otwarta w 1990 roku przy ulicy Prądnickiej 77, działalność wydawniczą zaś rozpoczęto w 1994 roku. Pierwszą wydaną publikacją była książka Uczymy się pisać literki. Do 2007 roku wydawnictwo specjalizowało się w wydawaniu książek dla dzieci i młodzieży (głównie: książki edukacyjne, poezja, baśnie, powieści przygodowe, fantasy, detektywistyczne, klasyka literatury dziecięcej i młodzieżowej), od tego roku zaś zaczęło rozszerzać ofertę, publikując również książki dla dorosłych czytelników (głównie powieści obyczajowe, historyczne, kryminały), które sygnowane są jako WS (Wydawnictwo Stanisław Porębski). Druga Księgarnia Skrzat została otworzona w 2002 roku przy ulicy Na Kozłówce 3. Trzecią księgarnię usytuowano właśnie w Nowej Hucie, na wzniesionym w latach siedemdziesiątych XX wieku jednym z osiedli założenia architektonicznego Bieńczyce Nowe. Sam lokal nie kojarzył się wcześniej mieszkańcom z literaturą, bowiem mieściły się tam od początku istnienia obiektu różne sklepy handlowo-usługowe, w tym warzywny i mięsny. Reklamowane w prasie i Internecie otwarcie księgarni w tym miejscu zachęciło wielu mieszkańców osiedla Niepodległości do odwiedzin i opowiedzenia księgarzom o przeszłości lokalu. Do nowo otwartej księgarni zapraszano mieszkańców dzielnicy na łamach „Dziennika Polskiego” tymi słowy: „Po zamknięciu legendarnej Skarbnicy niespełna dwa lata temu, dziś do Nowej Huty wracają książki”12M. Rogozik, Księgarnia już otwarta, „Dziennik Polski” 16.03.2016, https://dziennikpolski24.pl/ksiegarnia-juz-otwarta/ar/9475851 (dostęp: 17.10.2020).. Na łamach portalu www.rodzinny-krakow.pl czytaliśmy, że: „Miłośnicy książek z Nowej Huty mogą odetchnąć z ulgą. Po upadku Skarbnicy w 2014 r. w tej dzielnicy miasta znów pojawi się księgarnia”13W Nowej Hucie znów będzie księgarnia, https://www.rodzinny-krakow.pl/wydarzenia-w-krakowie/akcje-projekty-konkursy/5429-w-nowej-hucie-znow-bedzie-ksiegarnia (dostęp: 17.10.2020)..

Asortyment nowohuckiej księgarni Wydawnictwa Skrzat zbliżony jest do pozostałych ofert krakowskich księgarni tego wydawcy mieszczących się w Krowodrzy i w Prokocimiu. Wybór tytułów różni się nieznacznie. Różnice te, jak podają księgarki, powodowane są preferencjami klientów. W Księgarni Skrzat można więc kupić rozmaite książki dla dzieci i młodzieży publikowane przez tego wydawcę, a także literaturę różnych gatunków skierowaną do dorosłych. Ciekawym akcentem nowohuckim jest możliwość kupienia książek związanego z tą dzielnicą Adama Miklasza – Ostatni mecz oraz Szkoła polskiego boksu (2009)14O motywach nowohuckich u Miklasza: zob. A. Grochowska, Literacki przewodnik…, dz. cyt. W nowohuckiej księgarni znajdziemy również pokaźny dział z przyborami papierniczymi oraz zabawkami, które według księgarek pomagają w utrzymaniu tego miejsca.

Księgarnia podejmuje również wysiłek związany z animacją literacką i kulturową lokalnej społeczności, szczególnie dzieci i młodzieży. Organizowane są tu spotkania autorskie z pisarzami i ilustratorami związanymi z Wydawnictwem Skrzat, kierowane do najmłodszego odbiorcy. Księgarnia współpracuje z Fundacją Burza Mózgów, która organizuje w jej lokalu rozmaite warsztaty. Właścicielom zależy na tym, by księgarnia stanowiła miejsce zachęcające i nastrajające od najmłodszych lat do czytania i rozmów o literaturze.

Księgarnie Nowej Huty – co je łączy?

Jedną z najbardziej charakterystycznych cech księgarni nowohuckich jest to, że niemal we wszystkich tych sklepach w asortymencie poza książkami znajduje się coś więcej. Najczęściej są to artykuły papiernicze i zabawki albo – jak w przypadku NOWEJ – połączenie z kawiarnią i punktem informacji turystycznej. Księgarnie Nowej Huty stawiają na kontakt z klientem, budują relację, realizują jego indywidualne zamówienia. Obecnie dwie z nich biorą czynny udział w życiu literackim i je współtworzą. Cafe NOWA Księgarnia, która ma duży wkład w budowanie lokalnej społeczności oraz dbanie o świadomość i tożsamość lokalną, jest animatorem życia literackiego i zaczyna skupiać wokół siebie środowisko literackie. Daje to duże możliwości zbudowania poważnej alternatywny dla wypracowywanej przez stulecia opinii o centrum Krakowa jako głównego ośrodka życia literackiego w mieście. Zainspirowana krakowskim sposobem prowadzenia życia literackiego i kulturalnego Nowa Huta ma już swoje trasy literackie i swój literacki przewodnik, ma swoje ławki literackie, swoich animatorów, działaczy, społeczników, badaczy, profesjonalistów i amatorów, swoich artystów i pisarzy, ma również świadomych i aktywnych księgarzy. Przede wszystkim jednak Nowa Huta ma silną, własną odrębną tożsamość i jest tego świadoma.



STRESZCZENIE

Anna Grochowska
Księgarska panorama Nowej Huty

W tekście przybliżono krótko historię nowohuckich księgarń i prowadzenia przez nie działań związanych z tworzeniem lokalnego życia literackiego. Za przykład posłużyły przede wszystkim znajdujące się przy placu Centralnym Dom Książki nr 44 (Skarbnica) oraz Empik. Następnie omówiono przekształcenia, jakie miały miejsce na rynku księgarskim i nakreślono współczesną panoramę księgarń w Nowej Hucie. Omówiono ich asortyment, sposób funkcjonowania. Szczególną uwagę poświęcono Cafe NOWEJ Księgarni, która – jako pierwsza nowohucka księgarnio-kawiarnia – współtworzy lokalne życie literackie, przyczynia się do popularyzacji tego obszaru działań w Nowej Hucie w skali kraju, a także umacnia i buduje tożsamość mieszkańców oraz zaczyna skupiać wokół siebie środowisko literackie. Stąd też tekst ten stanowić może również przyczynek do badań nad rozwojem współczesnego życia literackiego w Nowej Hucie.

SŁOWA KLUCZE

Nowa Huta, księgarnia, księgarnie w Nowej Hucie, księgarnia Skarbnica, Cafe NOWA Księgarnia, księgarnio-kawiarnie w Nowej Hucie, nowohuckie życie literackie

SUMMARY

Anna Grochowska
Bookshop Panorama of Nowa Huta

This text provides a brief insight into Nowa Huta’s bookshops history and their input in creating a local literary environment. Dom Książki No. 44 (Skarbnica) located at the Central Square and EMPiK were primarily chosen as exemplary historical bookshops. Thereafter, changes on the bookshop market were discussed, as well as the contemporary Nowa Huta’s bookshop panorama. Their range, stock and business model were also shown. NOWA café-bookshop was chosen as a particular example of a modern establishment, as it was the first of its kind in the area. It has also been instrumental in co-development of a local literary life, in popularization of Nowa Huta across the country, and in building and strengthening of a local identity. It has also begun to concentrate the local literary community around itself. For these reasons this text can also lead to extended research into the development of modern literary life in Nowa Huta.

KEY WORDS

Nowa Huta, bookshops in Nowa Huta, Skarbnica Bookshop, “NOWA” Cafe and Bookshop, cafe-bookshops in Nowa Huta, Nowa Huta’s literary life


BIBLIOGRAFIA

Źródła bezpośrednie:

  • Rozmowa z Jackiem Dargiewiczem, Cafe NOWA Księgarnia, 2.11.2020.

Archiwa:

  • Harmonogramy wydarzeń z Punktu Zgody 7/Cafe NOWA Księgarnia, listopad 2018–październik 2020, Dział InfoKraków, Krakowskie Biuro Festiwalowe.

Adresy księgarń internetowych w Nowej Hucie:

 

Kamiński? Ach, ten księgarz! Z Krystyną Kamińską-Samek rozmawiają Karolina Grodziska i Janusz M. Paluch

Z Krystyną Kamińską-Samek rozmawiają Karolina Grodziska i Janusz M. Paluch

Kamiński? Ach, ten księgarz!

Krakowski antykwariat Stefana Kamińskiego przy ul. św. Jana, w grafice Leona Getza (1962 r.), fot. z archiwum Krystyny Kamińskiej-Samek

Krakowski antykwariat Stefana Kamińskiego przy ul. św. Jana, w grafice Leona Getza (1962 r.), fot. z archiwum Krystyny Kamińskiej-Samek

W uroczym otoczeniu krakowskiej kawiarni w Domu Mehoffera przy ulicy Krupniczej spotkaliśmy się z panią Krystyną Kamińską-Samek, do niedawna właścicielką antykwariatu i wypożyczalni książek przy ulicy św. Jana 3.

Kultowym dla wielu krakowian miejscem od 1951 roku kierował jego założyciel, znany księgarz, antykwariusz i wydawca Stefan Kamiński (1907–1974), stryj naszej rozmówczyni. Pani Krystyna urodziła się w Janowie, w powiecie Mińsk Mazowiecki. Po wojnie, w 1945 roku rodzice jej wraz z trojgiem dzieci przenieśli się do Ełku. Po zdaniu matury przyjechała do Krakowa – studiowała prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jej mężem był prof. Andrzej Samek, specjalista inżynierii mechanicznej, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej im. S. Staszica, związany do śmierci w 2018 roku z Politechniką Krakowską im. T. Kościuszki oraz Akademią Górniczo-Hutniczą.

Pracę w antykwariacie Stefana Kamińskiego rozpoczęła w 1972 roku. Po jego śmierci przejęła antykwariat i wypożyczalnię książek, prowadząc niełatwą współcześnie działalność do 2019 roku. Firma wraz z wyposażeniem przeszła w godne ręce pana Grzegorza Małachowskiego, by – dzięki przychylności władz miasta – przez kolejne dziesięciolecia służyć mieszkańcom Krakowa, szczególnie koneserom piśmiennictwa, dla których słowo drukowane na papierze pozostanie najważniejsze.

Rozmowę zaczęliśmy od oglądania unikatowych rysunków autorstwa Leona Getza, profesora Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, czytelnika wypożyczalni książek Kamińskiego, pokazujących wnętrza jego firmy. Zapach kawy i podziwiane rysunki szybko wprowadziły nas w atmosferę antykwariatu, gdzie przez dziesięciolecia przewijały się najważniejsze postaci kultury i sztuki, poeci, pisarze, naukowcy, ale i urzędnicy oraz zwykli krakowianie, poszukujący książek, starych czasopism… Wielu z nich po pierwszej wizycie zostało stałymi i wiernymi bywalcami antykwariatu, najpierw u pana Stefana, a później u pani Krystyny.

– Tu widzimy panią Irenę Porzycką, kierowniczkę wypożyczalni – mówi z nostalgią pani Krystyna Kamińska-Samek, wskazując postać na jednym ze szkiców. – Pracowała w firmie najdłużej, niestety, już nie żyje. Zmarła w 2001 roku, jest pochowana na cmentarzu Rakowickim nieopodal grobu stryja. Te rysunki pokazują atmosferę, jaka panowała w naszym antykwariacie. Muszę przyznać, że jesteście Państwo jednymi z nielicznych, którzy te rysunki oglądają. Nie były nigdzie publikowane.

Nasza rozmowa ma dotyczyć Stefana Kamińskiego, twórcy krakowskiej firmy księgarsko-antykwarycznej, wydawniczej i czytelniczej, która działała przez dziesiątki lat w różnych systemach politycznych, począwszy od II RP poprzez trudny czas niemieckiej okupacji, w końcu PRL-u, a już za czasów kierowania przez Krystynę Kamińską-Samek – III RP. I choć pani Krystyna przeszła na emeryturę, dzieło Kamińskich od 2020 roku przejął znany krakowski antykwariusz Grzegorz Małachowski – historyk, autor, redaktor, wydawca (opracował i przygotował do druku między innymi dwutomowe wydawnictwo Czarna sztuka pod Wawelem. Wspomnienia nestorów poligrafii krakowskiej 1914–2018, Kraków 2017 i 2018 oraz kolejne dwie księgi pamiątkowe V Liceum Ogólnokształcącego im. Augusta Witkowskiego w Krakowie). Bez wątpienia jest godnym kontynuatorem niezwykłej tradycji firmy Stefana Kamińskiego…

Pani Krystyno, Pani stryj Stefan Kamiński, który tak pięknie złotymi zgłos­kami zapisał się w historii Krakowa, nie był rodowitym krakowianinem. Skąd przybył do nas, do Krakowa?

Pani Krystyna Kamińska-Samek opowiada o pracy w antykwariacie Stefana Kamińskiego, fot. Janusz M. Paluch

Pani Krystyna Kamińska-Samek opowiada o pracy w antykwariacie Stefana Kamińskiego, fot. Janusz M. Paluch

Stryj przyjechał do Krakowa z Podlasia w 1923 roku jako nastolatek. Urodził się 14 maja 1907 roku w Obrytkach, a chrzczony był w kościele w Wąsoszu – miejscowości znanej z Trylogii Sienkiewicza, z której pochodził Rzędzian.

Kamińscy – Makary i Michalina z Olszewskich – byli średniozamożną wielodzietną rodziną. Mieli dziewięcioro dzieci. Stefan przyszedł na świat jako czwarty.

Z opowieści wiem, że Kamińscy urządzili w Obrytkach czteroklasową szkołę powszechną, w której zapewne uczyły się też ich dzieci. Zajmowali się również kolportażem gazetek konspiracyjnych. Pamiętajmy, że to był początek XX wieku i zabór rosyjski z niezwykle aktywną i uczuloną na objawy polskości ochraną. Jego starsza siostra Janina wyszła za mąż w wieku 16 lat za Feliksa Nawrockiego i tuż po ślubie założyli w Sejnach księgarnię. Pamiętam go doskonale, był takim facecjonistą, skorym do żartów, lubianym przez dzieci i całą rodzinę.

Stryj po szkole zastanawiał się, co ze sobą zrobić. Tradycja rodzinna, zapewne nie tylko Kamińskich, była taka, że najstarszy syn był kształcony, kolejny dziedziczył gospodarstwo, a następne dzieci – jak się urządzą, tak będą żyły. Stryj postanowił wyjechać do Nawrockich do Sejn. Miał 13 lat, kiedy rozpoczął pracę w księgarni. Janina niewiele mogła pomagać, gdyż w wieku 17 lat urodziła już pierwsze dziecko. Stefan był chłopakiem do wszystkiego – nosił paczki klientom, sprzątał, ale też od początku bardzo interesował się książkami. Przepracował tam trzy lata. Jakie były powody rozstania z Nawrockimi i Sejnami? Trudno dziś powiedzieć. Podejrzewam, że w tym małym miasteczku nie było wielkiego zapotrzebowania na książki, a w związku z tym – trudno było utrzymać pracownika. Jakkolwiek było, Stefan opuścił Sejny.

Krystyna Kamińska w towarzystwie swego stryja Stefana Kamińskiego, fot. z archiwum Krystyny Kamińskiej-Samek

Krystyna Kamińska w towarzystwie swego stryja Stefana Kamińskiego, fot. z archiwum Krystyny Kamińskiej-Samek

I znalazł się w Krakowie. Dlaczego akurat tutaj? To już była wolna Polska – rok 1923. Bliżej przecież było mu do Białegostoku czy Warszawy…

W rodzinie jest taka opowieść, że wsiadł do pociągu – chyba w Suwałkach – i wysiadł na krakowskim dworcu. Nie sądzę, by w tamtych czasach mógł dojechać jednym pociągiem z Suwałk do Krakowa… Jak pisze pani Aleksandra Mianowska w swych wspomnieniach o Stefanie Kamińskim1A. Mianowska, Stefan Kamiński (1907–1974), w: Silva Rerum, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981, s. 125–135., kiedy spacerowali Plantami, zawsze pokazywał ławeczkę, na której – wysiadłszy nocą z pociągu – przeczekiwał, aż się rozwidni. Przyjechał do Krakowa z jedną teczką i kartką w kieszeni. Na tej kartce był adres bursy ks. Kuznowicza. To było jego pierwsze miejsce zamieszkania w Krakowie.

Czy tam kontynuował naukę? Nie sądzimy bowiem, by skończył na skromnej edukacji z czasów pobytu w domu rodzinnym?

Mówiąc szczerze – nie wiem, czy skończył jakąś szkołę. Na pewno znalazł pracę… I tu się uśmiecham znowu… Stefan Kamiński był przede wszystkim samoukiem. Miał ogromną łatwość nawiązywania kontaktów. Księgarnia w tamtych czasach była miejscem, do którego przychodzili wszyscy. Tak samo było w naszej firmie do końca. Stryj, zapytany o wykształcenie, opowiadał kiedyś ze śmiechem: „Owszem, zdałem maturę, ale egzaminowali mnie sami znajomi”. Podsumowując – Stefan Kamiński do wszystkiego doszedł sam.

Kiedy Pani dołączyła do zespołu stryja?

Przyjechałam na studia do Krakowa w 1962 roku. Maturę zdawałam w Ełku. Rodzice dotarli tam po II wojnie światowej z Janowa koło Mińska Mazowieckiego. Mój tata Stanisław Kamiński był młodszym bratem Stefana. Z jego pomocą skończył szkołę rolniczą, podjął pracę w Janowie w majątku hrabiostwa Rejów. Po zakończeniu wojny, w 1945 roku postanowili z mamą udać się na tak zwane Ziemie Odzyskane i osiedlili się w Ełku. Ojciec, rolnik z wykształcenia, założył w Ełku pierwszą polską księgarnię! Nie wiem, skąd taki pomysł. Czy to stryj go przekonał, czy u nas w rodzinie była taka miłość do książek?

Pani też poświęciła całe życie księgarstwu?

Do Krakowa przyjechałam w 1962 roku w towarzystwie trzech kolegów wybierających się na studia na Akademii Górniczo-Hutniczej. Na dworcu czekał na nas stryj. Odprowadziliśmy moich kolegów do akademika i poszliśmy do pani Aleksandry Mianowskiej na ulicę Karmelicką 9. Tu zaczęła się moja przygoda z Krakowem. Od początku nasiąkałam atmosferą firmy, otoczona opieką stryja i pani Mianowskiej. W czasie studiów pomagałam w antykwariacie, niekiedy – na przykład do przenoszenia książek do magazynu – angażowałam moich kolegów. Obserwowałam życie stryja, fascynowałam się jego znajomościami. To mi imponowało!

Po studiach rozpoczęłam pracę w Prezydium Rady Narodowej m. Krakowa, ówczesnym magistracie. To był 1968 rok. Kraków był miastem zamkniętym. Nikt, kto nie był w Krakowie zameldowany, nie mógł być zatrudniony. Nasz antykwariat odwiedzali także pracownicy Rady Narodowej i kiedy mnie tam przyjęto do pracy, nie zauważono, że nie mam stałego zameldowania. Jak już zostałam pracownicą magistratu, natychmiast zameldowałam się na pobyt stały!

Pamiętam, jak stryj przychodził na śniadania do pani Mianowskiej, a potem odprowadzał mnie do pracy. Po drodze spotykaliśmy tyle wspaniałych postaci… Na ulicy Wiślnej często pana Jerzego Turowicza, a na Franciszkańskiej niejednokrotnie kardynała Karola Wojtyłę, zmierzającego gdzieś piechotą… I obowiązkowe ukłony, szczęść Boże czy dzień dobry, bo kogo on nie znał w Krakowie i kto tutaj nie znał stryja?! Ja przecież byłam wtedy młoda i bardzo mi imponowało, gdy na przykład w Jamie Michalika podczas spektaklu artyści pozdrawiali stryja ze sceny albo pan Piotr Skrzynecki zawiadamiał, że są zarezerwowane dwa miejsca na przedstawienie w Piwnicy pod Baranami. Pan Skrzynecki czekał dłuższy czas, aż pojawi się w antykwariacie Przewodnik po cmentarzu Rakowickim Stanisława Cyrankiewicza…

Kilka razy wspominała Pani nazwisko Aleksandry Mianowskiej. Musiała być ważną osobą w życiu Stefana Kamińskiego.

To była wielka osobowość! Pani Aleksandra Mianowska była młodą mężatką, gdy jej mąż zginął w kampanii wrześniowej w Lasach Janowskich. Zgłosił się do wojska, choć jako pracownik magistratu nie był zmobilizowany. Zaraz po wojnie pani Mianowska dowiedziała się o jego losach, odnalazła ciało w zbiorowej mogile i pochowała na cmentarzu Rakowickim. Bliską przyjaźń ze Stefanem Kamińskim nawiązała w czasie okupacji. Była bardzo zaangażowana w działalność konspiracyjną. W ZWZ-AK miała pseudonimy „Kama” i „Krysta”. Działała również w Radzie Głównej Opiekuńczej i Radzie Pomocy Żydom „Żegota”. Blisko współpracowała z Zofią Kossak-Szczucką, a za ratowanie życia Żydom odznaczona została medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów
Świata.

Była prawniczką, aktorką, poetką, reżyserką, tłumaczką, wykładała na Uniwersytecie Jagiellońskim i w Wyższej Szkole Teatralnej.

Wróćmy jednak do Stefana Kamińskiego, który pojawił się w Krakowie i…

Aleksandra Mianowska, aktorka krakowska, w czasie II wojny światowej działaczka konspiracyjna, fot. z archiwum Krystyny Kamińskiej-Samek

Aleksandra Mianowska, aktorka krakowska, w czasie II wojny światowej działaczka konspiracyjna, fot. z archiwum Krystyny Kamińskiej-Samek

Najpierw znalazł pracę w Księgarni Jagiellońskiej przy ulicy Wiślnej. Nie wiem, czy dzięki wsparciu bursy księdza Kuznowicza czy sam znalazł tę posadę? Zaczynał skromnie: był pomocnikiem księgarskim, czyli otwierał drzwi klientom, pakował i odnosił książki… Dzisiaj chyba nigdzie takiej funkcji nie ma… Musiał jednak zwrócić na siebie uwagę, skoro zaproponowano mu w wieku dwudziestu jeden lat, po trzech latach pracy, kierowanie księgarnią Towarzystwa Szkół Ludowych (TSL) przy ulicy św. Anny. Niesamowicie szybka kariera. I nagroda za pracowitość oraz skuteczność… Jego współpracownica z tamtych czasów opowiadała, że Kamiński przychodził do księgarni pierwszy i wychodził ostatni, błyskawicznie uczył się, zdobywał informacje. Stał się niezawodny i niezbędny w księgarni! Stąd tak szybki awans!

Nie zapominał jednak o bliskich. Dzielił się z nimi sukcesem. Sprowadził do Krakowa młodsze rodzeństwo – siostry zatrudnił w Wypożyczalni Książek TSL, a brata umieścił w gimnazjum i opiekował się nim aż do matury. W księgarni przy ulicy św. Anny pracował do 1932 roku. Wtedy przeniósł się do Księgarni „Nauka i Sztuka” przy ulicy Podwale 6. Była to Spółka Jakubowski i Leśniak. Kiedy zmarł pan Leśniak, stryj został wspólnikiem. W 1939 roku wykupił wszystkie udziały spółki i został wyłącznym właścicielem księgarni. Ale już w 1932 roku zdecydował, że na własny rachunek będzie prowadził wydawnictwo. Pierwszą pozycją, jaką wydał, była Książka zażaleń Zygmunta Nowakowskiego – zbiór felietonów znanego już krakowskiego publicysty, związanego z popularnym „Ilustrowanym Kurierem Codziennym”. Panowie z czasem bardzo się zaprzyjaźnili. Jako wydawca stryj stawiał na „pewniaka”, bowiem Nowakowski był już po debiucie książkowym Gałązki rozmarynu, który przyniósł mu rozgłos, poza tym znane i czytane były jego felietony teatralne w ­„IKC”-u. W posiadaniu pani Mianowskiej były liczne listy Nowakowskiego do stryja.

Stefan Kamiński, fot. z archiwum Krystyny Kamińskiej-Samek

Stefan Kamiński, fot. z archiwum Krystyny Kamińskiej-Samek

Do 1939 roku, pod firmą Nauka i Sztuka, wydał 210 ważnych pozycji książkowych, dość wspomnieć Zaklęty dwór Heleny Zakrzewskiej, Dziewica-rycerz Walerii Szalay‑Groele, W tęczowej masce Ignacego Nikorowicza, serię książek w ramach Biblioteki Zajęć Praktycznych i wiele innych. W 1939 roku, tuż przed wybuchem wojny, wydał książkę porucznika Antoniego Stawarza Gdy Kraków kruszył pęta. Są to wspomnienia z oswobodzenia Krakowa w 1918 roku. Gdy Niemcy weszli do Krakowa, wiedzieli, że w naszej księgarni wyszła taka książka, i zniszczyli cały jej nakład. Niewiele egzemplarzy udało się ocalić. W 2018 roku, przy okazji jubileuszu 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, ukazała się w internecie informacja, że ta książka jest do wglądu w naszym antykwariacie. Przychodziła młodzież i oglądała tę unikatową pozycję.

Nie jestem pewna, ale zdaje mi się, że stryj wspominał, iż to z jego inspiracji Stawarz napisał swe wspomnienia. Inna ciekawa książka, do której powstania przyczynił się stryj, to Akademia urwipołcia Jerzego Kryszanda. Prawdziwe nazwisko autora brzmiało Helstein-Heliński. Gdzie go stryj spotkał? Dlaczego się nim, a właściwie jego opowieściami tak zafascynował? To była dziwna postać. Typowy obieżyświat. Pani Mianowska pisze o nim, że objechał świat, nie zapłaciwszy za to złamanego grosza!

Stryjowi udało się go zainspirować do pisania. Wynajął mu jakieś pomieszczenie, by mógł pisać i mieszkać. W zamierzeniu miały być jeszcze dwie części tej przygodowej książki. Niestety, autor po napisaniu pierwszego tomu gdzieś się zawieruszył, wybył w świat i zniknął. W realizacji takich edytorskich przedsięwzięć wspomagała stryja składnica przyborów i materiałów do zajęć praktycznych, założona przez niego przy ulicy św. Marka 31; można tam było kupić materiały do zajęć oraz wszystko, co niezbędne, by urządzić pracownie fizyczne i chemiczne.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że na wydanie pierwszej książki – Książki zażaleń Nowakowskiego – zaciągnął kredyt w wysokości 600 złotych.

Zastanawiam się, która działalność była dla niego najważniejsza? Chyba wydawnicza…?

Proszę pamiętać, że równocześnie uruchomił w swej księgarni dział antykwaryczny, który z czasem stawał się coraz bardziej popularny wśród bibliofilów, nie tylko w kraju.

W tym czasie, w 1932 roku, wstąpił do Towarzystwa Miłośników Książki, a w 1938 roku zdecydował się wydawać własnym nakładem bibliofilski periodyk tegoż Towarzystwa „Silva Rerum”. Ukazywał się on od 1925 do 1931 roku, gdyż na dalsze wydawanie tego pisma zabrakło funduszy. Nakładem księgarni „Nauka i Sztuka” wyszły dwa numery w 1938 roku, w 1939 roku – numery 3 do 9, a w odbitkach szczotkowych z powodu wybuchu wojny pozostały numery 10 i 11. Reaktywowane po wojnie Towarzystwo Przyjaciół Książki, którego ówczesnym prezesem był prof. dr hab. Jerzy Piaskowski, jesienią 1973 roku zorganizowało Stefanowi Kamińskiemu jubileusz 50-lecia pracy księgarskiej. Również wtedy obchodzono jubileusz pani Heleny Lipskiej, kustosz Biblioteki Jagiellońskiej i Biblioteki Polskiej Akademii Nauk.

I przyszła wojna…

Na początku wojny – 13 kwietnia 1940 roku – Rosjanie wywieźli z Obrytek do Kazachstanu (Semipałatyńsk, obwód pawłodarski) siedem osób z naszej rodziny: Makarego – ojca Stefana, Antoniego – brata Stefana, Janinę – bratową Stefana oraz jej czworo dzieci (Ireneusza, Mirosławę, Janusza i Zuzannę).

Stryj próbował przez PCK ich szukać i ściągnąć do Polski, bez rezultatu. Ojciec, brat i dwoje dzieci (Ireneusz i Mirosława) niestety zostali tam na zawsze. Janina, Janusz i Zuzanna wrócili do Polski dopiero w maju 1946 roku.

Stryj nie został zmobilizowany, od początku był jednak przekonany, że trzeba z okupantem podjąć walkę podziemną. Z jego zapisków, na które powołuje się pani Mianowska, pracę konspiracyjną rozpoczął jeszcze przed aresztowaniem profesorów krakowskich podczas Sonderaktion Krakau 6 listopada 1939 roku. Księgarnia na Podwalu stała się azylem i miejscem, gdzie wielu literatów i naukowców mogło znaleźć wsparcie. Były wśród nich również osoby wysiedlone z Wielkopolski, choćby prof. Zygmunt Wojciechowski i dr Ludwik Gocel.

Stefan Kamiński prowadził również w czasie wojny działalność wydawniczą, na podstawie zezwolenia okupacyjnych władz niemieckich. Wydawał widokówki i pocztówki okolicznościowe, co stanowiło niemałe źródło dochodu na działalność konspiracyjną. Ukazywały się również książki dla dzieci, które miały charakter praktyczno-użytkowy, dawały najmłodszym polską z ducha literaturę, wspomagał drukarnie, jednocześnie wykorzystując te kontakty do prac czysto konspiracyjnych, w końcu prowadził ogromną akcję pomocy literatom i naukowcom w formie wypłacanych co miesiąc zaliczek na poczet przyszłych prac. W latach 1943 i 1944 ukazały się między innymi takie książki, jak Wojciecha Żukrowskiego Bal w agreście, Witolda Zechentera Cztery kąty a piec piąty z ilustracjami Adama Włodka, Magdaleny Samozwaniec Królewna Śmieszka, Zofii Rogoszówny Pisklęta czy Heleny Zakrzewskiej Zaklęty dwór z ilustracjami Janiny Muszanki. Z książek użytkowych ukazały się choćby Słownik niemiecko-polski Wiktora Wawrzyczka czy Zbiór ćwiczeń do nauki pisania na maszynie Ireny Lipskiej. Wszystkie książki do 1943 roku ukazywały się pod szyldem wydawniczym „Nauka i Sztuka, Stefan Kamiński”, później pojawiły się jako książki wydane „Nakładem Księgarni Stefana Kamińskiego” lub z nadrukiem „Księgarnia Stefana Kamińskiego”.

Przyczyną było wydanie przez niemiecki Wydział Propagandy, ale oczywiście bez zgody właściciela, pod szyldem wydawniczym „Nauka i Sztuka, Krakau” broszur propagandowych: były to osławione Protokoły mędrców Syjonu oraz Jakie są szanse w tej wojnie. Padły wtedy podejrzenia, że Kamiński współpracuje z Niemcami… Po wojnie musiał się z tego tłumaczyć na UB.

Tuż po wojnie pani Aleksandra Mianowska i Stefan Kamiński zostali odznaczeni za działalność okupacyjną Złotymi Krzyżami Zasługi, jednak chyba ktoś miał wątpliwości, czy słusznie, gdyż na legitymacji stryja było napisane „zatrzymać”. Nie mogli już tego zrobić, gdyż w „Monitorze” opublikowano jego nazwisko jako odznaczonego.

Z początkiem wojny powstała również wypożyczalnia książek. Maskowała ona znakomicie spotkania konspiracyjne, czytelnicy przychodzili przecież wymieniać przeczytane pozycje na następne.

Wypożyczalnia książek została zorganizowana przez Stefana Kamińskiego w czasie okupacji. Jak udało mu się zdobyć zgodę Niemców?

To jest bardzo interesujące. Wypożyczalnia to był pierwszy krok w kierunku działalności konspiracyjnej. Gdy wybuchła wojna, stryj prowadził tylko księgarnię. Kiedy się zaczęła okupacja niemiecka, wpadł na pomysł zorganizowania wypożyczalni książek.

Ludzie żyli w ciągłym stresie i w strachu. Wprowadzono godzinę policyjną, zabrano radioodbiorniki, telefonów było mało, pozostawało czytanie książek. Wypożyczalnia musiała się sprawdzić! Tylko jak od okupanta uzyskać pozwolenie na taką formę działalności? Stryj, jak mówiłam, posiadał zezwolenie na prowadzenie księgarni. Na tym zezwoleniu obok słowa księgarnia dopisał: „i wypożyczalnia książek”, sfotografował dokument, uwierzytelnił u znajomego notariusza, oryginał zniszczył i otworzył wypożyczalnię!

Jak wspomina pani Mianowska – korzystał wtedy z pomocy pana Dubiela z krakowskiego urzędu finansowego. Ta wypożyczalnia od początku była nielegalna! Taki był początek wojny, zaczynała się konspiracja…

Na Podwalu spotykali się znajomi, bliscy przyjaciele, zaufani klienci z różnymi pomysłami i propozycjami…

Po śmierci stryja Andrzej Kopff, profesor prawa i wicedyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie, ale też bliski współpracownik stryja z czasów ­okupacji, napisał wspomnienie o Stefanie Kamińskim w „Księgarzu”2A. Kopff, Stefan Kamiński (1907–1974), „Księgarz” 1975, nr 3–4, 66-76.. Tam bardzo celnie określił, że najważniejszym etapem w życiu stryja była okupacja. Wtedy sprawdził się jako Polak, jako patriota, jako obywatel.

Kamiński sam zawsze podkreślał dwie rzeczy: po pierwsze – wszystko, co robił, to za własne pieniądze, nikt nigdy w niczym mu nie pomagał; po drugie – nikt z powodu jego działalności konspiracyjnej nie został aresztowany ani nie zginął. To była prawdziwa konspiracja! Można to porównać do współczesnego zdarzenia, kiedy „Solidarność” wypożyczyła Strzępy meldunków Felicjana Sławoja-Składkowskiego celem opublikowania fragmentów, a SB natychmiast konspiratorów „namierzyła” i zatrzymała. Książki nigdy nie odzyskałam. To była zabawa w konspirację. Zresztą chyba jednak trudno to oceniać, jeżeli się nie jest uczestnikiem zdarzenia.

Skąd pochodziły książki, które stanowiły zasób wypożyczalni?

Nie potrafię tego powiedzieć, przypuszczam jednak, że podstawą do kompletowania księgozbioru wypożyczalni były zasoby księgarskie.

Można tu wspomnieć, że do tych zapasów włączony został cały wagon książek zarekwirowany przez Niemców i wieziony na przemiał z księgarni Stefana Dippla z Poznania. Stryj książki odkupił. To była bardzo „śliska” sprawa – transakcja z Niemcami. Z drugiej strony – istniała możliwość uratowania całego wagonu polskich książek. Stryj konsultował tę transakcję z prof. Józefem Figną, by nie być posądzonym o współpracę z Niemcami. Ustalono, że celem nadrzędnym było uratowanie polskich książek. Zanim postanowił, co z nimi dalej zrobić, dowiedział się, kto był ich właścicielem. Zaproponował odkupienie całego transportu po kosztach własnych. Transakcja wtedy nie doszła do skutku. Po wojnie pan Dippel pomówił stryja, że niesłusznie się wzbogacił, bowiem książki włączył do swojej firmy. We wspomnieniach stryj pisze, że w transporcie było dużo destruktów i dekompletów. Powołano sąd polubowny: arbitrem był prof. Jan Gwiazdomorski, adwokatem Dippla był Karol Bunsch, a adwokatem stryja – prof. Jerzy Stefan Langrod. Doszło do ugody. Niestety, nie znam szczegółów. Ale panowie, jak to się mówi, nie kochali się do końca życia… Pierwszy zmarł Stefan Kamiński.

Czy stryj napisał swoje wspomnienia?

Zaczął przed śmiercią, ale zdążył napisać tylko 12 stron.

Księgarnia i Wypożyczalnia Stefana Kamińskiego działały przy ulicy Podwale 6 do 1942 roku.

Niemcy zabrali Stefanowi Kamińskiemu lokal na Podwalu. Wypożyczalnię przeniósł do suteren przy ulicy Pierackiego 1 (obecnie Studenckiej), księgarnię umieścił zaś w lokalu przy Krakowskiej 18. Tam również działała wypożyczalnia. Antykwariat mieścił się w pałacu Pokutyńskich przy Karmelickiej 29. Tu również przechowywał do końca wojny zbiór broni Moszyńskich, przekazany po wojnie do Muzeum Narodowego.

Lokal ten odegrał olbrzymią rolę w czasie okupacji. W piwnicy mieściła się tajna drukarnia! Upamiętnia to tablica wmurowana w ścianę kamienicy. Powstała ona z inicjatywy Stowarzyszenia Księgarzy Polskich, którego prezesem był wtedy pan Jerzy Ananiew – kierownik księgarni naukowej na Podwalu (czyli dawniej Kamińskiego), który na początku swej kariery zawodowej praktykował u stryja. Zanim urządził drukarnię, już od jesieni 1942 roku działała tam konspiracyjna powielarnia, powielano tu między innymi „Dziennik Polski” i „Tygodnik Polski”.

W 1943 roku po pacyfikacji Woli Justowskiej i likwidacji drukarni doktorowej Korbutowej, na Karmelickiej zamontowano w doskonale zamaskowanym pomieszczeniu, przewiezioną w częściach, maszynę drukarską. Wtedy, od września, prace ruszyły pełną parą. Po wybuchu powstania warszawskiego drukowano tutaj (od 2 września 1944 roku) „Kurier Powszechny” z pięknym mottem: „Zbudujemy Polskę silną, wielką, demokratyczną. Wszyscy, którzy pragną tego, współpracują z nami”, a także „Rzeczpospolitą” i „Biuletyn Informacyjny”. W ostatnim numerze „Biuletynu”3„Biuletyn Informacyjny”, 1945, nr 3 (317). z 19 stycznia 1945 wydrukowano „Ostatni rozkaz dzienny” dowódcy Armii Krajowej:

(…) z upoważnienia Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zwalniam Was z przysięgi i rozwiązuję szeregi AK. W imieniu służby dziękuję Wam za dotychczasową ofiarną pracę. Wierzę głęboko, że zwycięży nasza Święta Sprawa, że spotkamy się w prawdziwie wolnej i demokratycznej Polsce.

Niech żyje Wolna, Niepodległa, Szczęśliwa Polska.

Dowódca Sił Zbrojnych w Kraju

(–) Niedźwiadek

Gen. Bryg.

M.p. 19 stycznia 1945

Numer ten osobiście składali i drukowali Stefan Kamiński i Pasławski. Drukarnia była bardzo pomysłowo zamaskowana. Jak to w piwnicach – najpierw był skład węgla, potem – dookoła, wzdłuż wszystkich ścian – półki z książkami. Znajdowała się tam również wytwórnia ołówków automatycznych z głośno pracującą maszyną. Stryj wspominał, że kiedy ruszał druk, to równocześnie rozpoczynali produkcję ołówków automatycznych zagłuszającą skutecznie pracę maszyn drukarskich.

Pan prof. Kopff (który w drukarni zajmował się nasłuchem radiowym) wspomina, że do drukarni wchodziło się na kolanach, po odsunięciu ruchomej półki na rolkach i podniesieniu opuszczanej płyty ze sklejki, imitującej tylną zabudowę regału. Nad maszyną drukarską wisiała maskotka… Był to półmetrowej wielkości wiszący na szubienicy Führer z obowiązkowym wąsikiem, w paradnym mundurze Parteigenosse’a.

To wszystko działo się w odległości 50 metrów od siedziby głównej komendy Schutzpolizei i 500 metrów od głównej siedziby krakowskiego gestapo… Warto nadmienić, że powielacze przeniósł Kamiński do lokalu po zlikwidowanej przez Niemców księgarni L. Basińskiego przy ulicy Poselskiej 9, gdzie wynajął pomieszczenie na magazyn. Lokal przy Karmelickiej porządkowałam dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku.

W grudniu 1944 roku Stefan Kamiński otworzył jeszcze księgarnię przy ulicy Floriańskiej 13. Zatrudnił tam księgarzy wysiedlonych z Warszawy, wśród nich Stanisława Tarkowskiego, Piotra Hniedziewicza, M. Pstrągowską, H. Pfeifferówną, Z. Sławskiego czy A. Ługowskiego.

W konspiracji prócz gazet drukowane były książki i ulotki…

Oczywiście! Jako pierwszy – muszę wymienić – tomik wierszy Aleksandry Mianowskiej. Na początku wydrukowany został Hymn Montelupich – do końca wojny śpiewany przez więźniów. Ukazała się też jej praca magisterska Społeczeństwo polskie w twórczości Elizy Orzeszkowej, broszura André Mauroisa Tragedia Francji i inne.

Stefan Kamiński podszedł bardzo profesjonalnie do tworzenia podziemia wydawniczego. Zorganizował konspiracyjny komitet wydawniczy, do którego zaprosił Józefa Fignę, pełniącego funkcję redaktora naczelnego i kierownika działu sportowego, Kazimierza Maślankiewicza – dział przyrodniczy i popularnonaukowy, Sylwiusza Mikuckiego – dział historyczny, Kazimierza Wykę – dział literatury pięknej, Mariana Glutha, którego po jego wyjeździe z Krakowa zastąpiła Aleksandra Mianowska – dział literatury dziecięcej i podręczników dla szkół, także zawodowych i technicznych. Doradcami byli Karol Bunsch i Konstanty Grzybowski – do spraw prawnych, Józef Szaflarski – do spraw geografii, Zdzisław Jachimecki – do spraw muzycznych i Juliusz Ippoldt – do spraw języków obcych.

W czasie wojny stryj zawarł około 200 umów wydawniczych i co miesiąc wypłacał autorom zaliczki. Wszystko mieściło się w budżecie firmy. Dzielił się tym, co zarobił. Księgarnia, antykwariat, wydawnictwo… Wspomnę ponownie o kartkach pocztowych, które stryj wydawał. Skromne czterobarwne widokówki z Krakowa, Warszawy, Radomia, Lwowa, Tatr… oraz pocztówki okolicznościowe – imieninowe i świąteczne – drukowane w dużych ilościach. Droga pocztowa była wtedy jedynym sposobem porozumiewania się, a kartki kosztowały niewiele. Wśród autorów, literatów i naukowców, z którymi podpisał umowy, byli między innymi Władysław Szafer, Stefan Szuman, Kazimierz Stołyhwo, Mieczysław Brahmer, Stanisław Pigoń, Stanisław Kętrzyński, Alfred Jesionowski, Zofia Kossak-Szczucka, Wojciech Żukrowski, Jan Dobraczyński, Czesław Miłosz, Kazimierz Czachowski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski, Tadeusz Kudliński, Tadeusz Kwiatkowski czy Juliusz Kydryński.

Stefan Kamiński słynął z pomocy, jakiej udzielał niemal wszystkim. We wspomnieniach Witolda Zechentera znalazłam zdanie: „Pomagał zastępom ludzi, nie pytając ich o poglądy”.

Jest mnóstwo świadectw pomocy udzielonej przez Stefana Kamińskiego. Bo to nie tylko umowy autorskie, ale zwykłe, prozaiczne prośby kierowane do niego. Choćby Karol Irzykowski, który pisał na zamówienie Kamińskiego książkę Literatura lat 1918–1939, poskarżył się w liście, iż nieopatrznie nie kupił lampy karbidowej. W odpowiedzi stryj natychmiast wyraził gotowość dostarczenia mu takowej do Warszawy. Innym znów razem prosi o większy zastrzyk finansowy ze względu na chorą na tyfus córkę… Sporo jest takich próśb.

Razem z Aleksandrą Mianowską i Zofią Kossak-Szczucką organizowali pomoc dla więźniów obozów koncentracyjnych. Jak wspomina pani Mianowska, wysyłał tygodniowo kilkaset paczek nadawanych rzekomo przez rodziny więźniów. W końcu Rada Główna Opiekuńcza – to była działalność obu pań. A ile było takich jednostkowych pomocy udzielanych przypadkowym osobom? Tego już się nie dowiemy…

Znalazłam w papierach stryja list od kuzyna z Obrytek, który w czasie wojny znalazł się w Warszawie. Pisze do Kamińskiego: „Prześlij mi jakieś pieniądze, bo ukradli mi ostatnie 100 zł”. Albo inny: „Byłem u Stacha. Janka leży w połogu. Dobrze byłoby im pomóc”. Tu mowa o moich rodzicach… I nie zdarzyło się, żeby stryj komukolwiek odmówił. Tak było w czasie wojny i do końca jego życia.

Z kolei pani Mianowska, która określa go jako odważnego i rozważnego konspiratora, wspomina sytuację, w której zignorował wszystkie podstawowe zasady konspiracji. W czasie likwidacji krakowskiego getta pomagał pani Mianowskiej w ratowaniu kobiety z dwiema dziewczynkami. Jedna z nich, na skutek ukrywania się w kanałach i piwnicach, miała odmrożone palce u nóg, które trzeba było amputować. Stefan Kamiński wtajemniczając w sprawę prof. Zbigniewa Oszasta, umieścił dziewczynkę o typowo semickich rysach w klinice, podając swoje nazwisko i swój adres jako opiekuna. Szczęśliwie wszystko się udało! Dziewczynka została uratowana i przeżyła wojnę.

Przyszło w końcu wyzwolenie. Niemcy opuścili Kraków. Jak Stefan Kamiński znalazł się w nowej sytuacji?

O zatrzymaniu i przetrzymaniu go przez trzy dni w areszcie wspominałam… Podejrzewam, że był na to przygotowany… Działał według planu. Po pierwsze – wrócił do księgarni przy ulicy Podwale 6. Lokal poszerzył o nowe pomieszczenie zajmowane przez kancelarię adwokacką oraz sklepy: instalacyjny i z instrumentami chirurgicznymi, zabudował też bramę wjazdową. Modernizował i „upiększał” pomieszczenia księgarni. Już w czasie okupacji planował kupno całej kamienicy, gdzie miał się mieścić „dom wydawniczy” i „koncern prasowy”, lecz w nowej rzeczywistości nie było to możliwe. Tymczasem wydawnictwo Stefana Kamińskiego weszło aktywnie na rynek, dając zatrudnienie odradzającym się drukarniom nie tylko w Krakowie, ale i w pobliskiej Bochni, Katowicach, Bytomiu, Bielsku, Wrocławiu, Poznaniu, Toruniu, a nawet w Gdańsku! Jak pisze pani Mianowska, w latach 1945–1950 wydano ponad 130 pozycji, nad którymi pracowało tylko trzech redaktorów i dwóch korektorów. Dzisiaj wydaje się to niemożliwe. W Katowicach i przez krótki czas w Łodzi uruchomione zostały przedstawicielstwa handlowe firmy Stefana Kamińskiego. Pozorna normalność trwała do 1950 roku. Wtedy cofnięto mu uprawnienia wydawnicze, a Dom Książki zajął księgarnię przy ulicy Podwale. Przydzielono mu wtedy, jako lokal zastępczy, pomieszczenie przy ulicy św. Jana 3, gdzie – dzięki prywatnym właścicielom kamienicy i ich ogromnej życzliwości – firma mieści się do dzisiaj. Tak zaczynała się nowa rzeczywistość…

Po Stefanie Kamińskim prowadziła Pani antykwariat do końca 2019 roku, po czym przejął firmę krakowski antykwariusz Grzegorz Małachowski, który zachował dotychczasowy układ. Duch miejsca pozostał.

Zastanawiam się, jak stryj mnie przysposabiał do zawodu… Właściwie mnie nie uczył. Uważał, że jeżeli spotka się to z moim zainteresowaniem, to powinnam sama zacząć się uczyć. Najpierw porządkowałam nowo zakupione książki, wstawiałam do odpowiednich działów, trzeba było również poznać zasady bibliografii, no i – podstawowe źródło wiedzy, bo przecież nie było internetu – czytanie katalogów antykwarycznych. Na początku wydawało mi się to nadzwyczaj nudną lekturą! Dopiero w miarę jak nabierałam doświadczenia, katalogi zaczęły do mnie przemawiać. Następnym i to niebagatelnym źródłem wiedzy o książkach była pomoc w wypożyczalni. Miejsce to cieszyło się w Krakowie dużym powodzeniem. Był okres, że w firmie zatrudnionych było sześć osób! Gdzie wszyscy się mieściliśmy w niewielkim przecież lokalu? A przecież przychodziło bardzo dużo czytelników i klientów. Przez parę lat zmuszeni byliśmy ograniczać przyjęcia do wypożyczalni, wtedy chętni rozmawiali z szefem. Polecał on zawsze taką osobę wpisać. Nasza wypożyczalnia istniała do końca 2019 roku. Przychodzili czytelnicy, korzystając z niej nawet kilkadziesiąt lat, to już byli przyjaciele, a nie klienci. Z czasem coraz bardziej przekonywałam się, że to chyba będzie miejsce na całe życie. Stryj nigdy nie zachęcał mnie, by pracować z nim i zostać jego następczynią. To się stało tak naturalnie i niestety o wiele za szybko. Chorował tylko pół roku. Zmarł w wieku 68 lat. Chcieli go ratować znajomi z całego świata: pani Świderska z Instytutu Polskiego w Londynie posyłała nadzwyczajne herbaty, antykwariusz z Wiednia – tapiokę i odżywki; w Stanach Zjednoczonych odbyło się konsylium, bez skutku… Firmę przekazał mi testamentarnie. Zmarł 14 listopada 1974 roku. Żegnał go cały Kraków. Trumna w czasie pogrzebu postawiona była na katafalku przed kaplicą.

1 stycznia 1975 roku zaczął się nowy rozdział w dziejach firmy. Świadoma byłam tego, że mając takiego poprzednika, zawsze będę świeciła światłem odbitym.

Przedstawiliśmy Stefana Kamińskiego jako wydawcę, księgarza, drukarza prasy i literatury podziemnej, ale on był chyba przede wszystkim antykwariuszem… Czy to była jego prawdziwa pasja?

Tak jest we wszystkich wspomnieniach i artykułach – księgarz, wydawca, konspirator, niewiele mówi się o nim jako antykwariuszu i bibliofilu. Myślę, że od początku najciekawsze lub najrzadsze pozycje zostawiał czasami dla siebie. A potem, jak był w dobrym humorze, to się nimi chwalił. Swe zdobycze traktował jak skarby, które pokazuje się w wyjątkowych okolicznościach. Najczęściej działo się to u pani Mianowskiej po południu… Najlepiej opowiedziałby o tym pan prof. Hanczakowski wieloletni przyjaciel, który doskonale pamięta dzieje firmy Kamińskiego. Zbierał on cracoviana. Pewnego razu stryj pokazał mu rzadki starodruk krakowski. Pan profesor natychmiast chciał go kupić, ale stryj nie bardzo chciał się z książką rozstać. Przy każdej wizycie prof. Hanczakowski pytał o decyzję. Aż tu pewnego dnia stryj mu powiedział: „Sprzedam panu tę książkę”. Pan Hanczakowski zaskoczony zmienił się w słup soli i zapytał z niedowierzaniem: „A cóż to pana tak zmiękczyło?”. Na co Kamiński odpowiedział ze spokojem: „Kupiłem drugi egzemplarz…” [śmiech].

Czy Stefan Kamiński specjalizował się w jakimś konkretnym temacie?

Nie, na pewno nie. On, chyba jak wszyscy antykwariusze, poszukiwał rzeczy nadzwyczajnych, chociaż przy jego miłości do książek uważał, że każda jest warta uwagi i każda znajdzie swego amatora. To tylko kwestia czasu… Po to są antykwariaty.

Od czasów przedwojennych obchodziło się Święto Księgarza. Przypada 13 grudnia. Tego dnia, co roku w innej księgarni lub antykwariacie zbierali się zaprzyjaźnieni księgarze na bibliofilską kolację. W końcu lat sześćdziesiątych spotkanie odbyło się w naszej firmie. Zachowały się taśmy z tej uroczystości. Stryj opowiada, że udało mu się kupić jakąś wartościową pozycję, że przekonywał klienta, żeby zdecydował się ją sprzedać, nawet wiedział, komu ją zaoferuje… Na to odzywa się zniecierpliwiony pan – prawdopodobnie – Wilczyński: „I co się stało z tą książką?”. Kamiński odpowiedział: „Mam ją u siebie”. Na pamiątkę została srebrna trzynastka, którą stryj nosił w klapie. Stryj zmarł w połowie listopada 1974 roku. Dzięki życzliwości urzędników do końca roku załatwione były wszystkie formalności. Chociaż na początku pan kierownik wydziału handlu i usług (czy kultury? – nie pamiętam) zaprosił mnie na rozmowę i mówi: „To, że pan Kamiński miał dwie firmy, to nie znaczy, że i pani Kamińska będzie miała dwie”. Dwie firmy, czyli antykwariat – handel i wypożyczalnia – usługi. Odpowiedziałam: „Panie kierowniku, żeby pan wiedział, jaką firmę pan zamierza zlikwidować, proszę przeczytać opinie instytucji i czytelników”. Przedłożyłam mu listy między innymi prof. Kazimierza Wyki, Witolda Zechentera, Karola Estreichera, opinie dyrekcji Biblioteki Jagiellońskiej, Biblioteki Narodowej, Biblioteki Sejmowej… No i udało się.

Co oznacza nadzwyczajność oferty firmy Stefana Kamińskiego?

To nie były same nadzwyczajne pozycje. Nadzwyczajne było miejsce i jego atmosfera… W czasach stryja książka cieszyła się dużym zainteresowaniem. Bibliofile uzupełniali swoje kolekcje. Biblioteki kompletowały księgozbiory zdziesiątkowane podczas wojny, powstawały też nowe instytucje, na przykład na Ziemiach Odzyskanych. Ważnymi klientami byli pracownicy uniwersytetów i instytucji zagranicznych. Przygotowywało się dla nich specjalne oferty, a transakcje realizowane były za pośrednictwem Ars Polony.

Często przyjeżdżali też do antykwariatu bibliotekarze, którzy sami woleli oglądać i wybierać książki. Teraz to się nie zdarza. Niesamowicie się pozmieniało. Ma to związek z pauperyzacją instytucji kultury i nauki, przede wszystkim bibliotek, i coraz mniejszym zainteresowaniem książką. A przecież nie wszystko można znaleźć w internecie.

Odwiedziny Stefana Kamińskiego w Obrytkach, dokąd przyjechał własnym samochodem, wzbudzały sensację wśród dzieci, fot. z archiwum Krystyny Kamińskiej-Samek

Odwiedziny Stefana Kamińskiego w Obrytkach, dokąd przyjechał własnym samochodem, wzbudzały sensację wśród dzieci, fot. z archiwum Krystyny Kamińskiej-Samek

Tak, tak, to są główne przyczyny coraz trudniejszej sytuacji księgarń i antykwariatów. Ale Stefan Kamiński jako jedyny antykwariusz po wojnie jeździł wystawnym samochodem z kierowcą…

Rzeczywiście… Był to, jak na tamte czasy, luksusowy citroën. Stryj, mimo że miał prawo jazdy, zatrudniał kierowcę. Nie chce się wierzyć, ale wtedy, posiadając dochody tylko z tej firmy, było go na to stać! Warto nadmienić, że po wojnie zatrudniał około czterdziestu osób! W tym dwoje woźnych. Jeden był na Karmelickiej, gdzie zaczynała pracę pani Irena Porzycka, księgowa (wtedy jeszcze studentka Akademii Ekonomicznej), która po wojnie wróciła do Krakowa z obozu w Ravensbrück. Do śmierci pracowała w księgarni. Nasza firma tym się ­charakteryzowała, że jak ktoś zaczynał u nas pracę, to zostawał tu do końca, chyba że sam się zwalniał. Tak samo było z moimi koleżankami Dorotą Izmaiłow i Marią Wołosiewicz, które wraz ze mną odeszły na emeryturę… To była jedna wielka rodzina.

Znam taką anegdotę z tamtych czasów.

Pewnego dnia szef zwlekał z przyjściem do pracy na Karmelicką… Mieszkał blisko, na Michałowskiego. Wysłali woźnego, by się dowiedział, co się stało. Po chwili wraca i mówi: „Kamiński zwariował! Stoi na skraju chodnika i czyta gazetę, a pies siedzi obok niego…”. Kiedy stryj pojawił się, pytają go, co się wydarzyło… Dlaczego tak długo nie przychodził? „Bo pies chciał iść w tę stronę, a ja w przeciwną…” – odpowiedział [śmiech]. Pies miał na imię – oczywiście – Tom, i zdrobniale – Tomek, nie Tomik, co czasami budziło oburzenie. Piękny legawiec… Był ulubieńcem w restauracji Ermitaż (mieściła się ona w kamienicy przy Karmelickiej 7), gdzie kelnerzy go rozpieszczali smakołykami. Wtedy nie było chyba obowiązku prowadzenia psów na smyczy. Pewnego razu Toma ukradziono, po paru dniach sam wrócił. Drugim razem zniknął bezpowrotnie. Jako pamiątkę przechowuję tacę, z takiego zdarzenia:

Był rok 1964. Poszliśmy ze stryjem do Pałacu Sztuki na wystawę malarstwa Jerzego Potrzebowskiego. Kelnerka roznosiła na tacy wino. Kiedy wszyscy wzięli lampki z winem i gwarzyli, Potrzebowski sięgnął po pustą tacę i pisakiem namalował na niej: wejście do Collegium Novum z napisem 600-lecie UJ, głowę prof. Kazimierza Lepszego – ówczesnego rektora UJ, dryndę, czyli krakowską dorożkę, a w centralnym miejscu – profil Stefana Kamińskiego. Stryj zapłacił za tacę kelnerce i zabrał ją do domu.

Stefan Kamiński w kawiarni krakowskiej, może myśli o przyszłości swego antykwariatu…, fot. z archiwum Krystyny Kamińskiej-Samek

Stefan Kamiński w kawiarni krakowskiej, może myśli o przyszłości swego antykwariatu…, fot. z archiwum Krystyny Kamińskiej-Samek

Dbał też o biblioteki, był hojnym darczyńcą i zasłużonym na wielu różnych polach działalności…

Oczywiście, wiele bezcennych dokumentów przekazał między innymi do Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Bezpośrednio po wojnie wyposażał biblioteki szkolne, w archiwum firmy zachowało się wiele podziękowań. Udzielał się w Zrzeszeniu Prywatnego Handlu i Usług, Bractwie Kurkowym, był skarbnikiem w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych, należał do Towarzystwa Przyjaciół Książki i Stowarzyszenia Księgarzy Polskich, był członkiem Rady Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, członkiem zarządu ­Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich – za co odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Za swoją bogatą działalność okupacyjną i społeczną otrzymał wiele odznaczeń. Niestety, wszystkie, wraz z legitymacjami, przepadły w czasie włamania do firmy. Jako odznaczenie szczególne wymienić należy nadany pośmiertnie medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Jednak jego jedynym marzeniem było, by firma przetrwała…

Pani zrealizowała to marzenie… Nawet będąc na emeryturze, zadbała Pani, by w tych niełatwych dla księgarń i antykwariatów czasach antykwariat przy ulicy św. Jana 3 przeszedł pod dawną nazwą w godne ręce osoby wprawdzie spoza familii Kamińskich, ale z rodziny antykwariuszy krakowskich…

Ktoś pięknie powiedział na temat ciągłości, z jaką mamy do czynienia w ­naszym mieście: Kraków to jest właśnie to miasto, w którym ten sam obraz, na tym samym gwoździu, na tej samej ścianie, w tym samym mieszkaniu po­trafi wisieć przez 150 lat. To stwierdzenie można odnieść do firmy Kamińskiego, choć zmieniały się lokale, ale ciągłość firmy pozostała…

Lokal przy ulicy św. Jana też nie jest przypadkowy. Była tu Księgarnia i Skład Nut Teodora Gieszczykiewicza. Pewnego dnia wszedł do naszego antykwariatu starszy mężczyzna. Rozglądał się po pomieszczeniu, książki go raczej nie interesowały. W końcu zapytał: „Czy mogę zobaczyć zaplecze?”. Zaprosiłam go, spojrzał, uśmiechnął się. „Proszę pani, jako dziecko przychodziłem tu z ojcem. Tu stał fortepian. Kupując nuty, można było wejść i zagrać… Cały wystrój księgarni jest sprzed I wojny. To miejsce jest zabytkiem…”.

Piotr Hapanowicz – Księgarz i prezydent Krakowa Józef Friedlein (1831–1917)

Piotr Hapanowicz

Muzeum Krakowa

Piotr Hapanowicz – Księgarz i prezydent Krakowa Józef Friedlein (1831–1917)

Portret Józefa Friedleina pędzla Stanisława Żarneckiego, Urząd Miasta Krakowa, nr inw. OU/20/258/08

Portret Józefa Friedleina pędzla Stanisława Żarneckiego, Urząd Miasta Krakowa, nr inw. OU/20/258/08

Friedleinowie to krakowska rodzina księgarzy, wydawców i rzemieślników, głównie introligatorów pochodzenia niemieckiego1Więcej: Ł. Romaniuk, Działalność wydawnicza, księgarska i introligatorska rodu Fried­leinów w Krakowie oraz w Warszawie w latach 1796–1956, Kraków 2014.. Jej przedstawiciele szybko się spolonizowali, przez wiele lat tworzyli elitę księgarską Krakowa, byli bardzo zasłużeni dla polskiej kultury. Dziadek Józefa, głównego bohatera tej opowieści, Jan Jerzy Fryderyk (1771–1834), był synem pastora ewangelickiego z Deutenheim z Frankonii. Do Krakowa przybył w 1796 roku, w pierwszym roku panowania austriackiego, z falą Niemców, w celu szybkiego zgermanizowania niedawno zajętych terenów. Po krótkiej praktyce introligatorskiej Fryderyk otworzył własny warsztat oraz księgarnię przy Rynku Głównym 30. Gdy w 1809 roku Kraków włączono do Księstwa Warszawskiego, Friedlein pozostał w mieście, nabył księgarnię od Józefa Trasslera i zajął się działalnością wydawniczą. Ponadto w 1810 roku uruchomił czytelnię i wypożyczalnię książek przy Rynku Głównym. Tradycje zawodowe związane z księgarstwem kontynuowali jego synowie: Daniel Edward (1802–1855) oraz Rudolf Fryderyk (1811–1873), który z czasem przeniósł się do Warszawy. Ten ostatni jako księgarz wychował kilku wybitnych fachowców, między innymi Gustawa Adolfa Gebethnera i ­Augusta Roberta Wolffa. Jednak to krakowski dom książki Friedleinów zapisał się w dziejach polskiego księgarstwa. Daniel Edward znacznie powiększył księgozbiór pozostawiony mu przez ojca; zakupił w 1830 roku książki z likwidowanej księgarni Jacka Bartłomieja Drelinkiewicza, w 1832 roku księgarnię i drukarnię Jana Maja; w 1848 roku rozwinął firmę w sprawnie funkcjonujące przedsiębiorstwo sprzedające druki między innymi Uniwersytetu Jagiellońskiego i Krakowskiego Towarzystwa Naukowego. Jego księgarnia z wypożyczalnią książek, z siedzibą w kamienicy Hetmańskiej przy Rynku Głównym 11 (obecnie 17), stała się miejscem spotkań uczonych i pisarzy. Drukarnia z introligatornią oraz składy firmy, prywatne zbiory muzealne i biblioteka mieściły się przy ulicy Dominikańskiej. W latach 1828–1851 Daniel Edward wydał własnym nakładem około 50 tytułów, między innymi prace naukowe, dzieła religijne i literackie, podręczniki, słowniki, albumy i atlasy. Ponadto zgromadził cenne dzieła sztuki, numizmaty, mapy i inne wartościowe obiekty.

W krótkim czasie przedstawiciele rodziny Friedleinów stali się polskimi patriotami, pozostali jednak przy swym nazwisku o niemieckim brzmieniu i takiejż pisowni oraz zachowali wierność wierze przodków; byli ewangelikami. Jako jedni z pierwszych sprowadzali do Krakowa polskie druki emigracyjne, z pominięciem cenzury, i kolportowali je do księgarń w Kongresówce, Prusach i Galicji. Józef Friedlein2K. Rolle, Józef Friedlein, w: Polski Słownik Biograficzny, t. 7, Kraków 1948–1958, s. 141–142; J.M. Małecki, Józef Friedlein (1831–1917), w: Ludzie, którzy umiłowali Kraków. Założyciele Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa, red. W. Bieńkowski, Kraków 1997, s. 77–85; Ł. Romaniuk, dz. cyt., s. 94–99; Korespondencja osobista Józefa Friedleina z lat 1881–1904, Biblioteka Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu. był synem Daniela Edwarda i Fryderyki z domu Cochet (Coche), z pochodzenia Francuzki. Urodził się 4 lutego 1831 roku w domu Pod Świętą Trójcą przy ulicy Stolarskiej (dziś nr 13). Został ochrzczony (13 lutego) w kościele św. Marcina parafii ewangelicko-augsburskiej, znajdującym się przy ulicy Grodzkiej. Na chrzcie nadano mu dwa imiona: Edward Józef, później jednak używał tylko drugiego. Uczęszczał do Gimnazjum św. Anny w Krakowie. Jako młody człowiek miał wiele zainteresowań, które pielęgnował również w dorosłym życiu. Uwielbiał książki, interesował się historią, zbierał numizmaty, chętnie też śpiewał, był dobrym tenorem ze szkoły wybitnego ­muzyka krakowskiego Franciszka Mireckiego (1791–1862)3K. Rolle, dz. cyt., s. 141.. Jako młody człowiek o szerokich horyzontach po ukończeniu szkoły średniej w 1848 roku zapisał się na Uniwersytet Jagielloński, ukończył kursy filozoficzne, a w 1850 roku wstąpił na nowo zorganizowany wydział filozoficzny, interesując się naukami przyrodniczymi, a zwłaszcza geologią. Wykazywał zamiłowania naukowe; wraz z Karolem Estrei­cherem seniorem (1827–1908) zaangażował się w opracowywanie zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej, porządkując dział numizmatyki. Według relacji Hieronima Ciechanowskiego (1828–1882) młody Friedlein był człowiekiem towarzyskim, chętnym do podróżowania i poznawania świata4H. Ciechanowski, Dziennik z lat 1851–1856, oprac. I. Homola-Skąpska, Kraków 2002, s. 242–243..

Józef Friedlein (1831–1917), fot. Walery Rzewuski, ok. 1865 r., nr inw. MHK-Fs21332/IX/1

Józef Friedlein (1831–1917), fot. Walery Rzewuski, ok. 1865 r., nr inw. MHK-Fs21332/IX/1

Elitarna wówczas profesja księgarza w przypadku młodego Friedleina nie do końca wynikała z wolnego wyboru, ale w dużej mierze była rezultatem tragicznych okoliczności. A mianowicie poczuwał się on do obowiązku przyjścia z pomocą ojcu załamanemu stratami spowodowanymi wielkim pożarem, który wydarzył się w Krakowie w lipcu 1850 roku. Ogień zniszczył wówczas drukarnię, introligatornię oraz cenne zbiory prywatne Daniela Edwarda przy ulicy Dominikańskiej. Z księgarni i czytelni w Rynku Głównym ocalało tylko tyle, ile dało się wynieść. Józef przerwał wówczas z żalem studia geologiczne, pomagał w reaktywowaniu księgarni i czytelni; prowadził między innymi rachunkowość firmy. Rodzinnej drukarni ponownie nie uruchomiono. Kilka lat później, w 1855 roku, podczas epidemii cholery zmarł jego ojciec Daniel Edward. W ten sposób los Friedleina jako księgarza został przesądzony. W wieku 24 lat został właścicielem księgarni. Kontynuował zapoczątkowane przez ojca rodzaje działalności, zachował ponadto nazwę przedsiębiorstwa „D.E. Friedlein”. Ostatecznie jednak nadał nowy kierunek rodzinnej firmie. Reskryptem Prezydium Rządu Krajowego z 13 września 1855 roku otrzymał koncesję na prowadzenie handlu książkami, dziełami muzycznymi i sztuki oraz drukarni. Rezolucja władz policyjnych z 14 stycznia 1856 roku pozwoliła mu na „utrzymywanie wypożyczalni dzieł muzycznych i książek”. Friedlein ożenił się z Marianną Majer (1836–1909), córką prezesa Sądu Wyższego ­Wojciecha Majera (1806–1861)5M. Kaczyński, Żywot Wojciecha Majera ze szczególnym rozbiorem jego prac drukowanych, „Rocznik Towarzystwa Naukowego Krakowskiego” 1864, s. 421–462.. W kontrakcie małżeńskim zawartym 29 sierpnia 1857 roku znajdujemy informacje dotyczące wielkości kapitału firmy. Umowa wymieniała sumę 10 000 złotych reńskich, w tym 2000 posagu oraz 8000 funduszu firmy6M. Kocójowa, Krakowski świat książki doby autonomii galicyjskiej, Kraków 1990, s. 110.. Małżeństwo Józefa sprzyjało umocnieniu jego patriotycznej postawy i pogłębieniu zainteresowań związanych z książką i miłośnictwem zabytków Krakowa. Siostrą małżonki Friedleina była żona sędziego Maksymiliana Grabowskiego, syna znanego miłośnika Krakowa, bibliofila i księgarza Ambrożego (1782–1868). Powinowactwo zacieśniło związki między rodzinami. Sięgały one jeszcze czasów Wolnego Miasta Krakowa.

Pomimo uszczuplenia zbiorów księgarni w wyniku pożaru Krakowa w 1850 roku pod kierownictwem Józefa powróciła ona do dawnej świetności, zdobyła szeroki krąg odbiorców. Doskonale zaznajomiony z techniką księgarską nowy właściciel sprawnie kierował firmą. Księgarnia mieściła się ponownie na parterze w kamienicy Hetmańskiej przy Rynku Głównym, w jednym z najokazalszych obiektów przyrynkowych. Friedlein odnowił lokal, ale przede wszystkim znacznie rozszerzył zakres działania. Wprowadził dział rycin, map i numizmatów oraz dział antykwaryczny.

U progu doby autonomicznej mający niespełna trzydzieści lat Friedlein był człowiekiem emanującym energią, pomysłami i chęcią uczestniczenia w zachodzących przemianach miasta7Tamże, s. 109.. Po odrodzeniu samorządu miejskiego od 1866 roku był radnym miasta Krakowa. Nowe obowiązki powodowały szersze spojrzenie na społeczną rolę firmy, która w tym czasie dynamicznie się rozwinęła. Miał świadomość, że księgarstwo odgrywa ważną rolę w kształtowaniu kultury i rozwoju literatury narodowej. Jego zasługą było wprowadzenie w obieg ogólnopolski i zagraniczny polskiej książki patriotycznej, zwłaszcza wydawanej w Krakowie. Podpisał między innymi stałą umowę z Księgarnią Luksemburską Władysława Mickiewicza w Paryżu. Księgarnia Friedleina była uważana w Krakowie „za punkt zborny przesyłek krajowych i zagranicznych”. Właściciel firmy znacząco rozwinął kontakty firmy na wszystkie zabory. Najaktywniejsza była współpraca z Królestwem, zwłaszcza z Warszawą, czyli najaktywniejszym ośrodkiem książki polskiej. W zaborze pruskim współpracował z Janem Konstantym Żupańskim (1806–1883), głównym organizatorem tamtejszego rozwoju polskiej książki, oraz Ludwikiem Merzbachem (1820–1890).

Ostatecznie w latach 1870–1882 ustaliła się specjalizacja firmy Friedleina, objęła ona dwa kierunki oferty: naukowy i bibliofilski. Asortyment książek naukowych zapewniały stałe porozumienia z liczącymi się w świecie naukowym instytucjami polskimi i zagranicznymi, ponadto Friedlein prowadził prenumeratę naukowych czasopism europejskich. Ten kierunek działalności księgarni był zgodny z tradycjami firmy, jego zaletą było rozszerzanie kontaktów przyspieszające wymianę polskiej myśli naukowej ze światem oraz promowanie polskich osiągnięć w tej dziedzinie. Pośrednictwo księgarni Friedleina cenili wydawcy i księgarze z głównych ośrodków handlu książką w Europie, między innymi z Berlina, Drezna, Getyngi czy Paryża8Tamże, s. 110–111.. Friedlein dbał o to, by posiadać w swej księgarni wszelkie ważniejsze nowości krajowe i zagraniczne, specjalnie zabiegał o prace z zakresu nauk lekarsko-przyrodniczych. Dzięki kontaktom z firmami zagranicznymi Friedlein zaopatrywał biblioteki naukowe Krakowa w bieżące publikacje obce. Ważnym obszarem aktywności firmy Friedleina była działalność komisowa wydawnictw. Podobnie jak ojciec prowadził handel wydawnictwami Towarzystwa Naukowego Krakowskiego. Ponadto sprzedawał publikacje właścicieli miejscowych zakładów drukarskich, w tym drukarni uniwersytetu, która od 1865 roku urządziła tu skład główny, z 35-procentowym rabatem. W latach 1859–1870 firma Friedleina sprzedała 1230 egzemplarzy tych wydawnictw, zamawiając po 3, 5, 10 i 20 egzemplarzy danego tytułu9Tamże, s. 111.. Od 1878 roku Friedlein prowadził wyłączną sprzedaż wydawnictw nowo powstałej Akademii Umiejętności w Krakowie. Jego firma miała także skład główny wydawnictw Zakładu Narodowego im. Ossolińskich ze Lwowa i z tamtejszych księgarni. Ponadto na prawach składu głównego ­Friedlein prowadził sprzedaż podręczników zaleconych przez Radę Szkolną Krajową. Był także dostawcą książek dla Biblioteki Szkoły Handlowej w Warszawie. Do swojego komisu przyjmował różnorodne książki, a jego działania w tej dziedzinie budziły uznanie. Miał wyjątkową umiejętność znajdowania dzieł rzadkich, publikacji już wyczerpanych10Encyklopedia wiedzy o książce, red. A. Birkenmajer i in., Wrocław–Warszawa–Kraków 1971, szpalta 761.. Jego księgarnia oferowała także bogaty wybór nut i map11W. Krygowski, W moim Krakowie nad wczorajszą Wisłą, Kraków 1980, s. 122–123..

Ponadto u Friedleina sprzedawano tanie książki z dwóch wydawnictw seryjnych: „Biblioteki Powszechnej” Wilhelma Zuckerkandla oraz „Książki dla Wszystkich” Michała Arcta12Więcej: S. Garlicki, Sklepy Krakowa na początku XX wieku, „Biblioteka Krakowska” 2008, nr 149, s. 258.. Książki te dzieliły się na różne działy tematyczne: literaturę piękną, historię, filozofię oraz tak zwane varia – przepisy kulinarne, podręczniki do gry w szachy, tenisa itd. „Biblioteka Powszechna” licząca około 2000 tysięcy pozycji obejmowała arcydzieła literatury polskiego oświecenia, romantyzmu oraz literaturę zagraniczną: Szekspira, Dantego, Byrona, Goethego, Schillera, Ibsena, literaturę skandynawską, czeską, węgierską, rosyjską i wiele innych. Wydawnictwo W. Zuckerkandla ze Złoczowa zaopatrywało także inne księgarnie w dobrze wydaną literaturę. „Książki dla Wszystkich” obejmowały głównie zakres przyrody, techniki, podróży, historii, filozofii13A. Słapa, Chłopięca pasja książek, w: Kopiec wspomnień, red. J. Gintel, wyd. 2, Kraków 1964, s. 198–200.. W przeddzień rozpoczęcia nowego roku szkolnego Friedlein reklamował książki szkolne, atlasy, mapy historyczne, globusy, słowniki, tłumaczenia klasyków greckich i rzymskich14„Nowiny” 1903, nr 85, reklama na końcu..

Jak zauważa Maria Kocójowa, drugi kierunek asortymentu firmy Friedleina, bibliofilski, z czasem zdominował całość działalności. Wyrósł on z potrzeb narodowych i zamiłowań kolekcjonerskich Friedleina i jego pracowników ­Władysława Bartynowskiego (1832–1918) i Walerego Chaberskiego15M. Kocójowa, dz. cyt., s. 172.. Chodziło tu o zachowanie dla przyszłych pokoleń obiektów o znaczeniu narodowym, między innymi książek, grafik, numizmatów. Wspólnym celem Friedleina i Bartynowskiego, znanego kolekcjonera, archeologa, numizmatyka, który prowadził w księgarni dział starodruków, było:

… rozbudzić w kraju amatorstwo i zamiłowanie do zbierania i ochronienia od zatraty tych pamiątek dawnej naszej przeszłości. (…)16Cyt. za: tamże.

Bartynowski, który był przyjacielem Friedleinów, wziął na siebie praktyczną realizację przedsięwzięcia17M. Kocójowa, Znaczenie kulturalno-społeczne XIX-wiecznych faksymiliów starych druków W. Bartynowskiego, „Roczniki Biblioteczne” 1985, R. XXIX, s. 393–416.. O przemyślanym wyborze celów patriotycznych mówi wstęp do serii katalogów publikowanych przez firmę D.E. Friedlein w latach 1873–1879 (nr 1–14) pod zamiennym tytułem: Katalog książek i rękopisów polskich tudzież w obcych językach do rzeczy polskich odnoszących się. Wydawnictwa te stanowiły urzeczywistnienie idei publikacji drukiem przekrojowej bibliografii narodowej polskiej, wyprzedzając częściowo druk materiałów zbieranych przez Karola Estreichera seniora w ramach słynnej serii „Bibliografii polskiej”. W katalogu nr 1 czytamy uzasadnienie powołania wspomnianego asortymentu w księgarni Friedleina:

Wzmagające się zamiłowanie do badań historycznych i chęć wielostronnego poznania przeszłości stosunków krajowych zwiększyły potrzebę nabywania i posiadania zabytków piśmiennictwa i sztuki ojczystej. Podnosiły też dzienniki trudności, na jakie natrafiają przy nabywaniu z jednej strony miłośnicy poszukujący takich zabytków, a jakże często z drugiej strony drogocenne dla badaczy pomniki, pozbywane za bezcen przez ich posiadaczy w ręce nieznawców, ulegając zniszczeniu, lub w obce dostają się ręce; a wykazując ten brak handlu antykwarskiego systematycznie prowadzącego, tak jest on rozwinięty już od dawna w Niemczech, Francji i Anglii, dowodziły potrzeby onegoż u nas i do niego rozwinięcia zachęcały. Pragnąc zadość uczynić tej potrzebie i usłużyć miłośnikom, badaczom i zakładom publicznym, postanowiliśmy ten dział księgarni naszej, który dotychczas mało co uprawialiśmy, rozwinąć, utrzymując obok zakładu sortymentowego skład dawnych książek rękopisów, rycin, map, monet i medali polskich, tudzież obcych do rzeczy polskich odnoszących się18Katalog książek i rękopisów polskich tudzież w obcych językach do rzeczy polskich odnoszących się, które nabyć można w składzie antykwarskim księgarni D.E. Friedleina w Krakowie, Rynek 11 [Nr] 1..

Bezpośrednim impulsem działań bibliofilskich Friedleina były okazje związane z wyprzedażami znaczących księgozbiorów prywatnych w Krakowie: w 1870 roku kupca i bankiera Wincentego Kirchmayera (1820–1893) i w 1871 roku po Marcinie Strzelbickim (1802–1871), krakowskim notariuszu. W ten sposób w obrocie handlowym w Krakowie pojawiły się większe liczby starodruków, co przyciągnęło uwagę fachowców z wszystkich zaborów. Jedną z największych zasług księgarni Friedleina i bezsprzeczną nowością było podkreślenie znaczenia antykwarycznego handlu dawną polską książką i jej rejestracji bibliograficznej oraz propagowanie wśród społeczeństwa polskiego konieczności prowadzenia prac konserwatorskich nad ojczystymi zabytkami książkowymi. Friedlein szczególne znaczenie przykładał do poloników. Wielką pomoc okazał mu w tej materii Bartynowski, który zaczął poważnie myśleć o konserwacji dawnych ksiąg w Krakowie. Ponadto zajął się sztuką sporządzania faksymiliów druków z XVI i XVII wieku. W swoich działaniach nakłaniał bibliofilów do uzupełniania braków w oryginalnych księgach kartami faksymilowymi. Wskazał też przydatność powielanych materiałów do celów naukowych, zwłaszcza bibliograficznych, próbował wykorzystać nowe techniki w celach edytorskich, w 1877 roku nakładem księgarni Friedleina wydał Zabytki sztuki drukarskiej w Polsce w XVI i XVII w. Fotodruki dzieł rzadkich (w 25 egzemplarzach), w 1882 roku przystąpił do wydawania faksymiliów tomików białych kruków. Jego marzeniem było powielenie serii podobizn najdawniejszych pomników języka polskiego w celach popularyzatorskich. Wydawanie tych książek przerwało podjęcie przez Akademię Umiejętności w 1889 roku serii „Biblioteka Pisarzów Polskich”. Zasługi Walerego Chaberskiego, drugiego pracownika Friedleina, było znacznie mniejsze niż Bartynowskiego. Chaberski okazał się świetnym bibliografem, jego umiejętności wykorzystał w opracowaniu katalogów Bartynowski i dostrzegał sam Karol Estreicher senior.

Istotnym obszarem aktywności Friedleina była działalność wydawnicza. Publikował w swej firmie, w starannej szacie graficznej prace naukowe krakowskich badaczy, między innymi Ambrożego Grabowskiego, Józefa Majera, Fryderyka Skobla, Józefa Szujskiego, Juliana Dunajewskiego, a także dzieła literackie, albumy, mapy i nuty, między innymi krakowskiego kompozytora Wincentego Studzińskiego (1815–1854). W latach 1867–1869 działalność wydawnicza firmy nie była pokaźna, ograniczała się do zaledwie kilku tytułów rocznie. Friedlein przejął od ojca także zamiłowanie do sztuki typograficznej, nie prowadził jednak drukarni, ale przez wiele lat patronował wybitnym krakowskim działaniom w tej dziedzinie. W okresie późniejszym, kiedy sprawa sztuki typograficznej stała się przedmiotem zainteresowania drukarzy i artystów, firma Friedleina wydawała na przykład utwory Lucjana Rydla (1870–1918) zdobione przez artystów tej miary co Stanisław Wyspiański (1869–1907) i Antoni Procajłowicz (1876–1949)19J. Sowiński, Polskie drukarstwo. Historia drukowania typograficznego i sztuki typograficznej w Polsce w latach 1473–1939, Wrocław 1996, s. 121.. W działalności wydawniczej Friedleina pierwszeństwo zyskiwały dzieła o profilu naukowym i narodowym, wspierał też prace poświęcone zabytkom Krakowa. Te wyższe cele usunęły na drugi plan prowadzenie dochodowej czytelni i wypożyczalni książek, którą zlikwidowano około 1870 roku; kontynuowano tylko wypożyczanie nut.

Obok prężnie rozwijającej się księgarni Friedlein prowadził też wspomnianą czytelnię książek polskich, mającą w ofercie około 2000 tytułów. Posiadała ona stałe grono odbiorców, co godne podkreślenia, bowiem abonament księgarni Friedleinów był w krakowskich rodzinach przekazywany w spadku kolejnym pokoleniom.

Wystawa księgarni Friedleina w kamienicy Hetmańskiej prezentowała się podobnie do innych współczesnych lokali tego typu. Książki prezentowano za szybami witryn na półkach, tak aby ukazywały okładkę. Podobnie jak ­w ­przypadku innych towarów starano się pomieścić na wystawie jak najwięcej egzemplarzy (fot. na stronie obok).

Księgarnia Friedleina cieszyła się zasłużoną renomą i niełatwo było uzyskać w niej pracę. Od kandydata wymagano ukończenia minimum sześciu klas oraz sprawdzenia przydatności zawodowej w kilkuletniej praktyce. Świadectwo pracy w tej firmie było bardzo wysoko cenione w Krakowie, księgarnia ta była prawdziwą szkołą przygotowania do zawodu20M. Kocójowa, Krakowski świat książki …, dz. cyt., s. 111.. W księgarni u Friedleina terminował między innymi Jan Kutrzeba z Myślenic, który z czasem sam założył pracownię introligatorską21S. Grodziski, Rzeczpospolita Krakowska, jej lata i ludzie, Kraków 2012, s. 111.. Jego syn Stanisław Kutrzeba był wybitnym krakowskim uczonym.

Księgarnia D.E. Friedleina przy Rynku Głównym 17 w Krakowie, NAC, sygn. 3/1/0/8/5700

Księgarnia D.E. Friedleina przy Rynku Głównym 17 w Krakowie, NAC, sygn. 3/1/0/8/5700

W pomieszczeniach księgarni odbywały się spotkania krakowskiej inteligencji, było to miejsce popularne przede wszystkim za czasów Daniela Edwarda, ale także w okresie kierowania firmą przez Józefa pojawiali się w niej dawni bywalcy, między innymi Ambroży Grabowski, znani poeci Wincenty Pol (1807–1872) czy Lucjan Siemieński (1807–1877). Bywali także przedstawiciele krakowskiej nauki na czele z profesorem Józefem Majerem (1808–1899), prezesem Towarzystwa Naukowego Krakowskiego, później Akademii Umiejętności, prywatnie stryjem żony Józefa Friedleina. Księgarnię odwiedzał także pierwszy prezydent Krakowa doby autonomicznej Józef Dietl, który mieszkał na pierwszym piętrze w tej samej kamienicy22M. Kocójowa, Krakowski świat książki…, dz. cyt., s. 111–112.. W oczach ­dziecka, jakim był wówczas Aleksander Słapa (1895–1964), ówczesne księgarnie krakowskie, w tym Friedleina, jawiły się jako „przybytki odwiedzane przez wyższe sfery, lokale tchnące powagą i majestatem, których progu nie odważył się przestąpić uczniak, chyba w towarzystwie ojca lub matki w sezonie zakupu książek szkolnych”23A. Słapa, dz. cyt., s. 183.. Władysław Krygowski (1906–1998) tak wspominał odbywane w dzieciństwie wizyty w księgarni Friedleina: „Mnie pozostał w pamięci obraz ­długich stołów zasłanych książkami, ­mapami, rycinami i nutami, jeszcze coś skojarzonego z tym widokiem – zapach papieru i kurzu”24W. Krygowski, dz. cyt., s. 123..

Friedlein rozwinął także działalność edytorską, kontynuując wydawanie katalogów asortymentowo-nakładowych25E. Chełstowski, Katalogi księgarskie Friedleinów, „Księgarz” 1960, nr 1/2, s. 20.. Jedną z pierwszych pozycji opublikowanych przez Józefa był Katalog dzieł nakładowych i kommissowych Księgarni D.E. Friedleina w Krakowie. Od r. 1828 do końca 1861 wydany w Krakowie w 1862 r. Przez kolejnych 11 lat Friedlein nie wydawał katalogów. Jego księgarnia była wówczas najbardziej renomowaną firmą branży księgarskiej w Krakowie, nastawioną na działanie propagujące idee narodowe. Jej pozycja była ustalona i tak znana, że firma nie zajmowała się wydawaniem katalogów nowości. Mieszkańcy Krakowa dobrze wiedzieli, że wszystko, co miało wartość na rynku wydawniczym i się liczyło, wcześniej czy później znajdowało się na jej ladzie26M. Kocójowa, Krakowski świat książki…, dz. cyt., s. 112.. Przerwę w publikowaniu katalogów po powstaniu styczniowym można też wiązać z chęcią niezwracania uwagi władz austriackich na patriotyczny profil księgarni. Dopiero w 1873 roku Friedlein powrócił do wydawania katalogów. Wydał wówczas wspomniany spis: Katalog książek i rękopisów polskich tudzież w obcych językach do rzeczy polskich odnoszących się, które nabyć można w składzie antykwarskim księgarni D.E. Friedleina w Krakowie, Rynek 11 [Nr] 1. To jeden z najobszerniejszych katalogów Friedleinów nie tylko pod względem objętości (194 strony), lecz także liczby zawartych w nim opisów: 2996 druków i 16 rękopisów. We wstępie Friedlein zaznaczył, że pozycje w katalogu są dokładnie opisane, a sam katalog zawiera spisy cennych dzieł, rycin, map i monet, które były gromadzone przez długie lata przez właścicieli księgarni (rodzinę Friedleinów), a także przez innych zbieraczy (bibliofilów, numizmatyków, kolekcjonerów), a które znalazły się u niego w sprzedaży. Katalog został opracowany we współpracy z wieloma specjalistami, wśród których byli między innymi ówczesny dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej Karol Estreicher senior, hr. Piotr Moszyński (1800–1879), dr Franciszek Piekosiński (1844–1906) czy też Karol Beyer (1818–1877). W tym samym roku ukazał się jeszcze Katalog rycin, litografii, map i rysunków ręcznych polskich tudzież obcych do rzeczy polskich odnoszących się, które można nabyć w składzie antykwarskim księgarni D.E. Friedleina w Krakowie, Rynek 11 [nr] 2. Kolejnym katalogiem Józefa Fried­leina, stanowiącym uzupełnienie do spisu (katalogu) nr 1, jest Katalog monet i medali polskich tudzież dzieł do numizmatyki polskiej odnoszących się, które nabyć można w składzie antykwarskim księgarni D.E. Friedleina w Krakowie, Rynek 11 [Nr] 3 (Kraków 1873). Następne katalogi z tego cyklu, od numeru 4 do 8, ukazały się w 1874 roku, numery 9 i 10 wydane zostały w 1875 roku. Natomiast kolejne katalogi, noszące numery 11 i 12, opublikowano w 1876 roku, numer 13 pochodzi z 1877 roku, a numer 14 – ostatni z tego cyklu – wydany został w roku 1879. Ostatni 14 numer katalogu obejmuje 6539 pozycji książkowych. Wymienione katalogi posiadają dużą wartość bibliograficzną, były przygotowane bardzo starannie, o czym świadczy szczegółowy opis bibliograficzny zawarty w tych spisach. W opisie książek podano nazwisko autora, dokładny tytuł oraz podtytuł dzieła, szczegółową paginację z wyszczególnieniem rycin, plansz, a także planów, rodzaj oprawy oraz stan zachowania dzieła i jego cenę. Według ustaleń Łukasza Romaniuka oddzielnie ponumerowano pozostałe opisy, odnoszące się do rękopisów i autografów – 194 pozycje, monet i medali – 2675 pozycji, rycin – 648 pozycji, manuskryptów – 874 pozycje oraz map – 31 pozycji27 Ł. Romaniuk, dz. cyt., s. 114–116..

Księgarnia Friedleina miała kilkutysięczny asortyment, pokaźne obroty, ros­nące zamówienia i liczną klientelę. To wszystko było przyczyną zatrudnienia przez firmę specjalnego buchaltera, co było rzadkością w praktyce księgarń krakowskich tego okresu. Do rozwoju księgarni Friedleina przyczynił się buchalter Wilhelm Stephan (1812–1893), który od 1846 roku przez 47 lat sprawował w niej kierownictwo28„Czas” 1893, nr 166 (23 VII), s. 3; Józefa Czecha Kalendarz Krakowski na rok 1894, Kraków 1894, s. 148; S. Dippel, O księgarzach, którzy przeminęli, Wrocław 1976, s. 27.. Po jego śmierci w 1894 roku firmą kierował Wincenty Kukliński, który pracował między innymi w drukarni J.I. Kraszewskiego w Dreźnie29M. Kocójowa, Krakowski świat książki…, dz. cyt., s. 111; Ł. Romaniuk, dz. cyt., s. 96.. Było to o tyle istotne, że Friedlein coraz mocniej był zaabsorbowany sprawami publicznymi miasta, najpierw jako radny, od 1884 roku wiceprezydent, a od 1893 roku jako prezydent Krakowa. Działalność publiczna na rzecz Krakowa w znacznej mierze pochłonęła Friedleina niewątpliwie z uszczerbkiem dla jego interesów zawodowych. W prowadzeniu firmy wyręczali go współpracownicy, a potem wnukowie. Friedlein pozostał jednak do końca życia księgarzem, pełnił przez długi czas funkcję przewodniczącego Stowarzyszenia Księgarzy Krakowskich, a w 1896 roku obchodził uroczyste stulecie firmy.

Księgarnia D.E. Friedleina miała za czasów Józefa Friedleina szczególne znaczenie w życiu Krakowa. Była nie tylko prężnie i dobrze funkcjonującym, prosperującym przedsiębiorstwem, ale również placówką, która propagowała wśród swoich stałych bywalców kulturę polską i budowała świadomość narodową.

Prezydent

Ważną sferą aktywności Friedleina była działalność publiczna. Przez blisko 50 lat, w latach 1866–1878, 1881–1917, sprawował mandat radnego Krakowa. Po raz pierwszy uzyskał go w sierpniu 1866 roku podczas pierwszych wyborów samorządowych do rady miejskiej, był wówczas kandydatem aż trzech kurii: inteligencji, posiadłości i handlu. Pochodzący z rodziny mieszczańskiej, prowadzącej w Krakowie od dwóch pokoleń własne przedsiębiorstwo, Fried­lein dał się poznać w swej pracy dla miasta przede wszystkim jako rzetelny gospodarz; szczególnie mocno angażował się w pracę sekcji ekonomicznej rady jako jej członek, a potem długoletni przewodniczący. Zakres prerogatyw tego organu był bardzo szeroki, obejmował między innymi majątek gminy, urządzenia komunalne, utrzymanie dróg i ulic miasta, budowę mostów, urządzenie parków, budownictwo miejskie. Szczególnie mocno Friedlein zajmował się kwestią ochrony przeciwpożarowej miasta, pamiętając konsekwencje wielkiego pożaru z 1850 roku. Na początku swej kariery samorządowej miał możliwość obserwowania działań prezydenta Józefa Dietla, który dążył do uporządkowania i unowocześnienia Krakowa, zmierzając do przekształcenia go z prowincjonalnej, zaniedbanej mieściny w miasto nowoczesne, zdrowe i piękne. Friedlein włączył się czynnie w realizację programu działań wytyczonych przez Dietla. Od 1884 roku pełnił przez trzy kadencje (do 1893) funkcję pierwszego wiceprezydenta Krakowa30„Dziennik Rozporządzeń dla Stoł. Król. Miasta Krakowa” 1884, pos. z 22 XII 1884; s. 163–164; 1887, pos. z 20 X 1887 r., s. 157; 1890, pos. z 30 XII 1890 r., s. 119., u boku prezydenta Feliksa Szlachtowskiego (1820–1896) kierując gospodarką miejską. Jak podkreślał Jan M. Małecki, Friedlein zajmował się wszystkimi najważniejszymi wówczas przedsięwzięciami komunalnymi: założeniem wodociągu, unowocześnieniem kanalizacji i systemu oczyszczania miasta, pracował przy organizacji straży pożarnej, wpierał budowę Teatru Miejskiego31J.M. Małecki, Józef Friedlein (1831–1917)…, dz. cyt., s. 80.. Co ciekawe, 25 kwietnia 1889 roku, już jako wiceprezydent, w Radzie Miasta Krakowa wezwał krakowski magistrat, aby „poczynił ogólne kroki przedwstępne, co do uregulowania stosunków pomiędzy gminą M. Krakowa a przyległymi gminami (…), aby się nad tym zastanowił, czy gmin tych nie należałoby do Krakowa przyłączyć”32„Dziennik Rozporządzeń” 1889, pos. z 25 IV 1889, s. 61.. Postulaty te zrealizował ostatecznie Juliusz Leo w ramach swojego programu „Wielkiego Krakowa”.

Friedlein dał się poznać jako człowiek bardzo uczciwy, rzetelny i kompetentny. Był więc szanowany i cieszył się popularnością, zwłaszcza w kołach mieszczańskich. Mimo że uczestniczył czynnie w życiu publicznym Krakowa, stronił od polityki i życia partyjnego we współczesnym tego słowa znaczenia, swoją działalność publiczną uważał za obowiązek społeczny. Był przede wszystkim samorządowcem. Starał się być apolityczny, nie uczestniczył w ówczesnych sporach między konserwatystami skupionymi wokół „Czasu” a demokratami spod znaku „Nowej Reformy”. Choć sam nigdy nie ujawniał swoich przekonań politycznych, uchodził za „umiarkowanego demokratę”33J.M. Małecki, Józef Friedlein (1831–1917)…, dz. cyt., s. 80.. Radny Krakowa Jan Kanty Federowicz (1858–1924) wspominał o nim jako o „jednym z filarów demokracji krakowskiej”34„Dziennik Rozporządzeń” 1917, pos. z 21 VI 1917, s. 52..

Pragmatyzm, wrodzona zaradność, a także troska o interesy ekonomiczne miasta stawiały niekiedy Friedleina w trudnej sytuacji, gdy trzeba było wybierać między korzyściami materialnymi a wartościami kulturalnymi. Przed takim dylematem stanął, jako pierwszy wiceprezydent, przy okazji sprawy budowy Teatru Miejskiego na miejscu średniowiecznego zespołu szpitalnego św. Ducha35 Więcej: J. Purchla, Teatr i jego architekt. W stulecie gmachu Teatru Miejskiego w Krakowie, Kraków 1993.. Popierał tę inicjatywę, oprotestowaną mocno przez miłośników zabytków Krakowa. Na ręce Friedleina napływały liczne protesty od przedstawicieli środowiska naukowego i kulturalnego. Pomimo to podczas posiedzenia rady miasta 12 czerwca 1887 roku głosował wraz z 37 innymi radcami za przeznaczeniem pod budowę teatru gruntów po wspomnianym szpitalu. Kilka lat później, 12 czerwca 1892 roku, zgłosił wniosek nagły, postulując zburzenie, z uwagi na zły stan, dawnego kościoła św. Ducha „z zachowaniem wszelkich ozdób starożytnych w nim się znajdujących”36„Dziennik Rozporządzeń” 1892, pos. z 12 V, s. 33–34..

Po złożeniu 10 maja 1893 roku dymisji przez prezydenta miasta Feliksa Szlachtowskiego z osobą Friedleina łączono nadzieję na kontynuowanie programu rozwoju Krakowa i uzdrowienie finansów. Rywalizacja o prezydenturę Krakowa była jednak zawzięta i wyrównana. Kandydatem krakowskich konserwatystów był hr. Antoni Wodzicki (1848–1918). Friedlein cieszył się poparciem mieszczan związanych raczej ze stronnictwem demokratycznym. 24 maja na posiedzeniu tajnym rady miejskiej odbyły się wybory, prezydentem został wybrany Friedlein, uzyskując 32 głosy na 58 głosujących radnych, a jego główny rywal hr. Wodzicki – 19 głosów37Wybór prezydenta miasta Krakowa, „Czas” 1893, nr 118 (26 V), s. 2.. 62-letni Friedlein był na tyle szanowanym człowiekiem i sprawdzonym działaczem samorządowym, że nawet przeciwnicy nie mieli odwagi krytykować w ostrzejszy sposób jego wyboru. W konserwatywnym „Czasie” z 26 maja 1893 roku życzono Friedleinowi, przyznając mu „szczere i gorące przywiązanie do miasta i kraju”, by poparli go wszyscy, nawet ci, którzy za nim nie głosowali. Jednocześnie wskazano trudne zadanie stojące przed nowym włodarzem Krakowa, a mianowicie miała nim być: „naprawa smutnego stanu finansowego i zdrowotnego miasta”. Konserwatyści spod znaku „Czasu” nie kryli jednak pewnego niezadowolenia:

Nie możemy w wyborze tym powitać zwycięstwa naszego kandydata. Nie możemy p. Friedleina uważać za naszego politycznego przeciwnika. Pozorna sprzeczność między tymi dwoma zdaniami tłumaczy się łatwo i jasno: p. Friedlein nie zaznaczył nigdy swego politycznego stanowiska, bo w sprawach politycznych nigdy występować nie miał ochoty czy sposobności.

To dobrze, bo musiał zachować bezstronność, ale prezydent Krakowa nie powinien być wybierany „wyłącznie ze stanowiska gospodarki miejskiej”. Powinien to być człowiek o szerokich horyzontach, a tego „dotychczas stwierdzić u niego nie mogliśmy”. Zrobiono wreszcie aluzję do „różnicy wyznania dzielącej go od reszty ludności chrześcijańskiej”38Tamże, s. 1..

Friedlein objął najwyższy urząd w Krakowie, mając świadomość trudności, które go czekają. Zastał miasto się w bardzo trudnym położeniu finansowym, ale potrafił je wydobyć z tej zapaści39Tamże, s. 1; por. „Nowa Reforma”, 26 V 1893, nr 118, s. 1.. Był ostatnim prezydentem małego Krakowa, miasta, którego powierzchnia liczyła 5,77 km2, a liczba mieszkańców około 70 tys. osób. Pragnął zarządzać miastem w sposób energiczny. Dwa dni po wyborze, 26 maja, zapowiedział urzędnikom magistratu, że będzie wymagał od nich porządnej pracy, punktualnego i szybkiego załatwiania spraw, ścis­łego przestrzegania zarządzeń40Wybór prezydenta…, dz. cyt.. 21 czerwca 1893 roku cesarz Franciszek Józef I zatwierdził wybór Friedleina na prezydenta Krakowa; 18 lipca Friedlein w sali obrad Rady Miasta Krakowa złożył w obecności delegata namiestnictwa Kazimierza Laskowskiego (1850–1922) uroczystą przysięgę i wygłosił przemówienie, w którym przedstawił swój program działania. Nawiązując do programu uporządkowania miasta Józefa Dietla, za najpilniejsze uznał Friedlein „uzdrowotnienie” miasta. Nowy prezydent oświadczył, że czułby się szczęśliwy, gdyby oprócz koniecznego ulepszenia i uproszczenia administracji powiodło mu się doprowadzenie do końca czterech zadań, a mianowicie: uruchomienie kanalizacji i wodociągów, wybudowanie szpitala epidemicznego oraz zabezpieczenie przeciwpożarowe domów (zmiana dachów domów na ogniotrwałe). Ponadto dostrzegał znaczenie oświaty, zapowiadając utworzenie trzech do czterech szkół wydziałowych oraz dwóch średnich, a ponadto budowę gmachu dla Muzeum Techniczno-Przemysłowego. Widział potrzebę wybrukowania ulic w Krakowie, wybudowania na Wiśle mostu żelaznego łączącego Kraków z Podgórzem. Zwracał także uwagę na konieczność odnowienia wielu zabytków Krakowa oraz na jego zadania „moralne”, „aby miasto nasze było zawsze ogniskiem polskiego życia społecznego, naukowego i ekonomicznego, z ­którego by wychodzące promienie ogrzewające najdalsze krańce Ojczyzny naszej, krzepiącej ducha ziomków, chroniły od zastygnięcia poczucia narodowości”. Podczas swego pierwszego przemówienia prezydenckiego Friedlein prosił, by mu szczerze oświadczono, gdyby nie odpowiadał zadaniom, a wtedy bez żalu złoży urząd, bo wyżej sobie ceni dobro miasta rodzinnego niż zaszczyty41„Czas” 1893, nr 161 (18 VII), s. 3..

Bliskim współpracownikiem Friedleina był przedwcześnie zmarły dr praw Karol Pieniążek (1850–1900), pierwszy wiceprezydent miasta. W ciągu sześciu lat pierwszej kadencji Friedlein z powodzeniem realizował nakreślony przez siebie plan, a miasto rozwijało się w sposób stały. Mimo że jego działalność budziła uznanie, w radzie miasta rosła przeciw niemu opozycja. 15 czerwca 1899 roku odbyły się nowe wybory na prezydenta. Rywalem Friedleina ze strony konserwatystów był hr. Andrzej Potocki (1861–1908). Friedlein zwyciężył, ale dopiero w trzecim głosowaniu, i to nieznaczną większością: uzyskał 30 głosów, 27 zaś jego konkurent42„Czas” 1899, nr 135 (16 VI), s. 2; „Dziennik Rozporządzeń”, 1899, pos. z 15 VI, s. 63.. W czasie drugiej kadencji Friedlein kontynuował rozpoczęte prace. Jak stwierdza Jan M. Małecki, na przełomie XIX i XX wieku, właśnie za jego rządów Kraków przekształcił się wyraźnie w miasto nowo­czes­ne: rozwijały się urządzenia komunalne, podniosła znacznie ranga kulturalna, powiększały przedmieścia. Udział prezydenta w tych osiągnięciach był znaczący. Największym sukcesem jego prezydentury było z pewnością uruchomienie wodociągu ze stacją pomp na Bielanach. Była to niezwykle kosztowna inwestycja o ogromnym znaczeniu, która spędzała sen z oczu władz miejskich od ponad 30 lat. Sprawa budziła duże emocje i niekończące się pasmo dyskusji. Dopiero za prezydentury Friedleina doszło do podjęcia w 1898 roku ostatecznej uchwały o budowie wodociągu, a 14 lutego 1901 roku prezydent uroczyście zainaugurował jego działalność. Wśród innych zasług Friedleina należy wymienić doprowadzenie do elektryfikacji i rozbudowy komunikacji tramwajowej. 16 marca 1901 roku otwarto w Krakowie pierwszą linię tramwaju elektrycznego na trasie Dworzec Główny–most Podgórski, a w następnym roku uruchomiono ruch na trzech nowych liniach43T. Polaczek-Kornecki, Zarys monografii komunikacji wewnętrznej miasta Krakowa, Kraków 1930, s. 3.. Pod koniec zaś jego rządów rozpoczęto budowę elektrowni miejskiej. Ponadto Friedlein uczestniczył w pracach nad zmianą statutu miejskiego, który został ostatecznie nadany miastu przez Sejm Krajowy 6 października 1901 roku. Dzięki jego zapisom między innymi zwiększono liczbę radnych miejskich do 72, a wskutek obniżenia cenzusu majątkowego wprowadzono do rady nieco więcej przedstawicieli szerszych warstw ludności Krakowa.

W okresie prezydentury Friedleina zreorganizowano i rozbudowano szkolnictwo miejskie, wiele szkół ludowych podniesiono do rangi szkół wydziałowych, zorganizowano szkołę żeńską z kursami handlowymi i rękodzielniczymi. Ponadto przeprowadzono wiele działań mających na celu odnowę zabytków. Friedlein przeznaczył z budżetu miasta środki między innymi na restaurację katedry wawelskiej, kościoła Bożego Ciała, krużganków dominikańskich, wieży Mariackiej i innych.

Friedlein był wielkim miłośnikiem dziejów i zabytków. Jako prezydent miasta wsparł koncepcję utworzenia stowarzyszenia, którego pierwotna nazwa brzmiała „Stowarzyszenie dla Badania Historii Krakowa”. 21 listopada 1896 roku uczestniczył w jego posiedzeniu organizacyjnym i przewodniczył obradom. Brał także czynny udział 6 stycznia 1897 roku w pierwszym walnym zgromadzeniu Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa, przewodniczył temu zebraniu. Na pierwszym posiedzeniu Wydziału otrzymał propozycję objęcia funkcji prezesa, jednak odmówił. Wszedł natomiast do Wydziału i zasiadał w nim do 1906 roku. Przez lata ofiarnie wspierał działalność stowarzyszenia. Friedlein poparł też inicjatywę powołania do życia w 1899 roku Muzeum Historycznego Miasta Krakowa44Więcej: G. Lichończak-Nurek, Początki Muzeum Historycznego m. Krakowa, „Rocznik Krakowski” 2005, t. 71, s. 125–148..

Friedlein znany był z postawy patriotycznej, choć pozostawał lojalny wobec austriackich władz państwowych. Na początku działalności jako prezydenta podjęta przez niego próba zajęcia neutralnego stanowiska zakończyła się konfliktem z częścią mieszkańców Krakowa. Chodziło o obchody 100-lecia insurekcji kościuszkowskiej w końcu marca 1894 roku. Radykalne grupy społeczności miejskiej zarzucały prezydentowi, że zachowywał dystans do tych uroczystości, ograniczył przewidzianą na nie iluminację miasta i ­zadecydował o natychmiastowej rozbiórce ustawionego pod wieżą ratuszową prowizorycznego pomnika Kościuszki projektu Walerego Eljasza-Radzikowskiego (1841–1905)45Ł.T. Sroka, Prezydenci Krakowa doby autonomicznej. Szkic do portretu zbiorowego, w: 1866. Odbudowa samorządu miejskiego – narodziny nowoczesnego Krakowa, red. K. Meus, Ł.T. Sroka, Kraków 2018, s. 105..

Z drugiej strony to właśnie z inicjatywy prezydenta Friedleina w 1895 roku w hali Sukiennic umieszczono imponujący zespół herbów, pieczęci miejskich oraz godeł cechowych; zostały one wymalowane przez Tadeusza Gadomskiego (1867–1952). Pieczęcie miejskie i godła cechowe zachowały się w identycznej formie do dziś, dużym zmianom uległ natomiast zespół herbów miejskich. W 1948 roku usunięto wszystkie herby miast wschodnich ziem Rzeczypospolitej, w ich miejsce wprowadzono herby miast Ziem Odzyskanych.

W czasach jego prezydentury na krakowskim Rynku stanął pomnik Adama Mickiewicza. Friedlein przewodniczył komitetowi jego budowy i jako prezydent miasta przemawiał 26 czerwca 1898 roku w czasie uroczystości odsłonięcia monumentu. Ponadto miał też zasługi w sfinalizowaniu wykupienia od władz austriackich zamku wawelskiego, co nastąpiło ostatecznie w 1905 roku.

Obok troski o gospodarkę komunalną miał Friedlein – podobnie jak jego poprzednicy Dietl i Zyblikiewicz – duże zrozumienie dla spraw kultury oraz ochrony zabytków Krakowa. Jeszcze jako wiceprezydent sprawował pieczę nad budową wspomnianego Teatru Miejskiego, a na początku swych rządów, 21 października 1893 roku, dokonał uroczystego otwarcia nowego gmachu46M. Krzyżanowski, Wspomnienia księgarza, w: Kopiec wspomnień, dz. cyt., s. 148–149.. Nieprzypadkowo w czasie jego urzędowania teatr zyskał rangę pierwszej sceny polskiej. W znaczący sposób przyczynili się do tego nominowani przez ­Friedleina dyrektorzy Tadeusz Pawlikowski i Józef Kotarbiński. Tutaj po raz pierwszy wystawiono Dziady Adama Mickiewicza i Nie-Boską komedię Zygmunta Krasińskiego, w czasach Friedleina odbyła się premiera wielkich dramatów Wyspiańskiego (Warszawianka, Wesele, Wyzwolenie)47J.M. Małecki, Józef Friedlein (1831–1917)…, dz. cyt., s. 82–83.. 6 czerwca 1900 roku Friedlein witał w imieniu zarządu miasta gości przybywających na uroczysty raut wydany z okazji jubileuszu 500-lecia odnowienia Uniwersytetu Jagiellońskiego. Urządzono go w salach wystawowych Muzeum Narodowego w Sukiennicach48U. Perkowska, Jubileusze Uniwersytetu Jagiellońskiego, „Biblioteka Krakowska” 2000, nr 140, s. 152, 164..

Friedlein znany był z tego, że jako prezydent miasta wykonywał swe obowiązki z wielką sumiennością. Jak pisze Karol Rolle (1871–1954), był człowiekiem niezwykle pracowitym, bardzo przystępnym, znającym doskonale sprawy miejskie. Wyróżniały go skromność, takt, spokój, pilność oraz umiłowanie Krakowa49K. Rolle, dz. cyt., s. 141. Por. „Dziennik Rozporządzeń” 1917, pos. z 21 VI, s. 52.. Wykazywał się dużą otwartością w kontaktach z mieszkańcami Krakowa. Przyjmował wielu petentów i w przeciwieństwie na przykład do prezydenta Józefa Dietla był stosunkowo łatwo dostępny dla każdego z interesantów, choć często zwracano się do niego bezpośrednio w sprawach zupełnie nieistotnych50J.M. Małecki, Józef Friedlein (1831–1917)…, dz. cyt., s. 83.. Chętnie rozmawiał z krakowianami podczas spacerów po mieście. Znał go każdy mieszkaniec Krakowa, witała każda przekupka, gdy przechodził przez zastawiony straganami Mały Rynek51K. Rolle, dz. cyt., s. 142..

Friedlein znany był też z tego, że był przeciwnikiem politycznego zaangażowania władz miejskich. Przykładem tego może być sprawa zwolnienia z pracy w magistracie urzędnika nieetatowego Zygmunta Marka (1872–1931), młodego działacza socjalistycznego. Gdy 6 maja 1894 roku na wieczorku okolicznościowym młodzieży akademickiej wygłosił on – obok Ignacego Daszyńskiego – przemówienie w duchu socjalistycznym, został z polecenia prezydenta zwolniony z pracy bez wypowiedzenia52W. Najdus, Zygmunt Marek. Prawnik i polityk. 1872–1931, Warszawa 1992, s. 11–3..

Na początku XX wieku przed Krakowem pojawiły się nowe wyzwania, miasto nadal zajmowało powierzchnię zaledwie około 6 km2, a jako że miało już blisko 90 tysięcy mieszkańców, należało do najgęściej zaludnionych miast monarchii austro-węgierskiej53J. Purchla, Jak powstał nowoczesny Kraków, Kraków 1990, wyd. 2, s. 120.. 14 czerwca 1901 roku rada miasta pod przewodnictwem Friedleina przyjęła program prac i zadań inwestycyjnych rozpisanych na pięć lat. Dużą zasługę w jego przygotowaniu miał współpracujący z ­Friedleinem i będący od 1901 roku pierwszym wiceprezydentem miasta Juliusz Leo. Planowano między innymi budowę elektrowni miejskiej, szpitala epidemicznego, akademii handlowej, szkół miejskich, hal targowych, bruków i kanałów w mieście, przebudowę magistratu oraz rozbudowę rzeźni miejskiej54„Dziennik Rozporządzeń” 1901, pos. z 14 VI 1901 r., s. 129–133..

W 1901 roku rząd Austrii przyjął ustawę o budowie wielkiego kanału pomiędzy Dunajem a Wisłą. Według wstępnych projektów pod Krakowem miał powstać duży port rzeczny. Wiceprezydent Leo dostrzegł w zamierzeniach rządu szansę rozszerzenia granic Krakowa. Wspomniana kwestia wymagała energicznego działania i rozwiązania wielu utrudnień. Rosły obawy, że 70-letni spracowany Friedlein może temu nie podołać. Coraz mocniej występowała przeciwko niemu opozycja, zwłaszcza ze strony konserwatystów. Wykazywano, że prezydent nie jest człowiekiem decyzyjnym, nie posiada charyzmy, nie potrafi bądź nie chce korzystać z uprawnień, jakie mu dawał pełniony przezeń urząd. Tymczasem mieszkańcy Krakowa oczekiwali męża stanu, człowieka na miarę Dietla czy Zyblikiewicza, a więc wybitnego i wpływowego w kręgach lwowskich oraz wiedeńskich, który mógłby tam wiele uzyskać dla swego miasta i jego mieszkańców. Podnoszono, że Friedlein jako jedyny z pięciu dotychczasowych włodarzy miasta doby autonomicznej nie był nawet posłem do Sejmu Krajowego we Lwowie. Zarzucano mu brak dostatecznej energii, stanowczości i samodzielności w działaniu, wytykano, że „postępował zawsze tak, jak gdyby się sam obawiał swej władzy oraz nieodłącznej od każdej władzy odpowiedzialności”, że „najchętniej nigdy swego zdania nie objawił, nigdy niczego stanowczo nie żądał…”55Cytat za: J.M. Małecki, Józef Friedlein (1831–1917)…, dz. cyt., s. 84.. W pamiętnikach, wspomnieniach i utworach literackich dotyczących Krakowa tamtych czasów znajdujemy także subiektywne, kąśliwe i niezgodne z rzeczywistością uwagi na temat Friedleina. Charakterystyczna dla nich jest wypowiedź Tadeusza Boya-Żeleńskiego:

Czemu ten Kraków wyglądał tak straszliwie? Też jedna z fizjognomii powszechnego marazmu. Po Zyblikiewiczu, Dietlu, dawnych prezydentach Krakowa, nastąpiły senne rządy cnotliwego safanduły, księgarza Friedleina, które doprowadziły miasto do nieprawdopodobnego zaniedbania956T. Boy-Żeleński, O Krakowie, Kraków 1974, s. 49..

U boku Friedleina stał wspomniany już młody, niezwykle dynamiczny, inteligentny i ambitny pierwszy wiceprezydent prof. Juliusz Leo57Więcej: C. Bąk-Koczarska, Juliusz Leo. Twórca Wielkiego Krakowa, Wrocław i in. 1986; Prezydent Juliusz Leo i Kraków jego czasów, red. Z. Noga, Kraków 2018.. Był on twórcą koncepcji rozwoju przestrzennego miasta, czyli stworzenia tak zwanego Wielkiego Krakowa oraz powiązanego z nią szeroko zakrojonego programu inwestycyjnego. Jak pisze Karol Rolle, Friedlein czuł się zepchnięty przez pełnego energii współpracownika na drugi plan. Ponadto Leo chcąc mieć pełną swobodę działania w celu realizacji ambitnego planu, postawił kwestię ustąpienia Friedleina z zajmowanego najwyższego stanowiska w mieście. Według relacji współczesnych pewnego dnia 1904 roku grupa konserwatywnych radnych z pierwszym wiceprezydentem na czele zjawiła się u prezydenta w gabinecie z żądaniem jego ustąpienia pod groźbą bezwzględnej walki. 30 czerwca 1904 roku Friedlein przesłał na ręce Leo rezygnację z urzędu prezydenta (pismo L.401)58„Dziennik Rozporządzeń” 1904, pos. z 4 VII 1904 r., s. 85.. 7 lipca na posiedzeniu rady miasta dr Franciszek Bujak (1852–1915) w imieniu sekcji prawniczej złożył wniosek nagły w sprawie rezygnacji Fried­leina z urzędu prezydenta. Sprawozdawca podkreślił, że nie zachodzą żadne prawne przeszkody co do przyjęcia rezygnacji. Aby uczcić zasługi Friedleina, Bujak wnioskował wystosowanie przez radę oficjalnego podziękowania dla ustępującego prezydenta, zlecenie wykonania jego portretu w celu umieszczenia go w sali obrad rady i przyznanie mu dożywotniej dotacji w kwocie rocznej 8000 koron59 „Czas” 1904 (8 VII), nr 154, s. 1..

W trakcie dyskusji nad wnioskiem przywódca krakowskich demokratów Jan Rotter (1850–1906) podkreślił, że „już ostatnie wybory odbywały się pod hasłem usunięcia obecnego prezydenta. A już przed półtora rokiem w czasie choroby prezydenta było dwóch radców miejskich, aby mu oświadczyć, że dość już jego prezydentury. Robiono jeszcze inne kroki, aby prezydenta Friedleina skłonić do ustąpienia. Na to nękany prezydent Friedlein oświadczył, że w czerwcu ustąpi, i tak się stało”. Radny Rotter zgłosił wniosek, aby wysłać do Friedleina delegację, „celem uproszenia go, aby rezygnację z godności prezydenta cofnął”60Tamże.. Wniosek Rottera poparł w swoim wystąpieniu radny Tomasz Sołtysik (1847–1916). Z kolei blisko związany z Juliuszem Leo radny Jan Kanty Federowicz przyznał, że jakiś czas temu „imieniem Koła radzieckiego był u prezydenta Friedleina z drugim radcą miejski”, ale z uwagi na chorobę prezydenta zostawili u niego jedynie karty, potem dopiero doszło do spotkania z prezydentem. Federowicz stwierdzał, że „(…) Friedlein ustępuje pod wpływem ogólnego zapatrywania całej Rady, powołując się na interes miasta, wskazując na kandydata dającego poważne rękojmie, a który dotąd swych zdolności nie mógł w zupełności rozwinąć”61Tamże.. Ostatecznie po burzliwej debacie rada przyjęła rezygnację Friedleina, a cztery dni później znaczną większością głosów wybrała prezydentem Juliusza Lea. Po złożeniu rezygnacji ze stanowiska prezydenta Krakowa Friedlein usunął się od spraw publicznych.

Kolekcjoner

W trakcie swego życia Friedlein z pasją oddawał się także kolekcjonerstwu. Zgromadził i uporządkował znaczącą kolekcję monet, medali i medalików odpustowych, obiektów geologicznych i paleontologicznych, map, starodruków, różnego rodzaju dokumentów życia społecznego (odezw, afiszów, ulotek, kalendarzy, katalogów i prospektów księgarskich, rękopisów)62J. Hopliński, Józef Edward Friedlein, „Antykwariusz Polski” 1927, nr 1, s. 1–3..

Na szczególną uwagę zasługuje kolekcja rycin do dziejów Polski. Friedlein gromadził ją z prawdziwym zamiłowaniem i znawstwem. Cenną pozostałością jego kolekcjonerskiej pasji są tak zwane Teki Friedleina, które znajdują się obecnie w Muzeum Krakowa. Ten zbiór materiałów ikonograficznych stanowił jedną z największych prywatnych kolekcji w Krakowie. Pochodzą one z różnych źródeł, od rodzimych po zagraniczne. Friedlein gromadził je w tekach, zachowując porządek rzeczowy i opatrując je numerami inwentarzowymi. Każda z tek miała układ działowy i zawierała widoki konkretnych obiektów. W całości kolekcję Friedleina stanowiło 10 tek zbiorczych, w których znalazło się 100 akwarel, 360 rysunków i szkiców odręcznych, 200 sztychów, 250 drzeworytów, 800 litografii, 500 planów i map oraz 50 fotografii63S. Opalińska, Teki Friedleina, „Gazeta Antykwaryczna” 1999, nr 5, s. 26–28.. Z badań Stanisławy Opalińskiej wynika, że cała kolekcja Friedleina obejmowała 2260 sztuk różnorodnych materiałów ikonograficznych. Zgromadził on wiele unikatowych widoków miasta oraz jego planów. Sporządzał na ich podstawie spisy poszczególnych prac ikonograficznych, a każdą opatrywał adnotacją odnośnie do jej ceny i pochodzenia. W jego posiadaniu były również wizerunki osób związanych z historią miasta, ikonografia ważniejszych wydarzeń, a także materiały dotyczące strojów, obyczajów oraz tradycji kultywowanych w Krakowie. Friedlein gromadził także ikonografię okolic Krakowa (zabytków, zamków, kościołów) oraz materiały ikonograficzne związane z Pieninami i Tatrami autorstwa Aleksandra Płonczyńskiego, Jana Kantego Hruzika, Jana Kantego Wojnarowskiego czy Walerego Eljasza-Radzikowskiego. Kolekcja ta uczyniła z Friedleina wytrawnego znawcę grafiki polskiej. Na zgromadzonych przez niego materiałach ikonograficznych oparł swoją monumentalną monografię Wawelu Stanisław Tomkowicz (1850–1933)64Tamże, s. 28.

Przez 13 ostatnich lat życia Friedlein żył skromnie na czwartym piętrze kamienicy przy ulicy Brackiej 4. Porządkował zbiory i zajmował się amatorsko zawodem swych przodków, a mianowicie introligatorstwem. W swoim długim życiu Friedlein doświadczył wielu smutnych chwil po utracie najbliższych. Przedwcześnie zmarły jego dwie córki: starsza Maria w 1875 roku, nie mając jeszcze lat 18, młodsza Emilia Münnichowa w 1883 roku, w wieku 25 lat. W 1909 roku zmarła żona byłego prezydenta. Friedlein całą swą miłość przeniósł na wnuków Józefa (1880–1939) i Edwarda (1882–1965) Münnichów, którymi opiekował się serdecznie i którym przekazał w zarząd księgarnię65J.M. Małecki, Józef Friedlein (1831–1917)…, dz. cyt., s. 84.. Księgarnia Friedleina funkcjonowała do 1956 roku.

W czasie I wojny światowej Friedlein pozostał w Krakowie, nie wyjeżdżając – jak wielu krakowskich prominentów do Wiednia czy Pragi – z miasta w chwili zagrożenia atakiem wojsk rosyjskich w końcu 1914 roku.

Friedlein zmarł 25 maja 1917 roku po krótkiej i ciężkiej chorobie, przeżywszy 86 lat. W niedzielę, 27 maja odbyła się uroczystość pogrzebowa, o godzinie 16 nastąpiło wyprowadzenie zwłok byłego prezydenta z domu przy ulicy Brackiej 4, po czym przemówił prezydent Juliusz Leo, podnosząc wielkie zasługi zmarłego dla miasta. Kondukt pogrzebowy, prowadzony przez pastora Karola Michejdę (1880–1945), wyruszył na cmentarz Rakowicki. Na czele szła straż pożarna, za nią służba magistratu ze sztandarem. Trumnę wieziono na czterokonnym karawanie okrytym wieńcami, za trumną szła najbliższa rodzina zmarłego, prezydium rady miasta z radcami, delegat Namiestnictwa Galicyjskiego Adam Fedorowicz (1854–1917), pracownicy magistratu, księgarze krakowscy na czele ze starszym Antonim Piwarskim (1868–1929), dalej liczni mieszkańcy Krakowa66„Czas” 1917 (26 V), nr 240, s. 1; (29 V), nr 243, s. 2..

Friedlein został pochowany w grobowcu rodzinnym w kwaterze Kc. Wśród wspomnień, jakie się ukazały w prasie, na uwagę zasługuje wiadomość w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”, gdzie czytamy, że ze zmarłym odchodzi ze świata „jedna z najszanowniejszych postaci w nowszych dziejach naszego miasta, człowiek cichej pracy i mrówczej zapobiegliwości”67„Ilustrowany Kurier Codzienny” 1917 (27 V), nr 145, s. 5.. W innym tekście poświęconym Friedleinowi w tym dzienniku napisano między innymi:

Zarzucano mu, że był (…) zbyt drobiazgowy, że się gubił w szczegółach, że w każdą sprawę wglądał, że wszystko sam chciał zrobić. W zarzutach tych było może nieco słuszności, ale „wady” te, które nieraz bywają przymiotami, wynagradzały niepoślednie zalety. Prezydent Friedlein był energiczny, prawy, niezmiernie pracowity i bezstronny. Przytem oszczędny, nie puszczający się na wątpliwe przedsiębiorstwa lub dające rozgłos inwestycje68Tamże (29 V), nr 146..

Spośród sześciu prezydentów Krakowa doby autonomicznej Józef Friedlein był prezydentem najbardziej krakowskim, jako jedyny urodził się w Krakowie i przez całe życiem był związany z tym miastem, w przeciwieństwie do swoich poprzedników nie legitymował się stopniem ani tytułem naukowym. Z ogromnym zamiłowaniem wykonywał przez całe życie zawód księgarza, doprowadzając rodzinną firmę do największego rozkwitu. Pracę łączył z ulubionym zajęciem – gromadzeniem różnych zbiorów, zwłaszcza rycin odnoszących się do dziejów Polski, a szczególnie do dziejów i pamiątek Krakowa. Zaopatrywał biblioteki naukowe w bieżące publikacje zagraniczne, wydawał dzieła naukowe i literackie, podręczniki, albumy, mapy oraz nuty. Jedną z największych jego zasług i nowością było podkreślenie znaczenia antykwarycznego handlu dawną polską książką i jej rejestracji bibliograficznej oraz propagowanie wśród społeczeństwa polskiego konieczności prowadzenia prac konserwatorskich nad ojczystymi zabytkami książkowymi. Jego księgarnia była miejscem spotkań krakowskich intelektualistów i literatów.

Oprócz pracy zawodowej jego pasją była działalność publiczna, nakierowana na rzecz miasta Krakowa. Friedlein sprawował najwyższy urząd w Krakowie w czasach przełomu, gdy miasto ponownie przeżywało swój „złoty okres” w dziejach, gdy stało się najważniejszym ośrodkiem życia naukowego i artystycznego na ziemiach polskich, gdy z małego zmieniało się w wielkie. Za czasów rządów Friedleina zostały ukończone najważniejsze i najbardziej kosztowne inwestycje komunalne, wytyczone jeszcze w programie uporządkowania miasta opracowanym przez Józefa Dietla. Mimo że za kadencji Friedleina przypadało zwieńczenie kilku strategicznych inwestycji i ważnych jubileuszy, nie zdołał on zdobyć popularności zbliżonej do tej, jaką cieszyli się Józef Dietl i Juliusz Leo69Ł.T. Sroka, Prezydenci Krakowa doby autonomicznej…, dz. cyt., s. 104..

Podsumowując działalność publiczną Friedleina, należy stwierdzić, że nie miał tego, co się nazywa „nerwem politycznym”, nie miał też ambicji bycia liderem partyjnym, zdecydowanie bardziej interesowała go działalność samorządowa i społeczna. Pomimo wielu zalet osobistych reprezentował styl burmistrza niezbyt dużego XIX-wiecznego miasta. Był dobrym gospodarzem, nie zaś politykiem, jego aktywność w życiu publicznym ograniczała się do Krakowa. I choć z czasem nie mógł już z racji wieku sprostać rosnącym wyzwaniom, jak stwierdza Jan Małecki, przyczynił się w dużej mierze do powstania „wielkiego” Krakowa70 J.M. Małecki, Józef Friedlein (1831–1917)…, dz. cyt., s. 85., wyprowadzając Kraków ze stanu prowincjonalnego, zacofanego miasta galicyjskiego.

Pomimo niewątpliwych zasług dla miasta Friedlein nie wszedł do panteonu najwybitniejszych prezydentów Krakowa, a ponadto, nie mając odpowiedniego zaplecza kadrowego, politycznego, finansowego, przy pewnym braku energii, nie podjął próby stworzenia kompleksowego programu rozwoju miasta. Taką wizję i rozmach miał jego następca Juliusz Leo.

Imię Friedleina nosi od 1926 roku jedna z ulic w dzielnicy Krowodrza.

STRESZCZENIE

Piotr Hapanowicz
Księgarz i prezydent Krakowa Józef Friedlein (1831–1917)

Józef Friedlein (1831–1917) pochodził z krakowskiej rodziny księgarzy, wydawców i introligatorów pochodzenia niemieckiego, która szybko się spolonizowała. Jej przedstawiciele byli bardzo zasłużeni dla polskiej kultury, tworzyli elitę księgarską Krakowa. Z ogromnym zamiłowaniem wykonywał przez całe życie zawód księgarza, doprowadził rodziną księgarnię do największego rozkwitu. Pracę łączył z ulubionym zajęciem – gromadzeniem różnych zbiorów, zwłaszcza rycin odnoszących się do dziejów Polski, a szczególnie do dziejów i pamiątek Krakowa. Zaopatrywał biblioteki naukowe w bieżące publikacje zagraniczne, wydawał dzieła naukowe i literackie, podręczniki, albumy, mapy oraz nuty. Jedną z największych jego zasług i nowością było podkreślenie znaczenia antykwarycznego handlu dawną polską książką i jej rejestracji bibliograficznej oraz propagowanie wśród społeczeństwa polskiego konieczności prowadzenia prac konserwatorskich nad ojczystymi zabytkami książkowymi.

Oprócz pracy zawodowej jego pasją była działalność publiczna, nakierowana na rzecz miasta Krakowa. Friedlein był najbardziej krakowskim prezydentem miasta doby autonomii galicyjskiej. W czasach jego rządów zostały ukończone najważniejsze i najbardziej kosztowne inwestycje wytyczone w programie uporządkowania i unowocześnienia miasta, opracowanym jeszcze przez Józefa Dietla. Friedlein był dobrym gospodarzem, nie zaś politykiem, jego aktywność w życiu publicznym ograniczała się do Krakowa. Był ostatnim prezydentem „małego” Krakowa. Przyczynił się jednak w znacznej mierze do powstania Krakowa „wielkiego”, wyprowadzając go ze stanu prowincjonalnego, zacofanego miasta galicyjskiego. Friedlein nie podjął się próby stworzenia kompleksowego programu rozwoju miasta. Taką wizję i rozmach miał jego następca, Juliusz Leo.

SŁOWA KLUCZE

Kraków, księgarstwo, kolekcjonerstwo, prezydent Krakowa

SUMMARY

Piotr Haponowicz
Bookseller and President of Kraków Józef Friedlein (1831–1917)

Józef Friedlein (1831–1917) was a descendant of a Kraków bookselling, publishing and bookbinding family that had originally come from Germany, but was by that time already polonised. The members of the family were respected for their contribution to the Polish culture. They formed Kraków’s bookselling elite. Full of great passion, Józef Friedlein pursued a career of a bookseller and brought sublime prosperity to the family bookshop. He combined his career with his favourite activity: collecting artefacts – mostly engravings related to the history of Poland, especially to the history and relics of Kraków. He was supplying academic libraries with contemporary publications from abroad, as well as publishing academic and literary works, handbooks, albums, maps and sheet music. Pointing out the significance of antique trade and bibliographical records of old-time Polish books, as well as promoting within the Polish society the necessity to conduct restoration work of native book relics were sheer novelties of his time and became some of his greatest merits.

Apart from his career, he had yet another passion – public service aimed at helping the city of Kraków. Friedlein was the most “Cracovian” president in times of Galician autonomy. The most important and expensive investments that had already been included in the City Organisation and Modernisation Program developed by Józef Dietl were completed during Friedlein’s rule. Friedlein was more of a good host than a politician. His activity in public life was limited to Kraków. Although he was the last president of „small” Kraków, he did set the stage for the rise of “great” Kraków, when he drove the city out of a parochial, backward Galician town position. Yet he did not attempt at creating a complex city development program. Such a vision and panache characterised his successor, Juliusz Leo.

KEY WORDS

Kraków, bookselling, collecting, president of Kraków

BIBLIOGRAFIA

  • Boy-Żeleński T., O Krakowie, oprac. H. Markiewicz, II wydanie, Kraków 1974.
  • Bąk-Koczarska C., Juliusz Leo. Twórca wielkiego Krakowa, Wrocław i in., 1986.
  • Buczak M., List Józefa Friedleina do Kazimierza Władysława Wójcickiego, „Rocznik Biblioteki PAN w Krakowie” 1970, R. 16.
  • Chełstowski E., Katalogi księgarskie Friedleinów, „Księgarz” 1960, nr 1/2.
  • Chmiel A., Ustrój miasta Krakowa w XIX wieku (w zarysie) i działalność prezydentów miasta 1866–1924, Kraków 1931.
  • Ciechanowski H., Dziennik z lat 1851–1856, oprac. I. Homola-Skąpska, Kraków 2002.
  • Dippel S., O księgarzach, którzy przeminęli, Wrocław 1976.
  • Encyklopedia wiedzy o książce, red. A. Birkenmajer i in., Wrocław–Warszawa–Kraków 1971.
  • Estreicherówna M., Życie towarzyskie i obyczajowe Krakowa, Kraków 1968.
  • Garlicki S., Sklepy Krakowa na początku XX wieku, „Biblioteka Krakowska” nr 149, Kraków 2008.
  • Grodziski S., Rzeczpospolita Krakowska, jej lata i ludzie, Kraków 2012.
  • Hopliński J., Józef Edward Friedlein, „Antykwariusz Polski” 1927, nr 1.
  • Józefa Czecha Kalendarz Krakowski na rok 1894, Kraków 1894.
  • Kras J., Krakowskie drukarnie i księgarnie w latach 1948–1870 z uwzględnieniem ruchu wydawniczego, „Rocznik Biblioteki Narodowej” 1975, t. 11.
  • Kras J., Życie umysłowe w Krakowie w latach 1848–1870, Kraków 1977.
  • Krzyżanowski M., Wspomnienia księgarza, w: Kopiec wspomnień, red. J. Gintel, wyd. 2, Kraków 1964.
  • Kaczyński M., Żywot Wojciecha Majera ze szczególnym rozbiorem jego prac drukowanych, „Rocznik Towarzystwa Naukowego Krakowskiego” 1864, t. IX.
  • Katalog książek i rękopisów polskich tudzież w obcych językach do rzeczy polskich odnoszących się, które nabyć można w składzie antykwarskim księgarni D.E. Friedleina w Krakowie, Rynek 11 [Nr] 1, Kraków 1873.
  • Kocójowa M., Krakowski świat książki doby autonomii galicyjskiej, Kraków 1990.
  • Kocójowa M., Znaczenie kulturalno-społeczne XIX-wiecznych faksymiliów starych druków W. Bartynowskiego, „Roczniki Biblioteczne” 1985, R. XXIX.
  • Krygowski W., W moim Krakowie nad wczorajszą Wisłą, Kraków 1980.
  • Lichończak-Nurek G., Początki Muzeum Historycznego m. Krakowa, „Rocznik Krakowski” 2005, t. 71.
  • Małecki J.M., Józef Friedlein (1831–1917), w: Ludzie, którzy umiłowali Kraków. Założyciele Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa, praca zbiorowa pod red. W. Bieńkowskiego, Kraków 1997.
  • Małecki J., Józef Friedlein, ostatni prezydent małego Krakowa, „Kraków” 1987, nr 4.
  • Najdus W., Zygmunt Marek. Prawnik i polityk. 1872–1931, Warszawa 1992.
  • Opalińska S., Teki Friedleina, „Gazeta Antykwaryczna” 1999, nr 5.
  • Perkowska U., Jubileusze Uniwersytetu Jagiellońskiego, „Biblioteka Krakowska” nr 140, Kraków 2000.
  • Pieczątkowski F., Żebrawska Z., Friedlein Józef Edward, w: Słownik pracowników książki polskiej, Warszawa 1972.
  • Polaczek-Kornecki T., Zarys monografii komunikacji wewnętrznej miasta Krakowa, Kraków 1930.
  • Prezydent Juliusz Leo i Kraków jego czasów, red. Z. Noga, Kraków 2018.
  • Purchla J., Jak powstał nowoczesny Kraków, wyd. 2, Kraków 1990.
  • Purchla J., Teatr i jego architekt. W stulecie gmachu Teatru Miejskiego w Krakowie, Kraków 1993.
  • Rolle K., Józef Friedlein, w: Polski Słownik Biograficzny, t. 7, Kraków 1948–1958.
  • Romaniuk Ł., Działalność wydawnicza, księgarska i introligatorska rodu Friedleinów w Krakowie oraz w Warszawie w latach 1796–1956, Kraków 2014.
  • Słapa A., Chłopięca pasja książek, w: Kopiec wspomnień, red. J. Gintel, wyd. 2, Kraków 1964.
  • Sowiński J., Polskie drukarstwo. Historia drukowania typograficznego i sztuki typograficznej w Polsce w latach 1473–1939, Wrocław 1996.
  • Sroka Ł.T., Prezydenci Krakowa doby autonomicznej. Szkic do portretu zbiorowego, w: 1866. Odbudowa samorządu miejskiego – narodziny nowoczesnego Krakowa, red. K. Meus, Ł.T. Sroka, Kraków 2018.
  • „Czas”, wybrane numery z lat 1884–1917.
  • „Dziennik Rozporządzeń dla Stoł. Król. Miasta Krakowa”, wybrane numery z lat 1884–1917.
  • „Nowa Reforma” 1894.
  • „Nowiny” 1903.
  • „Ilustrowany Kurier Codzienny” 1917.